Kraj

Zdarza się, że prowadzący wychowanie do życia w rodzinie wstydzą się słowa „seks”

Żyjemy w bardzo konserwatywnych czasach, ale ich plusem jest aktywizacja rodziców, którzy mogą być motorem ważnej zmiany – o szansach na wprowadzenie rzetelnej edukacji seksualnej do szkół mówi Aleksandra Józefowska, koordynatorka grupy edukatorów seksualnych Ponton.

Marta Knaś: Tematy związane z dorastaniem są w szkołach poruszane przede wszystkim podczas lekcji wychowania do życia w rodzinie (WDŻ). Jak oceniasz ten przedmiot?

Aleksandra Józefowska: Podstawa programowa tego przedmiotu na pierwszy rzut oka może wydawać się w porządku. Zawiera wiele tematów, na których zależy edukatorom i edukatorkom seksualnym. Relacje, asertywność, zagrożenia i wyzwania okresu dojrzewania, tożsamość płciowa, funkcje rozrodcze człowieka, antykoncepcja, zapobieganie przemocy na tle seksualnym…

Brakuje jednak treści antydyskryminacyjnych czy zagadnień związanych z gender. Niektóre z tych tematów są poruszane, ale sposób ich omówienia budzi sprzeciw. Panuje wiele stereotypów, dominuje podejście heteronormatywne, patriarchalne. Pojawiają się tendencyjne sformułowania, jak na przykład: „Antykoncepcja – aspekt zdrowotny, psychologiczny i etyczny”. Albo: „Aborcja jako zagrożenie dla zdrowia psychicznego i fizycznego”.

Inna kwestia – w jakim zakresie ta podstawa jest realizowana. Często jest traktowana bardzo wybiórczo, a Ministerstwo Edukacji nie kontroluje tego, co dzieje się w każdej ze szkół. To, z czym spotka się młodzież, zależy od dobrej woli nauczycieli czy dyrekcji. W efekcie od podstawy programowej do rzeczywistości jest bardzo daleko. Pokazują to także sondaże Pontonu przeprowadzone wśród młodzieży, na bazie których stworzyliśmy raporty o tym, z czym nastolatki stykają się na lekcjach wychowania do życia w rodzinie.

I z czym się stykają?

Niezależnie od tego, kto jest u władzy, zajęcia WDŻ to jeden wielki miszmasz. Omawiane jest całe spektrum tematów – od bieżących spraw szkolnych poprzez prywatne historie nauczycieli i nauczycielek, aż po treści ideologicznie, związane z Kościołem katolickim. W takich przypadkach godziny WDŻ wykorzystywane są do szerzenia konkretnych poglądów, co jest bardzo niebezpieczne i wzmacnia stereotypy.

Podczas badań młodzież cytowała wypowiedzi niektórych nauczycieli. Wyrażali oni na przykład opinie, że zgwałcona kobieta z pewnością musiała sprowokować atak lub że dziewczyna, która współżyła przed ślubem, jest jak nadgryzione jabłko, którego nikt później nie będzie chciał. O chłopcach mówi się, że w kółko myślą tylko o seksie, nie zależy im na uczuciach. Dochodzą do tego też przekłamania związane z antykoncepcją, jak na przykład te, że prezerwatywy mają pory, przez które przechodzą wirusy, lub że stosowanie pigułek antykoncepcyjnych powoduje niepłodność i raka. To zaledwie kilka cytatów. Nastolatki mają poczucie, że te lekcje są stratą czasu.

Wydaje nam się, że coś powinno nas kręcić, bo tak napisali w gazecie [rozmowa z Natalią Trybus]

Z raportu z 2016 roku pt. Kontrola realizacji prawa młodzieży do edukacji seksualnej, zrealizowanego przez Instytut Badań Edukacyjnych przy wsparciu Pontonu, wynika, że frekwencja na zajęciach maleje wraz z przechodzeniem do następnych klas.

Nastolatki mogą poprosić rodziców o to, aby wypisali ich z zajęć WDŻ. Lekcje te nie są obowiązkowe. Jeśli rodzice wyrażą wolę, aby miały one miejsce, szkoła musi je zorganizować. Natomiast jeśli dyrekcja stwierdzi, że zainteresowanie zajęciami jest zbyt małe, zajęć tych po prostu nie ma.

Wspominany raport był tak naprawdę jedyną inicjatywą MEN, która wzięła edukację seksualną w szkołach pod lupę. Stanowisko Ministra Edukacji zajmowała wówczas Joanna Kluzik-Rostkowska. Wcześniej nasze raporty były ignorowane, Ponton uznawano za grupę ideologiczną. Co ciekawe, wyniki badań zleconych przez rząd pokrywały się z naszymi. Rodzice i nastolatki są za tym, aby w szkołach prowadzone były zajęcia z edukacji seksualnej poruszające takie tematy jak antykoncepcja, aborcja czy inicjacja seksualna.

A jak wyglądają zajęcia, które wy organizujecie?

Od początku działalności w 2002 roku chcieliśmy być uzupełnieniem dla systemu. Uznaliśmy, że skoro działamy na zasadzie wolontariatu, nie będziemy wysyłać ofert do szkół i zaczekamy na zgłoszenia. Organizowaliśmy akcje uliczne, wokół naszej grupy pojawił się rozgłos, a za nim przyszły zaproszenia. Od lat dostajemy większą liczbę zaproszeń niż ta, której jesteśmy w stanie podołać.

Nasze zajęcia trwają zazwyczaj dwie godziny lekcyjne i prowadzone są metodą warsztatową przez wolontariuszy. Propagujemy ideę edukacji rówieśniczej, więc często są to osoby młode, na początku studiów. W intensywnych okresach potrafiliśmy przeprowadzać od dwóch do czterech takich warsztatów tygodniowo. Bywa, że niektóre szkoły zapraszają nas trochę „na ratunek”. Skłoniły je do tego incydenty, na przykład oglądanie przez uczniów na przerwach pornografii czy nakrycie nastolatków na współżyciu w szatni. Obecnie coraz częściej inicjatorami takich zajęć są rodzice.

Akcje takie jak #sexedpl czy rozmaite kontrowersje związane z treściami zawartymi w podręcznikach o dorastaniu sprawiły, że o edukacji seksualnej mówi się coraz szerzej.

Paradoksalnie, odkąd Anna Zalewska objęła funkcję Ministra Edukacji, temat ten jest coraz częściej poruszany. Słowa pani minister, że edukacja seksualna powinna odbywać się w domu, a nie w szkole, czy kuriozalna wypowiedź ekspertki MEN Urszuli Dudziak, że stosowanie prezerwatyw wywołuje raka piersi, a kobieta pozbawiona dobroczynnego wpływu męskiego nasienia choruje, zadziałały na naszą korzyść. Poziom absurdu sprawił, że wielu rodziców się przebudziło. Dotarło do nich, że zostali sami, a system szkolny ich nie wesprze.

Rzeczywistość, w której funkcjonuje MEN, a rzeczywistość, w której rodzice wychowują swoje dzieci, to dwa różne światy. Dziś często już dziewięciolatki mają telefon oraz dostęp do internetu. Pociąga to za sobą zwiększone ryzyko zetknięcia się dziecka z pornografią czy cyberprzemocą. Rodzice dostrzegają to i czują się osamotnieni we wspieraniu rozwoju psychoseksualnego swoich dzieci. W efekcie zaczęli baczniej przyglądać się temu, co oferuje szkoła.

Dziecko, wygugluj sobie seks

czytaj także

Zastanawiające jest, że pewne programy edukacyjne i podręczniki dopuszczane są przez MEN czy osoby decyzyjne w szkołach. Tak jak w przypadku kontrowersyjnej książki Życie na maksa. Poradnik uczuciowo-seksualny, która znalazła się w puli nagród rozdawanych podczas zajęć programu Archipelag Skarbów, organizowanego przez Instytut Profilaktyki Zintegrowanej. Co prawda Instytut wyjaśniał, że był to pojedynczy incydent w jednej ze szkół, a trenerowi prowadzącemu zostały odebrane uprawnienia. Autor programu proszony o komentarz podkreślał, że podręcznik ten od początku zaopiniował negatywnie. Jednak gdy przyjrzymy się całemu programowi, wiele treści można uznać za niepokojące, na przykład porównywanie pobudzenia seksualnego do tygrysa czy rekomendowanie jako sposobu walki z pobudzeniem włączenia kontroli rodzicielskiej na komputerze.

Dla mnie szczególnie niepokojący był cytat: „Nasza seksualność nie tylko jest piękna, ale jest też bardzo delikatna. Jeśli nie wie się, jak w tej sferze postępować, może być źródłem wielkiego bólu, cierpienia i ciężkich zranień, bo jest to sfera bardzo intymna i osobista”. Zgadzam się, że seksualność jest naszą sferą intymną i osobistą, ale dlaczego mamy nią straszyć? Skojarzyło mi się to z nauką przechodzenia przez ulicę. Można powiedzieć dziecku – zobacz, tu jest ulica i samochody, które mogą cię potrącić, a nawet zabić. Jednak uczymy dzieci patrzenia na sygnalizację i rozglądania się na drodze tak, by mogły bezpiecznie przechodzić przez jezdnię. Wspomniany program nie uczy zasad bezpieczeństwa, tylko wzbudza lęk. Jest on skierowany do ostatnich klas szkoły podstawowej i młodzieży licealnej, wśród nastolatków w tym wieku nie da się uprawiać takiej demagogii. Takie mówienie o seksualności jest nieadekwatne i demonizuje kwestie związane z dorastaniem.

„Sztuka kochania” aktualna? Może i tak, ale to nie jest dobra wiadomość

Na czym powinna polegać dobra edukacja seksualna w szkołach?

Idealnie byłoby, gdyby program edukacji seksualnej odpowiadał na potrzeby uczniów. Często wyobrażenia dorosłych na temat potrzeb, jakie młodzież ma w tym zakresie, są oderwane od rzeczywistości. Uważa się, że nastolatki chcą rozmawiać o zakochaniu, rodzinie, a tak naprawdę wolałyby dowiedzieć się czegoś o orientacjach seksualnych, antykoncepcji, relacjach lub cyberprzemocy. Zdefiniowanie i uwzględnienie potrzeb danej grupy uczniów jest kluczowe, aby zaplanować zajęcia tak, by były ciekawe i przydatne.

Kto powinien takie zajęcia prowadzić?

Z pewnością nie powinna być to osoba, która prowadzi w szkole inne zajęcia. Wiem, że są przypadki, w których WDŻ prowadzą katechetki, pan od WF-u czy pani od informatyki. Młodzież podkreśla, że trudno jest jej się otworzyć przed kimś, kto jednocześnie wystawia im stopnie. Uważam, że powinna to być osoba z zewnątrz, co sprawi, że nastolatki nie będą czuły się oceniane. Powinna mieć swobodę i naturalność w mówieniu o seksualności – młodzież często podkreślała, że osoby prowadzące WDŻ wstydziły się wypowiedzieć słowo „seks”. Musi być też przygotowana merytorycznie, tak aby przekazywana wiedza była zgodna z wiedzą naukową i medyczną. Ideałem byłoby, gdyby miała też przygotowanie trenerskie, potrafiła poprowadzić z grupą warsztat. Z doświadczenia wiem, że aktywizujące formy pracy sprawdzają się lepiej niż pogadanki czy wykłady.

Rozmawiajmy z dziećmi o seksie od najmłodszych lat

W swoim komentarzu autor programu Archipelag Skarbów stwierdził, że nie ma obecnie żadnego poradnika dla młodzieży, w którym nie byłoby „fragmentów, które albo nie są profesjonalne, albo budzą zdecydowany sprzeciw jakiejś części rodziców”. Czy aprobata rodziców powinna być kluczem doboru podręczników?

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że społeczeństwo jest obecnie bardzo podzielone i zastrzeżenia mogą pojawiać się nieustannie. Mam wrażenie, że debata o tym, jak edukacja seksualna powinna wyglądać, rozgorzała na dobre wśród rodziców dopiero niedawno. Rodzice zaczęli też przeglądać podręczniki do innych przedmiotów, gdzie zdarzają się dyskryminujące i stereotypowe opisy zadań, sugerujące na przykład, że dziewczynki są mniej bystre, za to bardziej skupione na swoim wyglądzie. Słuszne jest, aby rodzice mieli wgląd w to, o czym uczą się ich dzieci i mogli wyrażać swój sprzeciw. Z drugiej strony trudno będzie znaleźć książkę, która zadowoli wszystkich. Jako edukatorka seksualna mam na to jedną odpowiedź – podręczniki powinny być zgodne ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia oraz oparte na nauce, a nie na ideologii. Takiej książki na liście MEN rzeczywiście nie ma.

A poza listą?

Sporo ciekawej literatury pojawiło się ostatnio, tak jak na przykład książka Anji Rubik #sexedpl, która w przystępny sposób odpowiada na pytania młodych ludzi związane z dorastaniem. Są tam też skierowane do dorosłych rozmowy o tym, jak wspierać rozwój psychoseksualny dziecka. Ostatnio ukazały się też dwie nowe pozycje skierowane do dorosłych – Rozwój seksualny dzieci Karoliny Piotrowskiej, która radzi rodzicom, jak rozmawiać z dzieckiem o seksualności, oraz Nowe wychowanie seksualne Agnieszki Stein. Pomocy cały czas przybywa i warto z niej korzystać.

Anja Rubik wyręcza ministerstwo edukacji

czytaj także

Ponton oferuje zajęcia na terenie Warszawy. Czy istnieją podobne organizacje w innych polskich miastach?

W Łodzi działa Fundacja Nowoczesnej Edukacji Spunk. Edukują młodzież, ale prowadzą także kursy dla osób, które chcą zostać edukatorami czy edukatorkami seksualnymi. W Trójmieście obecna jest grupa Edukacja Seksualna z Gdyni, oferująca szkolenia oparte na standardach WHO. Zdecydowanie jednak możemy mówić o deficycie takich organizacji. Wymienione tu grupy działają w dużych miastach, nie dotrą do małych miejscowości i terenów wiejskich, gdzie potrzeby są ogromne. Wszystkie ich działania są cenne, ale to krople w morzu potrzeb. Tylko system oświaty ma szansę zapewnić dostęp do edukacji seksualnej młodzieży w całej Polsce.

Młodzież nie jest dziś „rozseksualizowana” bardziej niż sto lat temu [rozmowa z Agnieszką Kościańską]

Czy istnieje realna szansa stworzenia i wprowadzenia do polskich szkół kompetentnej i kompleksowej edukacji seksualnej?

Mam wielką nadzieję, że potrzeby młodych ludzi zostaną w końcu dostrzeżone, potraktowane poważnie i spełnione. W Pontonie odbieramy wiele telefonów i e-maili nie tylko od nastolatków, ale również od rodziców, oburzonych kompletnym brakiem wsparcia ze strony szkół. Rozumiemy ich rozczarowanie, staramy się ich wesprzeć, ale jednocześnie zachęcamy dorosłych, aby skargi kierowali wprost do MEN-u i kuratoriów oświaty. Żyjemy w bardzo konserwatywnych czasach, ale ich plusem jest aktywizacja rodziców, którzy mogą być motorem ważnej zmiany.

**
Aleksandra Józefowska
– od 16 lat koordynatorka grupy edukatorów seksualnych Ponton, pedagożka, trenerka umiejętności psychospołecznych, edukatorka seksualna, psychoterapeutka.

„Pornografia powinna być”

czytaj także

„Pornografia powinna być”

Agnieszka Kościańska

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.