Kraj

Młodzi nauczyciele słyszą: „Jeśli wam tak źle, to zmieńcie pracę”

chlopiec-edukacja-wywiad-kaszulanis

I odchodzą z zawodu, póki jeszcze mogą się przekwalifikować. Rozmowa z Magdaleną Kaszulanis, rzeczniczką Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Jan Smoleński: Na początku roku szkolnego odbył się wielki protest nauczycieli w Warszawie. Czy coś od tego czasu się zmieniło w sytuacji nauczycieli?

Magdalena Kaszulanis: Poza zwiększeniem determinacji i wściekłości – niewiele.

Nauczyciele i część rodziców protestują tak naprawdę już od trzech lat, kiedy minister Anna Zalewska zdecydowała o zmianie struktury szkół, czyli likwidacji gimnazjów. Organizowaliśmy demonstracje i pikiety, w tym wielką, pięćdziesięciotysięczną demonstrację w Warszawie, zbieraliśmy podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w sprawie likwidacji gimnazjów, pisaliśmy listy, spotykaliśmy się z politykami. Nie było żadnych rzeczywistych efektów tych wysiłków. Stąd nowe oddolne inicjatywy protestacyjne nauczycieli, jak „belferska grypa”, i spór zbiorowy, jaki prowadzimy od stycznia tego roku. Nauczyciele są coraz bardziej sfrustrowani negatywnymi konsekwencjami spowodowanymi „reformą” edukacji, obniżającymi się płacami realnymi i upadającym prestiżem tego zawodu.

O złej sytuacji finansowej nauczycieli mówiło się od dawna. Podobnie było z prestiżem zawodu. Przez litość pominę nazwiska dziennikarzy, którzy wszelakich problemów, od „słabego przygotowania ludzi młodych do rynku pracy” po kiepskie wyniki polskich piłkarzy, upatrywali w Karcie Nauczyciela.

Rządy niepisowskie również lekceważyły nauczycieli. Wynika to po części ze sfeminizowania tej grupy zawodowej, a po części z poczucia misji i odpowiedzialności za swoich uczniów, jaką kierują się nauczyciele. W efekcie sytuacja finansowa nauczycieli jest bardzo zła w porównaniu z innymi grupami zawodowymi – średnia płaca w Polsce rośnie z roku na rok, w przeciwieństwie do płac nauczycieli. Zarobki nauczycielskie zaczynają się od 1751 złotych miesięcznie. To sprawia, że nauczyciele zaczynają być tzw. pracującymi biednymi. W szczególnie trudnej sytuacji są nauczycielskie małżeństwa lub samotni rodzice.

Likwidacja gimnazjów doprowadziła do pojawienia się kolejnych problemów. Przede wszystkim do przepełnienia szkół. Z powodu braku sal czasami lekcje odbywają się na kilka zmian, czasami na korytarzu. Zmiana doprowadziła też do rozbicia dobrze funkcjonujących zespołów nauczycieli, którzy dzięki zdobytemu wykształceniu i doświadczeniu byli specjalistami w pracy z dziećmi w trudnym, nastoletnim wieku.

Ci nauczyciele szukają pracy w szkołach podstawowych, ale nie zawsze znajdują zatrudnienie w pełnym wymiarze w jednej szkole. Tacy nauczyciele objazdowi – bo tak się o nich mówi – muszą sklejać pełen etat z cząstek. Zdarzają się przypadki, że ludzie pracują w sześciu czy siedmiu placówkach!

Jak to wpływa na jakość ich pracy?

Jak na rząd, który podkreśla wychowawczą rolę szkoły, rząd PiS działa w odwrotnym kierunku. Nauczyciele objazdowi nie są w stanie spełniać roli wychowawczej. Trudniej im poznać uczniów, poza tym ciężko im obserwować zachowanie podopiecznych, gdy po dwóch godzinach lekcyjnych muszą wsiąść w autobus – lub, jak się zdarza na terenach wiejskich, na rower – i udać się do kolejnej placówki.

Chaos w systemie edukacji. Rok drugi [rozmowa z Justyną Suchecką]

Poza likwidacją gimnazjów zmieniła się też podstawa programowa.

Tym też nauczyciele są sfrustrowani. Podstawy są anachroniczne i przeładowane. Nauczyciele mają coraz mniej czasu, by omówić materiał w szkole. Konsekwencje tego spadają też na dzieci, które muszą do późnych godzin nocnych odrabiać prace domowe, i na rodziców.

W takiej sytuacji nie ma miejsca na innowacje. Nawet jeśli nauczyciele chcą pracować na przykład metodą projektów, to muszą najpierw zrealizować podstawę. Z drugiej strony rodzice mają coraz większe oczekiwania wobec szkoły i to to nauczyciele spotykają się z ich frustracją i niezadowoleniem.

Rodzice winią nauczycieli za zmiany w oświacie?

Wielu rodziców podchodzi do sytuacji ze zrozumieniem, ale to nie znaczy, że nie są niezadowoleni. I nauczyciele to niezadowolenie odczuwają. Oczywiście starają się rozmawiać z rodzicami, ale te rozmowy są trudne, bo nauczyciele nie mają wyboru i muszą podstawę zrealizować.

Sens? Tego w szkole nie przerabialiśmy

czytaj także

Na jakim etapie są rozmowy związkowców z minister Zalewską?

Pierwsze spotkanie odbyło się 10 stycznia. Gdy Anna Zalewska zobaczyła, że przyjechaliśmy w pełnym siedemdziesięcioosobowym składzie zarządu głównego ZNP, zirytowała się i wyszła. Najpierw przez dwie godziny prowadziła rozmowy z „Solidarnością”, która opuściła salę tuż po niej.

Po co państwo przyjechali w tak dużej grupie?

Od wielu miesięcy zapraszaliśmy i panią minister, i premiera Mateusza Morawieckiego do siebie, ale nasze zaproszenia zawsze były ignorowane. Uznaliśmy, że skoro jesteśmy ignorowani, to my przyjdziemy do nich.

W końcu minister wróciła do nas i Forum Związków Zawodowych z wyliczeniami mówiącymi, że nasze żądania płacowe – podwyżka pensji zasadniczej o tysiąc złotych, co pozwoli zbliżyć się pensjom nauczycielskim do średniej krajowej – kosztowałaby około 14 mld złotych, i przedstawiła propozycje zastępcze, o których chętnie potem opowiadała w mediach.

Strajk nauczycielski

czytaj także

Strajk nauczycielski

Ola Hołubowicz

Ministerstwo mówi, że to wyższe zarobki.

Te propozycje to między innymi nowy dodatek dla stażystów wypłacany dwukrotnie w ciągu dwóch lat. Ale pamiętajmy, że Anna Zalewska zlikwidowała dodatek na zagospodarowanie, który był przyznawany młodym nauczycielom w wyższej kwocie.

Dlaczego są to propozycje zastępcze?

Bo nie zwiększają wynagrodzenia zasadniczego.

Podczas kolejnych rozmów 22 stycznia padła propozycja, by przesunąć pięcioprocentową podwyżkę przewidzianą na styczeń 2020 roku na wrzesień tego roku. Ta propozycja również nas nie satysfakcjonuje, bo nie ma ona zabezpieczenia w budżecie. Budżet, który właśnie opuszcza parlament, nie przewiduje środków na tę wrześniową podwyżkę.

Będziemy się tej podwyżki nadal domagać. To, co proponuje Anna Zalewska, to w sumie około 300 zł w dwóch ratach, przy czym na drugą wrześniową ratę nie ma pieniędzy. To oczywiście jest poniżej oczekiwań pedagogów.

Chcemy szkoły życia, nie przeżycia

czytaj także

Ministra edukacji twierdzi, że to będzie 500 złotych. „We wrześniu większość nauczycieli w minimalnym wynagrodzeniu będzie miała 500 zł wynagrodzenia więcej. Prócz tego pojawiają się duże pieniądze na tzw. godziny dodatkowe do dyspozycji dyrektora, a w praktyce to są płatne godziny na zajęcia dodatkowe” – mówiła w wywiadzie dla Polskiego Radia. Te pieniądze za godziny dodatkowe nauczycieli nie satysfakcjonują?

Anna Zalewska wprowadza opinię publiczną w błąd. W styczniu proponuje wzrost wynagrodzenia zasadniczego od 121 do 166 zł brutto, a we wrześniu kolejną 5-procentową podwyżkę. Nawet po ich zsumowaniu nie wychodzi 500 zł. Godziny do dyspozycji dyrektora nie będą dla wszystkich nauczycieli. To nie poprawi sytuacji pedagogów, nie zahamuje odejść ze szkół i nie przyciągnie nowych osób do pracy z dziećmi.

Anna Zalewska mówi, że wrześniowa podwyżka to będzie aż 16 procent.

Pani minister w te 16 procent wlicza pięcioprocentową podwyżkę z kwietnia 2018 roku, tę planowaną styczniową z tego roku – planowaną, bo nauczyciele nie widzieli jeszcze tych pieniędzy– i tę zapowiadaną na wrzesień. To manipulacja. Nauczyciele potrafią liczyć.

A w tym samym czasie premier z kolei powiedział, że nauczyciele mają więcej czasu na odpoczynek.

Spotkało się to z licznymi protestami. Partia Razem stworzyła grafikę prostującą to nieporozumienie.

My wysłaliśmy premierowi raport Instytutu Badań Edukacyjnych, według którego polscy nauczyciele średnio spędzają na pracy po 47 godzin tygodniowo. Jest to wiarygodne badanie przeprowadzone na dużej próbie nauczycieli, są w nim wymienione 54 czynności, które nauczyciele wykonują. To złożona praca, polegająca nie tylko na prowadzeniu lekcji, jak się wydaje premierowi.

Mateusz Morawiecki niestety powiela stereotypy na temat pracy nauczycieli. Słowa premiera tak rozjuszyły nauczycieli, że poważnie myślą o strajku dłuższym niż jednodniowy protest.

Polska szkoła, czyli pokraczna wspólnota

czytaj także

Na ile strajk jest realną możliwością? W 2017 roku nauczyciele też byli w sporze zbiorowym i też w końcu strajkowali, ale był to właśnie jednodniowy protest.

Dzisiaj mamy zupełnie inną sytuację. Otrzymujemy telefony od nauczycieli – nawet niezrzeszonych! – z pytaniami, jak zorganizować strajk. Wcześniej takiej mobilizacji nie było, a dzisiaj nauczyciele chcą strajkować, uważają, że albo teraz, albo nigdy. Tak naprawdę jest to walka nie tylko o pensje, ale o godność i o możliwość pracy w zawodzie. Teraz ten protest łączy różne środowiska oświatowe, sprawia, że ludzie się solidaryzują. Strajk popierają m.in. dyrektorzy szkół, niektórzy samorządowcy, a nawet przedstawiciele szkół prywatnych. Zdają sobie sprawę, że stawką tego protestu jest przyszłość edukacji.

Ze strony związku dopełniamy formalności związanych ze sporem zbiorowym. Do ósmego lutego przedstawiamy nasze żądania pracodawcom, a właściwie jedno: wzrost wynagrodzenia zasadniczego o tysiąc złotych. Potem muszą nastąpić rokowania i mediacje. Jeśli nie zakończą się one porozumieniem, będzie możliwe zorganizowanie strajku.

Jest 2018 rok. Czego uczy polska szkoła?

czytaj także

Jak nauczyciele radzą sobie ze swoją trudną sytuacją finansową?

Starsi nauczyciele często biorą nadgodziny, pracują w dwóch szkołach, z czego w jednej na pół etatu – w taki lub inny sposób dorabiają, bo muszą.

A co robią ci młodsi, w najtrudniejszej sytuacji?

Dyrektorzy szkół i przedszkoli mówią, że do tej pory zawsze mieli stos podań o pracę na biurku. W tym roku w bardzo wielu szkołach są wciąż niezapełnione wakaty. Brakuje nauczycielek i nauczycieli wychowania przedszkolnego, brakuje matematyczek i, fizyków i anglistek. Dyrektorzy organizują zastępstwa lub zatrudniają na rok lub dwa nauczycieli, którzy już przeszli na emeryturę.

Młodzi nauczyciele biorą sobie do serca rady, które otrzymują od starszych kolegów – odchodzą z zawodu, póki jeszcze mogą się przekwalifikować. To swoją drogą ta sama rada, którą dają im fora internetowe, aczkolwiek bez tej życzliwości – „jeśli wam tak źle, to zmieńcie pracę”. I zmieniają.

**
Magdalena Kaszulanis jest rzeczniczką Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Sadura: Zerwijmy z tradycją zaczynania każdej reformy edukacji od zaorania tego, co zbudowali poprzednicy

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.