Kraj

Dziecko, wygugluj sobie seks

Edukacja seksualna

Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, bardzo długo nie wiedziałam, że chłopcy mają inne organy płciowe między nogami niż dziewczynki. W moim domu się o tym nie mówiło, ja chyba też bardzo długo nie wykazywałam zainteresowania – właściwie, co mnie to miało obchodzić?

Pamiętam, że w przedszkolu była wspólna toaleta, to znaczy wspólna przestrzeń umywalek, dwa klozety wydzielone kocami powieszonymi na żabkach. Umowa była taka: nie podglądamy się nawzajem. W sumie chyba nikt rzeczywiście się nie podglądał, przedszkole było integracyjne, były dzieci niepełnosprawne i dzieci zdrowe. Pamiętam, że kiedy mój kolega mnie zdenerwował, a potem jakby nigdy nic wszedł za zasłonę, żeby skorzystać z toalety, to ja odchyliłam tę zasłonę i wbiłam w jego plecy wściekłe spojrzenie, licząc na to, że zaraz odwróci się, usiądzie, a ja go zawstydzę tylko poprzez patrzenie na to, jak żałośnie siedzi na toalecie. Nie odwrócił się i nie usiadł, a ja, trochę rozczarowana, wycofałam się, ciągle nie wiedząc, co on właściwie robił, stojąc tak niewygodnie nad otwartym klozetem. Potem syn koleżanki mojej matki powiedział mi, że chłopcy mają „pindolka”. Nie zainteresowało mnie to, ale zdziwiło. Po co? Potem skończyłam osiem lat, potem dziesięć, potem miałam dwanaście i na własną rękę zdążyłam już dowiedzieć się o męskiej i kobiecej budowie ciała z encyklopedii, a potem powoli zaczęłam korzystać z internetu. Bardzo szybko okazało się jednak, że anatomiczną budową układu rozrodczego nie można się interesować w internecie tylko dla wartości poznawczych. W ten sposób odkryłam pornografię.

Kiedy poszłam do gimnazjum, w trakcie pierwszego albo drugiego tygodnia było spotkanie organizacyjne kółka biologicznego, na które poszłam nie tylko ja, która biologii, anatomii i w ogóle natury, nie znosiłam, ale właściwie wszyscy moi koledzy i koleżanki z rocznika. Mieliśmy po trzynaście lat, siedzieliśmy na drewnianych krzesełkach, nauczycielka mówiła, co będziemy robić, nikt jej nie słuchał, bo wszyscy byli podekscytowani atlasem, który został puszczony do obejrzenia. Był to atlas anatomiczny pełen zdjęć zwłok, które zostały wysuszone, a potem delikatnie pocięte w kluczowych miejscach. Moi koledzy z klasy jako pierwsi dostali go do rąk. Od razu wyszukali strony z kobiecymi genitaliami, wygięli album tak, że teraz sam otwierał się w tym miejscu, po czym puścili książkę dalej. Do mnie też dotarła otwarta na tym właśnie miejscu. Wysuszona macica, wysuszone jajowody, wysuszony przecięty jajnik, zaznaczona punkcikiem wysuszona łechtaczka. Moi koledzy rechotali w pierwszej ławce. Moja późniejsza przygoda z dowiadywaniem się, jak działają pochwa i penis, nie wniosła już wiele nowego.

Edukacja seksualna: „indoktrynacja” i „neutralność”

Na religii ksiądz postanowił, że będziemy po kolei analizować każde przykazanie. Kiedy dotarliśmy do szóstego, a więc do zakazu cudzołożenia, nagle bardzo się ożywił. Zaczęliśmy omawiać wykroczenia wobec tego przykazania. Okazało się, że grzechem, jest nie tylko zdrada małżeńska. Przewinieniami wobec szóstego przykazania okazały się być masturbacja/onanizm, homoseksualizm, transseksualizm, transwestytyzm… Dlaczego miałyby być sprzeczne z szóstym przykazaniem? W drodze do domu płakałam z wściekłości. Czułam się zupełnie bezsilna. Parę tygodni później była kartkówka z lekcji. Były trzy zadania. Jedno z nich polegało na wypisaniu wszystkich, a więc co najmniej dziesięciu, wykroczeń przeciwko szóstemu przykazaniu. To była druga klasa gimnazjum.

W trzeciej gimnazjum przez parę tygodni miałam wychowanie do życia w rodzinie. Przyszła jakaś pani i zaczęła mówić o tym, że kiedy zacznie menstruować, to można zajść w ciążę poprzez uprawianie seksu z chłopakiem. Zaczęła pytać, kto z panów ma polucje. Nikt się nie zgłosił. Potem zapytała, czy prowadzimy kalendarzyk, w którym zaznaczamy sobie pierwszy dzień cyklu i dni płodne. Żadna z moich koleżanek się nie zgłosiła. Na następnym spotkaniu najpierw spotkała się z samymi dziewczynami i znowu zapytała o to samo. Pytała wprost, czy któraś z dziewczyn straciła już dziewictwo i oczekiwała, że któraś z nas podniesie rękę i powie: „Tak, ja. Potem znowu pytała o ten kalendarzyk. Wtedy już któraś z nas się zgłosiła. Ja też się zgłosiłam, bo się tego nie wstydziłam. Potem ta dziwna kobieta powiedziała, że prezerwatywy nie są wielokrotnego użytku. Żebyśmy nie myślały, że jak wypłuczemy prezerwatywę, to nasz partner będzie mógł ją z powrotem założyć. Moja koleżanka zaczerwieniła się i rumieniec nie schodził jej z twarzy do końca dnia, tak bardzo była zniesmaczona tym, w czym musiała brać udział. Tego samego dnia miała jeszcze spotkanie z samymi chłopcami, ale oni nie podzielili się z nami informacjami, o czym z nimi rozmawiała.

Pytała wprost, czy któraś z dziewczyn straciła już dziewictwo i oczekiwała, że któraś z nas podniesie rękę i powie: „Tak, ja.

Było jeszcze jedne spotkanie, na którym znowu byliśmy wszyscy razem i dowiedzieliśmy się wtedy, że każdy człowiek, niezależnie od wieku, dąży do tego, żeby było mu przyjemnie. Seksualnie przyjemnie. Dlatego dzieci chcą jeździć na tych zabawkach, które ustawiane są w centrach handlowych. Bo te zabawki wykonują takie kopulacyjne ruchy. W przód i w tył. Dzieciom jest seksualnie przyjemnie. To naturalne. Wszyscy byliśmy bardzo zniesmaczeni tym stwierdzeniem, po sali krążyły zażenowane uśmiechy. Wszyscy cieszyli się też, kiedy okazało się, że spotkanie z opowiadaniem o dzieciach i ich małych seksualnych przyjemnościach było spotkaniem ostatnim.

Po ukończeniu gimnazjum miałam jeszcze w liceum zajęcia z biologii dotyczące układu rozrodczego. Spędziliśmy na omawianiu tego tematu ze dwa miesiące. Na sprawdzianie trzeba było podpisać jakąś kropkę przy wejściu do pochwy jako błonę dziewiczą. Kiedy wyszłyśmy z koleżanką z sali, powiedziałyśmy do siebie z zażenowaniem: co to było?”. Nigdy na lekcjach nie omówiono, jak błona dziewicza wygląda. Myślałam bardzo, bardzo długo, że to coś, co najłatwiej byłoby przerwać nożyczkami, że ta błona jest jak napięta folia, że wejście do mojej pochwy jest jak zaklejone taśmą. Że przerwanie tej taśmy będzie bardzo, bardzo bolało, że ręce będą we krwi po nadgarstki. Taką też wizje lansowały filmy pornograficzne, które oglądałam. Te o tytule daddy’s little girl first time albo bad pussy gets her first fucking. Tam krew była wszędzie, na palcach mężczyzny, na jego penisie, ściekała po nogach dziewczyny. Musiało znowu minąć wiele lat, żebym odkryła, że po prostu aktorki miały wtedy okres i wykorzystywano te sztuczne sceny, żeby napędzać męską wyobraźnię, żeby mężczyźni przed ekranami wyobrażali sobie, że ci mężczyźni na ekranie naprawdę rozdziewiczają niewinne dziewczyny, że te dziewczyny to bardzo, bardzo, niewyobrażalnie wręcz boli i że ci mężczyźni, zarówno na ekranie, jak i przed ekranami, mają nad tymi obolałymi dziewczynami władzę absolutną.

Moje ciało, mój wybór? Tak, dlatego pracuję na czacie erotycznym

Uwieńczeniem zajęć dotyczących układu rozrodczego był filmik, który zobaczyliśmy trzy razy. Był to poradnik, jak badać piersi, żeby wykryć zmiany nowotworowe. Oglądaliśmy go z kasety, taśma czasami rwała się, po brzegach skakały szare paski. Dziewczyna w filmie najpierw wracała skądś do domu, zdejmowała kurtkę, buty, potem sweter, potem spodnie, potem w samej bieliźnie szła do swojego pokoju, gdzie rozbierała się do naga, a potem szła łagodnie uśmiechnięta do łazienki. Głos z offu zaczynał wtedy mówić: „to bardzo ważne, żeby się badać”. Dziewczyna uśmiechała się do lustra, po czym zaczynała dotykać swoich piersi. Atmosfera w sali gęstniała, wszyscy byli zażenowani tym, co się dzieje. Nauczycielka siedziała przy swoim biurku, wpatrzona w ekran, zadowolona niemal tak samo, jak dziewczyna na filmie. Dziewczyna dotykała swoich piersi, po czym weszła do wanny pełnej piany, gdzie wyciągnęła się wygodnie, oparła głowę o zwinięty ręcznik i zamknęła oczy, zrelaksowana. Nagle na ekranie pojawiała się jakaś starsza lekarka w swoim gabinecie i zaczynała mówić o tym, że najlepiej jeśli piersi partnerce będzie badał jej partner. Akcja filmu wracała do łazienki, gdzie dziewczyna przeciągała się w kąpieli. A potem znowu zaczynała dotykać swoich piersi. Znowu sceny ze starszą lekarką, potem jakąś inną doświadczoną ginekolożką. Znowu jakieś żarty o partnerze. Znowu powrót do łazienki: dziewczyna wychodzi z wanny, owija się ręcznikiem, ale tak, że piersi są na wierzchu, idzie do swojego pokoju, kładzie się na łóżku, odrzuca ręcznik poza kadr – i znowu dotyka swoich piersi. Po tym filmie przez parę tygodni nie badałam się. Myślałam tylko o tym niesmaku, jaki wywoływały o mnie te lekcje.

Dziewczyna uśmiechała się do lustra, po czym zaczynała dotykać swoich piersi. Atmosfera w sali gęstniała, wszyscy byli zażenowani tym, co się dzieje.

Na tym skończyła się moja edukacja seksualna. Ostatnią przestrogą, jaką dostałam w szkole, a która miała mi służyć zarówno wówczas, jak i właściwie teraz, było to, że jeśli zajdę w ciążę i będę pić alkohol, to moje dziecko urodzi się z FAS. Były aż trzy spotkania w auli szkolnej dla całej szkoły. Były prezentacje, filmiki pokazujące dzieci z syndromem FAS, była pani, która mówiła wprost: „jak będziecie chlać wódę, to wasze dziecko urodzi się upośledzone już na całe życie”. Był film, na którym zrozpaczona dwudziestoletnia dziewczyna mówiła: „gdybym tylko nie wypiła wtedy tego pół litra czystej kiedy, byłam w trzecim miesiącu, to Franio nie byłby chory”. Były obrazki porównujące zdrowy i chory płód w poszczególnych etapach rozwoju. Picie alkoholu w ciąży może sprawić, że dziecko urodzi się ślepe, bez kręgosłupa, nie będzie miało palców. Wtedy postanowiłam nie zachodzić w ciążę.

Mimo że starałam się dowiadywać na własną rękę, jak działa mój organizm, jak działam ja jako kobieta, jak działa mój układ rozrodczy, to dopiero na studiach dowiedziałam się z artykułu w gazecie, że kiedy biorę leki antykoncepcyjne, to nie mam dni płodnych. Nie wiedziałam tego i bardzo długo w trakcie tych domniemanych dni płodnych kazałam mojemu partnerowi zakładać prezerwatywę, dla pewności, że nie zajdę w ciążę, a potem przypadkiem urodzę dziecko z FAS.

Nie wiem, jak należałoby mówić do dzieci o tym, że mają genitalia, że są seksualnymi stworzeniami, jak mówić o tym, jak tych genitaliów się używa, kiedy jest się już do tego gotowym. Im starsza jestem, tym częściej widzę, że dla wielu to temat do żartów. Sama dowiadywałam się większości rzeczy na własną rękę. Jakoś udało mi się nie nabyć nieodwracalnej niechęci do swojego ciała, mimo że często trafiałam przy tym na strony pornograficzne, gdzie zazwyczaj kobiety były pokazywane jako narzędzia do zabawy, jako rzeczy, które po prostu można trzymać, dławić, dusić. Mężczyźni byli oprawcami, razem ze swoimi penisami, które robiły krzywdę. Z wykładów i pogadanek nauczycielek i lekarek układał się natomiast wizerunek mężczyzny niemal nieobecnego, nieodpowiedzialnego, kogoś, kto nic nie wie, kto skrzywdzi kobietę, a potem zapomni w ogóle o całej sprawie.

Minęło prawie pięć lat, odkąd ukończyłam szkołę. Jak jest teraz? W Polsce edukacja seksualna, jak i cały seks, to absolutny temat tabu, a jednak „seks (się) sprzedaje”. Sprzedają się półnagie ciała kobiet, dlatego takim ciałem można zareklamować gładź szpachlową, przeprowadzki, promocję na wkrętarki, świeżego karpia i nowy rodzaj gipsu. Piękna półnaga pani reklamuje wyciskarki soku, wygodne kanapy i filtry do wody. Takie cztery półnagie dziewczyny ocierają się o mężczyznę w dresie, który śpiewa „Cztery osiemnastki tylko w mojej furze. Lubią być na dole, kiedy ja na górze”. Dwadzieścia cztery miliony wyświetleń na youtubie.

Co będzie się działo z dziećmi, które dopiero do szkół pójdą, albo w tych szkołach już są, ale nie zdążą już pójść do gimnazjów, bo od razu pójdą do liceów? Będą czytać w swoich podręcznikach, że nie ma ewolucji. To znaczy nie będą czytać o tym, że nie ma ewolucji, po prostu nie przeczytają o czymś takim, jak ewolucja, bo tego słowa i tego pojęcia po prostu nie będzie. Dalej nie będzie edukacji seksualnej, takiej z prawdziwego zdarzenia, której nie będzie prowadzić przypadkowa pani, dorywcza pielęgniarka albo katecheta. Na biologii pewnie dalej będą omawiane układy rozrodcze, w taki sam suchy i całkowicie nieedukacyjny sposób. Już teraz dzieci swobodniej poruszają się po internecie niż po własnym osiedlu. Nie jakaś nudna encyklopedia, do której mnie jeszcze zdarzyło zajrzeć, kiedy miałam osiem lat, ale Google będzie prowadzić dzieci prosto do upragnionej wiedzy. A kto teraz ma odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania? Królowa polskiego Snapchata – medium używanego przez dzieci właśnie w wieku ośmiu, dziesięciu, dwunastu lat – która rozbiera się, pokazuje kolczyki w sutkach, promuje swoją stronę z filmami softporno i mówi o sobie: „kobieta sukcesu”. Codziennie ogląda ją prawie trzysta tysięcy widzów. Dzieci. Ośmiolatków, dziesięciolatków, dwunastolatków. A ona rozbiera się, rozbiera się, rozbiera się i mówi: uwielbiam moje życie, odnoszę takie sukcesy, codziennie uprawiam co dwie godziny seks.

Gdybym teraz miała osiem lat, płakałabym w swoim pokoju. A potem jak najszybciej chciałabym stracić dziewictwo, też uprawiać seks co dwie godziny. Bo tak trzeba. Trzeba pokazywać swoje ciało, mieć wielkie piersi, wypiętą dupę, trzeba być seksowną kobietą. To jest w końcu najważniejsze w byciu kobietą – bycie seksownym kociakiem, który jest posłuszny swojemu panu. To mówił Zmierzch, to mówiło Pięćdziesiąt twarzy Greya, to mówi internetowa wyrocznia dla polskich nastolatków. Edukacja seksualna przecież nie polega na spokojnym wytłumaczeniu, że zbliżenie seksualne jest skomplikowane, że trzeba być dojrzałym nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, że seks to nie jest wkładanie penisa w pochwę jak klucza w dziurkę. Ale skąd dzieci mają o tym wiedzieć? Kto to dzieciom wytłumaczy – skoro rodzice, nauczyciele, podręczniki milczą? Nawet ja nie miałabym teraz pojęcia, jak spokojnie opowiedzieć mojej wyimaginowanej ośmioletniej córce, na czym polega seks. Bo tego też mnie nikt nie nauczył. Więc pewnie po prostu powiem jej: „wygugluj sobie, tam jest wszystko”.

 

Tekst ukazał się w zinie towarzyszącym Manifie 2017 w Poznaniu.

***

Anna Fiałkowska – lat 22, mieszka w Poznaniu, studiuje filologię polską. Publikowała na stronie Ha!art.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Szanowna Autorko
z zainteresowaniem przeczytałam Pani artykuł. Temat jest dla mnie "na czasie", ponieważ mam dzieci w wieku dojrzewania. Wiem, co mówią w chwili obecnej na WDŻ-etach, orientuję się, co głoszą internety, pornografię w sieci i nadmuchaną seksualność w snapchatach, pudelkach, facebookach i innych też już zdążyłam przez ostatnie parę lat poznać.
W stosunku do Pani jestem już dinozaurem, po nauce biologii w ośmioletniej podstawówce, pogadankach o dojrzewaniu w liceum. "Suchą" wiedzę o fizjologii otrzymałam w podstawówce, w wieku lat 11 i 14 - taki był program. Dzięki temu, kiedy miałam 12 lat, nie zaskoczyła mnie pierwsza miesiączka. W domu nikt ze mną nie rozmawiał wcześniej na ten temat, to był temat tabu w tamtych czasach.
W liceum, bodajże w pierwszej klasie, mieliśmy pogadankę. Nikt nie pytał, czy straciłyśmy już dziewictwo. Za to nauczono nas, jak dbać o higienę w czasie miesiączki i jak (!) używać tamponów. Nie czułyśmy się zażenowane, byłyśmy bardzo zadowolone z tej nauki. Była po prostu nam potrzebna.
Następna pogadanka dotyczyła prezerwatyw. Po co są. Jak ich używać. Także bez zbędnych pytań, bez zawstydzania. Wiedzę o dniach płodnych i niepłodnych już miałyśmy. Z podstawówki.
Nie było wtedy WDŻ, jak mówiono o tym na religii - tego nie wiem. Nie chodziłam na religię.
Wiedzę o seksie zaczęłam zgłębiać wtedy, kiedy zaczęłam odczuwać taką potrzebę. Owszem, niektóre z koleżanek opowiadały różne rzeczy, niektóre zaszły w ciążę, ale nie czułam się zobowiązana do zgłębiania tematu, bo inne już wiedzą, a ja jeszcze nie. Wiedziałam, skąd się biorą dzieci. Ale mnie to nie dotyczyło.
Kiedy zaczęło mnie dotyczyć, kiedy zakochałam się, mądra matka podsunęła mojemu chłopakowi Wisłocką. Czytaliśmy z wypiekami na twarzy. Mieliśmy po 17 lat. Wiedza się przydała.
Pyta Pani, kto i jak ma mówić dzieciom o seksualności. Ja odpowiadam: rodzice. Mnie też nie nauczyli, jak to zrobić. Jednak moje dzieci nie chodzą na WDŻ-ty, bo wiedzę przekazujemy im sami. Stopniowo. Wg potrzeb. W szczerych, choć krępujących rozmowach. Wiedzę prawdziwą.
Moim zdaniem rolą rodziców jest edukacja seksualna. Tak jak ich rolą jest przekazywanie wiedzy o ludziach i świecie. O tym, że nadmierne epatowanie seksem w przestrzeni publicznej nie jest dobre. Że należy się szacunek zarówno własnemu, jak i cudzemu ciału. Że pornografia istnieje, ale nie przedstawia "prawdziwej" seksualności. Mówienie o tym, że internet, jak ludzie, mówi wiele, ale niekoniecznie z sensem. Jak wyszukiwać informacje, jak posługiwać się dostępem do sieci, jak korzystać z książek i poradników. To wszystko to wychowanie młodego człowieka. I na tym moim zdaniem trzeba się skupić - nie wyrywając jedynie tematu suchej edukacji seksualnej. Bo seksualność jest tylko składową życia, nie jego sensem.

Pozdrawiam

brawo, właśnie o to chodziło w moim tekście. to, że powiedziałabym mojej przyszłej córce, że ma sobie wyguglować, co to jest seksowanie, penis i ejakulacja było hiperbolą, bo jestem osobą otwartą i myślę, że otwarcie i bez wstydu porozmawiałabym z dzieckiem, przygotowałabym się do tej rozmowy i uważałabym, żeby nie była ani traumatyczna, ani zbyt frywolna (XD).
problem tkwi w tym, że rodzice nie rozmawiają ze swoimi dziećmi. kiedy dorastałam, w moim domu się rozmawiało, ale prawie żadni rodzice moich koleżanek i kolegów nie byli zainteresowani rozwojem swoich dzieci. mój tekst jest wyolbrzymieniem tego, co się teraz dzieje. tematyka seksu jest skomplikowana, bo albo właśnie się ją upraszcza, albo ten temat prowokuje żarciki, albo z kolei jest traktowany tak surowo, że powstaje i pozostaje niesmak i/lub niechęć. rodzice powinni wiele rzeczy robić dla swoich dzieci, często ich nie robią. w dobie internetu dziecko ogląda na okrągło bajeczkę na tablecie zamiast uczyć się literek. stawiam pytanie: kto będzie wprowadzać coraz młodsze pokolenia w takie sfery życia człowieka, jak właśnie owa sfera seksualna, skoro rodzice nie są takimi rozmowami zainteresowani/nie umieją rozmawiać (co jest przecież częste), teraz w szkole edukacji seksualnej, nawet takiej obrzydliwej, o jakiej pisałam, nie będzie, a gugle to strona startowa każdej przeglądarki?

Niestety nie każdy miał szczęście nie chodzić na religię "za komuny i po" i mało kto miał szczęście do dobrze ułożonych zajęć.

"Mimo że starałam się dowiadywać na własną rękę, jak działa mój organizm, jak działam ja jako kobieta, jak działa mój układ rozrodczy, to dopiero na studiach dowiedziałam się z artykułu w gazecie, że kiedy biorę leki antykoncepcyjne, to nie mam dni płodnych. Nie wiedziałam tego i bardzo długo w trakcie tych domniemanych dni płodnych kazałam mojemu partnerowi zakładać prezerwatywę, dla pewności, że nie zajdę w ciążę, a potem przypadkiem urodzę dziecko z FAS."

Akurat lepiej chyba jest, że wiedzy na temat tabletek antykoncepcyjnych nie podaje nam nauczyciel, który akurat ma wolny etat w szkole, by móc prowadzić zajęcia z wychowania do życia w rodzinie bądź matki, które pewnie ich nie używały. Są to specyficzne tabletki, których działanie spokojnie mógł Ci wyjaśnić ginekolog, do którego musiałaś się wybrać, by je zdobyć. I tu jedynie sama byłaś sobie winna, że nie skorzystałaś z jego wiedzy.

mój pierwszy ginekolog, w dodatku pani ginekolog, nie tylko nie wytłumaczyła mi, jak działają tabletki antykoncepcyjne, ale także zapisała mi takie, które doprowadziły do śródkrwawień, utraty miesiączki i omdleń, a kiedy w końcu do niej poszłam (musiałam swoje odczekać, bo przecież nfz), to powiedziała mi, że mam brać je dalej, bo to 'normalne' i 'przecież napisali w ulotce że mogą być takie skutki uboczne'. dopiero kiedy poszłam prywatnie to mogłam z lekarką porozmawiać dłużej niż trzy minuty. lekarze nie są zbyt rozmowni w polsce, nie są zbyt pomocni, szczególnie właśnie ci, którzy są kluczowi, a dostać się do nich na nfz bez czekania paru miesięcy to dopiero marzenie (oczekiwanie na wizytę u endokrynologa trwa średnio trzy miesiące, najczęściej pół roku, kiedy zazwyczaj jest to kwestia jak najszybszego badania). nie na nauczycielu rzeczywiście spoczywa edukowanie dzieci, jak działa antykoncepcja, ale właśnie na lekarzu, który także zazwyczaj nie za bardzo chce wtajemniczać pacjenta w swoją cenną wiedzę, a już szczególnie w obecności rodzica, z którym przecież trzeba pójść, jeśli nie ma się jeszcze 16/18 lat.

To "guglanie" to nie jest głupi pomysł, a właściwie odwrotnie - jedyne dobre rozwiązanie. Oczywiście nie wobec ośmiolatki - ośmiolatka internetu powinna używać sporadycznie - z ośmiolatką trzeba po prostu porozmawiać i nie trzeba do tego żadnej nauki, tylko trochę rozsądku i instynktu rodzicielskiego - którego jeszcze Autorka nie ma, bo i dzieci jedynie sobie imaginuje.

To są rzeczy zbyt intymne, żeby mówić o nich w szkole - trzeba je poznawać w intymnej atmosferze: dowiadywać się od rodziców, zwierzać się sobie wzajemnie z przyjaciółkami, dociekać samodzielnie w internecie, wreszcie - praktykować z najbliższą osobą. Jaka by edukacja seksualna w szkole nie była, to zawsze będzie budziła niesmak. Film o badaniu piersi budzi niesmak. Opowiadanie o cyklu miesięcznym budzi niesmak. Gdyby do tego dołożyć wykład o pigułkach antykoncepcyjnych, to niesmaku nie byłoby wcale mniej - tylko doszłyby kontrowersje, bo część rodziców kazałaby wywalić taką nauczycielkę z pracy.

Czyli co? Jeśli państwo wzbrania się przed edukacją, to trzeba stworzyć alternatywną edukacje? Taka jest myśl, która mi przychodzi do głowy. Np. portal edukacyjny, książeczki (dla 8, 12, 15, 18 latków) ale czy takie rzeczy już nie istnieją? Czy np. taka partia Razem będzie rozdawać pod szkołami książki do edukacji?

Możesz zajrzeć choćby na nie wierzę w bociana, taka alternatywna edukacja tworzy się już od jakiegoś czasu, bo problem też od dawna istnieje.

Bez przesady, ten artykuł jest jakby go napisano w 2005 roku. Ja nigdy nie miałem takiego problemu, teraz są takie czasy, że seks jest niedołącznym elementem naszej kultury i naturalnie przychodzi zaznajamianie się z tym tematem. W tych czasach dzieciaki oglądają filmy, wiedzą o co chodzi i nie jest to jakimś ogromnym tematem tabu, którego się unika.

Nie wiem, kiedy kończyłesz szkołę, ale jako zeszłoroczny maturzysta uważam że problem jest, i to straszny. Przez całą swoją edukację szkolną miałem 3 godziny WdŻ "obowiązkowego", wszystkie w gimnazjum i dotyczące tematów starannie omijających sex, np. "Kto jest dla ciebie autorytetem". Rodziców też miałem dość pruderyjnych, więc wszystkiego musiałem dowiedzieć się sam. Wspominając odzywki kolegów nie byłem jedyny, ale przynajmniej nie poszło mi najgorzej. Głównie dlatego, że angielski nie stanowwił dla mnie bariery.

Uczyłem się z https://www.plannedparenthood.org/learn, później trafiłem na kanał Zbliżenia na YT(https://www.youtube.com/channel/UCiRN4DkI8cBryE1rDpeqDiQ). Dopiero w gimnazjum, w kąciku antyków w bibliotece trafiłem na Sztukę kochania Wisłockiej i Erotyzm(Erotykę? nie pamiętam tytułu) Boy'a Żeleńskiego. Innych polskich źródeł do dzis nie potrafię podać, więc uważam, że są bardzo potrzebne.

Najbardziej mnie smuci fakt, że o związkach w dzisiejszych czasach więcej nauczy Pornhub, niż polska szkoła. Nie chcę sprawdzać, czy można upaść niżej. I nie ironizuję, uruchomili ostatnio portal edukacji seksualnej: http://www.pornhub.com/sex/

A ja gratuluję autorce tekstu długotrwałej pamięci...
W wieku 22 lat (dnia 15 marca 2017 roku --> przyjmuję datę publikacji tekstu) pamięta bardzo dokładnie (ze szczegółami) co miała podczas "nieszczęsnych" lekcji... oraz dokładnie pamięta jaki film oglądała (opowiadając przy tym ze szczegółami co się w nim działo).
Może podeśle Pani link do tego filmu? (żart)

Mając tak dobrą pamięć... wydaje mi się, że marnuje się Pani pisząc teksty.
Wydaje mi się, że w branży finansowej (szczególnie tradingu) odniosłaby Pani większy sukces...
Pozdrawiam.