Kraj

Dudkiewicz o książce Gduli: W sprawie uchodźców potrzeba ognia

gdula-maciej

Gdula ma rację – lewica nie będzie wiarygodna, jeśli nie stanie po stronie uchodźców. Błędem jest nie tylko milczenie, ale także mówienie o sprawie słusznie, ale rzadko, mądrze, lecz bez zaangażowania.

Maciej Gdula proponuje, by jednym z podstawowych elementów strategii wprowadzenia lewicy do parlamentu było twarde i wyraziste optowanie za przyjmowaniem uchodźców. Nietrudno zgadnąć, jaką reakcję słyszy najczęściej: „chyba upadłeś na głowę”.

Jeśli się jednak zatrzymać nad tym pomysłem, okazuje się on wcale nie tak absurdalny.

Niewiarygodni liberałowie

Na pierwszy rzut oka uchodźcy wydają się być przegraną sprawą, której odgrzewanie to sposób na medialne i polityczne samobójstwo. Stawanie z najsłuszniejszymi choćby hasłami na transparentach naprzeciw większości społeczeństwa, która o żadnych uchodźcach słyszeć nie chce, to przecież recepta na klęskę. Takie podejście nie uwzględnia jednak szeregu elementów.

Cała Polska czyta o Miastku

czytaj także

Cała Polska czyta o Miastku

Krytyka Polityczna

Pierwszy z nich Gdula wskazuje wprost: temat uchodźców to jedno z pól, którego po prostu nikt nie uprawia, z góry uznając, że to ziemia jałowa. Podobnie jak w przypadku koncepcji przyszłości Unii Europejskiej – innej niż infantylne „wstawanie z kolan”, innej niż nostalgia za pozycją chwalonego prymusa europejskiej klasy – brakuje w Polsce mocnego głosu wsparcia dla ludzi uciekających przed wojną. Mamy do wyboru albo zdecydowany opór wobec przyjmowania kogokolwiek, albo nabieranie wody w usta i kluczenie. Polska debata polityczna o uchodźcach jest zatem skrajnie niesymetryczna, a wolna przestrzeń – ogromna.

To jasne, że nie zagospodarują jej liberałowie. Po pierwsze, zabraknie im odwagi. Po drugie, byliby niewiarygodni. Nie kto inny, jak Ewa Kopacz, koncertowo przegrał sprawę kryzysu uchodźczego w momencie, gdy jeszcze wszystko mogło się potoczyć inaczej. W sytuacji domagającej się jasnego stanowiska uniki nie były żadnym rozwiązaniem – podobnie jak narracja oparta o argument: „bo Bruksela (ewentualnie Angela Merkel) nam każe”. W jakkolwiek jednoznaczny sposób (odwołując się choćby do kategorii „przyzwoitości”) Kopacz wypowiedziała się dopiero przymuszona wystąpieniem Adriana Zandberga podczas słynnej debaty telewizyjnej przed wyborami. Krótko po wyborach Platforma wróciła jednak do swojego pierwotnego stanowiska, czyli jego braku – ilekroć próbowano dowiedzieć się, co ostatecznie politycy PO sądzą o przyjmowaniu uchodźców, w ich oczach pojawiał się strach.

Co więcej, liberałowie spod znaku Platformy i Nowoczesnej i tak nie mogliby przekonująco wejść w rolę obrońców skrzywdzonych i poniżonych. To oni przecież – przy wsparciu wpływowych ośrodków medialnych – przez wiele lat stosowali strategię upokarzania, demonizowania i obśmiewania słabszych od siebie: „moherów”, „ciemnogrodu”, „patolo” czy „homo sovieticusów”. Swoje uprzedzenia również ubierali w szaty racjonalności, rzekomej naukowości i oświecenia – tak jak trzy lata temu zarządcy antyuchodźczej wyobraźni. Z powodzeniem zresztą stosują ją do dziś.

Niechęć do uchodźców to nie fatum

Podjęcie sprawy uchodźców może być w tej sytuacji naturalnym pomysłem dla lewicy. Stara się to robić Partia Razem, nie czyniąc jednak z tematu jednego z głównych elementów agendy (co nie zmienia faktu, że na polskiej scenie politycznej jest ona – wraz z Zielonymi – zdecydowanie najbardziej prouchodźczą formacją). Oczywiście, sam fakt, że jakaś przestrzeń jest pusta, nie znaczy z góry, że warto się nią interesować. Na bagna też nie wchodzą tłumy – a kto się odważy, często tonie. Przez bagna może jednak prowadzić twarda i udeptana ścieżka. A jeśli jej nie ma – warto spróbować zbudować system kładek i pomostów. Trzeba jednak jeszcze ustalić, po co.

„Czy ten chleb smakuje tak samo, jak upieczony przez Polaka?”

Lewica nieustannie narzeka, że PiS „ukradł” jej postulaty socjalne, nie może jednak skupiać się wyłącznie na tym, jak je z rąk prawicy odbić. Równolegle musi tworzyć własną, autonomiczną agendę, uzupełniającą rywalizację na polu socjalnym. Często łatwiej jest sformułować własne propozycje niż przekonująco przejąć czy skontrować cudze. I właśnie we wprowadzeniu własnej narracji – opartej o przekonujący, angażujący ludzi przekaz – tkwi szansa na zyskanie wyrazistości. Nie przyniesie jej licytowanie się na socjal z tymi, którzy rozwiązania społeczne już wprowadzają i mają realną władzę, by czynić to dalej. Wydaje się, że to właśnie to kryterium – możliwości zaznaczenia odrębności – Gdula uznał za kluczowe przy formułowaniu pomysłów na swoje „lewicowe tak”. Dotyczy to nie tylko uchodźców oraz przyszłości Europy, ale także praw kobiet i pluralizmu – w Sejmie nie da się przecież choćby porozmawiać o projekcie liberalizującym prawo aborcyjne.

Dlaczego jednak „lewicowe tak” akurat w sprawie uchodźców miałoby szanse powodzenia? Rzecz w tym, że stosunek Polek i Polaków do ofiar wojny nie jest wynikiem jakiegoś fatum. Z trzeźwej oceny procesów zachodzących w społeczeństwie (opartych na badaniach opinii publicznej, obserwacjach dynamiki i tempa zmian przekonań obywateli i obywatelek, a także z badań zespołu Gduli w Miastku) wynika, że ta – rzekomo niezwykle mocno ugruntowana i nieprzejednana – niechęć do przyjmowania uchodźców jest wynikiem politycznych i medialnych działań osób i środowisk, które w 2015 roku uznały, że na wzbudzaniu poczucia zagrożenia mogą sporo ugrać. Niechęć do uchodźców to zatem efekt przyjętej strategii zarządzania strachem, a nie „naturalnych” czy wdrukowanych sto lat temu w polskie umysły i serca skłonności do odrzucania Obcego. Wiele osób zmieniło w krótkim czasie zdanie pod wpływem rozbudowanej i aktywnej kampanii antyuchodźczej. Tym skuteczniejszej, że szybkiej, zmasowanej i wyrachowanej, niezderzonej z przemyślanym ani mocnym oporem. O walkowerze opozycji była już mowa, z kolei reakcja polskiego Kościoła hierarchicznego była ewidentnie spóźniona. Siły niektórych tylko środowisk kościelnych czy społecznych oraz aktywistów i aktywistek były zbyt małe, by stworzyć mocną i przebijającą się kontrnarrację dla opowieści o „byczkach zalewających Europę w celu gwałcenia naszych kobiet i przejadania socjalu”.

Uwierzyć w ludzi

To wcale nie musiało się tak skończyć – na to wskazuje również Gdula. A skoro nie musiało, skoro w tak krótkim czasie udało się przekonać dużą grupę społeczeństwa do zmiany postawy, to być może uda się również część tego procesu odwrócić. I nie chodzi o naiwną wiarę w uczynienie Polski miejscem najbardziej otwartym na uchodźców w Europie, ale o przekonanie, że sprawa wsparcia dla nich nie jest jeszcze doszczętnie stracona. Musi w to wierzyć także Maciej Gdula – inaczej nie proponowałby przekucia tej sprawy w polityczny oręż.

Gdula: Rzuciłem w okno cegłówką

Część jego badań nie została zresztą w tym względzie zrozumiana. Liberalna część opinii publicznej nieraz wyczytywała z raportu Gduli tezę, jakoby skłonność do pogardzania słabszymi i zdanymi na naszą pomoc uciekinierami była nieodzowną składową mentalności wyborców PiS-u. Taki wniosek czyniłby oczywiście propozycję Gduli absurdalną. Ponieważ temat aż ocieka od moralności, wielkich słów, wartości i haseł, w bardzo prosty sposób może stać się pałką do okładania po głowie ludzi inaczej myślących. Oto ci, którzy pogardzają, odrzucają, nie rozumieją, nie mają w sobie współczucia, miłości, solidarności, czy po prostu rasiści. Po drugiej stronie my, rycerze światła na białych koniach niosący wsparcie uciśnionym i sierotom. Z wysokości białego konia nikogo jednak nie przekonamy. Ryzyko to widać przy okazji dyskusji odbywających się w Kościele. Nie widziałem jeszcze żadnego przeciwnika przyjmowania uchodźców, który dałby się przekonać moralizatorskiej narracji usnutej z haseł w rodzaju „grzechu”, „potępienia” czy wykluczania ze wspólnoty chrześcijan. Samemu zdarzało mi się ją stosować – wiem, że nie działa. Znam za to chrześcijan, którzy dali się porwać wielkim i gorącym wartościom, w kategorii których da się wypowiedzieć postulat przyjmowania ofiar wojny w Polsce. Mówiąc skrótowo: katolików niechętnych przyjmowaniu uchodźców do zmiany zdania skłaniał nie moralny szantaż, lecz moralna siła przyciągania Ewangelii.

Neoautorytaryzm, a nie populizm. Skąd się wzięła „dobra zmiana”

Skuteczniej niż do ludzi twardo i zdecydowanie antyuchodźczych można dotrzeć do niemałej grupy osób, które w istocie pozostają w tej kwestii chwiejne. Dziś, gdy jedna narracja zdobyła pozycję dominującą, obrona postulatu przyjęcia uchodźców wymaga silnych przekonań. Łatwiej jest – nawet wbrew swoim moralnym intuicjom – przyjmować pozycję umiarkowanego sceptyka. Stanąć w obronie uchodźców oznacza dziś bowiem stanąć w kontrze do większości społeczeństwa, często w kontrze do swojej rodziny czy znajomych. Potencjalnie może narażać na hejt, agresję lub – nie mniej niszczące – politowanie. Stworzenie wyrazistej reprezentacji politycznej, która poniesie solidarność z uchodźcami na sztandarach, wspartej postacią wiarygodnego lidera, który będzie odwoływał się do grupy nieprzekonanych, może sprawić, że spora część z nich odetchnie z ulgą: „a więc jednak można!”.

Bądźcie gorący!

Gdula ma rację jeszcze z innego powodu – lewica nie będzie wiarygodna, jeśli nie stanie właśnie po stronie uchodźców. Traktowanie tej sprawy jak jednej z wielu jest wyrazem ślepoty. To sprawa zbyt istotna dla przyszłości Europy i zbyt silnie rozpala społeczne emocje, by nie uznać jej za kluczową.  To temat, zgadzam się tu z Gdulą, który wyznacza spór wizji świata i dobrego społeczeństwa. Bez zajęcia w nim jasnego stanowiska trudno myśleć o podmiotowości politycznej. Błędem jest nie tylko milczenie, ale także mówienie o sprawie słusznie, ale rzadko, mądrze, lecz bez zaangażowania, jasno, ale tak, że nie jest to kluczowy element agendy. Dlatego właśnie podniesienie postulatu przyjmowania uchodźców nie wydaje się tylko sprytnym posunięciem, wyrafinowaną strategią polityczną – jest koniecznością, aby być lewicą, a tym bardziej, by być lewicą znaczącą.

Do pewnego stopnia sytuacja lewicy jest w tej sferze analogiczna do sytuacji Kościoła katolickiego. W kwestii przyjmowania przybyszów jednoznacznie wypowiadają się nie tylko polscy biskupi, nie tylko nauczanie Kościoła i papież Franciszek, ale po prostu Ewangelia. Na poziomie wartości sprawa jest jasna: chrześcijanin jest zobowiązany pomagać przybyszom, a więc w oczywisty sposób tym bardziej uchodźcom. Problemy są jednak dwa: pierwszy to wspomniany już wcześniej protekcjonalizm, który, zamiast zmiany nastawienia, wywołuje w adresatach bunt i postawę obronną. Drugim jest strach polskich hierarchów. Biskupi – choć mijają kolejne miesiące – wciąż nie zaangażowali w sprawę przyjmowania uchodźców swojego autorytetu w stopniu, w jakim zwykli to czynić w innych sprawach. Dziś ich strach jest jeszcze większy niż w 2015 roku, kiedy przestrzeń dla zbudowania prouchodźczej agendy była znacznie większa. Nawet wówczas jednak obawa przed zajęciem i wytrwałym bronieniem wyrazistego i twardego stanowiska zwyciężyła. Do rangi symbolu urasta fakt, że polski Episkopat do dziś nie skierował do swoich wiernych listu pasterskiego w tak palącej społecznie i moralnie sprawie. Mając – i nawet je wyrażając – słuszne intuicje, biskupi nie byli gotowi bronić ich z całą mocą i ogniem. Lewica nie powinna popełnić ich błędu. Jej liderzy powinni wziąć sobie do serca zawarte w Apokalipsie świętego Jana wskazanie: „obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”.

Gorące emocje nie muszą stać wyłącznie po stronie rzeczników antyuchodźczej opowieści. Widać to na przykładzie przekazu i działań strony uchodzcy.info czy inicjatywy „Chlebem i Solą”. Łączą one powoływanie się na liczby, dane i badania z pracę organiczną oraz klarowną i ugruntowaną w wartościach narracją. Apelując o otwartość na uchodźców, można odwoływać się do najlepszych stron ludzkiej natury: solidarności, miłości, współczucia, przywiązania do pokoju. Gdula przekonuje: „Mówiąc o uchodźcach, mówimy o kwestii, która definiuje to, czym jest Polska. Niechęć do uchodźców mówi o tym, jaka jest i jaka ma być Polska”. Wydawałoby się, że to świetna przestrzeń do budowania pozytywnej i angażującej wizji naszego kraju.

Jak zmanipulować fakty o uchodźcach, czyli studium dziennikarstwa kołtuńskiego

Owszem: w powiedzeniu uchodźcom „nie” zyskujemy moc rozstrzygania o ich losie, w tym także o ich życiu i śmierci. To daje poczucie sprawstwa. Ale poczucie mocy można też realizować poprzez ratowanie ludzkiego życia, ocalenie go, udzielenie ochrony. Jakaż siła bije ze świadomości, że ocaliło się niewinne dziecko! Widać to, gdy dzięki internetowej zbiórce uda się choćby zebrać odpowiednią sumę na skomplikowaną i drogą operację. Da się to pokazać również w przypadku małych uchodźców uciekających przed bombami. Wymowa jest tym silniejsza, gdy decyzję o przyjęciu do Polski ofiar wojny i prześladowań podejmiemy sami – bez „nacisków Brukseli” (jakkolwiek brutalnie uproszczony jest to przekaz). Ewie Kopacz nie mogło się udać, bo nie odwołała się do sprawczości i decyzji społeczeństwa, tylko do geopolitycznej konieczności. Ale jeśli społeczeństwo samo dokona wyboru, będzie potem gotowe go bronić – z dumą i nadzieją. To emocje, które mogą wygrać ze strachem. Tej siły nie ma natomiast strach innego rodzaju – przed unijnymi karami – ani tym bardziej miałkość i obojętność. To emocje, które kierują nas ku przyszłości i owej wspomnianej przez Macieja Gdulę innej wizji Polski, a nie koncentrują się na tu i teraz i moralnym osądzie osób dziś niechętnych przyjmowaniu uchodźców.

Nieoczekiwana synergia

Wróćmy na chwilę do Kościoła. Nie jest tak, że strach hierarchów nie ma żadnych podstaw. Wynika on ze świadomości, że katolicy w Polsce są w tej sprawie równie podzieleni, co całe społeczeństwo. Nie zmienia to faktu, że siła, która opowie się z dużą mocą po stronie przyjmowania uchodźców, może liczyć przynajmniej na życzliwość grupy wpływowych biskupów, mogących się równolegle zaangażować w budowanie alternatywy dla antyuchodźczej dominacji w sferze publicznej. Nie dojdzie tu oczywiście do żadnego sojuszu biskupów z lewicą. Możliwa jest jednak synergia – tym bardziej, że część hierarchów źle znosi styl, w jakim ich apele są ignorowane przez obecne władze. Rzecz zatem nie w tym, by ubijać z Episkopatem interesy i się mu przymilać, lecz w tym, by wykorzystać potencjalnie korzystny mechanizm. Czasami nie trzeba iść razem, by iść w tę samą stronę. Uświadomienie sobie tego jest istotne również po to, by pomóc lewicy przełamać obawę przed osamotnieniem, które miałoby nastąpić w przypadku opowiedzenia się za przyjmowaniem uchodźców. Partię, która to uczyni, wesprze część środowisk kościelnych, a także dynamiczne i zaangażowane ruchy społeczne oraz organizacje pozarządowe. Jeśli lewicowa siła polityczna zechce to wykorzystać, nie zostanie wcale sama.

Matyja o książce Gduli: Ambitna recepta czy diagnoza niemocy?

Gdy się to wszystko zbierze w całość, okazuje się, że argumentów za tym, by uczynić z przyjmowania uchodźców ważny – czy wręcz tożsamościowy – postulat polityczny, wcale nie jest mało. Czy to się powiedzie? Przede wszystkim nie wiadomo, czy ktoś się na to zdecyduje. Warto ponadto propozycję Macieja Gduli rozpatrywać w pakiecie – uchodźcy mogą być jednym z najważniejszych elementów politycznej agendy, ale mimo wszystko nie jedynym. Wiele wreszcie będzie zależeć od wykonania – tego kto, co dokładnie, kiedy i jak będzie mówił.

Ale ja, gdy słyszę pomysł Gduli na to, by sprawę uchodźców uczynić elementem „lewicowego tak”, odpowiadam: w tym naprawdę jest metoda.

***

Raport Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta został opracowany przez Macieja Gdulę przy współpracy Katarzyny Dębskiej i Kamila Trepki. Sfinansowano go ze środków Fundacji im. Friedricha Eberta. Przy wsparciu Fundacji ukazała się również inspirowana badaniami książka Macieja Gduli Nowy autorytaryzm.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.