Kraj

Do kogo należy rodzina i dlaczego do prawicy?

rodzina

Potrzebujemy rodzin zastępczych, choć nie oferujemy im ani godnego wynagrodzenia, ani stabilnego zatrudnienia, ani nawet społecznego szacunku. Zmiany przygotowywane przez rząd jeszcze pogorszą sytuację.

Nadchodząca wielkimi krokami nowelizacja Ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej z 2011 roku (obecnie na etapie konsultacji społecznych) poruszyła w ostatnich dniach wiele środowisk, a to za sprawą dwóch planowanych zmian.

Pierwsza z nich stanowi kontynuację dobrze znanego w naszym kraju paradygmatu dręczenia kobiet, którego nową odsłoną będzie wydłużenie tzw. czasu zrzeczenia z sześciu tygodni do czternastu tygodni (Art. 119 ze znaczkiem 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Chodzi o czas, jaki kobieta ma na zmianę decyzji o oddaniu dziecka po porodzie. Wydłużanie tego okresu o kolejne osiem tygodni będzie rozciągnięciem prawnego zawieszenia dziecka, które w najlepszym przypadku spędzi te 14 tygodni w rodzinie zastępczej, a w najgorszym – w domu małego dziecka lub ośrodku preadopcyjnym. Tak czy inaczej pierwsze miesiące spędzi bez adopcyjnych rodziców, więc nie będzie mogło z nimi budować więzi emocjonalnej od pierwszych tygodni.

Dla jego biologicznej matki oznacza zaś instytucjonalne potwierdzenie faktu, że polska kobieta nie jest zdolna do podjęcia dojrzałej decyzji w swojej własnej sprawie. Dlatego też jej decyzję należy urzędowo dodatkowo wybadać, opukać i podźgać biurokratycznym palcem, zupełnie jakby materia i bez tej ingerencji nie była wystarczająco bolesna dla kobiet.

Drugą zmianą, o której w ostatnim czasie było głośno, jest wprowadzenie mechanizmu nagradzania gmin za szybkie zwroty dzieci odebranych uprzednio z rodzinnych domów, w których doszło do zagrożenia zdrowia lub życia tych dzieci (Art. 191, ust. 9, 9a, 9b po zmianach). Jeśli dziecko wróci do rodziny w ciągu roku, gmina zostanie finansowo nagrodzona. Jeśli jednak nie wróci – gmina poniesie finansową karę na rzecz powiatu. Cel jest jasny: zwiększyć liczbę dzieci przywróconym rodzinom biologicznym.

Dzięki temu rząd będzie mógł wykazać, jak bardzo w tabelach wzrosła liczba reintegracji, a więc jak skutecznie zatroszczył się o polską rodzinę. Polska rodzina bowiem w ostatnich latach została jasno zdefiniowana politycznymi praktykami: musi być heteroseksualna, biologiczna i płodna. Rodziny niemieszczące się w tej grupie mogą liczyć w najlepszym układzie na zignorowanie przez rząd, a w najgorszym – na konsekwentne ograniczanie swoich praw, jak stało się z osobami niepłodnymi, które od lipca 2016 roku nie mogą liczyć na dofinansowanie przez państwo leczenia metodą in vitro.

Naprotechnologia zamiast in vitro? [ROZMOWA]

czytaj także

Rodziny jednopłciowe są zarówno ignorowane, jak i szykanowane. Rodziny adopcyjne są deklaratywnie wspierane, ale wyczekują w coraz dłuższych kolejkach adopcyjnych, ponieważ od momentu wygaszenia programu refundacji in vitro liczba kandydatów na rodziców adopcyjnych wzrosła i zasiliły ją osoby, które nie mają już środków na kolejne zabiegi. Natomiast liczba dzieci oddawanych do adopcji pozostała na dotychczasowym poziomie, a należy się spodziewać, że w wyniku dwóch opisanych wyżej zmian jeszcze się zmniejszy. W konsekwencji czas oczekiwania na adopcję ulegnie dalszemu wydłużeniu, choć już obecnie wynosi około 3 lat, jeśli kandydaci chcą adoptować dziecko młodsze niż roczne.

Adopcje zagraniczne – gdzie tkwi problem?

czytaj także

Nowelizacja odnosi się do jeszcze jednej ważnej kwestii, tym razem dotyczącej kolejnej grupy niewidocznych rodzin, mianowicie rodzin zastępczych. I to jest zarazem ten punkt, który również powinien przyciągnąć uwagę polskiej lewicy.

Rodzina zastępcza: sposób na biznes?

W ostatnich dniach trafiła w moje ręce praca studencka, której autor uznał wprawdzie funkcję rodziny zastępczej za szlachetną, ale jednocześnie podniósł, że dla wielu rodzin zajmowanie się cudzymi dziećmi może stanowić pomysł na biznes i prowadzić do nadużyć. Dlatego jego zdaniem zasadne jest ścisłe kontrolowanie rodzin zastępczych i sprawdzanie, czy ich motywacje nie są jedynie finansowe. Na kolejnych zajęciach spytałam więc studentki i studentów, czy wiedzą, ile w 2018 roku wynoszą stawki zawodowych rodzin zastępczych.

Nie wiedział nikt.

Poprosiłam więc o podniesienie rąk przez te osoby, które nie przepadają za dziećmi. Podniosły się ręce dwóch osób.

Zaproponowałam wspólne sprawdzenie hipotezy o zostawaniu rodzinami zastępczymi dla pieniędzy. „Mam dla państwa ofertę pracy w charakterze rodzin zastępczych – powiedziałam – ale ponieważ nie lubicie państwo dzieci i państwa motywacja jest głównie finansowa, proszę mi podać oczekiwaną stawkę i warunki, które mimo to mogłyby państwa skusić do podjęcia tej pracy”.

Po namyśle obie osoby wybrały zawodowe rodziny specjalistyczne, bo – jak wyjaśniły – „dzieci jest wtedy mniej, to jakoś podołają, choć ich nie lubią”. Zawodowa rodzina specjalistyczna zajmuje się między innymi opieką nad dziećmi o szczególnych potrzebach i dlatego też, przynajmniej w teorii, powierzane jest im tylko jedno dziecko, czasem dwoje. W praktyce często takie rodziny mają pod swoją opieką troje i więcej dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności. Jak wiemy dzięki wydarzeniom ostatnich dni, jest to grupa dzieci, które za wszelką cenę powinny się urodzić, ale kiedy już pojawią się na świecie, będziemy blokować sejmowe windy i łazienki, aby ich opiekunowie przypadkiem nie wywalczyli dodatkowych 500 zł świadczenia na opiekę nad osobami z trwałą niepełnosprawnością i niezdolnością do pracy.

Nie będzie godności bez pieniędzy

Otóż część takich dzieci – pomimo chwalebnego faktu narodzin wspieranego przez konserwatywne środowiska – nie jest później wychowywana przez rodziców biologicznych, a zostaje oddana systemowi, czyli domom pomocy społecznej lub specjalistycznym rodzinom zastępczym, o ile te ostatnie w ogóle istnieją w danym powiecie. Na ogół nie istnieją, bo osoby z niepełnosprawnościami wynoszą aż 11% ogółu wychowanków placówek opiekuńczych i domów dziecka, co oznacza jednocześnie, że nie znaleziono dla nich rodzin zastępczych.

To ostatnie nie jest akurat dziwne, ponieważ rodziny specjalistyczne stanowią najmniejszą grupę spośród wszystkich typów zawodowych rodzin zastępczych. Najwięcej jest zwykłych rodzin zawodowych opiekujących się kilkorgiem dzieci (aż 62% wszystkich zawodowych rodzin), drugą najbardziej popularną formą zawodowstwa jest prowadzenie rodzinnego pogotowia opiekuńczego dla minimum trójki dzieci (26%), zaś rodzin specjalistycznych jest zaledwie 12%.

W moim studenckim eksperymencie jedna z osób skłonna do stworzenia takiej rodziny ze względów finansowych dostała pięciolatka z czterokończynowym porażeniem (odnotowałam pewne rozczarowanie, gdy sprawdziła, że przy tetraplegii będzie musiała też wykonywać wszystkie czynności pielęgnacyjne przy unieruchomionym dziecku). Druga osoba dostała trzylatkę z zespołem Downa i ośmiolatka z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, na wózku do kompletu. Nawet się ucieszyła, powiedziała, że da radę.

Niepełnosprawnym należy się więcej – i równiej

Pierwsza studentka zażądała za swoje usługi 3900 zł netto oraz dodatku 500 zł (poza świadczeniem 500+), „możliwości oddania dziecka na parę dni czy miesiąc do jakiegoś zaufanego ośrodka, takiego dobrego, kiedy będę chciała wziąć urlop czy odpocząć”, pracy na etat i przywileju w dostępie do specjalistów (wizyty bez kolejek).

Druga osoba zażyczyła sobie pięciu tysięcy na rękę i „zera problemów przy załatwianiu sprzętu, na przykład, jak trzeba będzie wymienić wózek – że idę i od razu dostaję”. Jej warunki zostały uzupełnione o umowę o pracę i dostępność rodziny pomocowej, ilekroć zażyczy sobie dnia wolnego od pracy.

Rzeczywistość prekaryjna

Zapadła cisza, kiedy wyjaśniłam grupie, że:

– będą pracować jedynie na umowę zlecenie, bo tylko taki model przewidziała ustawa z 2011 roku, a nowelizacja nie planuje tu żadnej zmiany (Art.54. ust. 8);

– mają wprawdzie prawo do skorzystania z rodziny pomocowej na czas urlopu, ale w praktyce zdarzy się to tylko pod warunkiem, że sami ją znajdą. Pozostawienie zaś dzieci pod opieką zaufanych osób czy członków ich własnej rodziny jest bezprawne, nawet jeśli mówimy o trzech godzinach „wychodnego” . Dziećmi przebywającymi w rodzinnej pieczy zastępczej mają prawo zajmować się jedynie osoby uprawnione, to jest takie, które ukończyły kurs i otrzymały kwalifikację (Art. 74. ust. 1, pkt 1 i 2). Dlatego też istnieją rodziny zastępcze, które od kilkunastu lat nie wzięły urlopu, bo nie mają komu powierzyć na ten czas dzieci. Tutaj również autorzy nowelizacji nie przewidzieli zmiany;

– nie dostaną żadnych preferencji w dostępie do opieki specjalistycznej. Potrzeby wszystkich obywatelek i obywateli powinien w tym zakresie pokryć Narodowy Fundusz Zdrowia, nawet jeśli czas oczekiwania na wizytę u ortopedy wynosi kilkanaście miesięcy;

– nie otrzymają także żadnych preferencji w dostępie do sprzętu dla osób z niepełnosprawnościami;

– ich miesięczne wynagrodzenie w 2018 roku wynosi 2000 zł. Brutto. Co wynika z Art. 85.1 ustawy o wspieraniu rodziny.

Nowelizacja przewidziała tu odważną zmianę: od tej pory zawodowej specjalistycznej rodzinie zastępczej będzie przysługiwało wynagrodzenie „nie niższe niż kwota minimalnego wynagrodzenia za pracę” (Art. 85. 1 i 2). Obecnie wynagrodzenie minimalne wynosi 2100 zł brutto. Jest więc na czym robić biznes.

Protestuję w tej sprawie już od 12 lat. Na ulicach, w Sejmie, gdzie się da

Był to interesujący moment zajęć. Kilkanaście par oczu wpatrywało się we mnie z przekonaniem, że biorą udział w niezrozumiałym eksperymencie społecznym, który finalnie okaże się żartem. Kiedy zaś dodałam, że niezawodowe rodziny zastępcze, których jest pięciokrotnie więcej niż rodzin zawodowych (dane GUS 2017), a więc to na ich istnieniu przede wszystkim opiera się system zastępczej pieczy rodzinnej, pracują za darmo i ich stawka wynosi równe 0 zł miesięcznie, jak również nie są ubezpieczone medycznie, a czas ich pracy nie liczy się do emerytury, byli już przekonani, że ten żart jest dodatkowo mało zabawny.

Ale to nie był dowcip. I nie jest nim od 2011 roku, a ustawodawca zamierza ten żart kontynuować.

W rodzinie lepiej, czyli o likwidacji domów dziecka

Jednocześnie Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej planuje do 2020 roku przenieść wszystkie dzieci poniżej 10. roku życia z domów dziecka właśnie do rodzin zastępczych. Piecza rodzinna, co również jednoznacznie wynika z badań, jest najlepszym środowiskiem dla dzieci niemogących się wychowywać w rodzinach pochodzenia. Możliwe jest w niej przede wszystkim budowanie indywidualnych więzi z opiekunem i przebywanie w środowisku domowym, a nie w instytucji z rotującymi pracownicami i pracownikami. Skąd jednak te rodziny się wezmą, pozostaje pewną zagadką, szczególnie w świetle retorycznego pytania jednego ze studentów: „Naprawdę są w Polsce jakiekolwiek zawodowe rodziny zastępcze? Przy tych realiach?!”

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej planuje do 2020 roku przenieść wszystkie dzieci poniżej 10. roku życia z domów dziecka właśnie do rodzin zastępczych.

To prawda, ja też czasem ledwo wierzę, że rodziny zastępcze istnieją. Jest ich zdecydowanie za mało, aby rozładować polskie domy dziecka, ale istnieją i stanowią czterdziestotysięczną grupę prekariuszy, której możliwości lobbingowe i zdolność do mówienia głośno o tym doświadczeniu są dość znacznie ograniczone faktem, że pod ich codzienną oraz całodobową opieką znajdują się dzieci. Ta sytuacja zdecydowanie nie sprzyja stawiennictwu na manifestacjach i podróżom do stolicy z odległych województw. Jeśli dodać do tego rachunku obserwację, że dzieci umieszczane w pieczy rodzinnej najczęściej są dziećmi z licznymi deficytami, wymagającymi diagnostyki, terapii i rehabilitacji, nierzadko wielokrotnie zdradzonymi przez świat dorosłych, skrzywdzonymi i nauczonymi nieufności, staje się tajemnicą, dlaczego w ogóle ktokolwiek jest zainteresowany taką pracą.

Norwescy urzędnicy nie są łowcami dzieci [rozmowa]

Nie lubimy rodzin zastępczych

W 2012 roku polska opinia publiczna została poruszona słynną sprawą z Pucka, w którym rodzina zastępcza zakatowała dwoje dzieci znajdujących się pod jej opieką. Ta historia położyła się cieniem na opinii rodzin zastępczych i po sześciu latach oceny społeczne nie zmieniły się znacząco, choć Ustawa z 2011 roku stanowiła jedną z odpowiedzi na problem powierzania dzieci nienadającym się do tego osobom, wprowadzając między innymi konieczność odbywania przez zawodowe rodziny regularnych szkoleń, pracę pod okiem koordynatora i obowiązek ukończenia kursów przygotowawczych, w trakcie których kandydaci są także badani psychologicznie i sprawdzane są ich motywacje, kompetencje oraz warunki mieszkaniowe i finansowe. Feralna rodzina zastępcza z Pucka została jednak zrekrutowana w warunkach przedustawowych, kiedy nowe standardy nie weszły jeszcze w życie ani w praktykę: małżonkowie nie przeszli szkolenia, nie zostali zbadani psychologicznie, nie sprawdzono ich motywacji, również finansowych.

Tymczasem ustawa z 2011 roku przewidziała obowiązek kontroli nad rodzinami, w tym kontrolę wydatków na powierzone im dzieci. Dziecko umieszczone w pieczy rodzinnej niespokrewnionej otrzymuje ok. 1000 zł miesięcznie na swoje utrzymanie, włączając w to wyżywienie, zakup odzieży, koszt edukacji, rehabilitacji i terapii; dzieciom umieszczonym w rodzinach spokrewnionych przysługuje ok. 600 zł miesięcznie. Dla porównania koszt utrzymania dziecka przebywającego w domu dziecka w województwie mazowieckim w 2018 roku wyniósł około 4500 tysiąca miesięcznie. Stawki na dzieci w rodzinach zastępczych trzeba więc uznać za głodowe i w tej dziedzinie nic się nie zmienia. A jednak stereotypowe wyobrażenie rodzin zastępczych zasadza się wciąż na przekonaniu, że tej pracy podejmują się ludzie o podejrzanych motywacjach i wątpliwej etyce pracy.

A przecież potrzebujemy tych rodzin, choć nie oferujemy im ani godnego wynagrodzenia, ani stabilnego zatrudnienia, ani nawet społecznego szacunku. Niespecjalnie troszczymy się także o utrzymanie efektu ich pracy. I tu wracamy do projektu nowelizacji, zgodnie z którym dzieci umieszczone w rodzinach zastępczych i tam mozolnie powyciągane z deficytów, zaniedbań i krzywd, będą teraz w ciągu roku powracały do swoich rodziców, aby samorząd mógł zaprezentować wzrost liczby „reintegracji”, a gmina mogła otrzymać za to finansową nagrodę. Opinia publiczna nie ujrzy rachunku tych dziecięcych krzywd, w końcu nie bez powodu nie monitorujemy losów takich reintegracji i nie zbieramy danych o liczbie dzieci – zwrotek (dzieci wielokrotnie odbieranych i zwracanych rodzinom, które nadal zagrażają ich bezpieczeństwu ), która z pewnością wzrośnie. Najskuteczniejszym sposobem utrzymania niewiedzy o chronicznej gorączce jest bowiem stłuczenie termometru.

Opinia publiczna nie ujrzy rachunku tych dziecięcych krzywd, w końcu nie bez powodu nie monitorujemy losów takich reintegracji i nie zbieramy danych o liczbie dzieci – zwrotek.

To umiemy robić bardzo dobrze, bo od lat dbamy o to, aby rodzinom zastępczym nie zabrakło pracy. Publiczna edukacja seksualna nie istnieje, a dostęp do antykoncepcji wciąż zależy od zasobności portfela i obecności w miasteczku przynajmniej jednej apteki, której personel jeszcze nie poczuł zewu sumienia. Przerwanie ciąży z powodów społecznych jest nielegalne, podobnie jak podwiązanie jajowodów. Wpadnięcie w pułapkę pogłębiających się dysfunkcji rodziny, w tym niestety często także w kolejne porody niechcianych dzieci, jest nieuchronnym skutkiem podziału społecznego i nierównowagi kapitałów kulturowych. Trudno im zresztą przeciwdziałać, jeśli praca z rodziną doświadczającą trudności odbywa się bez planów i bez profesjonalnej oceny szans oraz ryzyk dotyczących tej konkretnej rodziny. Arkusza ocen i planów nie ma zaś, ponieważ, jak już wspomniałam, nie prowadzi się badań ani monitoringów, na podstawie których można by zdiagnozować problemy, potrzeby, ale także zasoby polskich rodzin i ich dzieci. Dlatego też wracamy do punktu wyjścia: nie potrafimy dobrze reintegrować, ale pomimo tego chcemy łączyć rodziny. Bezpieczeństwo dzieci nie zaprząta politycznej uwagi.

Z drugiej strony beneficjenci opieki społecznej, których dzieci już przebywają w pieczy zastępczej, nie mogą liczyć ani na poradę z zakresu zdrowia reprodukcyjnego, ani nawet na rzecz tak prostą, jak refundowana wkładka domaciczna, nie mówiąc o pójściu asystenta lub asystentki rodziny na wizytę ginekologiczną i objaśnieniu swoim klientom, co dokładnie powiedział i zaproponował ginekolog bądź ginekolożka. I tego także nowelizacja nie dotyka. Ostatecznie jak długo ludzie są płodni i kultywują cywilizację życia, tak długo polska polityka rodzinna może trwać i wypełniać kolejne tabele w excelu. Do debaty o prawach i podmiotowości dzieci jeszcze nie dojrzeliśmy. Na razie jesteśmy na etapie „śmierdzących matek osób niepełnosprawnych” i budowania przez samorządy kolejnych domów dziecka – mimo deklarowania chęci uczynienia ich zbędnymi.

***
Anna Krawczak – kulturoznawczyni, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej; od 2008 roku związana ze Stowarzyszeniem na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji NASZ BOCIAN i jego była przewodnicząca. Członkini ESHRE, Fertility Europe i Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem Uniwersytetu Warszawskiego, w ramach którego prowadzi badania nad nowymi technologiami reprodukcyjnymi w perspektywie childhood studies.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.