Kraj

Dlaczego wolę mieć dwa koła [List]

Szymon Turcza

Tak jak Bóg z Szatanem toczą niekończący się bój o rząd dusz, tak rowerzysta z resztą świata walczy o przestrzeń publiczną, zdrowe społeczeństwo i przyszłość planety.

Do Drogich Wszystkich,

Po mieście jeżdżę rowerem. Prawa jazdy nie mam, nie zacząłem nawet robić. Dopóki pomiędzy mną a radością z pustej szosy będzie przepaść ponad tysiąca złotych na sam papier, a potem następne studenckie miliony na samochód, raczej nic się w tej kwestii nie zmieni – rodzina na pierwsze nie ma, drugiego nie da.

Z komunikacji miejskiej korzystałem całe życie aż doszedłem do momentu, że nie mogę wysiedzieć. Nie przekonują mnie już nawet wszystkie niskopodłogowe nowinki, dobrodziejstwa od UE: telewizory, gniazdka na tostery. Chociaż muszę przyznać, że w takim nowiuteńkim Bombardierze 3000 lub innej jeżdżącej po moim Krakowie niebieskiej dotacji potrafi być miło i przyjemnie, zawsze wybieram rower. Rozczarowanym urzędnikom, wszechobecnym sceptykom i moim wklęsłym od krakowskiego smogu płucom tłumaczę tym listem dlaczego.

Na rowerze po normalne życie

Tanio

Po pierwsze, rower wychodzi taniej i jest dużo pewniejszą inwestycją. Studencki kalkulator, kiedy dostarczymy mu niezbędnych danych, potrzebuje kilku sekund, by to jednoznacznie potwierdzić. Jeżeli chcesz kupić, dajmy na to Peugeota i zamiast silnika do pedałów i kierownicy dobierzesz zestaw z dwoma kołami i łańcuchem, zostanie ci pewnie jeszcze minimum dwa koła i oszczędzisz sporo nerwów!

Samo użytkowanie, ewentualne naprawy i paliwo również wypadają lepiej w obu tych przypadkach. Karty miejskiej nie da się naładować kebabem, samochód nie odpala po snickersie od kolegi – a ty pedałować możesz. Rower nie ma daty ważności, nie kończy się na nim abonament lub ubezpieczenia czy przeglądy, a ewentualne wizyty w serwisie to z reguły odmówienie sobie wspomnianego wyżej kebsa. Wybierając rower wybieramy więc mniejsze koszty i większą kontrolę nad naszą inwestycją.

Fot. Szymon Turcza

Zdrowo

Do tego dochodzi cenna świadomość, że wybierając rower wzmacniam kondycję – własną, ale też całej planety. Każdy mijany na drodze pojazd zatruwa powietrze wokół siebie. Dostatecznie mało, aby sobie nawzajem nie przeszkadzać (ceniony przez kierowców design z rurą wydechową na zewnątrz samochodu), dostatecznie dużo, żeby zatruwać przechodniów nawet na pokolenia wprzód. Kiedy jadę rowerem i wymijające mnie bolidy pierdzą na czarno, chcę się buntować. Wreszcie przychodzi myśl, że przecież właśnie to robię – wystarczy dalej pedałować. Nawet, jeśli nikt inny nie zrezygnuje przeze mnie z samochodu, a autobusy dalej będą dymić, to może dzięki mnie bardziej na zielono. Ze wstydu.

Przyjemnie

Po trzecie, spośród wszystkich dostępnych środków transportu tylko na rowerze to droga jest celem. Jazda jest z reguły przyjemna, rowery są dobrej jakości. Mojemu w skali szybkości daję osiem na dziesięć, za wygląd siedem, wygoda jazdy – mocne dziesięć Richtera. Dodatkowo, jak już wspominałem, nie trzeba się identyfikować numerami rejestracyjnymi czy magnetyczną kartą, a o mandat równie łatwo co wtedy, gdy trzeba ze sobą tachać tą całą dokumentację. Za taki komfort jeszcze jedna dyszka.

Po dobrej stronie

Wreszcie najważniejsza zaleta roweru i jednocześnie niezwykle istotna charakterystyka statusu quo – obecnie każda jazda na rowerze to jazda bez trzymanki. To głos w toczącej się w przestrzeni publicznej dyskusji. To opowiedzenie się po stronie jawnie dyskryminowanej mniejszości. Dołączenie do drużyny najsłabszej liczebnie zarówno na ulicach, jak i w radach miejskich czy biznesie.

Wsiadając na rower wybiera się dobro i walczy się ze złem. Bo tak jak Bóg z Szatanem toczą niekończący się bój o rząd dusz, tak rowerzysta z resztą świata walczy o przestrzeń publiczną, zdrowe społeczeństwo i przyszłość planety. Walka toczy się czasem na śmierć i życie, o czym poświadczają statystyki: 220 rowerzystów zmarłych w wypadkach w 2017 roku, a także ważna po raz kolejny w naszej historii liczba 303 zmarłych dwa lata wcześniej. Suma rannych na drodze wojowników dobra w 2017 wyniosła ponad 3800 osób. Gdyby te wszystkie wypadki i kolizje zebrać w jeden gigantyczny karambol, to wzięłaby w nim udział cała populacja podhalańskiego Czarnego Dunajca (wieś niecałe sto kilometrów i dwa wypadki z udziałem rowerzystów od Krakowa). Każdy przejazd przez miasto to więc kolejna szarża dumnego potomka husarii klinem wdzierającego się w smog i krótkowzroczność prawodawcy.

Lobby rowerowe od zawsze traktowane jak głos za zjedzeniem wszystkich zagrożonych gatunków na konwencie wegetariańskim, wraz z napływem myśli i waluty zachodniej powoli staje się coraz bardziej widoczne. Nawet w takim Czarnym Dunajcu prawodawca, choć dalej tworzy przestrzeń publiczną więcej myśląc o świstakach niż zepchniętych na pobocze jednośladach, buduje ronda i specjalne pasy za unijne pieniądze. Czy istnieją kwoty, które zmienią w tej materii mentalność ludzi, zredefiniują ich potrzeby i rozumienie komfortu, sukcesu, wygody? I wreszcie zachęcą do wzięcia na siebie zielonej odpowiedzialności?

Cały czas panuje w społeczeństwie przeświadczenie, że rower się WYBIERA, a już z komunikacji miejskiej czy samochodu się po prostu korzysta. I jak dla mnie, to nawet może tak zostać. Bo jeśli wybierając najtańszy, najwygodniejszy i najzdrowszy środek transportu mogę dodatkowo czynić codziennie mały cud nad moją krakowską Wisłą, jestem Wam, Drodzy Wszyscy dozgonnie wdzięczny!

Prekariat na rowerze walczy z kapitalizmem platformowym

***

Szymon Turcza – student drugiego roku dziennikarstwa i stosunków międzynarodowych UJ. Redaktor gazety studenckiej Fakt i Opinia.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.