Kraj

Dlaczego to właśnie przemysł filmowy i telewizyjny znalazł się w centrum akcji #metoo?

Telewizja

– Miałyśmy takiego kolegę, który lubił łapać dziewczyny za tyłki. Zawsze znalazł jakiś sposób, żeby do ściany cię przycisnąć. Przeszkadzało mi to, ale on był wydawcą, on rządził.

Głośna akcja społeczna #metoo, w ramach której kobiety opowiadają historie o tym, jak były molestowane, zaczepiane i obrażane, choć zaczęła się od znanego amerykańskiego producenta filmowego Harveya Weinsteina, już dawno wyszła poza branżę medialną. Warto się jednak zastanowić, dlaczego to właśnie przemysł filmowy, telewizyjny czy szerzej – kreatywny znalazł się w samym środku tej burzy. I dlaczego powinno nas to martwić?

Ilu obleśnych, nadzianych typów potrzeba jeszcze do zmiany?

Już w latach 60. ubiegłego wieku, kiedy nastąpił masowy rozwój telewizji, feministki zaangażowały się w krytykę instytucji medialnych oraz tworzonych przez nie i reprodukowanych treści. Systematycznie dokumentowały dyskryminację kobiet, zbierały dowody na seksizm, krytykowały role płciowe i „mit piękna”. Nie dążyły do włączenia kobiet w istniejący system – chciały go zmienić. Czy odniosły sukces? Na razie raczej nie.

Młodzi, piękni, kreatywni

W książce Narodziny klasy kreatywnej, nazywanej czasem „biblią kreatywności”, Richard Florida podkreśla, że najważniejszym i niezbędnym zasobem, by odnieść sukces w tej branży, są talent i kreatywność. Jej pracowników rzekomo łączy niechęć do sztywnych i przestarzałych ograniczeń, w postaci np. umowy o pracę czy stałych godzin pracy. Gillian Ursell, przez lata związana zawodowo z BBC, jako jedna z pierwszych krytykowała takie podejście. W swoich badaniach wykazywała, jak obietnica pracy z pasją, możliwości spełnienia, samorealizacji i pokusa sławy stały się podstawą wyzysku pracowników. Pomimo licznych głosów, że powstające w tej branży miejsca pracy są niskiej jakości, Unia Europejska nadal opiera swoją politykę rozwojową na „kreatywności”, uparcie wierząc w hasła, które brzmią niczym slogany reklamowe, w stylu „ludzka kreatywność stanowi kapitał praktycznie nieograniczony”.

Kobiety nie dążyły do włączenia ich w istniejący system – chciały go zmienić. Czy odniosły sukces? Na razie raczej nie.

Tymczasem sposób, w jaki zarządza się pracą w mediach, i warunki tej pracy są bardzo istotnym elementem nie tylko w dyskusji o niezależności mediów i demokracji. Ma to również bardzo duże znaczenie dla bezpieczeństwa pracowników tej branży, w tym bezpieczeństwa seksualnego (według szacunków ONZ i Komisji Europejskiej kobiety stanowią ok. 40% pracujących w przemyśle kreatywnym).

Tak zwany projektowy model pracy dla pracowników oznacza skrajną niepewność, konieczność bycia wiecznym wolnym strzelcem, czyli zatrudnienie na kontraktach, bez umowy od pracę. A przechodzenie od projektu do projektu to nie tylko brak możliwości przewidzenia poziomu swoich zarobków czy permanentna rekrutacja i konieczność stałego negocjowania swojej pozycji w sieci skomplikowanych układów (producentów, menadżerów, operatorów). To również „bulimiczny” charakter pracy – nigdy się jej nie odmawia, nawet jeśli udział w realizacji kolejnego projektu przekracza już możliwości fizyczne danej osoby. Nie wiedząc, kiedy i skąd przyjdzie kolejne zlecenie, przyjmuje się wszystkie propozycje. Na wszelki wypadek. Z tego powodu okresy bardzo intensywnej pracy przeplatają się z okresami mniej intensywnymi lub okresami w ogóle bez pracy. Bywa, że praca dosłownie zagraża życiu pracowników. Zdarzyło się już, że pracownicy telewizji byli wynoszeni z niej na noszach.

Choć dominująca opowieść na temat branży kreatywnej podkreśla, że obowiązuje w niej merytokracja, jest to dalekie od rzeczywistości. O wiele większe znaczenie ma sieć kontaktów osobistych: coraz częściej nie jest ważne, co wiesz, ale kogo znasz.

Jak to się robi w Polsce

Najwięksą zmianą, jaka zaszła w polskich mediach po transformacji ustrojowej, był właśnie oferowany pracownikom telewizyjnym rodzaj zatrudnienia. Przed 1989 r. większość dziennikarzy pracowała na etacie. Dwadzieścia lat później prawie 60% dziennikarzy telewizyjnych pracuje już na tzw. kontraktach, czyli albo mają jednoosobowe firmy, albo pracują na umowach o dzieło. W ramach „ekologii projektowej” wszystkie osoby zaangażowane w produkcję telewizyjną: dostawcy, scenarzyści, ekipa techniczna, współpracownicy, są „wynajmowani” tylko na czas trwania projektu. Umowy o dzieło podpisywane są nawet z dziennikarzami pracującymi regularnie, np. przy programach informacyjnych. Tak zorganizowany rynek musi rodzić patologie.

„Wilcze prawo” szefa

Jedną z nich jest chwalona przez wielu „nieformalność” tej pracy. Dotyczy ona również rekrutacji i oznacza wprost, że pracę dostaje się po tzw. znajomości. Jeśli takowych się nie posiada, zawsze można próbować darmowych czy nisko płatnych staży, na które, jak wiadomo, nie wszystkich po prostu stać.

Pozycja szefa, od którego zależy bardzo kruche „być albo nie być” wszystkich pozostałych osób, daje mu/jej wyjątkowe możliwości. Każdy nowy kierownik „oczyszcza” swój zespół – pracownicy często nazywają to jego „wilczym prawem”, tłumacząc, że nowa kadra zarządzająca nie wie przecież, komu można zaufać, a wśród pracowników mogą być „protegowani” poprzedników. Zasady, na których ktoś traci pracę albo staje się dumnym członkiem nowego zespołu, nie są przejrzyste. W krajach takich jak UK mówi się nawet o zinstytucjonalizowanym rasizmie i elitaryzmie w mediach. Branża telewizyjna jest zdominowana przez młodych, głównie białych mężczyzn z klasy średniej, wykształconych w prywatnych szkołach, takich jak Oxford czy Cambridge.

 

Ilu jeszcze takich Weinsteinów?

Taki sposób organizacji pracy sprzyja autorytarnej kulturze („pan każe, sługa musi”), tworząc solidny fundament dla dyskryminacji, mobbingu i molestowania seksualnego. Jeśli twoje wejście do branży zależy od tego, „czy masz kogoś, kto spojrzy na twoje CV”, nie powinny dziwić sytuacje, o których w moich badaniach opowiadała Marta, starsza specjalistka w newsroomie, od 33 lat związana z telewizją:

Jest takie przeświadczenie wśród młodych dziewczyn, które przychodzą do pracy, że w telewizji to pracę należy sobie jakoś załatwić []. Było mnóstwo dziewczyn, jedna z nich zadała mi pytanie wprost: „Czy to prawda, że żeby u Was dostać pracę, to trzeba się przespać z szefem”? Powiedziałam jej, że absolutnie nie, nikt [tak] pracy nie dostanie, [bo] on nie ma takiej możliwości! „Ale on wysyłał jej w nocy esemesy”. Skąd to się wzięło? [] To jest obrzydliwe.

„Raz da i już gwiazda”

Krążące po korytarzach różnych mediów opowieści o „rekrutacji” poprzez esemesy i plotki „łóżkowe” sprawiają, że pozycja kobiet w tej branży pozostaje słaba. Zresztą od początku istnienia telewizji funkcjonował stereotyp „raz da i już gwiazda” (pisała o tym np. Irena Dziedzic, sławna w okresie PRL-u dziennikarka i prezenterka). Dla kobiet rozpoczynających pracę wiąże się to z koniecznością zmierzenia się z kulturą organizacyjną, w której ich „być lub nie być” wciąż – w powszechnym mniemaniu – zależy od tego, czy mają „protektora”. Na pytanie, co ma największy wpływ na karierę kobiet w telewizji, w 2014 r. 54% mężczyzn i 41% kobiet biorących udział w badaniu wskazywało na wygląd i „łóżko”:

W 90% łóżko, to, czy dadzą dupy za przeproszeniem… Takich sytuacji jest dużo, ale jest też sporo dziewczyn, które sobie nie pozwalają, mimo że dostają takie propozycje. Nie oszukujmy się.

List do TVN i KRRiT: Przemoc domowa to nie żart

Takie podejście nie tylko utrudnia nowo przybyłej kobiecie zdobycie szacunku zespołu, do którego dołączyła, ale też naraża ją na niechciane zaczepki czy molestowanie seksualne. Charakterystyczne w „plotkach łóżkowych” jest również to, że tylko kobiety są w nich postrzegane jako strona wykorzystująca. Z pięćdziesięciu osób, z którymi przeprowadziłam wywiad, zaledwie kilka zwróciło uwagę, że wykorzystywanie pozycji zawodowej przez mężczyzn do „uwodzenia” młodych kobiet (w tym aspirujących dziennikarek) jest nie tylko oczywistym łamaniem prawa. To jawne nadużywanie władzy przez mężczyzn.

Blaski i cienie nieformalności

Media to świat zdominowany przez męskie poczucie humoru i męski sposób bycia. Kobiety pracujące w mediach używają różnych taktyk, które mają zapewnić im równe traktowanie. Jedne mówią o „twardym tyłku”, inne o byciu niedostępną albo o sianiu wśród współpracowników strachu. Taktyki te mają jedną wadę: nie sprzyjają budowaniu relacji, tak ważnych, by uczestniczyć w kolejnych „projektach”. Jak wykazali Leung Wing-Fai, Rosalind Gill i Keith Randle, którzy przeprowadzili rozmowy z ponad 100 pracownikami przemysłu filmowego i telewizyjnego w Wielkiej Brytanii, zaufanie i swoboda w kontaktach z innymi są warunkiem zatrudnienia w projektowym modelu pracy. Skoro tylko od nas zależy, z kim będziemy pracować, wybieramy tych, z którymi czujemy się swobodnie. Jak ta swoboda może wyglądać w praktyce, doskonale już wiemy. Kampania #metoo dostarczyła nam mnóstwo dowodów.

Dziewczyny mają dość klepania po dupach. Ja też

W takiej atmosferze zgłaszanie molestowania staje się nie tyle niemożliwe, ile ryzykowne. Jeśli kobieta zdecyduje się na taki krok, nie ma żadnej gwarancji, że rozstrzygnięcie „sporu” będzie dla niej korzystne. W zależności od tego, jak silnie umocowany jest oskarżony, skarga albo może „zaginąć” w biurokratycznej maszynie instytucji, albo obrócić się przeciwko osobie oskarżającej. Jeżeli kobieta zostanie uznana przez przełożonych za osobę „sprawiającą problemy”, jej kariera w branży może być bardzo krótka.

„Donoszenie” na kolegów jest bardzo niemile widziane, a solidarność wśród członków zespołu jest ważniejsza niż komfort psychiczny poszczególnych kobiet. W branży, w której każdemu uparcie przypomina się, jak łatwo go wymienić, składanie skarg jest obciążone wysokim ryzykiem. Jak to ujęła Kamila z moich badań (nie zdecydowała się zgłosić molestowania): „Jeszcze nieraz po tym samym korytarzu się przeturlamy, tych samych ludzi znamy”. Zgłoszenie molestowania może również skutkować przypięciem kobiecie łatki „kochanki szefa”; również dlatego kobiety nie chcą być kojarzone z tym „problemem”:

Nie zgłosiłam tego, bo nie mam na to ochoty i nie chcę być kojarzona z takim czymś. Bo wiadomo, że to później miałoby swoje „życie”. Nie chcę być oceniana przez taki pryzmat []. Ofiara się wstydzi, chociaż nic nie zrobiła” (Zuzanna, siedem lat w telewizji, starsza specjalistka w newsroomie).

Rekrutacja i reputacja

Praca „od projektu do projektu” oznacza, że praktycznie wszyscy pracownicy w tej branży poddawani są permanentnej rekrutacji. Celnie określa to zjawisko popularne w branży powiedzenie „Jesteś tak dobra/y jak Twój ostatni news/zlecenie/projekt”. By wziąć udział w kolejnych zadaniach, niezbędna jest dobra reputacja. W przypadku kobiet „reputacja” bardzo często odnosi się po prostu do tego, czy i w jakich okolicznościach uprawiają seks. Konserwatywny, patriarchalny pogląd przedstawicieli „twórczej” i „nowoczesnej” branży, że kobieta „powinna się dobrze prowadzić”, może dziwić. Jest to jednak dla mężczyzn łatwy sposób utrzymywania przewagi nad kobietami.

W czasach, gdy konkurencja w mediach jest coraz większa i gdy staje do niej coraz więcej kobiet, niszczenie „reputacji” pozwala na wyeliminowanie ich z gry. Biorąc pod uwagę, że stanowiska decyzyjne są zdominowane przez mężczyzn, jest to „metoda” bardzo skuteczna. Przekonała się o tym np. Natalia, starsza specjalistka w newsroomie, od pięciu lat związana z telewizją, która do pracy w Warszawie przyjechała z jednego z oddziałów terenowych telewizji. Na pytanie, czy spotkała się z molestowaniem/dyskryminacją w telewizji, Natalia odpowiedziała:

Tak. W oddziale miałyśmy takiego kolegę, który lubił łapać dziewczyny za tyłki. Zawsze znalazł jakiś sposób, żeby do ściany cię przycisnąć []. Przeszkadzało mi to, ale on był wydawcą, on rządził []. Jak poczuł się zagrożony, bo ja zaczęłam coraz więcej robić, nawet prowadzić jakieś programy, to po prostu przestał być dla mnie miły i zaczął mi robić „koło pióra” []. Jak przyjechałam do Warszawy, dowiedziałam się, że poważnie pracował nad tym, żebym miała reklamę odpowiednią. Chodził i opowiadał, czasami prawdziwe rzeczy, czasami wyssane z palca. Czasami wyolbrzymione, a wszystkie dotyczyły tylko i wyłącznie mojego życia prywatnego []. Nigdy nie dotyczyły pracy, nie dotyczyły tego, że komuś coś zrobiłam, oszukałam, nie. Tylko z kim sypiam []. On gdzieś miał poczucie tego, że jestem na tyle mocną osobowością, że mogę w telewizji coś znaczyć i może kiedyś będę konkurencją dla niego. I myślę, że to z tego wynikało. Próbował mnie utemperować, a że nie miał innego sposobu, to robił ze mnie dziwkę.

Szczuka: Nasze #metoo to góra, która urodziła mysz

Coaching nie pomoże

Problemów mediów nie rozwiąże się, wmawiając kobietom, że muszą być bardziej pewne siebie, albo przy pomocy popularnej mantry o „włączaniu się” kobiet do gry. Dopóki system ten tworzy „nietykalnych przywódców stada”, a pozostałym daje wybór: albo się podporządkujesz, albo odejdziesz, przemysł kreatywny będzie pęczniał od patologii i korupcji. A biorąc pod uwagę, że projektowy model zarządzania pracą staje się coraz popularniejszy również w innych branżach, możemy się niestety spodziewać, że #metoo jeszcze nie raz nas zbulwersuje.

***

Greta Gober – dr kulturoznawstwa, badaczka gościnna Centrum Badań Genderowych, Uniwersytet w Oslo, członkini zarządu Międzynarodowego Stowarzyszenia Kobiet w Radiu i Telewizji (www.iawrt.org), autorka raportu dotyczącego m.in Polski Równość płci i sprawiedliwość społeczna w mediach publicznych.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.