Kraj

Diduszko: Dzieci nie są własnością rodziców

Ministra Kluzik-Rostkowska uznała najwyraźniej, że o edukacji seksualnej w Polsce zdecydują rodzice. Ci, którzy jej nie chcą.

Na początku września zawsze więcej mówi się o dzieciach i ich edukacji. W tym roku ze szczególną uwagą warto przysłuchiwać się temu, co ma do powiedzenia w tej materii nowa ministra edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam więc wywiad z nią w zeszłotygodniowej „GW” i – parafrazując słynną frazę znanego wielu dzieciom i rodzicom Janoscha – poczułam się troszkę lepiej, a potem troszkę gorzej. Lepiej na wieść o tym, że – przynajmniej w teorii – każde dziecko, które chciałoby się uczyć etyki, będzie wreszcie miało tę możliwość. Troszkę gorzej, kiedy przeczytałam, że pani ministra nie uznaje konieczności wprowadzenia obowiązkowego wychowania seksualnego do szkół. I dlaczego jej nie uznaje.

Na pytanie Justyny Sucheckiej, co musiałoby się stać, żeby zmienić jej stanowisko na temat wprowadzenia lub nie wychowania seksualnego, ministra odpowiada: „Ta sama tolerancja, która nakazuje mi szanowanie mniejszości seksualnych, nakazuje mi szanowanie decyzji rodziny w tej kwestii”. Innymi słowy to, że ministra toleruje fakt, ze na świecie żyją dorosłe osoby, które z własnej nieprzymuszonej woli chcą być w związkach z innymi dorosłymi osobami, które także tego pragną, oznacza dla niej, że powinna bez niepokoju i reakcji akceptować to, że niektóre dorosłe osoby zabraniają swoim dzieciom dostępu do wiedzy, która może zabezpieczyć je przed chorobami i przemocą seksualną, a także nauczyć je, jak w przyszłości być odpowiedzialnymi i świadomymi partnerami dla swoich najbliższych. Trudno pojąć logikę tej symetrii.

Ministra przywołuje badania przeprowadzone wśród dzieci z szóstej klasy, trzeciej gimnazjum i szkół średnich, z których wynika, że „dzieci chcą takich lekcji i że powinny być dostosowane do ich poziomu”. Eureka! Zapytani chcą też, by takie zajęcia prowadziły osoby z zewnątrz. Też nic dziwnego, w końcu nietrudno pojąć, że dla nastolatków krępujące może być rozmawianie o seksie z, dajmy na to, nauczycielem historii, który potem będzie je oceniał również z innego przedmiotu. Jednak według Kluzik-Rostkowskiej próba jest zbyt mała, żeby posłuchać głosu dzieci, więc poczekamy sobie spokojnie na badanie ilościowe, a tymczasem, szanując uczucia rodziców, którzy z powodu własnych uprzedzeń edukację seksualną blokują, powiemy grzeczne, światopoglądowo neutralne „nie”.

Ta logika tylko udaje nowoczesny liberalizm – uznający wielość poglądów i zapewniający maksimum szans na życie zgodne z własnymi wartościami w ramach państwa prawa – będąc w praktyce obroną najgorszego z możliwych „konsensusów”, który zakłada, że to fundamentalizm będzie wyznaczał centrum debaty.

Jeśli uznamy, że między kryminalizacją edukacji seksualnej, a jej wprowadzeniem do szkół powinna być jakaś równowaga, oto i jej widoczny skutek – faktyczny brak tej edukacji i uznanie prawa do bezwarunkowej odmowy, gdyby miała się jednak w szkołach pojawić. 

Wiedza tajemna

Przypomijmy, czego nie życzą sobie rodzice odmawiający swoim pociechom dostępu do zajęć edukacji seksualnej: nie życzą sobie oni, żeby ich dzieci wiedziały, że w wyniku przypadkowych kontaktów seksualnych bez zabezpieczenia można zarazić sie groźnymi, nieuleczalnymi czy przewlekłymi chorobami takimi jak HIV/AIDS, kiła, rzeżączka, brodawczak i wiele innych; nie chcą, żeby dzieci wiedziały jak się przed takimi chorobami ustrzec; nie uznają za stosowne, żeby ich córki i synowie potrafili zabezpieczyć się przed niechcianą ciążą ani żeby te dzieci, które odkrywają, że czują pociąg seksualny do osoby tej samej płci, rozumiały, co się z nimi dzieje; nie uważają wreszcie, że ich dzieci powinny wiedzieć, jak rozpoznać „zły dotyk”, gdzie i jak szukać pomocy w sytuacji zagrożenia przemocą seksualną. I nie widzą potrzeby, żeby dzieci nabywały wiedzę o roli seksualności jako budulca satysfakcjonujących, szczęśliwych i opartych na zaufaniu relacji z innymi osobami.

Ministra Kluzik-Rostkowska rozumie taką postawę i uważa, że przekazanie dzieciom powyższej – najwyraźniej groźnej – wiedzy wbrew woli rodziców w ramach obowiązkowego programu nauczania byłoby niewłaściwe. Tak rozumiane poszanowanie praw rodziny odbiera niestety ochronę państwa jej najsłabszym członkom. Dzieci w tym ujęciu tracą status człowieka i obywatela, który jest osobnym podmiotem wobec państwa. Nie mają dostępu do tego, co gwarantuje im Konwencja o prawach dziecka, według której dzieci mają prawo do swobody myśli, sumienia i wyznania, do ochrony zdrowia, do nauki, do informacji i do wyrażania swoich poglądów, które powinny być szanowane.

Gwałcone są ich prawa. Stają się po prostu własnością rodziców. 

Co gorsza, nawet nie przy bierności, ale czynnym udziale państwa, które znów staje na staży prawa, ale do odmowy i decydowania za dziecko czy młodego człowieka. Polska ratyfikowała przecież Konwencję w 1991 roku. Niestety, z zastrzeżeniami, które teraz dają konserwatystom pretekst do pozbawiania wszystkich dzieci wiedzy i bezpieczeństwa w sferze seksualności. Rzeczpospolita Polska uważa mianowicie, że „wychowanie w zakresie planowania rodziny powinno pozostawać w zgodzie z zasadami moralnymi”. Niestety nie doprecyzowano, jakimi konkretnie zasadami.

Założenie, że niewiedza chroni przed złem, to relikt porządku co najwyżej wczesnonowczesnego, gdy konserwatyści – jeszcze niewiele ponad sto lat temu! – poważnie protestowali przeciwko uczeniu czytania robotniczych dzieci, przyznaniu kobietom praw wyborczych, wpuszczaniu dziewczynek do szkół, a kobiet na wyższe uczelnie. Wydawałoby się, że tego rodzaju wykluczające ujęcie moralności publiczej zostało już jakiś czas temu odesłane do muzeum patriarchalizmu. Okazuje się, że nieskutecznie i dziś uporczywie wraca.

W obronie fikcji niewinności

Badania wykonane w 2011 roku przez Mazowieckie Centrum Profilaktyki Uzależnień wykazały, że 58% uczniów szkół średnich prowadzi regularne życie seksualne. Prawie 8 proc. gimnazjalistek przyznało, że miało niekontrolowane kontakty seksualne z rówieśnikami, będąc pod wpływem alkoholu. Badania zlecone w 2012 roku przez National Geografic Channel wykazały, że 73% chłopców i 55% dziewcząt w wieku 15–17 lat stwierdziło, że właśnie teraz znajdują się w wieku, w którym można rozpocząć współżycie. Z raportu prof. Zbigniewa Izdebskiego pt. „Seksualność Polaków 2011” wynika, że rzeczywiście 28% dziewcząt i 22% chłopców w wieku 15-17 lat ma już za sobą stosunki dopochwowe, a np. 10% dziewcząt i 2% chłopców odbyło stosunki analne.

Z tych i wielu innych badań można łatwo wywnioskować, że – czy to się państwu, Kościołowi katolickiemu i konserwatywnym rodzicom podoba czy nie – nastolatki „to” robią. Pozostawianie rodzicom – często również niewyedukowanym w dziedzinie zdrowia seksualnego – decyzji o tym, czy dzieci dostaną wiedzę, jak „to” robić bezpiecznie, nie krzywdzić i nie dać się skrzywdzić, jest nieodpowiedzialnością ze strony państwa i niedopełnianiem obowiązku ochrony wielkiej grupy obywatelek i obywateli. Skutki takiej polityki są częściowo mierzalne  – to liczba zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową, liczba zabiegów przerywania niechcianej ciąży (ale nie ta oficjalna – ta prawdziwa, obejmująca zabiegi za granicą oraz te w domowych łazienkach z użyciem pigułek z internetu, ostrych przedmiotów i żrących płynów) – jednak w Polsce się ich rzetelnie nie mierzy. Skutki długofalowe, jak liczba nieszczęśliwych związków z problemami w łóżku, rozwodów i dzieciobójstw nie są najwyraźniej w ogóle brane pod uwagę w kontekście konieczności wprowadzenia obowiązkowego wychowania seksualnego.

Rozumiem, że Joanna Kluzik-Rostkowska obawia się nieprzyjemności ze strony konserwatywnych i niewyedukowanych rodziców oraz hierarchii kościelnej, która z niejasnych przyczyn uzurpuje sobie prawo do wypowiadania się w tego rodzaju sprawach, ale pełnienie funkcji ministra edukacji narodowej od zawsze łączyło się z pokonywaniem oporu tych, którzy pragnienie utrzymania niesprawiedliwej, ale historycznej dominacji w społeczeństwie często ukrywają pod hasłami szanowania „tradycyjnych wartości” i „konserwatywnego światopoglądu”. Gdyby inni ministrowie edukacji narodowej przed nią nie podjęli tej walki (najczęściej oczywiście w odpowiedzi na długie i dramatyczne starania przedstawicieli uciśnionych grup), ministra Kluzik-Rostkowska najprawdopodobniej nie mogłaby pełnić swojej zaszczytnej funkcji, ponieważ – o ile miałaby dość szczęścia – jej edukacja objęłaby czytanie, roboty ręczne i recytowanie modlitw.

Dzieci nie są przedmiotami, którymi rodzice mogą dowolnie dysponować – wobec państwa są osobnymi podmiotami i należy im się opieka i ochrona.

Niewyedukowani na polu edukacji seksualnej rodzice nie są w stanie podjąć kompetentnej decyzji w kwestii tego, czy i w jakim stopniu taka edukacja jest potrzebna ich dzieciom. Zapewnienie dzieciom wiedzy i bezpieczeństwa w sferze życia, w którą wiele w nich wchodzi w okresie obowiązkowej nauki szkolnej, to rola państwa, a w szczególności ministra edukacji narodowej.

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Czy Pani ma dzieci?
a gdybym zaproponował żeby wychowywać je w katolickiej szkole, uczyć je tego wszystkiego czym Pani pogardza, a gdybym tego żądał?

Pana rozumowanie przez pozorną analogię można przedstawić za pomocą analogii: "Ma Pan samochód? A gdybym zamiast regularnego przeglądu zaproponował pomodlić się przed każdą podróżą?"