Kraj

Co z tą niedzielą?

Lewicowe „za i przeciw” handlu w niedzielę przedstawia Marcin Wroński.

2 września do Sejmu wpłynął obywatelski projekt ustawy ograniczającej handel w niedzielę. Solidarność we współpracy z organizacjami katolickimi oraz przy poparciu biskupów zebrała ponad 500 tysięcy podpisów. Jak do postulatu wolnych niedziel powinna odnieść się lewica?

O co chodzi?

Zakaz handlu w niedzielę miałby objąć super- i hipermarkety oraz sklepy działające w systemie franczyzy/agencji (czyli między innymi punkty sieci „Żabka”). Wciąż funkcjonować mają stacje paliw, piekarnie, kioski, apteki, kwiaciarnie i małe sklepy w szpitalach, atrakcjach turystycznych oraz na dworcach i lotniskach. Działać mogłyby również sklepy, w których w niedzielę pracowałby ich właściciel. Zakaz sprzedaży dotyczyłby także sklepów internetowych – w niedzielę będą one mogły przygotowywać paczki do wysyłki, ale wysłać je będą mogły dopiero w poniedziałek.

Regulacje ograniczające pracę w niedziele funkcjonują w 10 państwach UE. Najbardziej rygorystyczne przepisy obowiązują w Niemczech, Austrii, Norwegii i Szwajcarii, częściowe ograniczenia wprowadzono w Belgii, Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Luksemburgu i Holandii. W większości z wymienionych państw znaczny wpływ na funkcjonowanie przepisów mają samorządy, jedynie w Niemczech i Austrii zakaz ma charakter ogólnokrajowy.

Niemiecka konstytucja jasno określa niedzielę dniem „odpoczynku i duchowego wytchnienia”.

W ostatnich latach postępuje liberalizacja istniejących ograniczeń. Na Węgrzech zakaz handlu w niedzielę został zniesiony po roku funkcjonowania. Nie udało mu się uzyskać poparcia społecznego – według sondaży przeciwnych mu było od 60 do 70% ankietowanych. W bieżącym roku z ograniczeń handlu w niedzielę wycofała się również Finlandia, w 2012 roku uczyniła to Dania. We Francji zliberalizowano przepisy w 2009 roku, a w Grecji, Holandii i Hiszpanii samorządy mogą zezwalać w handel w niedziele. Liberalizacja – wciąż rygorystycznych przepisów – miała miejsce również w Szwajcarii, Niemczech i Austrii.

Wśród państw UE, w których najwięcej osób zatrudnionych pracuje w niedzielę, prym wiodą Dania, Estonia i Szwecja. W Polsce około 33% osób pracuje minimum jedną niedzielę w miesiącu, co daje nam miejsce w środku stawki, którą zamykają Włochy, Portugalia i Cypr.

Co na to społeczeństwo, związki zawodowe i rząd?

Postulat ograniczenia handlu w niedzielę dzieli Polaków na dwa, porównywalnie liczne obozy. Według sondażu IBRIS dla „Rzeczypospolitej” 50% z nas uważa, że zakaz handlu w niedziele nie powinien zostać wprowadzony, a 46% popiera rozwiązania proponowane przez Solidarność. Poparcie dla zakazu handlu jest nieznacznie niższe wśród kobiet niż wśród mężczyzn, zdecydowanie przeciwni są mu ludzie młodzi – w grupie 18–24 82% osób opowiada się przeciw niemu. Kolejną grupą wiekową krytyczną wobec projektu „S” są osoby powyżej 65 roku życia (53%). Poparcie dla wprowadzenia zakazu najsilniejsze jest w grupie wiekowej 25–34 (60%). Nietrudno zauważyć podział na tych, którzy jeszcze nie pracowali lub już nie pracują, a tych, którzy z dużą doza prawdopodobieństwa zetknęli się z koniecznością pracy w niedzielę.

Zdecydowanie za zakazaniem handlu w niedzielę wypowiadają się wyborcy PSL, Prawa i Sprawiedliwości oraz Kukiz’15, najbardziej krytycznie do tego postulatu nastawieni są wyborcy SLD – 80% z nich jest przeciwna wprowadzaniu zakazu. 83% respondentów uważa, że pracownik powinien mieć możliwość odmowy pracy w niedzielę bez żadnych konsekwencji ze strony pracodawcy. Poparcie dla tej tezy jest powszechne we wszystkich grupach wiekowych i wśród sympatyków wszystkich parlamentarnych partii politycznych. 80% ankietowanych popiera wprowadzenie wyższych wynagrodzeń za pracę w niedzielę.

Według sondażu CBOS z 2015 roku 71% Polaków robi zakupy w niedzielę, a 59% nie widzi nic złego w wykonywaniu w tym dniu pracy zarobkowej.

Pozostałe centrale związkowe nie są gorącymi zwolennikami rozwiązań proponowanych przez Solidarność. Mimo że w zbiórce podpisów uczestniczyła również Federacja Handlu zrzeszona w OPZZ, przedstawiciele OPZZ w większości wypowiedzi medialnych odnoszą się do projektu z ostrożnym krytycyzmem. Ekspert OPZZ Piotr Szumlewicz krytykuje zakaz handlu w niedzielę, w zamian postulując, aby w tym dniu pracownicy otrzymywali wyższe wynagrodzenia godzinowe, wynoszące minimum 2,5 płacy minimalnej. Proponowane przez niego rozwiązanie popierają organizacje pracodawców, postulując jednak jedynie półtorakrotność pensji minimalnej.

Przewodnicząca Forum Związków Zawodowych Dorota Gardias również jest przeciwna projektowi Solidarnosci, argumentując, że związki zawodowe powinny walczyć o godne płace i warunki zatrudnienia, a nie o wprowadzenie zakazu pracy. Jej zdaniem, jeśli projekt ma wejść w życie, powinien być wprowadzany stopniowo, a zamknięcie tysięcy sklepów osłabi kondycję polskiej gospodarki. Dla podejścia Gardias prawdopodobnie spore znaczenie ma fakt, że Forum Związków Zawodowych zrzesza pracowników, którzy nawet po wprowadzeniu projektu i tak będą musieli pracować w niedzielę – chodzi między innymi o pielęgniarki i położne, policjantów, strażaków, oficerów Straży Granicznej. Egzotyczny sojusz pomiędzy Piotrem Szumlewiczem a Jeremim Mordasiewiczem czy Dorotą Gardias a Robertem Gwiazdowskim może zaskakiwać, podobnie jak przesłany w newsletterze OPZZ link do artykułu w jednym z portali biznesowych porównującego zakaz handlu w niedzielę do… bolszewizmu.

Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości w zdecydowanej większości wypadków wypowiadają się pozytywnie o ograniczeniu handlu w niedzielę, wątpliwe jest jednak, aby projekt wszedł w życie w proponowanej wersji. Minister finansów Paweł Szałamacha oraz wicepremier Jarosław Gowin postulują wprowadzenie jednej wolnej niedzieli w miesiącu, rozważane jest również przekazanie decyzji w tej sprawie samorządom.

Dlaczego tak? Dlaczego nie?

Według danych OECD Polacy pracują przeciętnie 1963 godziny rocznie. W Unii Europejskiej dłużej od nas pracują jedynie Grecy. Litwini pracują w ciągu roku sto, a Czesi i Słowacy około dwieście godzin krócej. Najkrócej w UE pracują Niemcy i Holendrzy – około 1400 godzin rocznie, ponad pół tysiąca godzin krócej niż Polacy. Dysproporcja pomiędzy czasem pracy w Polsce a innymi państwami naszego regionu, czy tym bardziej zachodniej Europy, skłania do poważnego przemyślenia propozycji skracających czas pracy lub przynajmniej ograniczających go w niedzielę. Pojawiającą się w mediach narrację o wolnym wyborze pracujących w niedzielę można włożyć pomiędzy bajki – w zdecydowanej większości sieci handlowych praca w niedzielę to konieczność. Według analiz „Solidarności” jedynie 2% zatrudnionych, mając wybór między zakazem pracy w niedzielę a wyższym wynagrodzeniem, zdecydowałoby się na wyższe zarobki.

Z badań Instytutu Medycyny Pracy wynika, że 93% zatrudnionych w handlu uważa pracę w niedzielę za uciążliwą i stanowiącą zagrożenie dla zdrowia.

Najczęściej pojawiającym się argumentem przeciwko ograniczeniu czasy pracy w niedzielę jest utrata miejsc pracy przez pracowników sieci handlowych i wzrost bezrobocia. Szacunki Polskiej Rady Centrów Handlowych mówią o około 40 tysiącach etatów (centra handlowe zatrudniają w Polsce ok. 400 tysięcy osób), Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji o 35 tysiącach, prawicowy Instytut Jagielloński o nawet stu tysiącach. Przedstawiciele Instytutu Spraw Obywatelski i Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych przyznają, że może nastąpić spadek zatrudnienia, ale po okresie przejściowych powróci ono do początkowego poziomu. Większość analiz dotyczących funkcjonujących w państwach rozwiniętych ograniczeń handlu w niedzielę wskazuje na to, że faktycznie zmniejszają one liczbę miejsc pracy, a przeprowadzone w ostatnich latach liberalizację mają pozytywny wpływ na zatrudnienie, chociaż istnieją także badania wskazujące na odmienne wyniki – negatywny wpływ deregulacji na zatrudnienie w sektorze. Kiedy w Polsce wprowadzono 12 dni ustawowo wolnych od pracy, pracodawcy i liberałowie również powszechnie straszyli wzrostem bezrobocia, który – jak się później okazało – ciężko było dostrzec, według niektórych doświadczyliśmy nawet wzrostu zatrudnienia.

Jeśli uznać niewielki wzrost bezrobocia za rozsądną cenę prospołecznej reformy, moment na wprowadzenie projektu w życie jest co najmniej odpowiedni. Bezrobocie spada od dłuższego czasu, tak dużo nowych etatów nie było tworzonych od 6 lat, a handel zajmuje drugie miejsce wśród branż polskiej gospodarki pod względem liczby nowych miejsc pracy. Braki pracowników powszechnie są uzupełniane przez zatrudnianie obywateli Ukrainy, których według szacunków NBP okresowo w Polsce może pracować nawet milion. Zwolnieni pracownicy, gdyby nie mogli znaleźć nowej pracy, nie powinni zostać pozostawieni samym sobie, a otrzymać wsparcie od państwa w poszukiwaniu nowego zatrudnienia czy przekwalifikowaniu.

Wprowadzenie zakazu handlu boleśnie odczują sklepy w powiatach graniczących z Niemcami. Dziś znaczną część ich klientów stanowią mieszkający w pobliżu obywatele RFN, którzy nie mogąc zrobić zakupów w niedzielę, wybierają się na krótką wycieczkę i robią je w Polsce. Blisko 80% cudzoziemców przekraczających granicę polsko-niemiecką dokonuje zakupów w pobliżu granicy, a według Urzędu Statystycznego w Rzeszowie zostawili oni w Polsce w 2015 roku 14,9 miliardów złotych. Ponieważ wiele towarów w Polsce jest tańszych niż na Ukrainie, w weekendy często przyjeżdżają również do nas sąsiedzi ze wschodu. W 2015 roku zostawili w polskich sklepach 6,5 miliarda złotych, co daje im drugie za Niemcami miejsce. Jeśli zdecydowalibyśmy się na wprowadzenie zakazu lub poważnych ograniczeń handlu w niedzielę koniecznym byłoby monitorowanie ze szczególną uwagą sytuacji w powiatach przygranicznych, a być może taka interwencja rządu stabilizująca ich sytuacje gospodarczą.

Teoretycznie można wyobrazić sobie sytuacje, w której regiony przygraniczne zwolnione są z zakazu handlu w niedzielę, ale już dziś wkładem Polski w integrację europejską zdecydowanie zbyt często bywa dumping socjalny.

Przeciwnicy ograniczenia handlu w niedzielę w swojej argumentacji często nawiązują do liberalizacji przepisów w tym zakresie w Unii Europejskiej. Jednak, czy to, że deregulacja, atak na związki zawodowe czy polityka austerity są dziś w Europie dominującym trendem, oznacza, że socjaldemokracja również powinna im się poddać? Zmiany w europejskich regulacjach należy uważnie obserwować, ale nie powinno się powielać cudzych błędów, niezależnie od tego, jak powszechne by były.

Z lewicowej perspektywy największą słabością propozycji Solidarności jest to, że zakaz pracy w niedzielę bardzo mocno uderzyłby w studentów, którzy dorabiają w weekendy. W przeciwieństwie do pozostałych pracowników nie mają oni możliwości przeniesienia swojej aktywności zawodowej na inny dzień tygodnia. Według analiz przeprowadzonych w ramach Bilansu Kapitału Ludzkiego około 40% studentów studiów dziennych pracuje zawodowo, najczęściej w handlu i usługach. Nie wiadomo jaka część z nich pracuje wyłącznie/głównie w weekendy, ale prawdopodobnie jest to istotny odsetek, lub nawet większość. Dla osób, których aktywność zawodowa ze względu na studia ogranicza się do 2–3 dni w tygodniu, utrata jednego z nich byłaby bardzo bolesna. Przed wprowadzeniem ustawy w życie dobrze byłoby wiedzieć więcej o tym, ile osób studiujących pracuje w niedzielę i nie będzie w stanie przenieść zatrudnienia na inne dni. Wysoki poziom statystyki publicznej po raz kolejny okazuje się istotnym warunkiem prowadzenia lewicowej polityki.

Zakaz pracy w niedzielę w żaden sposób nie poprawiłby sytuacji sprekaryzowanych wolnych zawodów, gdzie „deadline” jest ważniejszy niż dowolne prawa demokratycznego państwa. Budzi on też znaczne opory przedstawicieli profesji, które muszą pracować w niedzielę. Słuchając argumentów Solidarności, można również odnieść mylne wrażenie, że to w super- i hipermarketach mają miejsce najpoważniejsze naruszenia prawa pracy. Tymczasem z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że najgorzej jest w małych sklepach, gdzie częściej występuje także problem umów śmieciowych. Sytuacja pracowników gastronomii jest prawdopodobnie gorsza niż osób zatrudnionych w sieciach handlowych, tymczasem punkty gastronomiczne nie będą objęte niedzielnym zakazem. Czy to, że ustawa nie poprawia sytuacji wszystkich pracujących, a tylko jednej grupy jest jednak argumentem, przeciwko chociaż częściowemu naprawieniu świata? Oczywiście, że nie, należy jednak pamiętać, że rynek pracy w Polsce wymaga strukturalnych przemian – oparcia na wiedzy i umiejętnościach, realnie działającego prawa pracy, wyższych płac minimalnych, ograniczenia umów śmieciowych, wzmocnienia pozycji związków zawodowych – a nie jedynie pojedynczej interwencji, czy zmiany jednego z opisujących go parametrów.

Czy JP2 nie kupował w niedzielę?

Na krytykę zasługuje uzasadnienie wniesionej pod obrady ustawy. Nie zawiera ono oszacowania wpływu regulacji na rynek pracy, brakuje w nim odwołań do istniejącej literatury na temat ograniczeń czasu pracy w niedzielę, a w zamian za to otrzymujemy obfite odwołania do nauczania Jana Pawła II. Tak silny związek zawodowy jak Solidarność powinien przygotować lepszą obudowę swojego projektu, chociaż z drugiej strony, czy dla rządu Prawa i Sprawiedliwości „Papież Polak” nie jest najsilniejszym możliwym argumentem?

Opory części lewicy budzi wzmocnienie pozycji Kościoła Katolickiego, które prawdopodobnie byłoby skutkiem wejścia projektu w życie. Świeckie państwo powinno jednak być oparte na edukacji, tolerancji i poglądzie humanistycznym, a nie ekonomicznym przymusie, który wyklucza część osób religijnych z praktyk ich obrządku.

Jedną z instytucji popierających projekt jest Polska Izba Paliw Płynnych – nie ulega wątpliwościom, że to otwarte w niedzielę stacje benzynowe będą jednymi z największych beneficjentów wejścia proponowanych rozwiązań w życie.

Na jaki wariant ograniczenia pracy w niedzielę powinna zdecydować się lewica? Prawie całkowity zakaz, jak w propozycji „Solidarności”? Skrócenie czasu pracy w niedzielę? Wyższe wynagrodzenia i jasne zapisy w umowach ograniczające konieczność pracy w niedzieli przez pracowników, którzy tego nie chcą – proponowane przez Szumlewicza z OPZZ?

Wyższe pensje godzinowe i zapisy umowne stwarzają spore ryzyko nadużyć ze strony pracodawców, zwłaszcza w warunkach ogólnej słabości i niewystarczającego finansowania Państwowej Inspekcji Pracy. Jeszcze do niedawna fikcją było nawet kontrolowanie sklepów otwartych w dni ustawowo wolne od pracy – inspektorzy PIP po prostu nie pracowali w te dni. Jeśli chcemy wprowadzać prospołeczne regulacje rynku pracy, wzmocnienie kompetencji i zasobów PIP jest koniecznością.

Przekazanie kompetencji samorządom wprowadzi nierówności pomiędzy regionami i zwiększy koszty społeczne wprowadzenia reformy – przebywając poza miejscem zamieszkania nie będzie wiadomo, czy sklepy są zamknięte, czy nie. Duże miasta, gdzie super i hipermarkety są najpopularniejsze prawdopodobnie mając taką możliwość nie zdecydowałyby się na wdrożenie przepisów. Ze sporą dozą prawdopodobieństwa uczyniłyby to mniejsze ośrodki, gdzie mieszka więcej wyborców Prawa i Sprawiedliwości, a wpływy Kościoła są silniejsze.

Nawet, jeśli całkowity zakaz handlu w niedzielę uznać za postulat nadmiernie radykalny, częściowe ograniczenie godzin pracy sklepów jest jednak jak najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Aby miało ono sens dla pracowników, musiałoby jednak iść w parze z obowiązkowymi wyższymi wynagrodzeniami za pracę w niedzielę. Osoby zatrudnione w super- i hipermarketach w dużych miastach często dojeżdżają do nich, czasem z daleka. Dwie godziny poświęcone na dojazd do miejsca pracy, w którym spędzi się jedynie cztery godziny, to zła proporcja.

DOSC-GRY-POZORÓW- MLODZI-MACIE-GLOS-Adam-Cymer-Piotr-Kuczynski

 **Dziennik Opinii nr 262/2016 (1462)

Bio

Marcin Wroński

| Absolwent ekonomii, członek Razem
Ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej, student Wolnego Uniwersytetu Berlina, członek Rady Krajowej Partii Razem. Publikował między innymi w: Krytyce Politycznej, „Obserwatorze Finansowym”, „Wiedzy i Życiu”, „Tygodniku Przegląd”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.