Kraj

Chaos w systemie edukacji. Rok drugi [rozmowa z Justyną Suchecką]

poczatek-roku-morawiecki

Lekcje do 17.30, przeładowany program, zbyt dużo prac domowych, odpływ uczniów do szkół niepublicznych, wzrost nierówności – czy to cała prawda o polskiej szkole 2018/2019? Jan Smoleński rozmawia z Justyną Suchecką, dziennikarką specjalizującą się w edukacji.

Jan Smoleński: Mamy niż demograficzny a część szkół jest przepełniona do tego stopnia, że dzieci uczą się w systemie zmianowym. To jak to jest?

Justyna Suchecka: Po pierwsze niż nie występuje wszędzie. W nowych dzielnicach dużych miast rodzin z dziećmi jest dużo, a szkół brakowało tam od dawna, bo samorządy często traktują edukację w kategorii kosztów, a nie inwestycji, która przyniesie zysk społeczny. Białołęka i Targówek w Warszawie czy Naramowice i Strzeszyn w Poznaniu to dzielnice, gdzie szkoły pękały w szwach jeszcze przed reformą PiS-u. W tej chwili jest dramatycznie źle, bo szkoły podstawowe były liczone na sześć roczników, czasami siedem, jeśli przy szkole była zerówka. Teraz doszły klasy siódme i ósme, których nie da się nigdzie przenieść, bo rodzice zwykle się na to nie zgadzają – choć samorządy to proponowały – więc nałożyły się na siebie dwa problemy.

Nowość to zmianowość w małych miejscowościach i na wsi, gdzie jej wcześniej nie było. W takich miejscach jest wiele zespołów przedszkolno-szkolnych, na które przerobiono stare podstawówki dla ośmiu roczników. Teraz i tam trzeba upchnąć dodatkowe dwa roczniki.

Szczęście, szkoła, klasy…

Czyli obawy, że likwidacja gimnazjów wprowadzi chaos w systemie edukacji, się potwierdziły?

Dobrym przykładem są dwie szkoły na warszawskim Mokotowie – oddalone od siebie o kilkaset metrów. Jedna pęka w szwach, a druga stoi w połowie pusta. Jest tak dlatego, że kiedy minister Zalewska ogłosiła reformę, samorządy miały zaledwie dwa miesiące na stworzenie nowej sieci szkół. Może się wydawać, że dwa miesiące to wystarczająco dużo czasu, ale te zmiany trzeba było skonsultować z rodzicami.

Ale co w tym trudnego, skoro druga szkoła jest blisko?

Szkoła to nie tylko budynek, to również nauczyciele, w tym wypadku nowi, których ani uczniowie, ani rodzice nie znają. Choć budynek też był problemem, bo był po gimnazjum i nie miał placu zabaw, nie był przystosowany dla małych dzieci.

Są miejsca, gdzie zmianowości nigdy nie było, zajęcia były dobrze zaplanowane i gdzie nawet deweloperzy się dokładali do budowy szkół. I obecna sytuacja jest prawdziwym problemem dla rodzin. Czasami dzieci siedzą od 7:30 rano w świetlicy, choć zaczynają lekcje o 13 – ale pracujący rodzice nie są w stanie odprowadzić ich na późniejszą godzinę – i uczą się do 17:30. Przebywają w szkole 10 godzin, z czego pierwsze pięć spędzają w świetlicy. A kiedy dziecko wraca, trzeba jeszcze odrobić z nim lekcje i zagonić do samodzielnej nauki.

A w świetlicy lekcji nie odrobią, bo panuje tam straszny harmider.

I nie można usłyszeć własnych myśli.

Chcemy szkoły życia, nie przeżycia

czytaj także

I tutaj się ujawnia problem z zadaniami domowymi: one pogłębiają rozwarstwienie. Mamy mało danych mówiących o tym, jak naprawdę wygląda odrabianie lekcji tak, jednak i z badań PISA, i z danych zebranych przez Rzecznika Praw Dziecka wyłania się obraz uczniów mocno obciążonych pracami domowymi. Na przykład z tych drugich wyszło, że siódmoklasiści średnio spędzają nad lekcjami 3-3,5 godziny dziennie – po tych siedmiu czy więcej godzinach spędzonych w szkole. Przepytano też nauczycieli, jak wygląda realizacja programu, i okazało się, że oni w trakcie lekcji realizują około 60 procent tego, co powinni, bo program jest tak przeładowany. Te pozostałe 40 procent musi zostać zrealizowane w domu.

Z kolei jedna trzecia rodziców deklarowała, że ich dzieci nie są w stanie odrobić tych zadań same i potrzebują pomocy. Rodziny o mniejszym kapitale kulturowym lub finansowym nie będą w stanie swoim dzieciom pomóc. Te dzieci będą zostawały w tyle. A szkoła podstawowa to nie jest miejsce, gdzie powinno następować odrzucenie tych, którzy nie mają szans na studia – a to się dzieje, skoro czasami słyszę, że „jeśli dwunastolatek sobie nie radzi, to jego problem”.

Warto powiedzieć, że odkąd wprowadzono gimnazja, rozwarstwienie w edukacji nie narastało – byliśmy jednym z nielicznych krajów, w których tak to wyglądało. Ale dokładne efekty reformy ministry Zalewskiej poznamy dopiero za trzy lata, bo wtedy będą kolejne testy PISA.

Na razie brzmi to dość dramatycznie, zwłaszcza, że w tym roku dojdzie do kumulacji roczników.

To prawda. O miejsca w liceach będą się starali ostatni absolwenci gimnazjów i pierwsi absolwenci ośmioletnich podstawówek. Jedni i drudzy są edukowani w marnych warunkach.

Sadura: Zerwijmy z tradycją zaczynania każdej reformy edukacji od zaorania tego, co zbudowali poprzednicy

Teoretycznie w gimnazjach wszystko powinno iść starym trybem.

Ale tak nie jest. Nauczyciele uciekają z gimnazjów, bo są przeznaczone do likwidacji. W niektórych miejscach trzecioklasistom zmienił się wychowawca i kilkoro innych nauczycieli, w tym matematyk. Uczniowie ani rodzice nie mają gwarancji, że nic się nie zmieni w trakcie roku szkolnego, bo często gdy ktoś znajdzie pracę w szkole, która daje stabilizację, odchodzi z gimnazjum.

A co z ósmoklasistami?

Oni z kolei wpadli w dziurę programową, która w zasadzie dotyczy wszystkich przedmiotów. Najlepszym przykładem jest historia. W klasach 4-6 uczyli się jej według starej podstawy programowej, ale w siódmej klasie zaczynają od XIX wieku. Nie uczą się o reformacji, rewolucji francuskiej czy o Napoleonie, a bez tych dwóch ostatnich zagadnień nie sposób zrozumieć choćby tego, czym był Kongres Wiedeński. Ta dziura programowa dotyczy trzech roczników, czyli ok. miliona uczniów. Nauczyciel może sam z siebie opowiedzieć im o tym Napoleonie i mądrzy nauczyciele – a wierzę, że mamy takich wielu – będą się starali jakoś te rzeczy przekazywać swoim uczniom, ale z powodu przeładowania programu mają ograniczone możliwości.

Polska szkoła, czyli pokraczna wspólnota

czytaj także

Z innymi przedmiotami jest równie źle?

Podobne dziury są w przedmiotach przyrodniczych. Stosunkowo najmniejsze są w programie polskiego, matematyki i języków obcych. I to dlatego właśnie z tych trzech przedmiotów uczniowie będą zdawać egzamin po ósmej klasie. To będzie pierwszy egzamin w ich życiu i jego stawka będzie bardzo wysoka, bo będzie decydował o przyjęciu do liceum.

Do tego dochodzi kolejny problem. Wśród kandydatów do liceum w 2019 roku będą pierwsze dzieci, które poszły do szkoły jako sześciolatki – będzie ich kilkadziesiąt tysięcy. W pierwszych klasach liceum będą więc dzieci w wieku lat 14, 15 i 16 lat. Szesnastolatki będą rekrutowane osobno, do trzyletniego liceum, więc dla nich będą osobne klasy. Na papierze wszystko się zgadza, bo w skali Polski miejsc w szkołach średnich jest wystarczająco dużo, problem polega na tym, że dobre szkoły nagle nie zaczną przyjmować większej liczby uczniów.

Ministerstwo mówi, że dobre warszawskie licea miały też przy sobie gimnazja, więc miejsce dla większej liczby uczniów jest.

Ale takich szkół w skali kraju jest około trzystu, a gimnazjów siedem tysięcy. Po drugie, nie chodzi tylko o miejsce, ale też o nauczycieli. Więc tak naprawdę uczniowie będą walczyli o te same miejsca, bo zamiast 350 tysięcy uczniów idących do liceów będzie około 726 tysięcy. Przed pójściem na studia to się rozładuje, bo te roczniki będą zdawać maturę w innych latach, ale w szkołach średnich będzie trudno. Mogę sobie tylko wyobrazić, jaki to będzie problem dla klasy średniej, dla której posłanie dziecka do dobrego liceum jest kwestią ambicji i prestiżu.

„Okienko” w planie lekcji przez katechezę? Piszmy zawiadomienia do prokuratury!

Rafał Trzaskowski w ramach kampanii samorządowej proponuje zwiększenie klas do 36 osób na czas podwójnego rocznika.

W normalnych czasach stwierdziłabym, że to fatalny pomysł, bo te 30-32 uczniów, które teraz mamy, to i tak za dużo. Ale z drugiej strony każda 36-osobowa klasa to więcej o kilkoro uczniów, którzy dostaną się do wymarzonego liceum.

Czy przez to wszystko można zaobserwować odpływ uczniów ze szkół publicznych do społecznych i prywatnych?

Tak, choć ten proces trwał jeszcze, zanim zaczęto likwidować gimnazja. Jednak obecnie przyrost jest większy – wprawdzie nie 50-procentowy, jak podawali niektórzy, ale między 10-15 procent rok do roku. A na przykład we Wrocławiu skok w liczbach bezwzględnych był taki jak w Warszawie, choć Wrocław jest dużo mniejszym miastem. To są dane za zeszły rok, za obecny będą pod koniec września, ale spodziewam się, że w tym roku może być gorzej. Rodzice mogą myśleć, że nawet jeśli w podstawówkach niepublicznych niekoniecznie będzie lepiej, to przynajmniej bezpieczniej, a lekcje nie będą trwały do 17:30.

To często są dramatyczne wybory. Posłanie dziecka do szkoły niepublicznej od samego początku edukacji to pewien życiowy projekt. Ale zmiana na ostatnie dwa lata z podstawówki publicznej – czyli zmiana w zasadzie wszystkiego, od budynku szkoły, przez nauczycieli, po kolegów w klasie – to wyrwanie dziecka z jego poprzedniego środowiska.

W demokratycznej szkole nie ma planu lekcji [rozmowa]

A co z edukacją domową?

Jej skala też wzrasta, choć trudno ocenić, czy to z powodu likwidacji gimnazjów. W zeszłym roku mieliśmy duży skok, bo Anna Zalewska zmieniła przepisy i wprowadziła rejonizację. Zawsze było tak, że dzieci uczone w domu musiały być tak czy inaczej zapisane do jakiejś szkoły. Rodziło to patologie – powstawały wirtualne szkoły niepubliczne, które otrzymywały subwencje oświatowe za takie dzieci, choć tak naprawdę niczego nie uczyły. W ten sposób uciekały coraz większe pieniądze. Ministerstwo chciało ukrócić tego rodzaju proceder, więc osoby, które się wahały, teraz mogły się zdecydować, myśląc: teraz albo nigdy.

Gray: Szkoła nie musi być obowiązkowa!

Interesujące jest to, że z tej dziury w przepisach korzystały rodziny polonijne, które na przykład w Anglii posyłały swoje dzieci do lokalnych szkół, a w weekendy kształciły je w domu według polskiego programu. Takie dzieci przyjeżdżały w czerwcu do Polski, zdawały egzaminy i miały polskie świadectwa. Te dzieci nie korzystają z edukacji polonijnej, tylko z systemu ulokowanego w Polsce i opłacanego przez polskich podatników. Decyzja ministerstwa im to uniemożliwia i zdaniem tych rodzin utrzymywanie kontaktu z Polską i polską kulturą przez ich dzieci będzie teraz dużo trudniejsze. Choć trzeba przyznać, że nikt na świecie tak nie robi, więc akurat tutaj rozumiem decyzję minister Zalewskiej.

Kto w Polsce decyduje się na kształcenie w domu?

Zazwyczaj rodziny wielodzietne, raczej o konserwatywnych poglądach. Warto dodać, że Anna Zalewska nie przewidziała, że proponowane przez ministerstwo zmiany spotkają się z oporem akurat z ich strony. Wydawało jej się, że sami rodzice zmian nie odczują. Miały je odczuć tylko szkoły, tymczasem rodzice stanęli po stronie szkół.

Są też marginalne przypadki osób bardzo bogatych. W ich przypadku edukacja domowa to przychodzący do domu tutor i pani rozmawiająca z dziećmi po francusku. Robi się na to moda wśród bardzo zamożnych osób.

Nauczycielu, zejdź z podestu

czytaj także

Nauczycielu, zejdź z podestu

Jarema Piekutowski, Piotr Jesionowski

Jakie jest największe zagrożenie związane z taką prywatyzacją edukacji?

Ja się boję odwrotu od centralnego systemu egzaminacyjnego. Dziś wszyscy uczniowie zdają te same, państwowe egzaminy, sprawdzane nie przez nauczycieli w szkole, a przez zewnętrznych egzaminatorów. To zwiększa szanse na obiektywną ocenę. Jeśli z tego zrezygnujemy, powrócimy do mechanizmu bardzo niesprawiedliwego, a nawet korupcjogennego. Uczniowie ze szkół niepublicznych byliby wyraźnymi wygranymi tej sytuacji, bo ich szkoły mają dużo więcej środków finansowych i więcej swobody niż szkoły publiczne. Z tego powodu mogą lepiej przygotowywać dzieci pod kątem egzaminów np. do prestiżowych liceów. Już dziś, jeśli spojrzymy na wyniki testów zewnętrznych w Warszawie, w Poznaniu czy w Krakowie, to w czołówce większość to szkoły niepubliczne.

Póki mamy dobre szkoły publiczne – a ich nie brakuje, zwłaszcza w dużych miastach – to wciąż dziecko może uczęszczać do publicznej podstawówki i dostać się do dobrego liceum, bez dodatkowych korepetycji i inwestowania dodatkowego kapitału. Gimnazja to jeszcze ułatwiały, bo dzieci mogły uczęszczać do dwujęzycznych publicznych gimnazjów i potem trafić do publicznej szkoły średniej z maturą międzynarodową. Teraz ta możliwość nie istnieje.

A takie gimnazja to nie było w jakimś stopniu obchodzenie systemu?

Oczywiście, sprzyjało to młodzieży z domów o większym kapitale kulturowym. Ale biedniejsi i mniej zaopiekowani przez rodziców też mieli szansę się do nich dostać i znam wiele takich przypadków. A dziś szansę na tego rodzaju edukację mają właściwie tylko ci, których rodzice są w stanie zapłacić za edukację niepubliczną.

Widzisz jeszcze inne zagrożenia?

Póki mamy dobre szkoły publiczne, wciąż dziecko może uczęszczać do publicznej podstawówki i dostać się do dobrego liceum, bez dodatkowych korepetycji i inwestowania dodatkowego kapitału.

Pogłębi się też kolejny problem, który obserwujemy już w dużych miastach: jeśli się urodzisz w „złej” dzielnicy, twoje szanse na dobrą edukację bardzo maleją. Widać to na przykładzie poznańskich Jeżyc, które teraz się rozbudowują i stają coraz modniejsze – choć wcześniej to była dzielnia Rycha Pei i chłopaków stojących pod kamienicami. Jeśli wyjmiemy z niewystarczająco licznych tam szkół publicznych wszystkich najlepszych uczniów – bo tacy najczęściej uciekają do niepublicznych – dojdzie do segregacji uczniów.

Na poziomie gimnazjów badał to profesor Roman Dolata, pokazując rozwarstwienie szkół gimnazjalnych. Z tych badań jednoznacznie wynikało, że już gimnazja segregowały uczniów. Do tego przyczepiła się bardzo minister Zalewska. Ale to nie znaczy, że podstawówki nie segregowały. Ministerstwo pozbyło się gimnazjów, ale nie zrobiło nic, by podstawówki wyrównywały szanse. Wręcz przeciwnie, bo to, o czym przed chwilą mówiliśmy – zadania domowe, nauka poza szkołą – to tylko pogłębia. I nie wprowadzono jakichkolwiek mechanizmów, by to monitorować. To tak, jakby celem reformy Zalewskiej było same zlikwidowanie gimnazjów, a nie poprawa jakości kształcenia.

Gimnazja naprawdę wyrównywały szanse?

Tak. Sama jestem z bardzo małej miejscowości, drugi rocznik gimnazjów. Przechodziłam przez gimnazjum jak ze snów Mirosława Handkego – jedno w gminie, do którego zjeżdżały się wszystkie dzieci z okolicy, osiem klas na poziomie. Potem trafiłam do bardzo dobrego liceum i jako pierwsza w rodzinie skończyłam studia. To oczywiście anegdota i sama nie lubię, gdy ktoś odpowiada anegdotami na argumenty, ale ta moja historia jest poparta danymi.

Czarna legenda gimnazjów [rozmowa z Przemysławem Sadurą]

Niestety daliśmy sobie wmówić, że gimnazja to siedlisko patologii. W 2015 roku mieliśmy badania dotyczące przemocy w szkole. Wszystkie najwyższe wskaźniki dotyczyły klas piątych i szóstych szkół podstawowych. W gimnazjach te liczby nie rosły.

Dlaczego?

Bo to były szkoły, w których było najwięcej psychologów i pedagogów a kadra była już wyspecjalizowana w pracy z tą grupą wiekową.

Gimnazja nie były tą przysłowiową sodomią i gomorią. Słynna historia o słoneczku – seksie grupowym na jednej ze szkolnych imprez – to też miejska legenda. To wiemy, bo jej pochodzenie zostało przebadane. Nasz system edukacji przyjeżdżali oglądać ludzie z Europy Zachodniej. Była minister edukacji z Ukrainy robiła doktorat z polskiego systemu edukacji. My najpierw pozwoliliśmy wieszać na nim psy, a potem rząd PiS to osiągnięcie rozmontował.

Starczewska: Powrót do PRL-owskiego systemu oświaty uważam za szkodliwy

A co z uczniami szkół zawodowych?

Nasz system edukacji przyjeżdżali oglądać ludzie z Europy Zachodniej. My najpierw pozwoliliśmy wieszać na nim psy, a potem rząd PiS to osiągnięcie rozmontował.

Reforma Zalewskiej skróciła im edukację ogólną o rok: zamiast sześciu lat podstawówki, trzech gimnazjum i trzech branżowki, będą mieli osiem lat podstawówki i trzy branżówki. A każdy rok edukacji ogólnej pomaga zdobyć kompetencje, które są potem potrzebne w życiu.

Pokutuje mit, że jeżeli ktoś nie jest orłem z matmy lub polskiego, powinien iść do szkoły zawodowej, bo wtedy przynajmniej zdobędzie „fach”. Problem w tym, że coraz więcej tego rodzaju „fachów” przestaje być potrzebne i że nawet przy pracy w fabryce będzie potrzebna matma, której się uczysz podczas edukacji ogólnej, bo trzeba będzie zaprogramować maszynę. To jest problem, który dotyczy całej gospodarki. Będziemy mieli ludzi przygotowanych do pracy w zawodach, które przestaną istnieć. Problem istniał już wcześniej, ale teraz się tylko pogłębi.

Cibor: Przyszłość pracy, praca przyszłości

Powiedzmy jeszcze, co z dziećmi ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Pojawiły się obawy, że PiS chce wypchnąć je ze szkół, stosując do tego indywidualny tok nauczania.

Indywidualny tok nauczania powinien być dla osób, które nie mogą siedzieć w klasie i uczyć się razem z innymi dziećmi, a nie po to, by pozbywać się dzieci, które sprawiają problemy. W poprzednim systemie nadużywano indywidualnego toku nauczania, używano go do wyrzucania dzieci z klasy, zamiast radzić sobie z trudnym zachowaniem dziecka, zatrudniać nauczyciela wspomagającego itd. Często naciskali na to rodzice pozostałych dzieci. Zresztą co roku we wrześniu otrzymuję maile od rodziców w stylu: „Mamy w klasie chłopca z autyzmem, ja co prawda nie mam nic do dzieci z autyzmem, ale on bije mojego Antka”.

Z nowo wprowadzonymi zmianami rzecz jest bardzo skomplikowana. Rzadko się zdarza, że wierzę ministrze Zalewskiej, ale w tym wypadku ufam, że jej celem nie było skrzywdzenie tych dzieci. Przepisy, które zaproponowała, same w sobie nie są złe, wszystko będzie zależeć od ich interpretacji. Dostaję sygnały o dzieciach, dla których ta zmiana się źle kończy – bo wcześniej miały część lekcji osobno, ale na terenie szkoły, i dzięki temu mogły spotykać się z rówieśnikami, a teraz stawia się ich przed wyborem – albo nauka ze wszystkimi, albo w domu. Ale dopiero nadchodzące tygodnie pokażą, jaka jest praktyka.

Własnym głosem o spektrum autyzmu

Problem polega na tym, że nie mamy standardowych wymagań dotyczących tego, co powinno się znajdować w orzeczeniu o indywidualnym toku nauczania. W idealnym świecie znajdowałyby się w nim dokładne wskazówki, jak z dzieckiem postępować, ile godzin w tygodniu powinno spędzać z dziećmi w klasie, ile indywidualnie z nauczycielem, i tak dalej. Rodzice też nie wiedzą, czego mogą się domagać i często zamiast na potrzeby takiego dziecka wyższa subwencja oświatowa, która idzie za nim, jest wydawana na to, czego potrzeba szkole.

Narzekamy na PiS, ale szkoła za czasów rządów PO też nie była super.

PO ma trzy grzechy na sumieniu. Pierwszy to program.

Choć przecież to PiS wytykano usuwanie nazwisk i lektur z programu, choć to nie do końca prawda…

To fake news. Larum o to, że w podstawie programowej do historii nie ma Wałęsy było całkiem bezpodstawnie, bo oni nigdy nie był wymieniany z imienia i nazwiska. Sama musiałam takie informacje prostować.

Dodano Rymkiewicza.

Rymkiewicz dostał Nagrodę Kościelskich i Nike! Nikt w Polsce nie pisze o śmierci tak jak on. Przecież nikt nie każe przerabiać jego wierszy o Smoleńsku, ale Zachód słońca w Milanówku, za który dostał Nike, naprawdę warto omówić.

Bogoojczyźniany patriotyzm od dawna był obecny w nauczaniu, naprawdę nie jest to PiS-owska nowość. Robiono badania na ten temat i patriotyzm był najczęściej poruszanym tematem, również dlatego, że mówi się o nim najłatwiej – a przynajmniej łatwiej niż o pierwszej miłości, przemocy czy o problemach dojrzewania. Taki był dobór tematów i lektur. To, co rzeczywiśćie się zmieniło, to wychowanie do życia w rodzinie, ale to jest przedmiot do wyboru. Winą PiS jest natomiast to, że program jest jeszcze bardziej przeładowany i nie został unowocześniony.

Laskowski: Historia panów w garniturach

Drugi grzech Platformy?

Porażka posłania do szkoły sześciolatków. Ta reforma miała szansę odmienić polską edukację na lata, bo – co pokazują badania – każdy rok we wczesnej edukacji jest kluczowy, zwłaszcza dla wyrównywania szans.

Można było to rozwiązać inaczej, rozwiać niepokoje, lepiej wytłumaczyć, że szkoły były przygotowane na sześciolatki, pokazać, że nauczyciele są przygotowani do nauki młodszych dzieci nie tylko w klasie pierwszej, ale też czwartej, kiedy jest pierwszy próg szkolny. Można było wreszcie ten pierwszy rocznik reformy podzielić tak, żeby nie szły naraz dwa roczniki. Ta reforma była ważna, a PO jej nie podołało. W efekcie doszło też do poważnego skłócenia rodziców z nauczycielami.

Trzeci grzech?

Bardzo zła sytuacja nauczycieli. To mówienie, że Karta nauczyciela to grzyb na ścianie – to słowa Joanny Kluzik-Rostkowskiej. To sugerowanie, że są nierobami. Prestiż zawodu upadł przez polityków, w tym polityków Platformy.

Szkoła poza kadencyjnością, nauczyciele z podmiotowością

W latach 2008-2012 nauczyciele dostali 48 proc. podwyżki.

Ale musimy pamiętać, z jakiego pułapu startowali! Teraz podstawa dla początkującego nauczyciela to 2,4 tys. brutto. W Warszawie dodatki motywacyjne potrafią wynosić tysiąc złotych brutto – choć to i tak w niewiele, biorąc pod uwagę koszta życia – ale są miejsca, gdzie wynoszą 50 złotych. Brutto, oczywiście. To lata zaniedbań rządów PO, która z politycznego punktu widzenia zrobiła sobie krzywdę, bo to jest 600 tysięcy osób i ich rodziny, którym zalazła za skórę.

Ktoś może powiedzieć, że według danych GUS nauczyciele średnio nie zarabiają tak źle.

To prawda, ale zaczynający zarabiają naprawdę fatalnie. I nawet jeśli weźmiemy te 4,8 tys., które podaje GUS, to jest to o tysiąc mniej, niż zarabiają średnio specjaliści. A ci nauczyciele to są specjaliści!

To ma dwie poważne konsekwencje. Pierwsza to negatywna selekcja do zawodu nauczyciela. Mikołaj Herbst robił badania dotyczące tego, kto wybiera specjalizacje nauczycielskie. Okazuje się, że ci, którzy na studiach radzą sobie nie najlepiej.

Druga to odpływ nauczycieli z zawodu. To gorsze niż ucieczka do edukacji niepublicznej, bo takie osoby można jeszcze jakoś odzyskać. W Warszawie tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego było 1600 wakatów. W szkole syna koleżanki w pierwszym tygodniu roku szkolnego brakowało nauczyciela informatyki, choć w ofercie była rozszerzona informatyka. Nawet jeśli ta szkoła kogoś znajdzie, to nie będzie to nauczyciel na miarę ich potrzeb, bo ten pracuje już gdzieś indziej.

Emigracja do Wielkiej Brytanii jako naturalny eksperyment edukacyjny

Anna Zalewska obiecuje, że pensje nauczycieli wzrosną o 15 proc. w ciągu trzech lat.

Średnio w gospodarce mają wzrosnąć o 15,8, więc to naprawdę nie jest łaska ze strony rządu, tylko nadążanie za wzrostem płac. Jarosław Gowin mówi o nowym systemie kształcenia nauczycieli. Ten system może i będzie nie tylko nowy, ale też dobrze pomyślany, ale niewiele osób zdecyduje się pracować w szkole za takie pieniądze. Siłaczy i siłaczek nie ma tak wiele.

To nic, tylko zabierać dziecko do prywatnej szkoły – jeśli tylko kogoś stać!

Nie do końca. Jest wiele szkół, w których wprowadza się innowacyjne sposoby nauczania. Niektóre szkoły, w Warszawie czy w Poznaniu, całkiem zrezygnowały z prac domowych. Jest też bardzo wielu zmotywowanych i dobrych nauczycieli, w końcu w tym zawodzie jest 600 tysięcy ludzi. Brakuje za to sposobu ich premiowania i wspomagania w wymyślaniu nowych i ciekawych sposobów przekazywania wiedzy.

Denst-Sadura: Pedagogiczny slow

czytaj także

Denst-Sadura: Pedagogiczny slow

Aleksandra Denst-Sadura

***
Justyna Suchecka – dziennikarka, z wykształcenia ekonomistka, związana od 2008 roku z „Gazetą Wyborczą” (do 2013 z redakcją w Poznaniu) i magazynem „Książki”. Zawodowo zajmuje się głównie tematyką edukacyjną. Wraz z Natalią Szostak prowadzi w serwisie YouTube kanał poświęcony kulturze – Krótka Przerwa Krótka przerwa.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.