Kraj

Bikont: Order dla Grossa

Trudno się łudzić, że pomysł odebrania orderu za tekst publicystyczny jest jednorazowym kuriozalnym wybrykiem.

1.

My, Polacy, nasze wybory prezydenckie przeżywaliśmy w zeszłym roku. W czasie telewizyjnej debaty, tej jednej najważniejszej, dwóch głównych kandydatów zadawało sobie nawzajem pytania. Pierwsze, kandydata Andrzeja Dudy, nie dotyczyło sytuacji ekonomicznej Polski czy też stosunków z Ukrainą i Rosją. Dotyczyło zbrodni popełnionej ponad siedemdziesiąt lat temu w Jedwabnem, miasteczku północnowschodniej Polski gdzie Polacy-katolicy spalili swoich żydowskich sąsiadów, zbrodni ujawnionej po latach przez Jana T. Grossa, polsko-amerykańskiego historyka, obecnie profesora na Uniwersytecie w Princeton. Duda zarzucił swojemu oponentowi, urzędującemu wtedy prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, że Polacy, za jego sprawą, są „kłamliwie oskarżani przez innych, że to my uczestniczyliśmy w Holokauście”. Pytał, dlaczego prezydent nie broni dobrego imienia Polski.

Wybory wygrał Andrzej Duda, ten z kandydatów, który się odżegnywał od bolesnej prawdy Jedwabnego. Nowy prezydent zapowiedział „nową strategię polityki historycznej”, która będzie budowała międzynarodowa pozycję Polski w świecie. Jest już realizowana. Znaczącym jej elementem jej nagonka na J.T. Grossa. Prezydent Duda zwrócił się w styczniu do Ministerstw Spraw Zagranicznych o opinię w sprawie odebranie Grossowi państwowego orderu. Według jego rzecznika do kancelarii prezydenckiej wpłynęło wiele listów z takim postulatem od oburzonych obywateli. Prezydent nie mógł tych głosów zignorować i przemilczeć.

Zabrzmiało to jak ponury żart, zważywszy że w kolejne mroźne popołudnia tysiące ludzi wychodzą na ulice miast Polski protestować przeciw polityce Prezydenta i rządu, a ich głos jest kompletnie ignorowany. Protestowaliśmy przeciw zagrożonej demokracji, gdy Prezydent nie przyjął ślubowania wybranych zgodnie z prawem trzech sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Protestowaliśmy – manifestacje miały miejsce w 36 miastach – pod hasłem „W obronie wolności”, przeciw działaniom rządu ograniczającym na wiele sposobów wolności obywatelskie: przez nową ustawę inwigilacyjną, nowe procedury karne, upolitycznienie służby publicznej, zawłaszczenie przez rządzącą partię publicznych mediów. Listy też piszemy. Bez odzewu. W obronie Jana T. Grossa grono znaczących profesorów uniwersyteckich i osób publicznych wystosowało listy protestacyjne, a Timothy Snyder, zapowiedział, że zwróci swój przyznany mu przez Polskę order.

J.T. Gross, któremu chcą teraz odebrać order, został wcześniej przez państwo polskie dwukrotnie odznaczony.

Pierwszy raz, w 1996 roku (jeszcze zanim zaczął pisać książki, które denerwują wielu Polaków). Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej otrzymał za książki o strukturach podziemnego państwa w czasie II wojny i polskich dzieciach zesłanych na Sybir, a także za swoją opozycyjną przeszłość, za udział w protestach w 1968 roku i pomoc udzielaną opozycji już jako emigrant.

Drugi raz, symbolicznie. Był 10 lipca 2001 roku, obchody sześćdziesiątej rocznicy zbrodni w Jedwabnem. Ówczesny prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski przepraszał pomordowanych, telewizje całego świata filmowały uroczystość. A wszystko za sprawą niewielkiej objętości eseju Grossa Sąsiedzi. Zagłada żydowskiego miasteczka, który ukazał się rok wcześniej. Książki, która wywołała lawinę, najgłośniejszą debatę w wolnej Polsce po 1989 roku.

To jest to, co władza chciałaby odebrać Grossowi i wymazać ze społecznej pamięci. Tymczasem odbiera mu medal, który dostał za zasługi oczywiste i niekontrowersyjne nawet według nowo obowiązujących kryteriów politycznych.

2.

Kilka lat temu w Krakowie przypatrywałam się, jak sfora fotoreporterów przepychała się w kierunku Grossa, by mieć jego dobre ujęcie w kipie. Spotkanie wokół jego książki Strach, opowiadającej o pogromie kieleckim i innych przypadkach mordowania Żydów zaraz po wojnie, zorganizowane w ramach festiwalu żydowskiego miało miejsce w synagodze Kupa, miejscu wielu wydarzeń kulturalnych, i każdy mężczyzna dostawał przy wejściu kipę. Zdjęcia Grossa w żydowskim nakryciu głowy zdobiły pierwsze strony gazet, pokazywano je w telewizji. Przekaz był jasny: Gross to Żyd – więc obcy, więc kłamie. Może warto tu dodać, że od czasu II wojnie światowej, wskutek Holocaustu i przesunięcia granic, prawie wszyscy Polacy mają polskie pochodzenie.

Jan Gross ma pochodzenie jak trzeba po mamie, ale to, widać, nie wystarczy. Hanna Szumańska-Gross pochodziła z ziemiańskiej rodziny. Po napisaniu książki o Jedwabnem Jan nawet odkrył, że pierwszym kasztelanem, czyli zarządcą ziemi łomżyńskiej, na której rozgrywał się dramat jedwabieńskich Żydów, był jego przodek. W czasie II wojny Hanna Szumańska-Gross pracowała dla podziemnej Armii Krajowej. Roznosząc nielegalną prasę AK, spotkała ukrywającego się Zygmunta Grossa i po wojnie została jego żoną. Gdy Janowi Grossowi zarzucano, że nie pisze nic o pomocy udzielanej Żydom przez Polaków, tłumaczył, że sam jest owocem tej pomocy i interesuje go, co się takiego stało, że Polacy, którzy ratowali Żydów w czasie Holocaustu, po wojnie bali się o tym mówić.

Jan Gross ma rozliczne zasługi dla Polski (tak zresztą jak mieli jego żydowscy przodkowie). Był w opozycji można powiedzieć od dziecka: w liceum, gdy z Adamem Michnikiem zakładali nielegalny klub dyskusyjny, Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, on miał czternaście lat, Michnik – piętnaście. Na studiach był w środowisku studentów, którzy organizowali opozycyjne akcje na Uniwersytecie Warszawskim. Po głośnym wiecu na dziedzińcu UW w marcu 1968 r. był aresztowany i siedział pięć miesięcy w więzieniu. W 1969 roku jego rodzice i on wyjechali wskutek antysemickiej nagonki. Jak wiele osób z tej emigracji, których wyrzucono z Polski i zabrano polskie obywatelstwo, wspomagał polską opozycję, nagłaśniał jej działania za granicą. Współtworzył świetne emigracyjne pismo „Aneks”. Doktorat w Yale pisał o polskim państwie podziemnym. Powstała z tego książka Polish Society Under German Occupation. W połowie lat siedemdziesiątych Irena Grudzińska-Gross i Jan Gross natrafili na unikalne świadectwa polskich obywateli wywiezionych w głąb ZSRR. Wydali je w książce „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali…”. Na podstawie dokumentów, głównie z archiwum Hoovera, Gross napisał w latach. 80. książkę Revolution from Abroad: Soviet Conquest of Poland’s Western Ukraine and Western Belorussia.

Mówił mi: – Pisałem o prześladowaniach Polaków, a Żydzi nie należeli do historii Polski. Od Żydów byli inni specjaliści, i ja ten podział bezmyślnie przyjmowałem.

Aż trafił na dokumenty, które odmieniły jego pisanie. Najpierw na nieznany wcześniej fragment raportu Jana Karskiego, kuriera i emisariusza władz Polskiego Państwa Podziemnego. Karki pisał, że stosunek szerszych mas społeczeństwa do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny i że ta kwestia stwarza „coś w rodzaju wąskiej kładki, na której przecież spotykają się zgodnie Niemcy i dużą część polskiego społeczeństwa”. Potem na świadectwo Szmula Wasersztejna z Jedwabnego, który opisywał jak jego rodzinę i całą społeczność spalili w stodole sąsiedzi Polacy. Stąd powstała książka Sąsiedzi, która odmieniła świadomość Polaków. Nie wszystkich oczywiście. Jarosław Kaczyński, założyciel rządzącej dziś prawicowej partii Prawo i Sprawiedliwość i główny rozgrywający w polskiej polityce twierdził, że Sąsiedzi to antypolski paszkwil i efekt antypolskiej manii Grossa.

Po Sąsiadach były StrachZłote żniwa (których współautorką jest Irena Grudzińska-Gross). Każda z tych książek była wydarzeniem w Polsce, wzbudzającym zażarte spory. Przyczynia się do tego styl Grossa, emocjonalny, elektryzujący, zmuszający nas do konfrontacji. Złote żniwa otwiera zdjęcie przedstawiające Polaków przyłapanych przez policję na przekopywaniu po wojnie z terenów wokół obozu śmierci w Treblince w poszukiwaniu złotych zębów czy innych kosztowności. Grossowie piszą:

Zaczynamy rozumieć, że normą zachowania w polskim społeczeństwie (…) było tropienie i wynajdywanie ukrywających się Żydów (a więc i Polaków, którzy dawali im schronienie), nie zaś niesienie prześladowanym Żydom pomocy. (…) Dlatego fotografia chłopów z Treblinki – też, oczywiście, normalnych, pracowitych, pobożnych i odznaczających się całą harmonią cnót – oprócz obrzydzenia wywołuje w nas podskórny niepokój: bo nie jesteśmy do końca pewni, czy w ostatecznym rachunku nie patrzymy się aby na zdjęcie z rodzinnego albumu.

Wraz z publikowaniem kolejnych książek Grossa w Polsce przyszedł wysyp sztuk teatralnych, wypowiedzi artystycznych, powieści o Żydach i Polsce. Podam tylko jeden przykład pokazujący jak to, co Gross pisze, wchodzi do popularnego obiegu. W powieści Noc żywych Żydów główny bohater jest mieszkańcem bloku pobudowanego na terenie spalonego do ziemi getta warszawskiego. Z piwnic jego domu zaczynają masowo wychodzić pomordowani Żydzi i dobijać się do jego mieszkania. W powieści występuje Dziadek, jakby wyjęty z rodzinnego albumu, i wygłasza tam monolog do głównego bohatera i jego dziewczyny o swoich wojennych czasach: „Też się szalało, myślicie, że to wy wszystko odkryliście? Pamiętam, spotykałem się i z kolegami, i na dziewczyny, i potańczyć, i napić się, powariować, przekąsić. Szedłem w miasto z kieszenią pełnych złotych zębów, świat należał do nas”. Co ciekawe, autor książki, Igor Ostachowicz był w czasie pisana książki wysokim urzędnikiem w poprzednim rządzie, Donalda Tuska. To już z pewnością nie mogło by się dziś zdarzyć.

3.

We wrześniu 2015 roku Jan T. Gross napisał tekst do Project Syndicate, w którym martwił się brakiem naszej solidarności w rozwiązaniu dramatycznego problemu uchodźców trafiających do Europy. Przyczynę upatrywał w postawach Polaków w czasie II wojny i nierozliczeniu się z przeszłością, podczas gdy „Polacy zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców”.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że jego tekst jest „nieprawdziwy historycznie, szkodliwy i obrażający Polskę”, a prokuratura wszczęła przeciwko niemu śledztwo. Postawą jest artykuł kodeksu karnego „Kto publicznie znieważa Naród lub Rzeczpospolitą Polską podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Fundacja o wdzięcznej nazwie Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom zorganizowała pisanie petycji i zbieranie listów o odebranie mu orderu. A oto próbki stylu Fundacji: „Gross to oszczerca wyjątkowo szkodliwy”, „Gross przekroczył wszelkie możliwe granice opluwania Polski”, „ Gross jest śmiertelnym zagrożeniem dla Polski”. W radzie fundacji zasiada Polski wicepremier i minister kultury nowego prawicowego rządu.

W styczniu prezydent Duda poprosił polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych o opinię, czy możliwe jest odebranie Grossowi państwowego odznaczenia (to na wniosek MSZ-u Gross dostał order). Nie sądzę, żeby to tego doszło, ale też odebranie orderu nie jest tu najważniejsze. Ważne jest wskazanie wroga, sianie nienawiści, a później zwieranie szeregów w wyimaginowanej oblężonej twierdzy. Gdy kliknęłam w internecie Magierowski i Gross (wiedziałam że szef biura prasowego Prezydenta, Marek Magierowski publicznie wypowiadał się przeciwko Grossowi), wyświetliły mi się wpisy na jego twitterze, w tym na naczelnym miejscu czyjś wpis o Grossie: „Odebrać mendzie polskie obywatelstwo. Kawał sukinsyna!”. To jest ten ton, który coraz głośniej w Polsce rozbrzmiewa. Prawica w Polsce staje się coraz bardziej skrajna, coraz szerzej zatacza kręgi swoich wrogów, coraz częściej mówi językiem nienawiści. Dzieci Jana Grossa mówiły mi, że prosiły ojca, gdy jechał do Polski, by na ulicy zakładał głęboko czapkę na oczy, boją się o niego.

Wszystko jak z deja vu. W czasach komunistycznych władza też uważała, że ona decyduje, co wolno a czego nie wolno mówić i publikować. Można było trafić za karty na trzy lata za poglądy wyrażane w prywatnym liście wysyłanym za granicę. Najgorszym przestępstwem było opublikowanie krytycznej opinii na łamach prasy Niemieckiej Republiki Federalnej. Resentymenty antyniemieckie kazały wielu Polakom myśleć, że władza ma tu rację. Tekst Jana T. Grossa o uchodźcach, rozsyłany przez amerykański Project Syndicate wydrukował miedzy innymi niemiecki dziennik Die Welt”. Gdy w prasie, w telewizji i w wypowiedziach oficjalnych mowa o tekście Grossa, za każdym razem padają złowieszcze słowa Die Welt”. Niestety też działa. Swoją drogą ciekawe jak w wielu sprawach nasz prawicowy rząd powiela komunistyczne zwyczaje.

Trudno się łudzić, że pomysł odebrania orderu za tekst publicystyczny jest jednorazowym kuriozalnym wybrykiem. Atak na Grossa jest nie tylko atakiem na Grossa. Jest atakiem na wolność słowa, atakiem na niezależność badań naukowych. Można się spodziewać dalszych ciągów.

4.

Ujawnienie przez Grossa zbrodni w Jedwabnem spowodowało rewolucję w polskim myśleniu o stosunkach polsko-żydowskich. Polska stanęła w czołówce krajów europejskich rozliczających się z przeszłością wojenną. Ale teraz nastały czasy kontrrewolucji, jak to określa obecna władza, koniec z „pedagogiką wstydu”. Z tym, że nie jest to pomysł nowej władzy, przyszła na już przygotowany grunt. Kontrrewolucja trwa w Polsce od dobrych kilku dobrych lat. Skierowanie sprawy przeciwko Grossowi do prokuratury miało miejsce jeszcze za poprzedniego rządu (prawicowy kandydat został prezydentem w sierpniu 2015, a prawicowy rząd ukonstytuował się w listopadzie 2015).

Niektóre elementy rewolucji, jak zawsze to się dzieje w Historii, zostały wchłonięte. Zbrodnia w Jedwabnem, podobnie jak pogrom w Kielcach w 1946 roku, mają swoje miejsce na wystawie głównej w nowo wybudowanym Muzeum Historii Żydów Polskich. Warszawskie Centrum Badań nad Zagładą, wybitny ośrodek studiów, robi świetne badania, wydaje świetne pismo i świetne książki. Ale to, co trudne i bolesne w historii polsko-żydowskiej zeszło na margines publicznej debaty.

Teraz nastał czas na mówienie o tym, ile dobrego Polacy Żydom zrobili – tym się zajmują historycy, rząd, instytucje państwowe, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, media. Najważniejsze dla wielu Polaków w kontekście Holokaustu to udawadnianie światu, że Polacy się wtedy wzorcowo zachowali. To jest od zawsze nasze obsesyjnie pytanie: co świat o nas pomyśli? A ujawnienie zbrodni w Jedwabnem zaowocowało tym, że stosunki polsko-żydowskie w czasach Holokaustu stały się tym wrażliwym punktem, nerwem, w którym polskie ego zostało ugodzone.

Wcześniej nasi bohaterowie narodowi ginęli w powstaniach i w wojnach. Teraz mamy dwóch bohaterów narodowych, których promujemy za granicą – Jana Karskiego, który informował rządy zachodnie i prezydenta Roosevelta o zagładzie Żydów i Irenę Sendlerową, która ratowała żydowskie dzieci. Oni mają stanowić obowiązujący kanon mówienia o stosunku Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej. To my próbowaliśmy wstrząsnąć sumieniem świata obojętnym na zagładę Żydów, to my ratowaliśmy, chociaż w Polsce groziła za to kara śmierci.

Jan Karski czy Irena Sendlerowa i grono współpracujących z nią kobiet to były fantastyczne postacie, ale ich empatia na żydowski los nie jest reprezentatywna dla postaw Polaków w czasie wojny. Ci, którzy ratowali Żydów byli samotnymi bohaterami, robili wbrew swojemu otoczeniu, bali się po wojnie o tym mówić, żeby nie zostać ostracyzowani przez swoją społeczność.

Stwierdzenie Grossa, że Polacy przyczynili się do zamordowania więcej Żydów niż Niemców w czasie wojny, bardzo trudne do przyjęcia, wydaje mi się nie do podważenia. Skala donosów i morderstw popełnionych na Żydach w czasie wojny jest zatrważająca. Od wielu lat prowadzę wywiady z ocalałymi, czytam archiwa, i wciąż trudno przyjąć mi do wiadomości, co słyszę i co czytam. W każdym miejscu na mapie, na który przypadkowo trafiam, znajduję Żydów zamordowanych przez swoich sąsiadów.

Chciałabym jako Polka, żeby historia stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny wyglądała tak, jak naświetlają ją obecne władze, a nie jak opisuje J.T. Gross. Bardzo bym też tego chciała jako Żydówka. Z mojej rozgałęzionej rodziny zamieszkującej Skryhiczyn, małą wieś na wschodzie Polski, nikt kto mieszkał tam w czasie Holocaustu nie został przy życiu. W poprawionej wersji historii może by przeżyło jakieś dziecko, przechowane przez któregoś z sąsiadów. „Obmyślam świat, wydanie drugie/ wydanie drugie, poprawione”– pisała nasza poetka i noblistka Wisława Szymborska. Co przystoi poetom, nie przystoi jednak politykom.

Tekst ukazał się pierwotnie w Tablet Magazine

**Dziennik Opinii nr 80/2016 (1230)

Czytaj także: Prezydentowi świeczkę, Grossowi ogarek.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Polacy ,pod lufami niemieckich karabinów, owszem ,brali udział w tragedii w Jedwabnem , ale tylko w taki sam sposób w jaki Szaweł i jego Sonderkommando z filmu Syn Szawła pomagał hitlerowcom .Trudno go ,a zatem i Polaków z Jedwabnego obciążać jakąkolwiek odpowiedzialnością moralną. Każdy uczciwy człowiek to przyzna.