Kraj

Biernacka: Inteligentne życie na Ziemi

Zwierzęta to autonomiczne jednostki, a nie kilogramy mięsa czy litry mleka. Rozmowa z Katarzyną Biernacką, prezeską Stowarzyszenia Empatia.

Dariusz Gzyra: Kim dla ciebie są zwierzęta? Ktoś kiedyś miał ci za złe stwierdzenie, że nie jesteś ich miłośniczką.

Katarzyna Biernacka: Zwierzęta to bardzo szeroka kategoria, nie umiem precyzyjnie odpowiedzieć. Jeśli chodzi o zwierzęta, w imieniu których angażuję się w promocję weganizmu, to są to przede wszystkim kręgowce. W szczególności te, które przez społeczeństwo zostały skazane na systemową i masową niewolę i pozbawione nawet prawa do życia. To głównie tzw. zwierzęta gospodarskie – krowy, świnie, kury, owce, konie czy ryby. Są kimś, kto zasługuje na podstawową autonomię, taką jak prawo do życia i nietykalność cielesna. Nie ze względu na poziom inteligencji czy urodę, ale zdolność do odczuwania bólu, cierpienia, przeżywania pozytywnych i negatywnych emocji. I myślenia. Kimś, dla kogo liczy się to, co się z nim dzieje, a kogo lekceważymy, wypatrując inteligentnego życia poza Ziemią.

Czyli mówimy o szacunku do zwierząt. A są jakieś, które kochasz?

Oczywiście, to moi podopieczni, konkretne pozaludzkie osoby. Miłość do zwierząt ogółem czy do jakiegoś gatunku, na przykład do ludzkości, jest dla mnie czymś niezrozumiałym.

Jesteś osobą bardzo zaangażowaną: piszesz, tłumaczysz, prowadzisz wykłady, uczestniczysz w panelach dyskusyjnych, widać cię podczas różnych akcji ulicznych. Co sprawiło, że zajęłaś się aktywizmem?

Zawsze interesowały mnie sprawy grup pokrzywdzonych. Niewolnictwo w Ameryce, wielowiekowa dyskryminacja kobiet czy ostracyzm wobec ludzi ze środowiska LGBT. Interesowała mnie szczególnie kwestia dyskryminacji nie ze względu na przekonania, ale z powodu tego, kim się jest z urodzenia. To chyba najbardziej przygnębiająca forma uprzedzenia, która nie zna litości, a jej ofiara nie ma absolutnie żadnej możliwości manewru – po prostu jest czarna albo homoseksualna, albo jest kobietą. Interesowały mnie te kwestie, ale nie na tyle, by dogłębnie je analizować czy aktywnie działać.

Dopiero zwierzęta pozaludzkie objawiły mi się jako grupa zdecydowanie najsłabsza, bezlitośnie eksploatowana, która nie ma żadnej możliwości dojścia własnymi siłami do emancypacji. Jeśli chodzi o zwierzęta udomowione, mam na myśli taką pozycję, jaką zajmują obecnie małe dzieci. Ta grupa potrzebuje aktywnych rzeczników swojej sprawy. Zrobiłam więc porządek we własnym ogródku – przeszłam na wegetarianizm, potem na weganizm. Czując, że to za mało, od 2006 roku zaczęłam działać w stowarzyszeniu.

Zawsze podkreślasz ścisły związek praw człowieka z prawami zwierząt. Ale czy po zmasowanej krytyce – utylitarystycznej, ekofeministycznej czy tej z kręgu krytycznej teorii społecznej – język praw może być jeszcze podstawą projektu radykalnej zmiany stosunku człowieka do reszty zwierząt?

Nie jestem filozofką. Uważam po prostu, częściowo zainspirowana tym, co pisze Wiktor Osiatyński, że nie ma lepszego sposobu na obronę praw jednostki ludzkiej niż prawa człowieka. Bez nich demokracja „zjadłaby” mniejszości. Zatem, przez analogię, uważam język praw za konieczny do obrony zwierząt – na obecnym etapie głównie po to, by podkreślać, że w przypadku zwierząt pozaludzkich również mamy do czynienia przede wszystkim z jednostkami, a nie z populacją czy gatunkami. Trzeba dostrzec i zaakceptować fakt, że zwierzęta kręgowe są jednostkami, żeby podważyć ich instrumentalne traktowanie jako kilogramów mięsa, litrów mleka, tuzinów jaj lub zasobów naturalnych. Tak traktowane są przez różne przemysły, ale także w ramach myślistwa, rybołówstwa czy nawet ochrony środowiska.

Wzywasz do bojkotu produktów pochodzenia zwierzęcego. Ale to zaledwie postulat nierobienia czegoś. Przecież to za mało.

Tak naprawdę ten jeden postulat to bardzo dużo. To chyba najważniejsza rzecz, jaką można zrobić w sprawie zwierząt. Co więcej, nie uważam tego za opcję – to moralny obowiązek każdego człowieka, o ile zgadzamy się, że zwierzęta, w szczególności kręgowce, należą do wspólnoty istot, które liczą się moralnie. Jak mielibyśmy pogodzić podstawową formę szacunku wobec członków wspólnoty z ich eksploatacją?

Jednak bojkotujących jest wciąż niewielu. Co da ich gest?

Oczywiście weganizm ma szansę zasadniczo zmienić los zwierząt dopiero wtedy, gdy weganami będzie wystarczająco duża grupa ludzi. Szczególnie jeśli nie będzie siedzieć w odosobnionej wiosce. Trzeba promować ten sposób życia, na różne sposoby. Bezpośrednio, ale także pełniąc różne role społeczne, zawodowe i polityczne, włączając weganizm do swojej agendy. Taki aktywizm pośredni to zadanie dla nauczycieli wprowadzających temat szacunku wobec zwierząt do programu nauczania, architektów, którzy odmawiają projektowania rzeźni, dietetyków doradzających, jak układać dietę wegańską, samorządowców popierających programy edukacyjne czy dofinansowywanie projektów o charakterze wegańskim, np. uprawę roślin zamiast hodowli zwierząt. Przykłady można mnożyć.

Zanim weganie staną się wpływową grupą, będziemy przez długie lata widzieć cierpienie i śmierć zwierząt. Promocja weganizmu to inwestycja w przyszłość, a co można zrobić dla zwierząt, które żyją teraz?

Dla tych, które są wykorzystywane w przemyśle spożywczym, obawiam się, że niewiele. Możemy odbierać hodowcom pojedyncze zwierzęta, które zaniedbali w niesystemowy sposób. Przykład? Można odebrać krowę, której hodowca nie leczy otwartego złamania nogi

Ale nie można odebrać zwierzęcia, które jest non stop zapładniane, rozdzielane z cielęciem zaraz po porodzie, chorujące na chroniczne zapalenia wymion i kulawizny. Jeśli odbywa się to w imię produkcji mleka, wszystko jest „w porządku”.

Pamiętajmy jednak, że określona przyszłość bez wkładu w teraźniejszość nie istnieje. Przemysł spożywczy jest największą maszyną nakręcającą spiralę przemocy, niesprawiedliwości i okrucieństwa. Naszym codziennym zadaniem powinno być przedstawianie walki z eksploatacją zwierząt jako ruchu walczącego o sprawiedliwość społeczną. W tej chwili ciągle otrzymujemy etykietkę a to miłośników zwierząt, a to ekologów. Po drugie, powinniśmy sprowadzać dietę do poziomu wyborów moralnych. Obecnie wciąż słyszymy „mój talerz, moja sprawa”. Ważne jest na pewno pokazywanie, jak wygląda eksploatacja zwierząt – nie zaniedbań indywidualnego hodowcy, ale normy wyrosłej ze szkodliwego szowinizmu gatunkowego, która pozwala na systematyczne i masowe krzywdzenie zwierząt. Pokazując hodowców, trzeba podkreślać, jak eksploatacja jest powiązana z naszymi wyborami w sklepie. Należy też koniecznie mówić o tym, w jak złożony sposób krzywdząca jest hodowla zwierząt.

Na czym polega ta złożoność?

Kiedy zestawimy rosnącą populację ludzi z kurczącymi się zasobami takimi jak ziemia, lasy, woda pitna, paliwa kopalne i z potwornie nieekonomiczną produkcją żywności, której wynikiem jest mięso, nabiał i jaja, to zdamy sobie sprawę, że krzywdzimy również zwierzęta wolno żyjące i samych siebie. Odwrót od zwierzęcej, a zwrócenie się ku roślinnej produkcji żywności to zadanie dla indywidualnych obywateli, partii politycznych i rządów. Poza przemysłem spożywczym można oczywiście oddziaływać na przemysł futrzarski, rozrywkę z wykorzystaniem zwierząt, czy produkcję kosmetyków i środków czystości testowanych na zwierzętach. Ale podkreślam, przemysł spożywczy to najbardziej krwiożercza maszyna i moim zdaniem jej należy się najwięcej uwagi.

Nie jesteśmy w stanie w tym momencie wywalczyć zakazu wykorzystywania zwierząt dla potrzeb przemysłu spożywczego. Niewiele też możemy pomóc, interweniując w przypadku niesystemowych nadużyć. Skoro jedyną rzeczą, jaką teraz możemy zrobić dla zwierząt, jest przysłowiowe powiększanie klatek, czy nie jest naszym obowiązkiem o nie zabiegać?

Kiedy przyglądamy się, jak wyglądają wywalczone po dekadach przepisy – na przykład przerzucenie kur z klatek o powierzchni 550 centymetrów kwadratowych do 750 centymetrów na jedno zwierzę (w obu przypadkach jest to okolica kartki A4) – jak opornie i długo idzie wdrażanie takich przepisów, do których na dodatek, oprócz deklaracji hodowców, trzeba by jeszcze efektywnej kontroli, czy aby na pewno zostały wdrożone, to widzimy, że tracimy czas, który moglibyśmy wykorzystać do przekonywania ludzi do weganizmu. To nie jest zabieg zero-jedynkowy. Przeciwnie, może mieć formę stopniową, realizowaną poprzez zmniejszanie liczby produktów odzwierzęcych w codziennych wyborach, ale z weganizmem na horyzoncie. Dopóki hodowla zwierząt ma charakter masowy i tak nie widzę możliwości faktycznego ulżenia zwierzętom w niepotrzebnym cierpieniu.

A zwierzęta tzw. domowe? Czasem, kiedy mijam psa, szepczę do niego: jeśli ci od praw zwierząt wygrają, was nie będzie. Skoro udomowienie jest złe, będziemy oglądać zwierzęta głównie przez lornetkę. Opieka nad psem to zniewolenie?

W tym szeptaniu pomyliłeś chyba jednostki z gatunkiem. Gdyby prawa zwierząt stały się dominującym nurtem, więcej psów i kotów, które mijałbyś na ulicy, miałoby szansę na lepsze życie. Ludzie byliby bardziej świadomi ich potrzeb, a także zdawaliby sobie sprawę, że inni ludzie patrzą im na ręce. Przede wszystkim hodowla i handel zwierzętami byłyby rzadkością. Zmniejszyłoby się hobbystyczne czy zarobkowe stosowanie selekcji hodowlanej, by otrzymać „egzemplarze” spełniające wymogi wzorca rasy. Ogółem byłoby mniej zwierząt domowych, ale proporcjonalnie wzrosłaby liczba zwierząt nierasowych i adopcji. Mam nadzieję, że schroniska byłyby lepiej dotowane i zarządzane i przebywałoby tam mniej zwierząt. Z tym oglądaniem zwierząt przez lornetkę to wybiegłeś chyba do innej galaktyki.

Całkowite odejście od udomowienia jest jednym z postulatów niektórych etyków nurtu praw zwierząt. To wizja świata bez tzw. zwierząt domowych. Podzielasz ją?

Tak. Ten proces rodzi wiele krzywdy i nierozwiązywalnych konfliktów. Ale równocześnie jestem realistką i nie uważam, że oznaczałoby to świat bez takich zwierząt. Myślę, że byłoby ich po prostu bardzo niewiele. Udomowienie to totalne uzależnienie zwierząt od swoich opiekunów oraz konieczność ingerencji w ich nietykalność cielesną poprzez sterylizacje i kastracje. Uzależnienie jest w praktyce zdaniem się na łaskę i niełaskę, a liczba zwierząt zaniedbanych, porzuconych i przebywających w schroniskach nie wystawia tej „łasce” oceny nawet dostatecznej. Zwierzęta udomowione są też wykorzystywane na różne sposoby, ich potrzeby są spychane na boczny tor. O ekstremalnej formie wykorzystania już mówiłam – ma miejsce w przemyśle spożywczym.

Jak definiujesz sukces w działaniu dla zwierząt?

Analiza dotychczasowych działań i kampanii, tych, w których biorę udział, i tych, którym się przyglądam, skłania mnie do ostrożności. Nie jest łatwo zdefiniować sukces. Po pierwsze, trudno jest oszacować faktyczne skutki osiągniętego celu – na przykład wprowadzenia zakazu importu produktów z fok do Unii Europejskiej w kontekście rzezi fok w Kanadzie czy wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt na futra w jednym kraju. Musimy brać pod uwagę fakt, że istnieje popyt i wolny handel i że zakaz może po prostu skierować produkt na inne rynki zbytu lub przenieść produkcję gdzie indziej. Po drugie, trudno jest ocenić, co tak naprawdę doprowadziło do ustanowienia zakazu. Na ile ważna była tu nasza działalność, a na ile wyjątkowo korzystna sytuacja polityczna lub ekonomiczna. Wątpliwości te dotyczą „pomiaru” sukcesu. Niezależnie jednak od nich sądzę, że wprowadzenie zakazu skutkującego zamknięciem danej branży może mieć sens w wymiarze edukacyjnym i praktycznym, jeśli kształtuje negatywne postrzeganie hodowli i korzystania z jej produktów.

W przypadku zmian przekonań i postaw jeszcze trudniej o takie szacowanie sukcesu.

Tak, ale możemy obserwować popularność i zrozumienie idei. Z pewnością w ostatnich latach zauważalny jest wzrost zainteresowania weganizmem i krytyczną oceną eksploatacji zwierząt. Widzimy coraz więcej publikacji pochodzących z różnych kręgów, od Kościoła po środowisko ateistyczne. Rośne także zainteresowanie naszymi działaniami. Pojawiają się kolejne propozycje współpracy, udziału w spotkaniach i debatach. To się da zmierzyć.

Stosunek do zwierząt może połączyć bardzo różne środowiska? 

Tego nie wiem. Myślę, że różne środowiska mogą wypracowywać podobne podejście, używając różnych języków. Mam nadzieję, że choć drogi dojścia będą różne, to połączy je postawa szacunku powiązanego ze współczuciem i przekonaniem, że stosunek do słabszych jest ważną częścią sprawiedliwości społecznej, która nie kończy się na Homo sapiens.

Niedawno skończył się kolejny Tydzień Weganizmu. Czy po kilku latach promowania tej postawy widzisz różnicę w jej odbiorze społecznym?

Na pewno zauważyłam zwiększone zainteresowanie weganizmem przejawiające się w liczbie doniesień, artykułów, wegańskich blogów kulinarnych czy wreszcie coraz lepszej frekwencji na wydarzeniach Tygodnia Weganizmu.

Wydaje mi się też, że coraz więcej osób rozumie różnicę między wegetarianizmem a weganizmem. Wzrasta świadomość, że hodowla na mleko czy jajka jest takim samym rodzajem krzywdzenia zwierząt jak hodowla na mięso.

Myślę też, że zwiększyła się liczba grup chcących promować weganizm lub otwarcie identyfikujących się jako weganie. Media też zaczynają kojarzyć tę postawę z szacunkiem wobec zwierząt. Wcześniej dominowało zdziwienie i mniej pozytywne skojarzenia.

Ale czy karcenie wegetarian za to, że zrobili cokolwiek, by wyrazić swoje zatroskanie losem zwierząt, nie buduje przypadkiem nowych negatywnych skojarzeń?

Nie nazywałabym tego karceniem, tylko otwieraniem oczu na rzeczywistość, na niezaprzeczalne fakty.

 

Katarzyna Biernacka – weganka od 2005 roku. Rok później dołączyła do Stowarzyszenia Empatia, gdzie działa do dzisiaj. Zawodowo zajmuje się tłumaczeniami z języka angielskiego. Umiejętność tę wykorzystuje również w pracy społecznej na rzecz praw zwierząt.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!