Kraj

A jednak dobry punkt wyjścia dla lewicy

wygra-warszawa

Wbrew najgorszym lamentom, wbrew spuszczonym głowom i zawiedzionym sercom uważam, że wyniki wyborów samorządowych mogą się okazać dla lewicy korzystne, a nawet zbawienne.

Owszem, matematycznie lewica te wybory sromotnie przegrała – w głosowaniu do sejmików wszystkie lewicowe partie nomen omen razem otrzymały mniej głosów niż jeden PSL. Najlepszy wynik SLD jest równy wynikom Bezpartyjnych Samorządowców, których w mediach ogólnopolskich nie było w ogóle. Słowem, historyczna klęska.

Sutowski: Kampania się nie skończyła

A jednak można na nią spojrzeć zupełnie inaczej.

Po pierwsze, patrząc zwłaszcza na wygraną Trzaskowskiego, albo szerzej, na całą debatę warszawską, trudno nie zauważyć, że dziś wszyscy mówią lewicą. Tak jak prawicy udało się zdominować język o historii czy imigracji, tak lewicy udało się zdominować dyskurs o miastach. Kilka lat temu wydawało się to zupełnie niemożliwe, dziś nawet Jaki musiał mówić językiem ruchów miejskich i biegać z łopatą sadzić drzewa.

Niestety, jak się można było spodziewać, wzrost lewicowego dyskursu jest odwrotnie proporcjonalny do poparcia lewicy przy urnach, bo skoro Trzaskowski mówi podobnie jak Śpiewak i Glusman, to po co „marnować” głosy na tych drugich. Zresztą w podobny sposób PiS ograbia radykalnych narodowców swoją imigracyjną histerią. Po co głosować na Winnickiego, skoro Kaczyński mówi z grubsza to samo.

Warszawa na lewo

Niemniej jednak wejście lewicy do polityki furtką ruchów miejskich jest faktem i pewnie faktem jest świadomość Trzaskowskiego, że to także lewica dała mu tak ogromną przewagę. Więc żeby utrzymać się na posadzie dłużej, pewnie ileś tych lewicowych postulatów spełni. Owszem, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, ale być może to jest właśnie ta strategia, którą uda się uratować ten świat. Jeśli nie można wygrać wyborów, trzeba po prostu rozpisać im agendę, niech wdrażają.

Po drugie, ważniejsze, te wyniki są dobrą informacją z punktu widzenia ewentualnej lewicowej koalicji. Zauważmy z jednej strony fatalny wynik Razem do sejmików, z drugiej SLD też dużo poniżej oczekiwań. A to oznacza, że już nie tylko jednej, ale obu partiom zagląda w oczy realna marginalizacja i dramat nieprzejścia progu. Zwłaszcza gdy wystartowała inicjatywa Biedronia.

Do tej pory było tak, że albo Razem wciąż łudziło się weryfikacją wyborczą przy urnach i skokowym wzrostem, albo Czarzasty chełpił się swoimi 8%. Teraz nóż na gardle mają obie strony, a to dobrze nastraja do ewentualnych rozmów koalicyjnych. Mam wrażenie, że potrzeba właśnie takiej, a może nawet jeszcze większej klęski, by zastanowić się nad wspólnym blokiem koalicyjnym. Tak właśnie było w przedwojennej Hiszpanii, gdy po klęsce wyborczej i powstańczej w Asturii zdecydowano się na współpracę mimo wzajemnej nienawiści. Socjaldemokratyczna lewica na wspólnym bloku, owszem, zwykle nieco traciła na swej wyrazistości, ale zawsze zyskiwała w wyniku wyborczym. A teraz chodzi zwłaszcza o wynik. Wyrazistość już przerabialiśmy, fajnie byłoby trochę porządzić.

Wciąż jest możliwość bycia języczkiem u wagi przyszłego Sejmu, wciąż, przy tak wyrównanym PoPiSie to lewica może zdecydować, w którą stronę ten pociąg ruszy. Wciąż to blok lewicowy może zarządzać stacją i przekładać wajchę. Ale najpierw trzeba zyskać te 10-15%. Osiąganie histerycznych spadków jest do tego drogą najłatwiejszą, bo, skoro gorzej już być nie może, to po kilku latach może wszyscy zrozumieją, że pora spróbować czegoś nowego.

Państwo z dykty jeszcze stoi

Bio

Galopujący Major

| Bloger, komentator życia politycznego
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.