Gospodarka

Zastępca szefa urzędu pracy w Warszawie: Walka z bezrobociem musi kosztować

To się państwu i tak opłaci.

Łukasz Komuda: Czy Powiatowe Urzędy Pracy (PUP-y) działają dziś źle?

Lech Antkowiak, zastępca dyrektora UP w Warszawie: Taki obraz kreślą nam media, dziennikarze, którzy zazwyczaj nigdy nie postawili nogi w urzędzie pracy. Jadąc autem, często słucham radia. Niedawno słuchałem audycji prowadzonej przez Wojciecha Manna. Zacytował on list słuchaczki, która skarżyła się, że gdy pojawiła się w polskim urzędzie pracy, to obsługiwała ją tylko jedna pani, która powiedziała jej, że będzie w stanie jej pomóc tylko wtedy, gdy ta petentka będzie chciała sama sobie pomóc. Tej bezrobotnej było strasznie przykro, bo jakiś czas wcześniej była obsługiwana przeze berliński Arbeitsamt i tam pomagały jej aż trzy osoby, wszystkie poświęciły jej dużo uwagi i bardzo starały się jej pomóc – bez żadnych zastrzeżeń. Komentarz prowadzącego był taki: „Miejmy nadzieję, że dożyjemy takich czasów, że u nas będzie jak w Berlinie”. Tak byśmy chcieli również my – urzędnicy, pracownicy publicznych służb zatrudnienia. Ale porównań takich można dokonywać wtedy, gdy wcześniej porówna się zaangażowanie rządzących w realizację krajowej polityki rynku pracy.

Wymagania poprzedzać powinno stwarzanie warunków. Dotyczy to również oczekiwań wobec urzędów pracy. Poprzedzić je musi inwestycja w zbudowanie służb zatrudnienia na miarę europejską. Na marnowanie zasobów ludzkich – w tym momencie mówimy o dwóch milionach bezrobotnych! – nas po prostu nie stać.

Czyli urzędy pracują dobrze?

Powiem tak: pracują na tyle dobrze, na ile pozwalają im tworzone przez poszczególne samorządy warunki i łaskawość ministra finansów cedzącego środki na aktywizację z Funduszu Pracy. A ich pracę – choćby z punktu widzenia uzyskiwanych, nawet w kryzysie, efektów zatrudnieniowych – powinniśmy ocenić pozytywnie.

Urzędy Pracy ani nie tworzą, ani nie likwidują miejsc pracy. Pracujemy z klientami, którzy są w szczególnej sytuacji. Utrata pracy i tego konsekwencje są źródłem stresu porównywalnego do tego wywołanego stratą najbliższego członka rodziny. Nic więc dziwnego, że oczekiwania klienta i nasza niemoc ich zrealizowania często wywołuje sytuacje konfliktowe.

Proszę więc powiedzieć, skąd biorą się kolejki w PUP-ach? Dlaczego praca z bezrobotnym zaczyna się z takim opóźnieniem?

Zacznijmy od zasobów kadrowych, jakimi dysponują urzędy. W Powiatowych Urzędach Pracy zatrudnionych jest 19 tys. ludzi, z czego nieco ponad ok. 7 tys. pracuje bezpośrednio z bezrobotnymi. Pozornie nie wygląda to źle, bo mamy 111 bezrobotnych na jednego pracownika urzędu pracy. Ale jeśli podzielimy 2,1 mln zarejestrowanych bezrobotnych w Polsce przez liczbę tych pracowników PUP-ów, którzy bezpośrednio obsługują klientów, to liczba skoczy do ok. 300. To ciągle nie jest najgorzej. Tylko, że obsługa przebiega etapowo: najpierw rejestracja, a potem pośrednicy, doradcy i różni specjaliści z Centrum Aktywizacji Zawodowej (CAZ). Wąskim gardłem byli, są i będą pośrednicy, których aktualnie we wszystkich PUP-ach mamy około 3600. Na jednego przypada średnio prawie 600 bezrobotnych. W poszczególnych urzędach jeden pośrednik obsługuje od 500 do 2000 klientów. Na tym etapie korkuje się cały proces. Zapowiadane w noweli ustawy spłaszczenie struktury specjalistów i powołanie w ich miejsce doradców klienta w niektórych przypadkach trochę sytuację poprawi.

A jak to wygląda w pana urzędzie?

Dziś w Warszawie – najbogatszym mieście w kraju – na jednego pośrednika przypada 1640 zarejestrowanych bezrobotnych. Na jednego klienta doradca może poświęcać średnio nie więcej niż kilka–kilkanaście minut w ciągu 3–4 miesięcy.

To przecież absurd, zważywszy, że blisko połowa naszych klientów to długotrwale bezrobotni! Jeśli ktoś chce mnie przekonać, że w takich warunkach jest możliwa indywidualna obsługa, profilowanie, tworzenie Indywidualnego Planu Działania, a potem dalsza praca z bezrobotnym, to mu powiem, że nie wie, o czym mówi. Nie ma takiej możliwości! I nie powinna nas uspokajać niska stopa bezrobocia w stolicy, czyli 4,9%. To nie procenty, ale ludzi obsługujemy w urzędzie. A tych zarejestrowanych mamy blisko 56 tys.

Czy planowana nowelizacja ustawy wnosi tu coś pozytywnego?

Projekt ustawy zakłada, że bezrobotni na wstępnych etapach obsługi muszą być poddani profilowaniu, czyli podzieleni na trzy grupy w zależności od oddalenia od rynku pracy. Pomysł z założenia nie jest zły, zakłada skupienie się na tych, którzy pomocy potrzebują, a zainwestowane w nich środki mogą przynieść efekt zatrudnieniowy. Ponieważ jesteśmy jednym z urzędów, w których prowadzony był pilotaż tego procesu, to dobrze wiem, że wymaga on pogłębionej, a więc i dłuższej rozmowy z klientem. To jednak oznacza, że wydłuży się kolejka oczekujących. Ostateczny efekt w naszych warunkach może więc być odwrotny od zamierzonego: opóźnienie reakcji urzędów będzie większe, a w przypadku bezrobocia każdy dzień jest cenny, bo stan bezrobocia dokonuje spustoszenia w psychice!

Brak realizmu cechuje wiele innych zapisów nowych i już funkcjonujących: np. obowiązek, by każdy bezrobotny po sześciu miesiącach od zgłoszenia otrzymywał Indywidualny Plan Działania opracowany razem z nim przez doradcę. Nie ma na to szans. Biorąc pod uwagę jak szybko możemy to robić teraz, przy dodatkowych obowiązkach spadających na naszych ludzi, jest to czysto technicznie niewykonalne. Może zatem powstać pokusa tworzenia fikcyjnych dokumentów na potrzeby kontroli. Tak to niestety w wielu przypadkach funkcjonuje.

To ilu powinno być tych doradców?

Nie będę nawet wspominał o zamożnych Skandynawach czy Szwajcarach, którzy mogą sobie pozwolić na zbudowanie systemu, w którym doradca opiekuje się kilkudziesięcioma osobami. Popatrzmy na europejskie średnie: mieszczą się w przedziale 100–300 bezrobotnych na jednego doradcę. Prosty rachunek pokazuje, że dla poziomu 300 bezrobotnych, którymi opiekuje się jeden doradca klienta, potrzebujemy przy aktualnej liczbie bezrobotnych w Polsce ok. 7000 doradców klienta. A gdzie miejsce dla doradcy klienta instytucjonalnego, czyli pracodawcy, którego znowelizowana ustawa będzie wymagała? Słowem: potrzebujemy czterokrotnie więcej doradców, niż mamy ich obecnie.

Zgodnie z projektem liczba doradców ma wzrosnąć, czyli Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej zauważa problem…

Proponowane w projekcie zwiększenie liczby doradców klienta w miejsce dotychczasowych pośredników to tylko operacja związane z przesuwaniem już pracujących. Nowych etatów od tego nie przybędzie. Już dzisiaj wielu starostów zapowiada kolejne zwolnienia w Urzędach Powiatowych.

Rok 2014 zapowiada się na czwarty rok z rzędu, kiedy mimo dużego bezrobocia liczba obsługujących bezrobotnych spada.

Zapowiadane delegowanie do firm prywatnych 16 tys. bezrobotnych przy dwumilionowym bezrobociu nie zmieni tej sytuacji na lepsze.

O tym, jak tragiczna kadrowo sytuacja dotyka publicznych służb zatrudnienia, niech świadczy fakt, że na ostatnich warszawskich targach pracy stanowiskiem najbardziej obleganym – wokół którego było tak tłoczno, że potrzebna była ochrona! – było stanowisko doradców zawodowych, na co dzień pracowników publicznej służby zatrudnienia. Ludzie potrzebują wskazówek, co zrobić ze swoim życiem zawodowym. To przecież naturalne: każdy myślący człowiek chciałby wiedzieć, jakie szanse daje mu wybór tej czy innej szkoły, tego czy innego fachu. Każdy rodzic chce jak najlepiej dla swojego dziecka i chciałby dobrze podpowiadać mu w czasie wyboru ścieżki edukacyjnej. Tymczasem publiczne doradztwo zawodowe leży…

Statystyki pokazują, że liczba urzędników stale rośnie. Może więc z czasem kadry urzędów pracy się wzmocnią i dystans dzielący nas do Europy Zachodniej zacznie maleć?

Liczba urzędników rośnie, ale raczej nie tam, gdzie jest to związane z obsługa klientów. W przypadku publicznych służb zatrudnienia – w Wojewódzkich Urzędach Pracy. W tym samym czasie w PUP-ach zatrudnienie spada. Czas na cięcia jest zawsze: jak bezrobocie rośnie, to samorządy, które utrzymują PUP-y, nie mają pieniędzy, szukają oszczędności – i tną. Jak bezrobocie maleje, to przecież nie trzeba tylu urzędników – i znowu tną. Gdy pokazuje te dane kolegom z urzędów pracy z zagranicy, to nie rozumieją jak to możliwe, że publiczne służby zatrudnienia w Polsce mają mniej ludzi i pieniędzy w czasie kryzysu niż w czasie dobrej koniunktury. A tak to właśnie u nas wygląda. I nie widzę na horyzoncie niczego, co by zapowiadało zmianę tego chorego stanu. Czas chyba najwyższy, by przeanalizować samorządowy system obsługi polskiego bezrobocia i podjąć decyzje ustrojowe zmieniające ten stan rzeczy.

A może w urzędach pracy jest za dużo ludzi, tylko że zajmują się nie tym, czym należy, czyli papierami, zamiast pracą z ludźmi?

Dramatyczne braki kadrowe mamy w obsłudze klientów, ale na zapleczu (administracja, księgowość itd.), choć pracuje tam więcej ludzi niż tych bezpośrednio stykających się z klientami, też nie jest różowo. Oczywiście jest lepiej i mogę powiedzieć, że przy pewnych brakach jakoś dajemy sobie radę z tymi wszystkimi obowiązkami, jakie są na nas nakładane. Na pewno jednak nie znajdziemy tu rezerwy ludzi, których można przerzucić do obsługi. Dlaczego? To wynika z wymogów, jakie narzucają nam podmioty nas kontrolujące i rozliczające. Ważniejszy jest „porządek w papierach” niż efektywność w pracy z klientem i jego satysfakcja.

A z czego jesteście rozliczani?

Wszelkie kontrole, jakie przychodzą do nas z jednostek uprawnionych, zwracają przede wszystkim uwagę na porządek w dokumentach. To przecież urząd. Nikogo nie interesuje skuteczność działania, nikt nie prowadzi pogłębionych badań zadowolenia klientów. Przy takiej filozofii pilnujemy dokumentów i formalności: wydatków, kwestii związanych z administrowaniem budynkami, żeby np. instalacje były sprawdzone w odpowiednim momencie itd. – to są rzeczy, na których musimy się skupiać, a których niedopilnowanie sprowadzi na nas kłopoty. Klient zaczyna być ważny, gdy napisze skargę.

Jakie są tego skutki? Podam przykład: od kilku lat, odkąd pracuję w Urzędzie Pracy w Warszawie, około października kończą się pieniądze na projekty aktywizujące bezrobotnych. Niemal rokrocznie w czasie wakacji obserwujemy, jak minister pracy próbuje wymóc zgodę na przekazanie do PUP-ów dodatkowych środków na ten cel. Ale gdy na początku października mam sygnał, że to się może udać, to nie uzgadniam z koleżankami z CAZ czy zdołają jeszcze w tym roku wykorzystać te dodatkowe środki. Wiem, że na pewno tak. Udaję się natomiast do księgowości, by mieć pewność, że pozyskanie dodatkowych środków nie przysporzy nam kłopotów z ich terminowym rozliczeniem. Rok budżetowy i procedury dominują nad potrzebami ludzi chcących wrócić na rynek pracy. Na „szczęście” w tym roku minister finansów się nie ugiął i „problemu” z dodatkowymi środkami nie mamy…

Co generuje najwięcej biurokratycznej mitręgi?

To jest wiele różnych czynności: rejestrowanie, wyrejestrowywanie, dokumenty związane z ubezpieczeniem zdrowotnym, przyjmowanie zwolnień lekarskich, wydawanie milionów zaświadczeń o statusie bezrobotnego, które są bezrobotnym potrzebne do uzyskania pomocy np. w Ośrodkach Pomocy Społecznej i wielu innych kasach. Niedawno dorzucony obowiązek, który spadł na urzędy pracy, to wsparcie rozwiązania problemu tzw. alimenciarzy: urzędy pracy w pierwszej kolejności mają wypychać na rynek pracy właśnie ich, ze względu na ich zobowiązania. Tylko to – abstrahując od sprawiedliwości społecznej takiej preferencji osób z zobowiązaniami alimentacyjnymi – oznacza dodatkową komplikację, dodatkowe papiery. Stała weryfikacja dokumentów wysyłanych do ZUS-u i procedury związane z rejestrowaniem oświadczeń o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca to kolejne przykłady absorbujących działań bez wpływu na poprawę zatrudnienia na lokalnym rynku pracy.

MPiPS zapowiada, że teraz będzie stawiał na skuteczność działania urzędów.

Raczej obok kontrolowania całej papierologii dodatkowo będzie rozliczał nas z efektywności. Jedno i drugie naraz. Cóż, jestem pełen obaw, biorąc pod uwagę, że ludzi mamy coraz mniej, a pracy – coraz więcej, a do tego możemy się spodziewać, że liczba bezrobotnych będzie w najbliższym czasie utrzymywała się na wysokim poziomie. Zima idzie, a to zawsze zwiększa bezrobocie. Samej oceny efektywności zatrudnieniowej się natomiast nie boję. Warszawski rynek ciągle jeszcze dysponuje wolnymi miejscami pracy.

To może przynajmniej środków na aktywizację jest dość? Powszechnie pokazuje się, że wiele urzędów prowadzi np. szkolenia zupełnie nieprzydatne i niezwiększające istotnie szans bezrobotnych na zatrudnienie.

Z tymi szkoleniami jest tak, że oczywiście są różne urzędy pracy i różne pomysły. Jednak najwięcej kontrowersji wzbudzały te kursy, które urzędy sfinansowały kilka lat temu, gdy pieniędzy na aktywizację mieliśmy najwięcej w historii, a jednocześnie bezrobocie było relatywnie niskie. Pierwotnym źródłem kontrowersji była więc nielogiczność naszego systemu, który reaguje odwrotnie na potrzeby. Odbija się ona także w fakcie, że jeśli w urzędzie pracy bezrobotny pojawia się w okresie jesienno-zimowym, to w praktyce nie możemy mu wiele zaoferować – środki kończą się rokrocznie w październiku, a nowa ich partia może być rozdysponowana dopiero w lutym–marcu.

Ale pomijając te dwie wady – pieniędzy i tak mamy po prostu mało. W Urzędzie Pracy w Warszawie, gdzie mamy pod opieką najwięcej bezrobotnych w kraju, na wszystkie formy aktywizacji mamy 37 mln zł. Niby sporo, ale wystarczają na to, by maksymalnie wesprzeć 7 tys. osób, czyli niespełna 12% zarejestrowanych bezrobotnych. W skali kraju ten odsetek to ok. 15%. Jeśli więc mówimy o nieskuteczności działania urzędów pracy, to warto przypomnieć, że faktycznie mogą one próbować pomóc ledwie co siódmemu bezrobotnemu. Co siódmemu! W ubiegłym roku na jednego aktywizowanego bezrobotnego w kraju wydawane było przeciętnie ok. 1700 zł, a przecież szkolenie ze stypendium kosztuje średnio 3–4 tys. zł, najkrótszy nawet staż – ok. 3 tys. zł itd.

Aktywna polityka rynku pracy, by mogła przynosić efekty i wysoką stopę zwrotu, mierzoną wzrostem zatrudnienia, musi kosztować. To się w sumie państwu i tak opłaci. A poza wszystkim: to w końcu konstytucyjny obowiązek władzy publicznej!

A to nie są łatwi klienci.

Blisko połowa zarejestrowanych w naszym urzędzie bezrobotnych to bezrobotni długotrwale, wymagający specjalnego podejścia, a często wsparcia psychologicznego. Ponad 30% to osoby w wieku 50+, niechętnie widziane przez pracodawców. 33% to osoby bez jakichkolwiek kwalifikacji zawodowych, z którymi trzeba pracować tak, by stali się dla naszego rynku pracy przydatni. Ok. 20% nie ma żadnego doświadczenia zawodowego, więc trzeba skierować ich tam, gdzie takie doświadczenie będą mogli zdobyć… To jest tylko kilka punktów, a przecież mamy jeszcze matki, które po odchowaniu dzieci wracają na rynek pracy, niepełnosprawnych, byłych więźniów itd. Większość bezrobotnych wymaga niemałej pracy i wysiłku. To nie są ludzie, którzy po prostu na chwilę stracili pracę. Tacy w urzędach pojawiają się rzadko. Świadczy o tym choćby liczba zasiłkobiorców na poziomie ok. 16%! (Zasiłek dla bezrobotnych przysługuje zarejestrowanemu bezrobotnemu tylko przez 6 lub 12 miesięcy – w zależności od poziomu bezrobocia w danym powiecie – przyp. red.)

Mało tego, nawet w „tłustych” latach, gdy liczba bezrobotnych spada w Polsce poniżej 1,5 mln, większość tych oddalonych od rynku pracy pozostaje zarejestrowana w urzędach pracy. Ich droga do zatrudnienia jest długa, oni potrzebują i będą potrzebować długotrwałego i kosztownego wsparcia! Pozbawieni go wymagać będą transferów socjalnych, a to kosztuje jeszcze więcej.

Co więc powinniśmy zrobić, biorąc pod uwagę, że budżet nie jest z gumy i że wszelkie zasoby mamy ograniczone?

Po pierwsze: wesprzeć samorządy powiatowe (przede wszystkim – najbiedniejsze z nich) tak, by mogły spełnić swoje zadania. Jeśli pozostawimy samorządy samym sobie, to przy ich możliwościach finansowo-kadrowych zadania publicznych służb zatrudnienia w wielu powiatach będą wykonywane byle jak.

Po drugie: powinniśmy delegować usługi rynku pracy na zewnątrz. To można zrobić szybciej i na tak długo, jak długo nie wzmocnimy realnie publicznych urzędów. I przynajmniej tę koncepcję zawiera projekt zmian w ustawie.

Niestety, chocholi taniec, jaki odbywa się wokół tej idei, to raczej próba podziału łupów, jakim są miliardowe środki na aktywizację zawodową bezrobotnych, niż realna dyskusja nad tym, jak najlepiej spożytkować potencjał partnerów społecznych – w tym głownie organizacji pozarządowych.

Czyli, choć z założenia pomysł był dobry, zmiany idą w złą stronę.

W złą stronę? To za mocno powiedziane. Mimo że w projekcie nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia są zapisy, które teoretycznie dawały szansę organizacjom pozarządowym, które wreszcie miałyby ułatwione zadanie w przejmowania od urzędów pracy bezrobotnych do zaktywizowania według własnego profilu działalności (wraz ze środkami na ten cel), to w tej chwili wiele wskazuje na to, że jedynymi wygranymi reformy w tym zakresie zostaną największe agencje zatrudnienia. I że niechętnie podzielą się kawałkiem tortu, jakim są środki na aktywizację przekazywane z WUP-ów do podmiotów zewnętrznych. Już teraz – ku zaskoczeniu wielu – w jednej z wersji projektów pojawiła się liczba 200 bezrobotnych jako minimalna grupa, jaką PUP mógłby przekazać jednej instytucji rynku pracy. To sprawi, że odbiorcami delegowanych bezrobotnych nie będą ani organizacje pozarządowe, ani nawet spore, działające lokalnie, prywatne przedsiębiorstwa. W grze pozostaną tylko najwięksi: głównie koncerny międzynarodowe.

Nic dziwnego, że coraz częściej używa się sformułowania „prywatyzacja usług rynku pracy”. Sam wolałbym zdecydowanie uspołecznienie tych usług, a nie prywatyzację.

Ale może to dobrze? Może fachowcy z zachodnim know-how zrobią to najlepiej?

Ustawa uwzględnia niezbędny wskaźnik efektywności i uzależnia wpływy podmiotu zewnętrznego od rezultatu jego działań, więc nie widzę powodu do ustalania limitu dla liczby pracowników przekazanych jednej instytucji. Nie oszukujmy się, zainteresowanie dużych graczy tematem delegowania usług byłoby żadne, gdyby nie dało się na tym zarobić. W tej chwili w dyskutowanych projektach ocenia się, że na aktywizację jednego bezrobotnego musi być przeznaczane nie mniej niż trzy przeciętne wynagrodzenia, czyli dziś byłoby to ok. 10 tys. zł, a skuteczność aktywizacyjna dla całej grupy przekazanej danej organizacji czy firmie nie może być niższa niż 40%. Tymczasem w opinii na temat projektu nowelizacji PKPP Lewiatan głośno nawołuje, że tych pieniędzy powinno być więcej: nie mniej niż 15 tys. zł na bezrobotnego, bo mówimy przecież o aktywizowaniu bezrobotnych „najtrudniejszych”, oddalonych od rynku pracy.

Nie będę generalizował, że moim zdaniem te kwoty są przesadzone – wiele zależy od grupy bezrobotnych, regionu i metody, ale podam pierwszy z brzegu przykład. W naszym urzędzie wyoutsourcowaliśmy – tak trochę nielegalnie – aktywizację pewnej grupy bezrobotnych, czyli matek powracających na rynek pracy. Wykorzystaliśmy do tego celu organizację pozarządową i uzyskaliśmy 30% skuteczność, przeznaczając na to średnio 1300 zł na jedną bezrobotną. Mówię o stolicy, gdzie przecież wszystko kosztuje najwięcej. I takich przykładów można znaleźć znacznie więcej.

Czy plusem tego delegowania może być skok skuteczności prowadzonych działań?

Za sprawą projektów pilotażowych prowadzonych na Dolnym Śląsku, Podkarpaciu i Mazowszu, wiemy już, jak działa delegowanie bezrobotnych do podmiotów zewnętrznych w celu aktywizacji zawodowej – mogłem to obserwować z bardzo bliska, bo np. w Warszawie oddelegowano w ramach pilotażu 495 osób. Okazuje się, że skuteczność przy delegowaniu jest podobna do tej, jaką osiągają urzędy bez zewnętrznego wsparcia.

Nie powinno nas to specjalnie zaskakiwać: przecież jest ona pochodną przede wszystkim zapału i determinacji bezrobotnych oraz pojemności rynku pracy! Ale przeszkody, z jakimi przychodzi się nam mierzyć, mają również charakter cywilizacyjny i infrastrukturalny.

Jeśli 6,7–6,8% matek w Polsce może skorzystać z usług żłobka, to żadne wymyślne programy nie pomogą w aktywizacji zawodowej kobiet z małymi dziećmi, a w takim razie ich powrót na rynek pracy po dłuższej przerwie będzie dużo trudniejszy i dużo bardziej kosztowny.

Dlaczego Polki nie mają problemu z posiadaniem dzieci w Wielkiej Brytanii i Irlandii, a w Polsce dzietność stawia nas w ogonie świata? Na Wyspach życie nie jest tak trudne, jak u nas – i nie chodzi tylko o wymiar finansowy. Hasła kierowane do polskiej emigracji „wracajcie, bo tu na was czekamy” to jakaś kpina. Z czym niby na nich czekamy? Po co mieliby wracać? Może niech nadal transferują do kraju te miliardy złotych, a my za to zbudujemy Polskę, do której będzie się chciało powrócić…

Czy na tym tle Warszawa różni się jakoś od innych miast i wiejskich powiatów?

Oczywiście, choć liczba bezrobotnych jest tu rekordowa, to poziom bezrobocia jest niski, rynek pracy jest pojemny i różnorodny, więc pod wieloma względami jest tu łatwiej, nie wspominając także o infrastrukturze. Mam takiego znajomego z ważnego urzędu w stolicy, który lubi powtarzać przy każdej okazji, że Warszawa jest liderem. I nawet w dziedzinie dostępności żłobków wygrywa, oferując tyle miejsc, że 50% chętnych mam może tam umieścić swoje dzieci. Oczywiście na tle tych niespełna 7% to sporo. Ale ja zawsze mówię, że to jest tylko 50%! Druga połowa matek zostaje sama z problemem. Wiele z nich spotykam tu w urzędzie, często są to bezrobotne matki samotnie wychowujące dzieci, dla których nie mam patentu na skuteczną pomoc. Warunkiem jest dostępny, tani żłobek.

Zostawmy stolicę i popatrzmy raz jeszcze na projekt ustawy. Czy znajduje Pan w niej jakieś jasne punkty?

Bezwzględnie dobry jest pomysł, by zbudować system informatyczny, który pomoże skoordynować działania ośrodków pomocy społecznej i urzędów pracy. Będzie w końcu wiadomo, co z daną osobą wymagającą pomocy zrobił już PUP, a co – OPS. Po tylu latach czekania mogę powiedzieć: lepiej późno, niż wcale. Te łącza informatyczne to również warunek powodzenia autorskiego pomysłu ministra Jacka Męciny – „Program aktywizacja i integracja”. Liczę również bardzo na pozytywne efekty profilowania. Jest szansa, że skupimy się przede wszystkim na najbardziej potrzebujących wsparcia i rokujących szybkim zatrudnieniem.

Nie będę krytykował nowelizacji jako całości, bo wzbudza ona moje – i nie tylko moje – nadzieje. Ale i irytację, kiedy przy okazji prezentacji kolejnych aspektów planowanych zmian znowu słyszę ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza, jak to dobierze się nam, urzędnikom, do skóry i zagoni do roboty, jak to będzie nas premiował albo zabierał nam pieniądze. I to nie dlatego, że będzie to robił, a ja się boję o moje zarobki. Dlatego, że to kompletna bzdura, bo MPiPS nie ma wielkiego wpływu na nasze urzędnicze pensje: przecież utrzymują nas samorządy! Są wprawdzie premie, przysługujące za efekty, finansowane z Funduszu Pracy. Do tej pory centrala wspierała nas kwotą 7% od środków przeznaczanych na aktywizację bezrobotnych, a teraz te 7% ma być podzielone na dwa kawałki po 5% i 2% – i przekazywane tak, by bardziej premiować urzędy z efektami. Tylko, że nawet całe 7%, czyli nieco ponad 130 mln zł, to 6–8% sumy rocznych wynagrodzeń pracowników PUP-ów. Czyli dla wybrańców to będzie jedna dodatkowa pensja miesięczna. Przy nawale pracy, jaki mamy, to naprawdę bardzo mała marchewka. Dużo bardziej boimy się wielkiego kija pilnującego porządku w papierach. A tego kija nam nie zabraknie.

I co ważniejsze: my nie potrzebujemy dodatkowego straszenia. PUP-y to jest naprawdę niezła kadra, 85% pracowników urzędów pracy może się pochwalić wyższym specjalistycznym wykształceniem, a połowa specjalistów – wykształceniem podyplomowym. Oni naprawdę wiedzą, co trzeba robić i jak. Tylko dajcie nam szansę, by to zrobić! Dajcie nam środki i ludzi, by być w stanie zrobić to, do czego jesteśmy przygotowani, wykształceni, co potrafimy i chcemy robić!

A czego w ogóle w reformie nie dotknięto, a szkoda?

Oprócz systemowych zmian? Od lat zachodzę w głowę, dlaczego nasze państwo zostawia odłogiem całą szarą strefę. Był taki moment, gdy za legalne zatrudnienie odpowiadał Krajowy Urząd Pracy, który zaczął budować policję pracy. Blisko tysięczny zastęp inspektorów pilnował legalności zatrudnienia. Potem jednak były kolejne zmiany i reformy, aż w 2007 r. za kwestię legalności zatrudnienia stała się odpowiedzialna Państwowa Inspekcja Pracy. Dziś słyszę, jak szef PIP mówi z dumą, że ma 280 inspektorów, których obowiązkiem jest m.in. pilnowanie legalności zatrudnienia. Przy szarej strefie, którą jedne szacunki obliczają na 700–800 tys. zatrudnionych, a inne na nawet 1,5 mln!

Wiadomo, że głównym źródłem przychodów podatkowych państwa są raczej podatki pośrednie, jak VAT i akcyza, a nie podatek dochodowy. Ale ludzie pracujący na czarno nie płacą także składek ubezpieczeniowych, a przecież ostatecznie będą beneficjentami systemu – nawet, jeśli będą poza systemem, to państwo przecież nie zostawi ich samym sobie, co oznacza, że pozostali obywatele będą musieli się na nich zrzucić. W pojedynczym przypadku to nie ma znaczenia, ale gdy mówimy o armii rzędu miliona ludzi – to kwoty zaczynają się robić ogromne! Tymczasem Niemcy, które są krajem dużo zamożniejszym od Polski, nie pozwalają sobie na taką rozrzutność i w ramach pojedynczych landów mają więcej inspektorów pilnujących zatrudnienia niż my w skali całego kraju!

Brakuje nam chyba spojrzenia na problemy ekonomiczne, w tym rynek pracy, w sposób strategiczny, długofalowy.

Boleśnie odczuwam brak perspektywicznego myślenia o problemie bezrobocia. Bo gdy patrzymy na tę armię bezrobotnych, to czy uważamy ich, że to banda nierobów, czy raczej ludzi, których rynek wypchnął – z różnych powodów: braku kwalifikacji, niepełnosprawności, nałogów, wieku, problemów psychicznych, innych? Jeśli to drugie, to postawmy sobie pytanie: czy lepiej dać im pieniądze na zupę, żeby nie umarli z głodu, czy raczej pracę, żeby sami sobie zarobili na tę zupę?

Pieniądze będziemy musieli wydać – tak czy inaczej, bo przecież tego wymaga pewien humanitaryzm, względy cywilizacyjne, albo pomijając górnolotne słowa: jeśli zostawimy dużą grupę ludzi bez nadziei i szans na przetrwanie, to zwyczajnie zagrożą publicznemu porządkowi.

Jak by nie patrzeć, to najłatwiej i najtaniej wychodzi dać pracę. Po pierwsze: jest szereg obszarów zaniedbanych, gdzie aż się prosi, by zatrudnić ludzi: sprzątanie, malowanie, porządkowanie itd. Mało tego, gdy nałożymy mapę bezrobocia z mapą zagrożenia powodziowego, to okaże się, że jest masa obszarów wspólnych. Dlaczego nikt nie wpadnie, że w okresie większego bezrobocia, gdy po prostu rynek pracy nie może wchłonąć większej liczby ludzi, nie uruchomić programu wzmacniania infrastruktury przeciwpowodziowej? Czy lepiej jest za kilka lat płacić miliardy na odbudowę tego, co zniszczy woda?

A przecież praca dla ludzi to także odsunięcie depresji, danie nadziei. To coś elementarnego. Zapominają o tym nawet ci politycy, którzy uważają się za pobożnych, choć o tym, jak fundamentalną potrzebą jest praca mówił przecież nasz papież. Człowiek, który nie ma pracy, traci godność. Nie wiem tylko, czy to akurat właśnie ja powinienem im o tym przypominać…

Wywiad pochodzi z portalu bezrobocie.org.pl

Czytaj debatę o pracy Dziennika Opinii:

Jarosław Urbański, Praca w centrum, praca na peryferiach

Mateusz Janik, Kapitał wychodzi z fabryki

Edwin Bendyk, Mityczna reindustrializacja

Piotr Szumlewicz: Rozwój gospodarczy i stabilna praca? To się wcale nie wyklucza

Grażyna Spytek-Bandurska: Prawo pracy nie zbuduje nam innowacyjnej gospodarki

Jakub Majmurek, AAA gdzie jest praca?

Już wkrótce: rozmowy z Hansem-Jürgenem Urbanem z IG Metall i prof. Richardem Hymanem; teksty Marii Skóry i innych.

Bio

Łukasz Komuda

| Ekonomista, publicysta, ekspert rynku pracy
Ekonomista, ekspert rynku pracy, redaktor portalu rynekpracy.org, związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.