Gospodarka

Zapomnijmy o dochodzie podstawowym, porozmawiajmy o gwarancji zatrudnienia

Bezwarunkowy dochód gwarantowany cieszy się dziś w lewicowej bańce zaskakująco dobrym wizerunkiem, z kolei gwarancja zatrudnienia – wyjątkowo złym. Czemu?

To będzie tekst o Bezwarunkowym dochodzie podstawowym (dalej: BDP lub „dochód”) oraz o gwarancji zatrudnienia (dalej: GZ lub „gwarancja”). Daruję czytelnikom ścisłe definiowanie tych pojęć. Z pewnością wiedzą sporo, a nawet jeśli nie – internet pełen jest informacji na ten temat, by wspomnieć choćby wydany niedawno numer „Praktyki Teoretycznej” poświęcony BDP czy materiały na łamach Krytyki Politycznej. Nie będę się też zajmował kwestią pochodzenia środków, które miałyby sfinansować któryś z tych programów. Na użytek wywodu wyobraźmy sobie roboczo, że KGHM odkryło nagle zyliony ton unobtanium, z którego wydobycia budżet państwa zainkasował jakąś astronomiczną dywidendę. Albo, że świat zgodził się na propozycję Billa Gatesa, by roboty płaciły podatki (wysokie). Rozważania na temat realnych źródeł finansowania obydwu programów zostawmy na inną okazję.

Bill Gates: Robot zabiera człowiekowi pracę? Niech płaci podatki

„Dochód” cieszy się dziś w lewicowej bańce zaskakująco dobrym wizerunkiem, z kolei „gwarancja” – wyjątkowo złym. PR obydwu programów wygląda dziś mniej więcej tak, że idea bezwarunkowego dochodu to świetnie odpowiadający na wyzwania współczesności, hipernowoczesny wytwór lewicowej myśli ekonomicznej, gwarancja zatrudnienia prezentuje się natomiast jak niemodna i niesympatyczna ciotka tęskniąca do różnego typu „czynów społecznych” i bloków z wielkiej płyty, a w najgorszym razie – pożyteczna idiotka zwolenników pracy przymusowej w duchu workfare state. Jeśli jednak wyjdziemy poza kilka rozpowszechnionych uproszczeń i przekłamań, zrozumiemy, że ani BDP nie jest programem specjalnie lewicowym, ani też koncepcja gwarancji zatrudnienia nie jest tak oderwana od rzeczywistości jak stara rumuńska komunistka w futrzanej czapie z Sieranevady.

„Sieranevada” to najlepszy film w tym roku

W rozważaniach, dlaczego potrzebujemy BDP (albo „dlaczego BDP jest lepsze niż GZ”) powtarza się bardzo często argument, że pracy zaczyna brakować, a w przyszłości będzie jej jeszcze mniej. Postępująca robotyzacja wykluczy z gry bardzo wielu pracowników najemnych. Wiarygodność tej opowieści mają potwierdzać zatrważające dane statystyczne, które brzmią, jakby jakiś podróżnik w czasie zebrał je w odległej przyszłości i udostępnił nam do wglądu już dziś (np. „w ciągu 15 lat 47 proc. pracowników straci zatrudnienie na skutek robotyzacji!”). Wniosek jest jasny – trzeba myśleć o tym, by zapewnić rzeszom ofiar postępu technologicznego możliwość utrzymania się bez pracy,  bo w przyszłości będzie ona dobrem rzadkim.

Nie pastwiąc się zanadto nad metodologią uzyskiwania powyższych danych, trzeba przyznać, że sam wniosek brzmi dosyć rozsądnie i logicznie. Tyle że w obserwowalnej rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Pracy do wykonania nie ubywa, lecz przybywa i to przybywa jej w zastraszającym tempie. Oczywiście, że wielki kapitał automatyzuje i robotyzuje przemysł na potęgę. Problem polega jednak na tym, że prywatne firmy, w tym te ogromne, które zautomatyzują się najszybciej, to jedynie niewielki wycinek rzeczywistości – w Polsce to małe i średnie przedsiębiorstwa wytwarzają 67 procent PKB i zatrudniają 70 procent pracowników. Otwórzmy okno, rozejrzyjmy się wokół siebie, pomyślmy o naszych potrzebach, o ludziach wokół nas, o potrzebach naszych bliskich i naszej społeczności. Oraz o tych, o których słyszeliśmy, choć może nas bezpośrednio nie dotyczą. Mnie od razu przychodzi do głowy co najmniej kilka przykładów zagadnień, które wymagają sporych nakładów pracy do wykonania, a której w tym momencie nie zapewniają ani rynek, ani państwo (albo zapewniają  w stopniu dalece niewystarczającym). Weźmy pierwsze z brzegu sprawy: jest bardzo wiele samotnych osób w podeszłym wieku, które potrzebują opieki pielęgniarskiej czy pomocy w codziennych czynnościach. Z każdym rokiem będzie ich więcej, bo społeczeństwo się starzeje. Z drugiej strony mamy dzieciaki z problemami w szkole, która nie odpowiada na ich potrzeby edukacyjne i wychowawcze, a także nastolatków borykających się z agresją (swoją własną i skierowaną przeciwko im). Jeszcze z innej strony – i w innej branży – postępująca degradacja tkanki miejskiej – sypiące się budynki komunalne, „łyse” trawniki, dzikie wysypiska śmieci, niszczejące zabytki i ogólna brzydota przestrzeni publicznej. Dodajmy do tego usuwanie skutków powodzi, susz, huraganów i innego typu katastrof, których w związku ze zmianami klimatycznymi będzie coraz więcej.

Poprzestanę na tych pięciu kategoriach, choć różnego typu problemy wymieniać można jeszcze długo. Co je łączy? Żeby każdy z nich rozwiązać, potrzebujemy więcej rąk i głów do pracy. Potrzebujemy armii ludzi zatrudnionych w sektorze publicznym, choćby po to, by utrzymać nasz obecny poziom życia, a jeśli chcemy, żeby jakość życia w Polsce choć trochę rosła, będziemy tej ludzkiej pracy – fizycznej, umysłowej, w usługach – potrzebować dalece bardziej.

Część problemów pomoże oczywiście rozwiązać danie ludziom do ręki kasy. Na przykład osoba z niepełnosprawnością, otrzymawszy dodatkowe pieniądze, będzie mogła wynająć sobie na wolnym rynku kogoś, kto jej w taki czy inny sposób pomoże w codziennych sprawach (o ile taką osobę znajdzie za sumę, jaką dysponuje). W wielu innych przypadkach problem rozwiązać może tylko zwiększenie zatrudnienia przez państwo czy samorządy. Dlaczego? Bo np. rodzice, nawet wsparci z publicznej kasy, niekoniecznie zrzucą się na warsztaty z kontrolowania agresji czy pensję nauczyciela prowadzącego zajęcia edukacji równościowej dla swoich pociech wraz z ich kolegami i koleżankami. Prędzej zafundują potomstwu dodatkowe lekcje języków obcych czy korepetycje z innych przedmiotów. Szkoła może za to zatrudniać ludzi prowadzących takie zajęcia i oferować je wszystkim, nawet tym, których rodzice nie zawsze rozumieją potrzebę uczestnictwa w nich ich dzieci, a tym bardziej – nie zawsze mają ochotę dokładać się do czegoś, co ich dzieci bezpośrednio nie dotyczy. Również w przypadku różnego typu problemów związanych z kształtowaniem polskiej przestrzeni miejskiej, trudno będzie się obejść bez zatrudnienia przez sektor publiczny i publicznych inwestycji – indywidualne wydatki konsumpcyjne z dochodu gwarantowanego nie wystarczą, a i na czyny społeczne przy osiedlowych ogródkach trudno liczyć.

Dochód podstawowy – instrukcja obsługi

Czy te argumenty nie są przekonujące? Czy bez gwarantowanego zatrudnienia można się obejść? Odnoszę wrażenie, że znaczna część niechęci, jaką odczuwamy wobec GZ, to lęki dobrze wykształconego prekariusza: „Ja, magister afrykanistyki i ukrainoznawstwa, weteran Erasmusa i siedmiu korpo-staży, miałbym teraz sadzić jakieś pieprzone kwiatki pod blokiem na Targówku? Niedoczekanie!”.  Zwróćmy jednak uwagę, że GZ nie oznacza przymusu ani obowiązku pracy, znanego z PRL, ale i z reżimów workfare state, a jedynie gwarancję możliwości jej podjęcia. Jest bardzo wielu ludzi, którzy mając do wyboru absurdalną w swoim idiotyzmie pracę za minimalną stawkę w call center lub rozdawanie ulotek, a pracą za te same pieniądze, która niosłaby ze sobą choćby odrobinę społecznego pożytku (od sadzenia kwiatków po pracę z młodzieżą), wybrałaby jednak kwiatki lub młodzież. Ja też bym wybrał. Oczywiście, dostając pieniądze z BDP, może nie musiałbym ani pracować w call center, ani sadzić kwiatków. Wydaje mi się jednak, że ktoś te kwiatki powinien posadzić a świat, w którym kwiatki rosną pod blokiem, jest lepszym światem niż ten, w którym nie rosną.

Gdybym miał talent Raczkowskiego, narysowałbym krótki komiks: Mieszkanie. Małżeństwo. On rozsiadł się wygodnie w fotelu z gazetą i kawą w pozie pana i władcy. Ona, zmywa gary jedną ręką, drugą przewija dziecko itd. On: „Tu piszą, że za kilka lat praca przestanie istnieć. Właściwie już jej prawie nie ma”. Ona (myśli): „Jasne, kurwa…”.

Szarfenberg: 500+ promuje tradycyjną rodzinę, dochód podstawowy jej zagraża

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Marek Jedliński

"GZ nie oznacza przymusu ani obowiązku pracy, znanego z PRL, ale i z reżimów workfare state, a jedynie gwarancję możliwości jej podjęcia."

Rzeczywiście, GZ nie _wprowadza_ ekonomicznego przymusu pracy. GZ po prostu utrwala ekonomiczny przymus pracy, który już istnieje. Utrwala tym samym purytańską i bardzo korzystną dla kapitalizmu mentalność, że człowiek jest tyle wart, ile kapitalista (ewentualnie: państwo) są gotowi zapłacić mu za pracę. To największy problem z GZ: że zamiast prowadzić do cywilizacyjnego postępu, jest ideą reakcyjną i zabetonuje jeden z najbardziej nie-ludzkich, niemoralnych aspektów kapitalizmu.

"Wydaje mi się jednak, że ktoś te kwiatki powinien posadzić "

I tu jest pies pogrzebany! Zwolennicy GZ potrafią wymienić mnóstwo zadań, które "ktoś powinien" wykonać - byle nie oni sami. Niech to robią ci, którym "nie wyszło" na rynku pracy! Stygmatyzacja i pogarda wracają tylnymi drzwiami. Łaska pańska: nie chcę patrzeć, jak cię eksmitują na bruk, była nauczycielko z gimnazjum, więc masz tu motykę i machaj.
A dlaczego autor nie wierzy, że gdyby istniał BDP, to ktoś, kto też chce mieć pod blokiem kwiatki, schyli się i je zasadzi, bo będzie _chciał_ (chciała) to zrobić? A dlaczego autor nie powie: dajcie mi BDP, będę wam sadził kwiatki, bo to dobre dla nas wszystkich i chcę się tym zająć?

Bo GZ to idea autorytarna, konserwatywna. Jej zwolennicy uważają (często), że ludzi trzeba zagonić do pracy - i (niemal zawsze) chcą decydować o tym, jakie prace (z konieczności proste, z konieczności głównie fizyczne) mają wykonywać jej beneficjenci. Jakie prace są społecznie użyteczne, a jakie nie są.
BDP natomiast pozwala każdej osobie zdecydować, w jaki sposób najlepiej przysłuży się społeczności (albo choćby własnej rodzinie).

Brawo Panie Marku, jestem pełen podziwu nad kunsztem, z jakim potrafi Pan odwrócić kota ogonem i przypisać gwarancji pracy dokładna odwrotność tego, czym w zamierzeniu ma być.

Powiedzmy sobie to szczerze, że celowo i świadomie utrzymywane niedobrowolne bezrobocie (nadmiar wolnej siły roboczej nad oferowanymi stanowiskami pracy, np. milion bezrobotnych na 100 tys. wakatów) stanowi GŁÓWNY element dyscyplinowania plebsu za pomocą strachu i opresji braku środków do życia. To podstawowy element kapitalizmu i narzędzie ograniczania presji płacowej.

Kapitaliści NIGDY nie oddadzą bezrobocia i nie pozwolą na pełne zatrudnienie. To właśnie jest "autorytarna, konserwatywna" idea. Z tego samego powodu forsują dochód podstawowy, jako narzędzie UTRZYMANIA bezrobocia a jednocześnie podtrzymania zdychającego popytu (będącego efektem braku wzrostu płac). Utrzymanie bezrobocia na odpowiednio wysokim poziomie zapewnia się TAKŻE przez import siły roboczej!

Dyskusja o GP i BDP jest jałowa jeżeli argumenty są oderwane od realiów i pozbawione podstawowych celów ideologicznych.

Autor artykułu nie uniknął wróżenia, które sam tak skrytykował.

Polecam przyjemny 7min film, który bazuje na twardych danych
https://www.youtube.com/watch?v=WSKi8HfcxEk

Tak, dyskusja o bzdurach typu GP czy BDP jest tylko i wyłącznie stratą czasu bo oba koncepty są niemożliwe do zrealizowania.

No ale rozumiem że jeżeli ekonomia zaprzecza waszym opiniom (bo z faktami nie ma to nic wspólnego) to tym gorzej dla ekonomii.

@Konrad - akurat co do ekonomii, to całkowicie nie masz racji, oba pomysły są TECHNICZNIE możliwe do realizacji, przez każde państwo emitujące własną walutę. Zamiast sięgania do propagandowej dezinformacji i obiegowych mitów "braku pieniędzy", państwa które "jest jak duże gospodarstwo domowe", finansowania wydatków z podatków, porozmawiaj lepiej z jakimś prawdziwym ekonomistą.

angelina kussy

Namalował Pan bardzo wymyślony obraz jakoby dzięki GW rosnąć miałyby kwiatki, a z DP ludzie siedzieliby do góry brzuchem i nic nie robili. Szczególnie studenci ukrainistiki i afrykanistyki. A zatem jest to ta sama wizja człowieka, która stoi za wizją liberalną: człowieka leniwego, którego trzeba zagonić do pracy. Wie Pan co? Przez 10 lat miałam swój dochód podstawowy w postaci alimentów i jakoś nie przestałam społecznie pracować, wykonywać tysiąca nierynkowych prac podczas wszystkich tych lat liceum i studiów. Myślę, że wiele jest takich ludzi, a i w następnym pokoleniu urodziłyby się osoby, które od dziecka nie byłyby przystosowane do tego, aby dostosować się do rynku, a więc znajdywałby sobie prace, bo człowiek generalnie nudzi się jak nie ma nic do roboty (a nie z natury jest leniwy, jeśli człowiek pozostaje pasywny to znaczy, że nie ma możliwości podjąć pracy, w której widzi sens). Dyskredytowanie zwolenników DP jakoby byli jakimiś oderwanymi od rzeczywistości intelektualistami z "bańki" wobec tak nikłych argumentów tego tekstu jest chyba chwytem, który ma zagłuszyć nikłość owych argumentów i arbitralność tej wizji świata pełnego kwiatków.

GW wzmocniłaby państwo, a DP społeczeństwo obywatelskie i indywidualne osoby. Jeśli państwo jest zamordystyczne a rządzący wykazują się niską świadomością społeczną to nie będzie Pan w ramach GW sadził kwiatków, a raczej będzie Pan mógł wybrać zatrudnienie w charakterze osoby ścinającej drzewa, Pan Szyszko myślę, że z chęcią takie wakaty by stworzył.
Poza tym ktoś decyduje o tym jakie miejsca pracy będą tworzone, jak pan założy, że u władzy jest jakaś oświecona lewica to może i byłyby to miejsca pracy z pożytkiem dla społeczeństwa, ale i tak ktoś odgórnie narzucałby i dyktował co jest potrzebne, a co nie. Ja jednak wolę, aby powstawały grupy pracy, projekty edukacyjne i różne inne inicjatywy, bo ludzie będą mieli na nie czas zamiast wykonywać idiotyczne zadania w ramach kapitalizmu czy pracy "wymyślanej" przez państwo (czyli przez zarządzających nim neoliberalnych polityków). Oczywiście są kwestie, które muszą być gwarantowane i wysoko przez państwo opłacane, bo może być problem z tym, że ktoś odnajdzie w sobie powołanie do ich wykonywania. Żadne narzędzie nie ma jednak rozwiązywać wszystkim problemów społecznych a GW nie przewiduje likwidacji państwa i pozostałych jego filarów.

Jeśli my boimy się ciotki komunistki to Pan niczym ciotka komunistka uparcie wciąż wierzy, że możliwy jest jakiś odgórny plan działający na rzecz "całości" społeczeństwa, owa komunistyczna (czy liberalna, bo przecież niewidzialna ręka rynku też zakłada wiarę w istnienie jakiegoś interesu wspólnego "narodu"). Że możliwa jest owa "zgoda doskonała", o której pisał Strzelecki analizując dyskurs realnego socjalizmu, zgodność co do potrzebnych dla całego społeczeństwa właściwych metod działania. Wolę oddolne organizowanie się jednostek zwolnionych w jakimś stopniu z przymusu ekonomicznego i poddaństwa wobec tych panów i władców, którzy tworzą miejsca pracy i decydują co trzeba zrobić dla dobra wszystkich.
Żadne z dwóch rozwiązań GW ani DP nie są lekiem na całe zło także krytykowanie poszczególnych wad danego rozwiązania i ukrywanie wad drugiego do nie popycha dyskusji do przodu.

Nawet jeżeli pracy będzie mniej, nic nie stoi na przeszkodzie, aby się nią podzielić z innymi. Czym innym jest 8h w McDonaldzie przez 20 dni w miesiącu, a czym innym 4h przez 10 dni w miesiącu w tym samym McDonaldzie, a w ten sposób pracę ma nie jedna tylko 4 osoby. Kwestia ustalenia minimalnej płacy, tak aby z takiej pracy dało się utrzymać i kwestia uwzględnienia tej wyższej płacy w cenie hamburgera.

Krzysztof Mazur

Powszechny zasiłek zwany ‘dochodem gwarantowanym’ to recepta na likwidację państwa za pomocą hiperinflacji, która jest jedynym sposobem sfinansowania tej kuriozalnej mrzonki.
Utrata pracy przez postęp techniczny to XVIII wieczny luddyzm, czyli kolejna mrzonka na dodatek nie nowa. Pracy brakuje tam, gdzie brakuje kapitału. Jeżeli Europa i USA wprowadzają u siebie bańkę kredytową zamiast oszczędności, to kapitał wypływa gdzie indziej i tam powstaje więcej nowych miejsc pracy. Nie ma tu żadnej zagadki ani nowości. Można ten problem rozwiązać podnosząc stopy procentowe, ale to akurat jest w KP zabronione, bo to byłby neoliberalizm.
Gwarancja zatrudnienia w rozwijającej się neoliberalnej gospodarce jest zbędna, bo pracy przybywa, a w gospodarce socjalnej pracy ubywa i gwarancja zatrudnienia możliwa jest jedynie na zasadzie przymusu pracy, czyli niewolnictwa, jak w polskim feudalizmie albo PRLu.
Usługi dostarczane przez państwo, co postuluje autor, są jak najbardziej możliwe, jeśli państwo w tym samorząd na to stać, ale obecnie mamy powiększone wydatki do granic możliwości (500 plus, obniżanie wieku emerytalnego) i niedługo finanse publiczne wejdą w kryzys, a potem cała gospodarka przytłoczona rosnącym opodatkowaniem i chaotycznym cięciem wydatków przez socjalny rząd PiSu. Jeżeli autor chce tworzyć nowe wydatki państwa, niech najpierw wskarze, gdzie je obniżyć.

Proszę przeczytać najpierw o Universal Basic Income, Jednym z WARUNKÓW jest postrzeganie UBI jako czwartego filaru panstwa, a nie jako coś co miałoby pozostałe filary likwidować. Bez tego warunku nie spełniałby funkcji emancypacyjnej, bo monetaryzowalby jeszcze bardziej dziedziny życia, a nie uwalniał cześć z nich z logiki rynku i pieniądza zapewniając minimum do przeżycia i wolność od przymusu ekonomicznego i oddawał ludziom ich skradziony przez kapitalizm czas.

Dokładnie kolejny socjalistyczny wymyśl rodem z umysłu Stalina lub innego znanego socjalisty Hitlera. Ten też likwidował bezrobocie za pomocą publicznych robót ale narobił tyle długów że musiał wywołać wojnę...

Nazywanie Adolfa 'socjalista' to taki sam absurd jak nazywanie Romana Dmowskiego 'demokrata' no bo w koncy stal na czele 'Narodowej DEMOKRACJI'.

ale Hitler był socjalistą i nic na to nie poradzicie. Deal with it.

Zwolennicy BDP nie rozumieją dlaczego takie świadczenie jest gorliwie popierane przez pracodawców (elity i media), w przeciwieństwie do gwarancji pracy. Naiwnie myślą, że wypłacane środki umożliwią im życie BEZ PRACY. W rzeczywistości nigdzie nie ma takich planów, nie ma mowy by świadczenie to było wystarczająco wysokie, aby zapewnić utrzymanie.

Raczej jest to pomysł na zastąpienie istniejących świadczeń publicznych przez wypłacany niski zasiłek, co doprowadzi do likwidacji reszek państwa socjalnego i jeszcze większej nędzy i rozwarstwienia. Dochód podstawowy to koń trojański. Głupi plebs zapewne da się na to nabrać.

Jak to nigdzie Nie ma mowy, ze dochód zapewni przeżycie jak jest to jeden z warunkow idei Universal Basic Income?
Zwolennicy UBI rozumieją więcej niż Panu bez lektury o UBI sie wydaje bazując na niesprawdzonych przekonaniach. Proszę wygooglowac info o warunkach Universal Basic Income.

Coś jak Walmart i ich proceder połączenia szkoleń w uzyskiwaniu zasiłków/foodstamps itp. przy jednoczesnym zmniejszeniu wynagrodzenia. Zważywszy na fakt, że programy socjalne tego typu w USA są często obwarowane ścisłą kontrolą rodzin to w sumie można sobie wyobrazić, że dochód podstawowy tak właśnie zadziała.
Inna rzecz- a skąd niby wziąć na dochód podstawowy pieniądze? Korporacje nie dają się opodatkować, bogaci nie dają się opodatkować, klasa średnia zanika a reszta nie zdoła tego sfinansować. Korci zacytować "nie będzie niczego" ;/

"niby wziąć na dochód podstawowy pieniądze" - prosta odpowiedź: z likwidacji innych wydatków socjalnych i świadczeń publicznych. Poza tym w rzeczywistości problem "braku finansowania" NIE istnieje. Państwo jest emitentem pieniądza i może sfinansować dosłownie wszystko, co tylko może kupić za swój pieniądz - towary, usługi, pracę. Ograniczeniem są REALNE, fizyczne zasoby (ludzie, materiały, czas), ale nigdy (wirtualny) pieniądz.

Budowanie MITU "braku pieniędzy" w głowach plebsu jest jednym z podstawowych narzędzi jego kontroli. Nic lepiej nie dyscyplinuje roszczeniowych postaw elektoratu niż samokontrola i samoograniczanie wynikające z wdrukowanego w mózgi mema, że "nie ma pieniędzy".

Jeżeli oczywista myśl, że państwo - emitent pieniądza ZAWSZE ma tyle pieniądza (własnego!! ale już nigdy OBCEJ waluty!!), ile tylko zechce, budzi w Tobie wątpliwości, to przemyśl skąd się biorą np. tryliony $ (miliony bilionów) na ratowanie sektora finansowego?

Janusz Pawlacz

Czyli znowu hiperinflacja 🙂

Inflacja NIE JEST prostym zjawiskiem monetarnym, na zasadzie więcej pieniędzy = inflacja. To mit nie znajdujący potwierdzenia w faktach. To jest o wiele bardziej złożone zjawisko. Obserwujesz je na co dzień - często rośnie ilość pieniądza w obiegu, a inflacji brak, pomimo EWIDENTNYCH wysiłków rządów by ją spowodować! Masz dużo przykładów z różnych państw, wystarczy się po nie schylić.

A już prorokowanie hiperinflacji na podstawie zamiany jednych świadczeń na inne, to zwykłe panikarstwo. A poza tym to zapominasz, że zawsze można podnieść podatki.

Masz może jakieś teksty na ten temat do podania plebsowi, który chciałby się doedukować? Bo ciągłe podkreślanie jak bardzo te mechanizmy są oczywiste i ewidentne nie sprawia, że jesteś bardziej przekonywujący.

http://neweconomicperspectives.org/
http://bilbo.economicoutlook.net/blog/
Niestety w obcym języku, ponieważ po polsku trudno wskazać coś przystępnego i wartościowego w dziedzinie ekonomii. :((

Kuba Szymkowiak

Myślałem, że będę miał hate reading, a w sumie spodobało mi się.

O gwarantowanym dochodzie już przeczytałam sporo. Jednak ciągle nurtuje mnie pewien problem, odnoszący się do dalekiej przyszłości, być może nawet już mnie nie dotyczącej. Co będą robić ludzie gorzej wykształceni których roboty zastąpią przy pracy. Będą mieli środki do życia, ale co robić w takim życiu? Mówiąc to myślę w szczególności o klasie najniższej do których potrzeb egzystencji nie zaliczyła bym podróży, korzystania z kultury czy innego interesującego zajęcia.

Dochód podstawowy NIGDY, PRZENIGDY nie zapewni środków do życia. Nie ma w ogóle takich projektów! Jeżeli tak zrozumiałaś materiały, które przeczytałaś, to albo uległaś autosugestii, albo nie czytałaś ze zrozumieniem. Albo opacznie rozumiesz pojęcie "środków do życia", jako groszowy zasiłek do wegetacji na granicy biologicznego przetrwania bez możliwości rozwoju, bez środków na rozrywkę czy kulturę, i w stałej presji do walki o potencjalne miejsce pracy. Najlepiej z głodu.

Narkotyki i braindance. Część zapewne znajdzie ujście w pracy społecznej acz przykład epidemii opioidów w USA troszeczkę sugeruje co zdominuje.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!