Gospodarka

Zamiast szklanych domów – szklane ściany i sufity

Prawa kobiet

Po dekadach badań ekonomiści zgadzają się w jednej kluczowej sprawie: nasze społeczeństwa dyskryminują kobiety. Dyskryminują je również ekonomiści.

Ekonomiści o kobietach piszą najczęściej w kontekście rynku pracy, bo kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. Prawicowym „krytykom gender” wyjaśniam, że mówimy nie o średnich zarobkach w ogóle, ale o różnicy w zarobkach pomiędzy kobietą a mężczyzną o porównywalnych cechach demograficznych, takich jak wiek, wykształcenie czy doświadczenie zawodowe. Tak zwaną lukę płacową (gender pay gap) obserwujemy systematycznie na całym świecie. Konkretna wartość luki płacowej zależy od badania, ale w krajach rozwiniętych zwykle szacuje się jej poziom na 10–30%. To tak, jakby kobiety płaciły dodatkowy 20% podatek dochodowy za sam fakt bycia kobietą.

Jednym z ważnych powodów luki płacowej między płciami jest dyskryminacja kobiet na rynku pracy, przy czym termin „dyskryminacja” oznacza nie tyle bezpośrednie bariery prawne, ile mieszankę stereotypów i uprzedzeń  kulturowych, oczekiwań wobec płci i wreszcie nieformalnych układów władzy. Innymi słowy, kobiety muszą mierzyć się z tak zwanymi szklanymi sufitami i szklanymi ścianami.

Szklany sufit oznacza, że kobiecie trudniej awansować w pracy i zdobyć uznanie w karierze zawodowej (co oczywiście przekłada się na niższe zarobki). Niedawno Marcin Wroński pisał o tym problemie w kontekście dominacji mężczyzn w radach nadzorczych wielkich korporacji. Kobiety wciąż traktowane są niepoważnie, częściej ocenia się je przez pryzmat wyglądu niż wiedzy czy umiejętności. Dotyka to nawet tych kobiet, którym udało się przebić do męskiego klubu super-liderów biznesu i polityki. Kiedy Theresa May, premier Wielkiej Brytanii, spotkała się z Nicolą Sturgeon, premier Szkocji, aby omówić konsekwencje Brexitu dla obecności Szkocji w Zjednoczonym Królestwie, tabloid „The Sun” opublikował tekst o… butach dwóch polityczek! Nota bene, niemal każdy artykuł, jaki czytałem o May, zaczynał się od anegdoty o jej miłości do ekstrawaganckich butów. Wyobrażacie sobie, żeby jakakolwiek gazeta rozpisywała się o butach Camerona albo sprowadziła spotkanie Tsiprasa z Junckerem w sprawie greckiego długu do konkursu kolorowych krawatów?

Warto kruszyć szklany sufit

Kobietom łatwiej też spaść z piedestału, bo oceniamy je surowiej niż mężczyzn. Boleśnie przekonała się o tym Joanna Schmidt, kiedy straciła stanowisko wiceprzewodniczącej Nowoczesnej za portugalską wycieczkę z Ryszardem Petru. Tymczasem sam Petru wciąż bryluje w setkach TVNu, chociaż jeśli ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność za tamtą aferę, to przede wszystkim on, jako przełożony Schmidt.

Inną barierą na rynku pracy są szklane ściany. Niestety, wciąż lubimy dzielić profile edukacji i związane z nimi zawody na „męskie” i „żeńskie”. Kobieta „oczywiście” nie może być inżynierką czy szefową banku, natomiast „idealnie” nadaje się na polonistkę czy pielęgniarkę. Ta „idealna oczywistość” nie znajduje potwierdzenia w żadnym poważnym badaniu naukowym, które systematycznie pokazują, że kobiety mają takie same predyspozycje jak mężczyźni (w tym także do umiejętności matematycznych). Z drugiej strony, te szklane ściany realnie ograniczają kobiecie możliwość samorealizacji zawodowej, a zarazem „przez przypadek” wykluczają ją z zawodów o wyższych płacach i większych możliwościach awansu. Egzemplifikacją tego zjawiska jest płciowy podział ról w korporacjach: mężczyźni dominują w departamentach finansów czy sprzedaży, natomiast kobietom częściej powierza się pracę w działach PR czy zasobów ludzkich. „Męskie” departamenty uznawane są za ważniejsze, więc ich pracownicy otrzymują wyższe płace, a zarazem znacznie częściej awansują do ścisłego kierownictwa firmy, bo dyrektorem generalnym korporacji szybciej zostanie dyrektor finansowy niż dyrektor (a właściwie dyrektorka) działu PR.

Inną barierą na rynku pracy są szklane ściany. Niestety, wciąż lubimy dzielić profile edukacji i związane z nimi zawody na „męskie” i „żeńskie”.

Ekonomiści są doskonale świadomi grzechów rynku pracy wobec kobiet, ale, paradoksalnie, sami popełniają dokładnie te same grzechy.

Od siedmiu lat prowadzę zajęcia ze studentami ekonomii. Mężczyźni to jakieś trzy piąte tej grupy. Moje osobiste doświadczenie pokrywa się z badaniami psychologów: nie widzę żadnej różnicy pomiędzy umiejętnościami studentów i studentek. Kobiety i mężczyźni wydają mi się mieć podobny rozkład różnych kompetencji, w tym matematycznych (najważniejszy talent na tych studiach). Studentki i studenci, którym pomagałem pisać magisterki, wybierali podobne tematy, korzystali z podobnych narzędzi, mierzyli się z podobnymi problemami i pisali równie dobre prace.

Kiedy kobiety czują się jak oszustki

A jednak, gdzieś na poziomie doktoratu następuje dramatyczne rozwarstwienie płciowe: w moim pokoleniu widać pewną poprawę, ale im starsze generacje, tym mniej profesorek. Czy można znaleźć bardziej absurdalny przykład szklanego sufitu, niż nierówności płciowe w branży, która z definicji ma być merytokratyczna? Do pewnego stopnia ta dysproporcja wynika z faktu, że młodzi naukowcy często nie wiedzą z góry w jakim mieście czy kraju (!) przyjdzie im pracować po doktoracie, a stabilizacja zawodowa przychodzi stosunkowo późno, nieraz po trzydziestce. Oznacza to, że naukowcy automatycznie później zakładają rodziny, co z powodów kulturowych łatwiej przychodzi mężczyznom i zniechęca kobiety.

Co więcej, ekonomistki padają ofiarą szklanych ścian, bo częściej wybierają „miękkie” (mniej techniczne) specjalizacje, tak jak ich koleżanki niewspółmiernie częściej studiują lingwistykę zamiast fizyki. Na przykład, na naszym wydziale praktycznie nie ma doktorantek z ekonometrii (czyli statystyki ekonomicznej), za to bardzo wiele kobiet pisze prace z ekonomii eksperymentalnej lub z empirycznej mikroekonomii. Tę segregację płciową widać też na konferencjach: panele z teoretycznej makroekonomii i innych nurtów „twardej” ekonomi ilościowej nieraz przypominają seminarium duchowne, natomiast sesje ekonomii behawioralnej przyciągają mniej więcej wyrównaną publiczność (co zresztą wróży jej lepszą przyszłość niż makroekonomii głównego nurtu).

Należy uczciwie przyznać, że w ostatnich latach wydziały ekonomii są świadome problemu, i starają się zatrudniać więcej kobiet na stanowiska profesorskie. Do stanu idealnego brakuje nam jednak wiele, a w dodatku kobiety muszą zmierzyć się z dodatkowym wrogiem: kulturą poza murami uniwersytetów.

Brutalne doświadczenie ekonomistek jest takie, że po prostu nie traktuje się ich poważnie. Pewnie każdy jest w stanie wymienić z marszu dziesięciu ekonomistów-mężczyzn: Friedman, Hayek, Keynes,  Samuelson, Krugman, Greenspan, Bernanke, w Polsce Balcerowicz, Belka i Kołodko. A ile znacie ekonomistek, które pojawiają się na pierwszych stronach gazet równie regularnie, co Draghi czy Morawiecki? Kolejny eksperyment: pamiętacie, jak nazywają się obecni szefowie FED-u (amerykańskiego banku centralnego) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego? I czy zauważyliście błędny rodzaj gramatyczny w poprzednim zdaniu (powinno być „obecne szefowe”)?

Każdy, kto zna polskie środowisko ekonomiczne, wie, że nie brakuje nam utalentowanych ekonomistek. A jednak, w III RP resortem finansów kierowało 19 ministrów, w tylko trzy kobiety: Halina Wasilewska-Trenkner, Teresa Lubińska i Zyta Gilowska. Co więcej, dwie pierwsze ministrami były po dwa miesiące. Podobnie blado wypada udział kobiet w Radzie Polityki Pieniężnej. Od 1998 roku wybraliśmy cztery Rady, każda po 11 członków (licząc szefa Narodowego Banku Polskiego). Trzy pierwsze Rady miały w swoich składach w sumie 6 kobiet, w tym Hannę Gronkiewicz-Waltz jako pierwszą prezeskę NBP i wspomniane Gilowska i Wasilewska-Trenkner. W obecnej RPP nie ma ani jednej (!) ekonomistki.

* Obecna dyrektorka FEDu to oczywiście Janet Yellen, a obecna dyrektorka MFW to Christine Lagarde. Obie panie są „pierwsze w historii”, przy czym Lagarde była też pierwszą w historii ministerką finansów kraju G8 (Francji). Może to znak, że szklane sufity powoli jednak pękają?

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Miałem okazję pracować w dziale kadr w korporacji. Nigdy nie udało mi się pracować w dziale finansowym. Czemu? Ponieważ wybrałem sobie kiedyś studia i kursy, które pozwalają na pracę w tym pierwszym, ale nie dają możliwości pracy w drugim. Niestety jestem mężczyzną, więc nie mam żadnych szklanych sufitów, szklanych ścian. Niczego "szklanego". Ani nawet patriarchatu, czy "stereotypowego wychowania" które mógłbym obarczyć odpowiedzialnością za swój nietrafny wybór 🙁
Jeśli natomiast chodzi o rzeczywistość rynku pracy, przyznam, że choć problemy kierowniczek z korpo wyciskają mi łzy z oczu, za jego znacznie większą bolączkę uznaję np. oszczędzanie na bezpieczeństwu pracowników fizycznych, doprowadzające do wypadków (którym w 90% ulegają mężczyźni). I nie wiem, czy to jeszcze tylko odmienna wrażliwość, czy już seksizm.

*na bezpieczeństwie

A autor gdzie wykłada - w Ekwadorze? Czy to tam tak bardzo dyskryminują kobiety? Bo przecież nie w Polsce, która jest w pierwszej trójce państw UE o najmniejszej różnicy płac mężczyzn i kobiet i gdzie jak prognozuje w swoim raporcie PriceWaterhouseCoopers najszybciej w świecie, bo już w 2021 roku zniknie u nas gender pay gap (http://www.racjonalista.pl/index.php/s,38/t,40292)? Inna firma konsultingowa Grant Thornton opublikowała raport, z którego wynika, iż Polska należy także do pierwszej trójki państw, gdzie kobiety pełnią najwięcej stanowisk kierowniczych w dużych podmiotach gospodarczych (http://wpolityce.pl/swiat/330308-szach-mat-dla-feministek-jednoznaczny-raport-women-in-business-2017-polska-wzorem-sfeminizowania-biznesu-niemcy-daleko-w-tyle). Czytał te raporty, skoro chce się wypowiadać w tym temacie?!!

Już po raz czwarty zamieszczam te informacje w komentarzach na KP, a mimo to po raz kolejny redakcja przepuszcza artykuły fałszujące prawdę w imię ideologii. Walczcie o zmniejszenie nierówności między kobietami a mężczyznami, podważajcie niewygodne dla waszych poglądów fakty, ale nie kłamcie. Ignorowanie prawdy się na was zemści, być może najbardziej na kobietach, bo kto będzie dawał wiarę prawdziwym przypadkom dyskryminacji, jeśli główni obrońcy kobiet okazują się manipulatorami?

W normalnych warunkach najbardziej znaną polską ekonomistką byłaby prof. Joanna Tyrowicz (ale mamy nienormalne warunki, więc brylują w mediach mniej kompetentni faceci)

Niestety - najpoważniejszym jest problem psychologiczny kobiet wynikający ze zinternalizowanej, wieloletniej dyskryminacji (uświadomionej lub nie). Kobiety boją się porażek, a po porażce trudniej im wstać. Wiem z autopsji. Trzeba ogromnej pracy psychologicznej, żeby przestać na siebie patrzeć kpiącym wzrokiem patriarchatu. To jest największe zadanie dla ekonomii społecznej.

Nie może Pani z autopsji wiedzieć, że jest "trudniej", ponieważ Pani doświadczenie musiałoby obejmować doświadczenie kobiety i doświadczenie mężczyzny. Ma Pani tylko to pierwsze, które jedynie projektuje Pani na drugie.

Myśli Pani, że ja jako mężczyzna nie boję się porażek? Nie bardziej mylnego. Takie wrażenie może wynikać ze sposobu wychowania mężczyzn ("mężczyzna musi być silny!"), gdzie mężczyźni są uczeni, że nie nie wolno okazywać słabości - więc i rzadziej mówią o tym, czego się boją.

W kwestii porażek, zwłaszcza zawodowych, strach mężczyzn jest o wiele większy właśnie. Mężczyzna bez pracy, lub mężczyzna na kiepsko płatnej posadzie to - w mniemaniu społeczeństwa (tym bardziej patriarchalnego) - nierób, nieudacznik, frajer, nie w pełni mężczyzna, nieuk, leń etc. Tymczasem kobieta bez pracy nie budzi takich konotacji, bo kobiecie jest trudniej, bo szklany sufit, bo patriarchat, bo rynek pracy jest zdominowany przez mężczyzn itd.

Porażka kobiety na rynku pracy (od braku awansu po bezrobocie) niszczy jej ambicje. Porażka mężczyzny niszczy jego ambicje ORAZ atrakcyjność w oczach kobiet. Jest to rzeczywistość, do której zaobserwowania wystarczy przeżyć na tym świecie tydzień. Tylko, że rzeczywistość nie należy do mocnych stron lewicy.
Dlatego błądzi, jak dziecko we mgle, udając, że nie rozumie, czemu mężczyźni poświęcają więcej uwagi karierze; czemu bardziej im zależy na wysokich stanowiskach a nawet: czemu, mimo zmieniających się czasów, od przeszło 20 lat w kolejnych polskich pokoleniach młodzi chłopcy przeżywają fascynację Korwinem, który obiecuje im możliwość szybkiego dojścia do wysokiej pozycji, zamiast garnąć się do lewicy, która zaproponuje im zasiłek i gadkę na temat opresji ról genderowych.

W punkt.