Czytaj dalej, Gospodarka

„Wszystko jest dostępne. Tylko weź się do roboty!”

praca

Wiesz, miałam taką cudowną myśl, że jak oni zobaczą, że się staram, że pracuję, że mi zależy, to mnie zatrudnią.

Polska to kraj, w którym dobrze żyje się zielonym strzałkom na ekonomicznych wykresach obrazujących PKB, a duża część ludzi żyje od pierwszego do pierwszego – w 2013 roku 60 procent rodzin nie mogło sobie pozwolić na tygodniowe wakacje raz w roku – pisze Kamil Fejfer we wstępie do swojej książki Zawód. Opowieści o pracy w Polsce. To o nas, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Za każdą historią sukcesu, która ujawnia się na portalach, w gazetach, w reklamach, w programach o tym, jak gwiazdy tańczą na lodzie, kryją się historie porażek, których nikt nie opowiedział. Za każdym człowiekiem, który wspiął się na szczyt, są tysiące, którzy się z nim ścigali, ale powinęła im się noga, zabrakło im determinacji, wiedzy, wsparcia – pisze autor. Publikujemy fragment książki.

Masochiści w pracy. Dlaczego pozwalamy się wyzyskiwać i jesteśmy za to wdzięczni?

***
MICHAŁ, FACEBOOK.COM
No i ciekaw jestem, czy ludzie n a p r a w d ę wykwalifikowani (czyli na przykład znający języki, liczba mnoga nieprzypadkowa, ojczystego nie wliczamy) też są skazani na klęskę?

DARIUSZ, FACEBOOK.COM
Kusząca wydaje się wizja, żeby cedować swoje niepowodzenia na inne czynniki. Jestem gruby, to nie moja wina, nic z tym nie zrobię, idę na kebaba. Prawdą jest, że większość porażek to nasza wina, czy to nieprzygotowanie, czy to brak podjęcia decyzji w odpowiednim czasie.

BARTUŚ, FACEBOOK.COM
A wy dalej z tą śmieszną propagandą, że w Polsce pracy nie ma. A jak już jest, to nieopłacalna. Totalna bzdura, nieudacznicy. Nawet w małym Toruniu taka sytuacja nie istnieje. Jednak totalne lewactwa wciąż przy swoim. (…) Zapewniam, że jak się dobrze rozejrzy i dobrze popracuje, to 3–4 koła miesięcznie spokojnie zarobi. (…) Na głupiej słuchawce w call center tyle się dostanie.

JACEK WIŚNIOWSKI, MOTYWACJA DO SUKCESU, WIDEO NA YOUTUBE.COM
Podstawa u tych wszystkich osób, u tych miliarderów, to jest sposób myślenia o celu. Masz jakieś tam wyzwanie, chcesz zarobić jakąś kwotę pieniędzy, chcesz mieć fajny samochód, chcesz przebiec ultramaraton. I właśnie, jaka w twojej głowie jest myśl. Czy „dam radę”?, czy „to jest poza mną”? Ludzie sukcesu mają taką myśl: „dam radę”.

 

MATEUSZ GRZESIAK, WIDEO NA YOUTUBE.COM
Skąd oni to w ogóle wiedzą? Narzekacze, projektujący swoje ograniczenia na ciebie. Jasnowidze, co bez szklanej kuli i bez żadnych dowodów rzekomo potrafią przewidywać przyszłość. Która zawsze według nich musi być zła. (…) A teraz uważaj, to wcale nie oni. To ty sam. Oni są tylko fasadą, pozorną przeszkodą, cieniem, który musisz pokonać, murem, za którym kryjesz się prawdziwy Ty. Taki, który zamiast się poddawać, mówi do siebie: „Idziesz!, dalej”. Taki, który zamiast przejmować się ograniczeniami innych, słyszy w środku: „Dasz radę”. Taki, który na każde negatywne „To będzie trudne” odpowiada: „więc będę się dużo uczył”. (…) Jesteś wyjątkowy, możesz, potrafisz i dasz radę!

***
Maria mówi, że człowiek się zapada, kiedy słyszy, że na stanowisko, które wydawało się dla niej idealne, załapała się siostrzenica szefowej. Przecież kobiety, które pracowały z Marią w poradni, twierdziły, że jest świetna, bardzo się polubiły. Była pewna, że tym razem się uda. Ale znowu nie wyszło.

Kiedy pracownice informowały ją, że to nie ona, tylko siostrzenica dostanie etat, a jednocześnie wciąż ją zachwalały, powtarzając, jak bardzo cenią jej profesjonalizm, Maria słyszała w głowie zapętlone zdanie: „Po co to mówisz, po co otwierasz tę mordę, po co do mnie mówisz”. Przecież nikogo nie pytała o zdanie na temat swoich kompetencji. Mówi, że jeżeli kogoś nie przyjmuje się do pracy, to się go nie chwali. Po co to robić? Żeby ten ktoś czuł się upokorzony? Żeby miał poczucie, że pracę dostaje się nie po zdolnościach i pracy, tylko po rodzinie? Że najbardziej cenioną kompetencją jest mieć takich rodziców, jak trzeba?

Czuje się bezsilna. Wysyła CV wszędzie i okazuje się, że nikt jej nie chce. Nie chce, bo nie ma doświadczenia zawodowego. Ale jak ma je zdobyć, skoro nikt nie chce jej przyjąć do pracy w zawodzie? Kiedy pracuje w banku, obsługując klientów, po prostu stara się o tym nie myśleć. Żeby nie rozpaść się wewnątrz.

Maria dobrze się uczyła w podstawówce i gimnazjum, więc wiadomo było, że może iść na oblegany profil do renomowanego bydgoskiego liceum. Poszła na biol.-chem. Rodzice ją trochę ukierunkowali. Ale mówi, że to nie jest tak, że spełniała ich ambicje. Twierdzi, że dzieciaki w wieku kilkunastu lat najczęściej nie wiedzą, co chcą robić. […]

Maria mówi, że człowiek się zapada, kiedy słyszy, że na stanowisko, które wydawało się dla niej idealne, załapała się siostrzenica szefowej.

W szkole średniej miała same dobre oceny, świadectwa z paskiem. Po ogólniaku znowu rodzice chcieli ją nakierować. Miała iść na medycynę. Maria nawet chciała, bo lubi pomagać ludziom. Jednak okazało się, że na medycynie jest dużo fizyki, więc jednak zrezygnowała. To była jej decyzja. Ale ta chęć pomocy ludziom i pracy z człowiekiem ciągle w niej była. Właśnie stąd wzięła się psychologia. Ani przez chwilę nie żałowała wyboru kierunku. Z perspektywy czasu mówi, że nawet jeżeli wiedziałaby, jakie są realia rynku, to i tak by się tam wybrała. Bo psychologię warto po prostu zrobić dla siebie. Żeby znać ludzi, żeby wiedzieć, jak z nimi rozmawiać.

Podczas studiów zrobiła dwie specjalizacje. Jedna to psychologia kliniczna. W ramach zajęć zapoznawała się z wiedzą z zakresu psychopatologii, psychosomatyki, neuropsychologii, psychologii sądowej. Program specjalności dotyczył opisu i wyjaśniania mechanizmów funkcjonowania człowieka zdrowego oraz ujawniającego spektrum zaburzeń zdrowia psychicznego i somatycznego.

Na drugą specjalizację wybrała psychologię edukacyjną i wychowawczą. Studenci byli przygotowywani do podjęcia pracy psychologa szkolnego, psychologa w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, doradcy zawodowego, psychologa rodziny lub mediatora rodzinnego.

Polska zieloną wyspą. Level: rynek pracownika

Pracę magisterską pisała o mężczyznach uzależnionych od alkoholu. Pomogło jej to w poszukiwaniu osób badanych do późniejszego doktoratu. Pracę doktorską pisała o żonach alkoholików. […]

– Na psychologii tłukli mi do głowy, że dana osoba zachowuje się tak, a nie inaczej, bo uważa, że to zachowanie jest najbardziej optymalne dla niej w tym momencie i w takich a takich okolicznościach. Cały świat może tego nie rozumieć, ale dana osoba uważa, że to jest w tym momencie dla niej najlepsze. Dlatego ich nie oceniam – mówi Maria.

Takie nastawienie pomaga jej w pracy, którą wykonuje. Robi w oddziale dużego banku w dziale obsługi klienta. To dla niej dobra praca, bo lubi kontakt z ludźmi. Często, kiedy ktoś dzwoni z jakimś problemem, to ona musi wiedzieć, co klient ma na myśli. Bo nie przeczytał umowy, bo czegoś nie rozumie.

– Czasami zdarza się, że dzwoni jakaś osoba starsza, dziadek, babcia. I trzeba im wytłumaczyć kilka razy, w jaki sposób coś napisać, co trzeba zrobić. I jeżeli takiej osobie uda mi się pomóc, to ja się po prostu cieszę – mówi.

Zdarzy się, że ktoś przeklina do słuchawki.

– Wtedy wcale się nie cieszę – przyznaje. – Ale to też nie zdarza się tak często. Dzwoni osoba zdenerwowana, nawet nie do końca przeczyta pismo, a nawet jak przeczyta, to źle zrozumie. A wiadomo, że jak się dostaje pismo z banku, to ciśnienie może skoczyć. I zaczyna się nawijka: czego wy ode mnie chcecie, dlaczego nikt wcześniej nie zadzwonił, dlaczego nie wysłał SMS-a. I później lecą bluzgi. Mam taką strategię, że kiedy leci mięso, to ja sobie siedzę cicho, aż się człowiek wytrzęsie. I jak już z niego zejdzie, to mówię, że rozumiem, że jest pan zdenerwowany, postaram się panu pomóc, że tu trzeba tak, tu trzeba inaczej. Później najczęściej w takich nieprzyjemnych rozmowach klient przeprasza, mówi, że się przestraszył komornika, zaległych rat, albo że sytuacja rodzinna: chora siostra, ojciec chory, córka opuściła się w szkole, żona ma podejrzenie poważnej choroby, dlatego taki najeżony. Tę drugą osobę też trzeba zrozumieć. Przynajmniej ja mam takie podejście. Że w tym konkretnym dniu mogły się zdarzyć takie i takie rzeczy, które mogły go wyprowadzić z równowagi.

Kancelaria ostatniej szansy

Maria ma podstawę: minimalną krajową, czyli 2000 złotych brutto na umowie o pracę. Na rękę wychodzi jakieś 1460 złotych. Do tego jest premia. Za każde połączenie pracownik dostaje punkty. Wszystko zależy od klienta i od złożoności sprawy. Jak sprawa jest trudniejsza, to punktacja jest wyższa. Premia zależy także od liczby połączeń telefonicznych, które się odebrało.

Maria jest skromna, z trudnością jej przychodzi przyznanie, że jest jedną z najlepszych pracownic w oddziale. W zasadzie od początku nie zdarzyło się, żeby nie było premii. Najmniejsza, jaką dostała, to 300 złotych. Zazwyczaj to jest kilkaset złotych, nawet tysiąc. Największe premie, które dostawała, to druga podstawa. Więc na rękę wychodziło prawie 3 tysiące. Da się za to przeżyć, ale o wystawnym życiu raczej mowy być nie może. Jej mąż z zawodu jest ratownikiem medycznym. Kiedy pracował w zawodzie, jakoś się sumowało, ale porzucił zajęcie, bo stawki skandaliczne, a obłożenie pracą duże. Do tego ta praca mocno niszczy głowę. Niektóre interwencje wracają w nocy, kiedy człowiek leży w łóżku. Nie warto, za takie pieniądze. Teraz szuka nowej pracy.

To nie prezesów nam brakuje

W banku chociaż płacą nadgodziny, więc nie jest tak źle. Jak sama mówi, za pracę polegającą na odbieraniu telefonów po prostu tyle się dostaje. Ale chciałaby pracować gdzieś indziej. Nie tyle chodzi o pieniądze, ile o pracę w zawodzie. Mówi, że mogłaby pracować jako terapeutka. Albo wykonywać pracę w szeroko rozumianych placówkach oświatowych.

– Mogę pracować w liceum jako psycholog szkolny. Mogę uczyć psychologii, mogę pracować jako wykładowca na uczelni. Zgłaszałam się na rekrutera. Zgłaszałam się do szpitala psychiatrycznego, gdzie się okazało, że muszę robić dodatkowe cztery lata psychologii klinicznej. Chociaż przecież mam specjalizację z klinicznej i osobowości. Wściekłam się, że szok – mówi.

Nie chce po prostu zmieniać pracy na inną. Nic jej nie da, jeśli przeniesie się z jednego miejsca pracy, gdzie nie pracuje w zawodzie, do innego, gdzie też nie będzie pracowała w zawodzie. Naprawdę lubi psychologię. Wie, że jest ona ważna.

Do banku przyszła na czwartym czy na piątym roku studiów, kiedy się okazało, że trzeba reperować budżet, bo stypendia naukowe nie wystarczą. Wtedy, na studiach, ciągnęła jeszcze drugi kierunek – politykę społeczną. Myślała, że jak będzie miała większe kompetencje – kierunek jakoś pokrewny psychologii – to ktoś ją po prostu zatrudni w zawodzie. Może jako asystenta rodziny, może gdzieś w pomocy społecznej. Nie jest nastawiona na zarabianie kokosów. Chce pomagać.

W banku przez pierwsze trzy lata pracowała na zlecenie. Ale i tak musiała wyrabiać pełny etat – tak, żeby miesięcznie sumowało się do 160 godzin. Ciągnęła więc dwa kierunki – na obu była prymuską – i pracowała. Oraz robiła praktyki, bo wymagały tego studia.

Leder: Relacja folwarczna

Na praktykach była w poradni psychologiczno-pedagogicznej w Bydgoszczy, gdzie mieszka. Tam się spełniała. Praca skupiała się głównie na pomocy dzieciakom z trudnościami szkolnymi. […]

Kiedy skończyły się obowiązkowe praktyki w poradni, które są częścią programu nauczania na studiach, Maria miała zamiar przejść na wolontariat. Miała nadzieję, że to da jej zatrudnienie. Ale ze względów formalnych wolontariat przez jakiś czas nie był możliwy.

– Według obowiązujących zasad poradnia musiałaby mi zwracać za bilety autobusowe, po prostu zwracać koszty dojazdu. Ale nie było w tym momencie środków. No więc zamiast wolontariatu wybrałam przedłużenie praktyk – opowiada.

Przez ponad rok z domu wychodziła o ósmej rano, żeby wracać o ósmej wieczorem. Często również w weekendy. Najpierw szła na kilka godzin do pracy w banku na zleceniu, później były praktyki w poradni. Następnie albo praca, albo studia – jeden lub drugi kierunek.

– Wiesz, miałam taką cudowną myśl, że jak oni zobaczą, że się staram, że pracuję, że mi zależy, to mnie zatrudnią – mówi o swoich nadziejach związanych z poradnią.

W międzyczasie zdarzało się, że poszła na jakąś rozmowę kwalifikacyjną w innym miejscu. Żeby po prostu pracować w zawodzie.

Dlaczego pracujemy tak długo i czy można coś z tym zrobić

– Przychodzę na kolejną gadkę. I oni mówią, że by mnie przyjęli, ale „niestety nie ma pani doświadczenia”. Wtedy miałam te przedłużone praktyki, ale to nie było dla nich doświadczenie. Bo według tej firmy powinnam mieć normalną umowę, najlepiej umowę o pracę, a nie śmieciówkę. To, że mam praktyki, się nie liczy. To po co w ogóle ja je robię? Istnieje wyjście z tego błędnego koła. Można iść na płatne praktyki do prywatnego gabinetu psychoterapii. I wtedy taki gabinet patrzy na kandydata łaskawszym okiem. Tylko że „płatne” oznacza, że to praktykant musi za nie zapłacić. […]

Po wielomiesięcznym stażu w bydgoskiej poradni okazało się, że jej nie zatrudnią. Bo pojawiła się siostrzenica. Z gorszym wykształceniem, bez doświadczenia. Ale była swoja. […]

Można iść na płatne praktyki do prywatnego gabinetu psychoterapii. I wtedy taki gabinet patrzy na kandydata łaskawszym okiem. Tylko że „płatne” oznacza, że to praktykant musi za nie zapłacić.

Maria bardzo miło wspomina pracę ze studentami, kiedy wykładała, robiąc doktorat. Lubi przekazywać wiedzę. Uważa, że to ważne. Lubiła, kiedy studenci reagowali ożywieniem na ciekawostki z psychologii, o których opowiadała. Ot, choćby na klasyczne badanie Solomona Ascha. Naukowiec prosił badanych, żeby przyjrzeli się trzem kreskom o różnej długości – A, B i C. Następnie prosił ich o porównanie ich długości z długością kreski X. Badani, którzy byli pytani w samotności, w 99 procentach przypadków potrafili trafnie porównać obiekty. Kiedy jednak o porównanie osoby były pytane w grupie, gdzie część z nich była współpracownikami eksperymentatora i obstawiała nieprawdziwe wyniki (oczywiście badani o tym nie wiedzieli), odpowiedzi były poprawne już jedynie wśród 63 procent przypadków. To było badanie na konformizm. Jedynie 25 procent osób w badanych grupach było odpornych na sugestie innych.

Na doktoracie miała średnią 4,8. Robiła go trochę dla siebie, a trochę z myślą o rynku pracy. Myślała, że jeśli będzie miała wyższe kompetencje, to ktoś ją w końcu zatrudni.

– Skończyłam studia i myślałam: dobra, nie ma pracy w zawodzie, trudno, może zrobię doktorat. Może jeżeli będę miała wyższe kwalifikacje, to będzie mi łatwiej. Okazuje się, że gówno prawda. Zrobiłam pierwszy stopień z psychoterapii, myślałam, że będzie łatwiej. Też gówno prawda. Zrobiłam drugi kierunek studiów, podobny do pierwszego. Myślałam, że jeśli ktoś zobaczy moje kompetencje, to a nuż. Też gówno prawda – stwierdza. – Jestem strasznie wkurzona na to, że pracuję tu, gdzie pracuję. Najbardziej wkurza mnie poczucie, że nie mogę z tym nic zrobić. Wysyłam CV wszędzie i okazuje się, że mnie nie chcą. Nie chcą, bo nie mam doświadczenia. Z drugiej strony, gdzie mam zdobyć to doświadczenie, jeżeli nigdzie mnie nie przyjmują?

Maria dopiero pod koniec rozmowy przyznaje się, że na studiach była wyróżniona w konkursie Studencki Nobel. Wyróżnienie przyznawane jest kilkudziesięciu studentom w całej Polsce. W konkursie oceniany jest całokształt działań studenta – badania, wyniki w nauce, zaangażowanie w kołach naukowych, zaangażowanie na rzecz uczelni. Maria wyróżniona była trzykrotnie – w roku 2012, 2013 i 2014. Zrobiła też kilkadziesiąt płatnych i bezpłatnych kursów z zakresu swoich zainteresowań.

– Trafiła się kiedyś taka oferta pracy, że potrzebny był kurs X. Ja miałam ten kurs. Chodziło o gabinet psychoterapii. Wydawało się, że skoro mam dokładnie takie kwalifikacje, jakich poszukują, a do tego mam kurs, na który oni chcieli wysłać potencjalnego pracownika, to mam robotę w zasadzie załatwioną. Ale pracy nie dostałam. Pewnie mieli jakieś pieniądze do wydania z dofinansowania unijnego. To koszmarne uczucie. Wiesz, wydaje ci się, że trafiasz w dziesiątkę, masz wszystko, czego oni chcą. Ale znowu słyszysz: „Nie, odpadasz” – mówi.

Od czasu studiów wysłała kilkadziesiąt CV. Może nawet ponad sto. Do różnych miejsc. Była na ponad dwudziestu rozmowach kwalifikacyjnych.

– Po takiej rozmowie jestem nie tylko zrezygnowana, ale po prostu zła. Zaprosili mnie, ileś czasu się produkowałam, wzięłam urlop z pracy w banku, zawalam jakąś inną rzecz, nie idę na zajęcia. A po godzinnej rozmowie oni mówią mi, że jestem dobra i że by mnie przyjęli, no ale… – opowiada Maria.

I nie przyjmują.

Polski pracownik ma syndrom sztokholmski

Maria ma wrażenie, że trafiła do jakiejś czarnej dziury, z której nie może uciec. Że ciągle odgrywa tę samą na poły komediową, na poły dramatyczną scenę. Podobnie jak w filmie Dzień świstaka przeżywa ten sam tydzień od pięciu lat.

– Jakbym ja była pracodawcą, to spojrzałabym na taką osobę, jaką jestem, i pomyślała: „Aha, była na biol.-chemie, ma jeden kierunek z dwoma specjalizacjami, drugi kierunek, doktorat, trzy strony różnych kursów i pracuje w banku, w jeszcze innej działce, to znaczy, że gdziekolwiek taką osobę wyślę, to ona po prostu się nauczy wszystkiego co trzeba. Jeśli ogarnia tyle rzeczy, to pewnie ogarnie jeszcze jedną rzecz!” – znowu łamie jej się głos. – Niedawno byłam na rozmowie kwalifikacyjnej i pani zapytała: „A co pani robiła przez cztery lata?”. No, doktorat robiłam, bo wcześniej nie chcieli mnie przyjąć ze względu na niskie kwalifikacje. Odraczam swoją pracę, bo robię 100 milionów gównianych kursów, które okazuje się, że wszyscy mają w dupie. Słowami nie umiem wyrazić, jak to jest pojechane. To jest niemoralne, to jest patologia.

Teraz zastanawia się, czy nie robić habilitacji. Na uczelni pytali ją o to wielokrotnie.

– Czy mam jakieś nadzieje na pracę w zawodzie? W zasadzie nie. Na rozmowach kwalifikacyjnych zawsze jest tak samo. Mówią, że zadzwonią. Jeszcze nigdy nie zadzwonili – opowiada.

Chełstowska: Etatów (dla kobiet) nie będzie!

***
CV MARII:
– Polityka społeczna (licencjat), średnia ocen: 4,9, dyplom z wyróżnieniem
– Psychologia (mgr), średnia ocen: 4,9 – dwie specjalności, dyplom z wyróżnieniem
– Psychologia, doktorat, średnia ocen: 4,8
– Trzy projekty badawcze w ramach grantu – podwykonawca
– Publikacje zagraniczne: 2
– Publikacje krajowe: 5 (w druku dodatkowe 2)
– Nagroda ogólnopolska: wyróżnienie w Konkursie na Najlepszego Studenta RP – Studencki Nobel: 2012, 2013, 2014
– Stypendium naukowe przez cały doktorat
– Kursy, warsztaty, szkolenia jednodniowe: 25
– Kursy dłuższe (minimum weekendowe, wliczone też kursy semestralne, w tym dwuipółletni kurs psychoterapii, I stopień): 17
– Konferencje, sympozja – uczestnictwo bierne: 17 (w tym międzynarodowe: 6)
– Konferencje, sympozja – uczestnictwo czynne: 26 (w tym międzynarodowe: 4)
– Organizacja i uczestnictwo w konferencji: 21 (w tym międzynarodowe: 8)

***
MICHAŁ „KOŁCZ MAJK” WAWRZYNIAK,
WIDEO NA YOUTUBE.COM

Kto ci, kurwa, ukradł marzenia, do chuja?! Kto ci amputował przedni płat czołowy, że więcej czasu poświęcasz na hejtowanie, na negatywne sformułowania, czemu nie napierdalasz? Czemu nie masz chęci, energii? Czemu nie ciśniesz, no czemu?! Bo nie wiesz, że coś jest możliwe, nie wiesz, co jest możliwe, nie stawiasz sobie wzorców, nie masz celów. (…) Masz mentalność i syndrom biedy: „Nie uda się”. Na świecie jest wszystkiego od zajebania. Drukarki 3D drukują płuca, za chwilę będą drukowały żarcie, ciuchy. Wszystko jest dostępne. Tylko weź się, kurwa, do roboty!

Bogaci nie zasługują na swoje zarobki

***
Kamil Fejfer – dziennikarz freelancer, analityk rynku pracy. Związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, gdzie współtworzył ekspercki portal rynekpracy.org. Pisał dla oko.press, Krytyki Politycznej, Vice, F5. Twórca Magazynu Porażka, poczytnego facebookowego fanpage’a, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

To dramat z tymi miejscami pracy dla psychologów. Jedni mówią: studiowanie psychologii to kaprys przy obecnym rynku pracy. Ja mówię: mlodzi ludzie na to idą,bo to realne zapotrzebowanie spoleczne. My,Polacy mamy zoraną psychę przez efekty liberalnego kapitalizmu. Ale oczywiście bardziej się oplaca w krótkiej perspektywie zaćpać ich lekami niż realnie pomóc. A na rynku pracy bardziej się oplaca być wykwalifikowanym pracownikiem hurtowni srajtaśmy, niż wykwalifikowanym psychologiem.

"Od czasu studiów wysłała kilkadziesiąt CV. Może nawet ponad sto. Do różnych miejsc. Była na ponad dwudziestu rozmowach kwalifikacyjnych."
Ja od czasów studiów (skończyłam studia niecałe 3 lata temu) wysłałam kilkaset, może ponad tysiąc i byłam na plus minus 60 rozmowach kwalifikacyjnych, jak nie więcej. Mogłabym napisać książkę o tych, w większości poniżających doświadczeniach. Na około 10 rekrutacji, w których bierzesz czynny udział w jednym czasie (zadzwonili do ciebie, jesteś w procesie) z ofertą oddzwonić może średnio jedna. Tak wygląda szukanie pracy w Polsce. Kilkadziesiąt wysłanych przez kilka lat CV to słabo.

Ja wysłałem jedno i wystarczyło. Widać do niczego się nie nadajesz.

Janusz Morświn-Pipke

Zawsze kiedy czytam takie pocieszne dane z badań nad kulturową normą narzekania (60% rodzin nie stać na tydzień wakacji etc.), to moje wielkie ośmiorniczkowo-piwne (tylko crafty) brzuszysko zamienia się wydętą brzuszynę afrykańskiego dziecka.
Drogi Autorze, proponuję mały eksperyment - niech pan mi znajdzie pracowników na opisywanych warunkach. Co więcej dołożę jeszcze 50% podwyżki na start. Jeżeli Pan Autor znajdzie takich, stawiam mu ośmiorniczki z craftem.

Podać Ci? Ja wiem o kim to jest.

A jakieś szczegóły? Jaka branża jakue staniwisko? W tej którą obsługuje podobno jest najgorzej (budowlanka-wykończenia). Aż tu spotykam człowieka który uruchomił nową firmę i zorganizował od zera 11 pracowników. Kasa jaką płaci jest ważna, ale ludzie zwracają na drugim mejscu uwagę na organizację firmy która bije na głowę typowe firmy w tej branży. Przestań się tłumaczyć tylko weź się do roboty i znajdź ludzi!

Janusz Morświn-Pipke

Drogi Maksiu,
jeżeli firma płacąca więcej i ponosząca większe koszty pracy niż konkurencja przeżyje 5 lat, to pogadamy.
Każdy młody idealista czytujący KP powinien odbyć staż polegający na zarządzaniu budową i sezonowymi pracownikami.
Od razu przybędzie mu rozumu.

Buhaha gość odniósł sukces (bo przecież piszecie o jego książce, to i się przebiła) pisząc o tym jak bardzo nie da się osiągnąć sukcesu w PL ??!!

Kołcz Majk jest w rzeczy samej dobrym antidotum na negatywne emocje i hejciki panujące w Internecie, na Facebooku szczególnie. Nic w naturze nie ginie. Nawet na stronie Magazynu Porażka komentują osoby które zarzucają wszystkim przedsiębiorcom, bez wyjątku, bycie złodziejami i bandytami. Jako introwertyk z małymi pokładami energii emocjonalnej nie mogę pozwolić sobie na czytanie jakim to złodziejem jestem jak założyłem własny konsulting zamiast spoledzielni czy innego tworu który jakiemuś komentującymi wydaje się najlepszych wyborem i tym co ja rownież oczywiście powiniennem zrobić albo inaczej dostanę atakiem ad hominem.

Na jednym fanpejżdzu mówią, że jesteś złodziejem i wszystko jest do kitu - na drugim, że możesz wszystko i świat jest super... a jak wiesz, że ani nie jesteś złodziejem, ani cały Twoje życie nie jest do kotu, ani wcale też wszystkiego zawsze nie zrobisz, i czasem wcale nie jest super... to się odechciewa w ogóle na Facebooku marnować swoją inteligencje emocjonalną, tak skacząc od skrajności w skrajność, i jeszcze jeden i drugi będzie przekonywał, że ma rację albo jego światopogląd to ten "większości ludzi" czy innej grupy.

Męczące to jak niegdyś reklamy w TV.

No, reklamy, memy i fanpejżdzunie na FB zawsze tak samo działają - na emocjach przebijają się w tłumie informacji, byle atencję ukraść za lajki, sheruj co Ci podsuną i najlepiej się z nimi zydentifikuj. Tak samo książki hurra-optymistyczne coachów sukcesu z uśmiechniętychymi okładkami, albo smutne zawody "przegranych czyli prawie wszystkich", zależnie co się lepiej grupie docelowej sprzeda, mechanizm ten sam. Fajnie to CGP Grey rozkminiał, a i totemizacje "wroga" (to co piszesz o ludziach twierdzących, że wszsycy przedsiębiorcy bez wyjątku to złodzieje) teź wspomina. Hejcik łączy ludzi lepiej niż jakiekolwiek wspólne działanie 😉
https://www.youtube.com/watch?v=rE3j_RHkqJc

A wszystko zaczęło się w momencie, gdy Pani zamiast iść na trudną medycynę (mając ku temu kompetencje intelektualne) wybrała imprezową, prostą i modną psychologię, czyli "kierunek-nic". Gdyby skończyła medycynę i zrobiła specjalizację, to dzisiaj przebierałaby w ofertach krajowych i zagranicznych. A tak... Rozczarowanie, że nikt kolejnej "psycholożki" nie chce. Nie chce, bo nie ma takiej potrzeby, bo nikomu nie są potrzebni ci eksperci do niczego. Uczcie się rzeczy konkretnych i pożytecznych, np. programowania, kierunków inżynieryjnych (ale nie gówien w stylu "inżynieria środowiska), sprzedaży, fryzjerstwa czy cukiernictwa. Wtedy to wy dyktujecie warunki na rynku pracy a nie odwrotnie. Kto wam do k*** ukradł marzenia?

Jeśli lekarze mają tak super, to dlaczego właśnie organizują strajk głodowy?

Rezydenci, którzy faktycznie są bolcowani. Ale jak wytrzymasz, to zrywasz kokosy.

Pracując 12 godzin dziennie, jak moja matka, która wychodzi z domu o 7 rano do pracy w szpitalu, a po 20 zamyka drzwi za ostatnim pacjentem prywatnym. Dopiero tyle godzin wyrabiając, zarabia mniej więcej tyle, ile szanowany specjalista i ordynator zarabiać powinien. Jak to się przeliczy na jakieś stawki godzinowe, to ciekawe, czy nadal wyjdą "kokosy".

KrwiożerczyPrzedsiębiorca

W byle korpo można zarabiać 3k na dzień dobry a zdolne osoby, do których opisywana w artykule jak mniemam się zalicza, mogę te stawkę na drodze awansu co najmniej potroić. Ale ona chyba nie chce zarabiać pieniędzy tylko być psychologiem. W takim razie niech weźmie swój "płatny" staż i za niego zapłaci, podczas spełniania zachcianek należy liczyć się z kosztami.

A sprawdziła wcześniej, na co jest zapotrzebowanie na rynku? Jak malujesz z zamkniętymi oczami, to nie dziw się, że zachwytów na "dziełem" będzie niewiele.

Kilkadziesiąt cv to się wysyła tygodniowo, a nie przez kilka lat. O ile ktoś jest faktycznie zdeterminowany.

Tak zapytam - uważasz że w Bydgoszczy i okolicach jest tysiące miejsc pracy dla psychologów że powinna wysyłać kilkadziesiąt cv tygodniowo? Wiesz co robi pracodawca jak dostanie w ciągu miesiąca 3 raz twoje cv? Wypieprza je bo zaczynasz go denerwować i potem robi to samo z każdym późniejszym. A pieprzenie o przeprowadzce skwituję tak - po co przeprowadzać się do Warszawy skoro z Bydgoszczy do Londynu jest 1,5h samolotem a zarobek będzie liczony w kilku tysiącach funtów a nie marnych złotówek? Tak ciężko zrozumieć że może ludzie chcą żyć i pracować w kraju? Czy słowo patriotyzm już jest dla was tak odległe? Wolicie, żeby tak hardkorowo wykształcona (za wasze pieniądze) osoba diagnozowała Anglika czy Kanadyjczyka? Ogarnijcie się trochę.

Artykuł trochę sentymentalny ale mniej więcej się zgadza. O pracę w Polsce trudno. Zdobycie rozsądnie płatnej pracy graniczy z cudem. Mam na myśli jakieś w miarę godne życie. Coś co by można nazwać minimum socjalnym. Nawet jeżeli ma się wykształcenie techniczne. Zabawne jest to, że szczególnie techniczne stanowiska są słabo płatne. Może jak ktoś jest programistą to jeszcze nie jest tak źle ale znam kilku co kodują za średnią krajową. W Warszawie czy Poznaniu to oznacza dość skromne życie od pierwszego do pierwszego. Jak ktoś jest fizykiem albo matematykiem to już w ogóle. Ja osobiście musiałem opuścić kraj a wcale nie miałem na to ochoty. Skromne życie mogłoby być jeszcze do wytrzymania gdyby można było liczyć na jakiś szacunek.

Oczywiście, około 10% osób w Polsce, jest zadowolona ze swojej sytuacji. To daje z grubsza 2.5 mln. historii sukcesu. Wystarczy na jakieś 1000 poradników. Tylko dla pozostałych ponad 22.5 mln. sytuacja jest trochę inna (nie czepiajcie się liczb, to tylko szacunki). Motywacja nie tworzy miejsc pracy. Od 25 lat słucham tych farmazonów. Jak jest 25 mln. chętnych do pracy i 20 mln. miejsc, to bez względu na to jak wszyscy będą zaangażowani, 5 mln. wyląduje na bruku.

Jeżeli kobieta z doktoratem używa sformułowania "najbardziej optymalna", to ten doktorat jest mniej wart od przyzwoitej matury.
To i nic dziwnego, że nieogarnięta.

Jacku, to jest zmyślona historia.

Nie jest. A za redakcję i korektę odpowiada wydawca.

Rację ma Karoń, że szkoły co roku opuszcza 500 tys. ludzi ułomnych edukacyjnie. Psycholożka po doktoracie, która nie umie ogarnąć, że jako animatorka zabaw dla dzieci w firmie turystycznej dostanie etat i wyższą pensję (no nie namawiam do zrobienia uprawnień SEP i zarobienia porządnych pieniędzy, bo tego osoba, która uciekła przed fizyką nie da rady), redaktor, który nie zna podstaw polszczyzny (ani pojęć, którymi się posługuje). A oni wszyscy mają aspiracje. I to wysokie. Bezpieczeństwo socjalne. Samochód, własne mieszkanie. Duże. W stolicy. Designerskie. Wakacje... ktoś postawił ich w sytuacji bez wyjścia oferując taką, a nie inną drogę edukacji.

Tak przy okazji, czy ta pani może sprzedać coś, za co ja (ja, nie państwo, które mi odbierze pieniądze) chciałbym zapłacić? Jak mnie bolą plecy, to idę do fizjoterapeuty (bez doktoratu i kartona certyfikatów, wystarczą 2-3). Jakie umiejętności ma ta pani - takie, które może sprzedać mi, Nowakowi, Kowalskiemu?

To znaczy że w Polsce nie ma ludzi, którym się udało?

Dlaczego zwolennik Razem nie wyda książki razem ze zwolennikiem Nowoczesnej, pięć historii, pół na pół porażki i sukcesy? Może wtedy dopiero będziemy mieli rzetelny obraz?