Gospodarka

Wspólna opieka rodziców nad dzieckiem to ideał, na który zasługuje każda rodzina

Matěj Metelec i Apolena Rychlíková z dzieckiem.

Niestety, w naszym regionie jest luksusem dostępnym niewielu. O rodzicielstwie w późnym kapitalizmie pisze Apolena Rychlíková.

Koło fontanny stoi małe dziecko, całe mokre, płacze histerycznie. To moje dziecko, które właśnie przechodzi przez okres buntu, rzuca się na ziemię i nie chce ruszyć się z miejsca. Dopiero po trzeciej próbie udaje mi się wreszcie odciągnąć córkę od wody. Przemoczona, wrzeszczy nieskończenie długo. Słychać ją na całym placu zabaw i nie można jej uciszyć. Trudno powiedzieć, co w tej chwili przebiega mi przez głowę. Strach, że (teraz już goła) córka się przeziębi. Stres, że ludzie zaczną na mnie wrogo patrzeć. Że skończy się to wyzwiskami.

To nie tak, że mam to uczucie po raz pierwszy. „Moje dzieci grzecznie siedziały, jak miały półtora roku, a ten pani bachor drze się na cały tramwaj” – nakrzyczała na mnie kiedyś pewna starsza kobieta, kiedy jechałyśmy z dziećmi do domu. Moja młodsza córka próbowała wtedy samodzielnie wdrapać się na siedzenie.

Krótko mówiąc, bycie matką małych dzieci oznacza ciągłe ryzyko wdepnięcia w coś nieprzyjemnego. Okazuje się, że często zarówno temu bezpośredniemu, jak i dalszemu otoczeniu wydaje się, że wychowywanie dziecka jest też idealną okazją do wychowania matki. Nawet zupełnie obcy ludzie z zadziwiającą oczywistością naruszają czysto osobistą i intymną sferę.

Dąbrowska: Dobry poród jest trampoliną do rozwijania więzi z dzieckiem

Tata poszukiwany

Dzieci dynamicznie się zmieniają, a w raz z nimi ich potrzeby. Czasami niemal nie można za nimi nadążyć, czasami nie można im sprostać. Nieprzyjemne momenty stanowią oczywiście część rodzicielstwa, ale zbyt wiele się o nich nie mówi. Z reklam patrzą na świat szczęśliwe rodziny, harmonijne i zadowolone. Tylko że rzeczywistość jest zupełnie inna.

Małymi dziećmi opiekują się przeważnie kobiety i to pod ich adresem pada większość wyrzutów. Ojcowie jakby nie istnieli. We współczesnych warunkach, kiedy to odpowiedzialność za zabezpieczenie finansowe rodziny ponoszą przede wszystkim lepiej zarabiający mężczyźni, niemal utopijnym ideałem pozostaje fakt, że rodzicielstwo nie powinno automatycznie oznaczać macierzyństwa. „Ja bym nawet chciał spróbować – mówi mi kolega z małego miasteczka – ale żona by nas nie utrzymała, dlatego oboje jesteśmy sfrustrowani. Ja dlatego, że rzadko widuję się z dziećmi i jestem zmęczony pracą, a ona dlatego, że sama musi zajmować się całym domem”.

Wizja doskonałej matki i jej niezastąpionej roli w wychowaniu dzieci, niewielka wiedza na temat codziennych zmartwień z tym związanych oraz finansowa i społeczna dewaluacja opieki nad dzieckiem stwarzają cały łańcuch fałszywych oczekiwań, które w konfrontacji z rzeczywistością łatwo stają się źródłem frustracji oraz wątpliwości co do własnych umiejętności rodzicielskich. W Czechach, gdzie mieszkam, z żelazną regularnością pierwszy lepszy specjalista podsyca wrażenie, że matki ciągle robią coś źle.

Tymczasem po wielokroć już dowiedziono, że najlepiej funkcjonują te rodziny, w których opieka jest równomiernie podzielona między obojgiem rodziców i w których mężczyźni już od narodzin dziecka włączają się do niej w największym stopniu. W Szwecji dzięki „kwotom ojcowskim” oraz całemu systemowi dzielnego urlopu rodzicielskiego spadła liczba rozwodów i wyraźnie zmniejszyła się nierówność płci.

U nas mało kto może sobie pozwolić na taki luksus.

Manifest ojca na urlopie rodzicielskim

Problemem jest praca

Możliwość przeniesienia odpowiedzialności za utrzymanie rodziny z mężczyzny na kobietę jest ważną zmianą, ale dostępną jak na razie jedynie niewielkiemu odsetkowi rodzin. Jednak każda rodzina, która może sobie pozwolić na sprzeciw wobec kulturowego porządku płci, jest ważna na poziomie symbolicznym.

Decyzja rodziny o tym, że to kobieta wróci do pracy, a mężczyzna pójdzie na urlop rodzicielski, powinna być traktowana jako świadome i pełne respektu uznanie rodzicielstwa za odpowiedzialność dwojga osób, a także odważne zdystansowanie się od stereotypowych norm. Niestety, taka sytuacja ma miejsce rzadko – zdecydowanie częściej o tym, kto zostaje w domu z dzieckiem, decyduje przede wszystkim sytuacja społeczno-ekonomiczna rodziców.

Mam z tym problem. Emancypacja nie powinna oznaczać jedynie wymiany ról w tych rodzinach, które na to stać. I powinna być też czymś więcej niż przenoszeniem najgorszych aspektów opieki i pracy na osoby, które uświadamiają sobie, jak ważne jest wspólne wychowywanie, ale starając się jednocześnie zarobić na życie i przeżyć je w godności, opiekując się dodatkowo dzieckiem, działają na granicy własnych sił.

Chociaż minęło ponad sto lat od wprowadzenia ośmiogodzinnego dnia pracy, nadal nie mamy odwagi, żeby wprowadzić w życie taki system, który ujmowałby ludziom pracy, zamiast jej dodawać, i w którym zarazem moglibyśmy normalnie żyć ze swoich pensji.

Presja, której doświadcza dziś większość mężczyzn, strach przed utratą pracy, obawy, że nie spełnią oni swojego kulturowego „zadania” i zawiodą, są ogromne. Można to naturalnie porównać z wyczerpaniem oraz frustracją, jakie pociąga za sobą praca matki na cały etat. Niesienie na własnych barkach odpowiedzialności finansowej i brak czasu na widywanie własnych dzieci jest tak samo nieprzyjemne, jak automatyczne przypisywanie opieki nad dzieckiem jedynie matce. Przeświadczenie o tym, że mężczyznom to odpowiada, jest błędne.

Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety

Sama bardzo dobrze znam stres z powodu tego, czy uda mi się utrzymać rodzinę. Uczucie, że przez pracę kradnę dzieciom nasz wspólny czas, pojawia się za każdym razem, kiedy nazbiera mi się ciut więcej obowiązków. A przy tym – z partnerem na urlopie rodzicielskim i z elastycznym czasem pracy – należę do najbardziej uprzywilejowanej grupy rodziców. Większość rodzin nawet w snach nie może po równo dzielić się opieką nad dzieckiem przez stałe godziny pracy, fakt, że praca już dawno nie oznacza dobrej jakości życia, a także to, że przestaliśmy rozumieć wolność przede wszystkim jako równość.

„Podobno nasze dziecko ma jakieś zaburzenia” – ironicznie mówi mój partner, cytując jedną z klasycznych przygód, czyli komentarz od kogoś nieznajomego z tramwaju czy autobusu. Wiem doskonale, o czym mówi mój partner, i wiem też, jak wyczerpujące potrafią być niektóre sytuacje z dziećmi. Oboje mamy takich anegdot całe mnóstwo, bo słyszeliśmy podobne uwagi setki razy. Ale fakt, że dzielimy się opieką nad dziećmi po równo, oznacza, że żyjemy we wspólnym świecie – ze wszystkim tego konsekwencjami i ze wszystkim, co się z tym wiąże. Mimo że czasami to niezmiernie męczące, życzyłabym tego wszystkim.

Fiala: Praca zabija nasze życie i związki

**
Autorka jest redaktorką A2larm.cz. Z czeskiego tłumaczyła Olga Słowik.

 

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Sam jestem prekariuszem i choć nie mam dzieci doskonale rozumiem problemy z pracą, czasem itp.
Proszę jednak nie potępiać tak łatwo innych.
Ludzie w sklepie, w autobusie i przy fontannie itp. są tak samo zmęczeni jak Pani. Może mieszkają ze schorowaną babcią, moze mają syna / córkę na śmieciówce, a szefowi nie śpieszy z wypłatą. Reasumując każdy ma swoje problemy. Moze mniejsze, może takie same, może większe niż Pani.
Niestety małe dzieci potrafia być cholernie irytujące, szczególnie przy kasach w marketach a ich mamusie bardzo często udają, ze nie widzą, jak ich pociecha biega po ladzie lub wspina się na wózek innej osoby w kolejce. Co więcej po zwróceniu uwagi wiele mamuś jest jawnie agresywnych.
Całkiem niedawno byłem świadkiem jak jedna mamusia zabrała dziecko do lekarza (nie, nie do pediatry - pacientką była mamusia a dziecku w poczekalni zaczęło się nudzić... resztę każdy może sobie wyobrazić)
Problem opieki nad dziećmi jest bardzo skomplikowany ale prosze nie potępiać innych dlatego, że zwracają mamusi uwagę.

No cóż, jesli zwracałeś uwagę chorej kobiecie, która pomimo swojej choroby musi samodzielnie opiekować się dzieckiem, za to, że jej dziecko się nudzi, to pomimo Twoich próśb potępiam Cię. I dodam jeszcze, że ludzie, którzy uwielbiają odreagowywać swoje problemy (może mniejsze, może takie same, może większe niż autorko artykułu) na słabszych, a zwłaszcza na dzieciach i ich matkach i którzy uwielbiają sie wmądrzać w sprawach, o kórych nie mają zielonego pojęcia (w Twoim wypadku jest to opieka nad dzieckiem) są dla innych znacznie bardziej irytujący niż marudzące dziecko.

Głośne dzieci też potrafią mnie mocno zdenerwować ale jak kiedyś jeszcze będzie miał ochotę napisać o 'mamuśce, która zabrała ze sobą dziecko do swojego lekarza', to pomyśl, że może nie miała go z kim zostawić.

Szanowny Czytelnik najzwyczajniej w świecie nie rozumie, że swoje uwagi adresuje do niewłaściwej osoby. Uwagi o niebieganiu po ladzie powinny być zaadresowane do dziecka, gdyż to ono biega, a nie do matki. Następnym razem proponuję zaadresować takiego rodzaju uwagi do kogoś sprawiającego wrażenie największego wyrostka w okolicy, może pomoże. Na pewno będzie podobnie właściwe, co skierowanie tej uwagi do matki.

Ech, żyjemy w kraju, w którym dość oficjalna propaganda głosi rzekomą oddzielność dziecka już od momentu poczęcia. Co i tak nie przeszkadza w myśleniu, że dzieciaki to są jakieś bezwolne plastelinowe kukiełki. No więc nie są.

Będąc z dzieckiem osoba dorosła jest za nie odpowiedzialna. Zarówno za jego zachowanie, bezpieczeństwo, jak i ewentualne szkody.
Rozumiem, że wg Ciebie jak 5 letnie dziecko zepsuje w sklepie zabawkę to sklep ma wystawić rachunek temu 5 letniemu dziecku i czekać aż osiągnie ono pełnoletność, żeby zapłaciło za zepsutą przez siebie zabawkę?

Ja akurat staram się unikać zwracania uwagi komukolwiek (każdy ma swoje problemy i nie potrzebuje mieć ich więcej), choć czasem są takie sytuacje, że nie da rady.

"Rozumiem, że wg Ciebie ..."
Przede wszystkim nie rozumiesz, co to takiego jest wspólnota majątkowa.

Ale ja za to rozumiem, że matki silnie zaabsorbowane pracą opiekuńczą to wdzięczny obiekt do poprawiania własnego samopoczucia w drodze ich gnębienia z pozycji siły, gdyż zwyczajnie się nie odwiną. W toku naszej dotychczasowej dyskusji wyszło, że w celu uszanowania Twojego spokoju matki mają: A) nie jeść i b) nie leczyć się. Zanim dojdziemy do jakiegoś przykładu na to, że w zasadzie nie powinny też oddychać, to powiedz mi, czy z takim samym zapałem zwalczasz hałas generowany przez kierowców. Ci przynajmniej mają w swoich autach wbudowaną opcję wyłączenia. Czy też może w tym przypadku jednak powstrzymujesz się bardziej, bo a nuż trafisz na jakieś karczycho, a poza tym wygodniej jest po te warzywa zajechać do sklepu niż pieszo gonić za miasto na pole.

A co do ostatniego akapitu, to rzeczywiście dawniej ludzie zdawali się mieć mniejsze opory przed włączaniem się w proces wychowawczy. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie oglądając czasem stare filmy. Być może lepiej rozumieli, że każdy miał kiedyś te dwa czy pięć lat i przez pewne okresy w życiu czasem trzeba po prostu przejść. Oczywiście na potrzeby dyskusji jestem w stanie założyć, że akurat Ty byłeś jednym z tych dzieciaków, które odłożone w jakieś miejsce po kilku godzinach ciągle tam były i patrzyły się w ten sam punkt. Chociaż to wydaje się być akurat większym odstępstwem od normy niż bieganie po ladzie. Pozdrawiam.