Gospodarka

Woś: Ruszyli z posad bryłę świata, lecz nie wiedzą, jak ją toczyć

Plan Morawieckiego i praktyka rządów PiS wobec wyzwań rozwojowych Polski w warunkach późnego kapitalizmu.

Polska po ćwierćwieczu neoliberalnej transformacji to kraj niesprawiedliwych i niskich podatków.

Niesprawiedliwych głównie z powodu kształtu klina podatkowego. W Polsce wygląda on tak, że im więcej człowiek zarabia, tym niższe są jego obciążenia. A to dlatego, że państwo od lat idzie na fiskalną łatwiznę. Najchętniej zabiera pieniądze słabszym pracownikom, a jednocześnie jest uległe wobec silnych i zorganizowanych pracodawców. W efekcie mamy niskie efektywne podatki dochodowe, malejące wraz ze wzrostem dochodów. Ponadto, pracownika obowiązuje relatywnie wysoki poziom składek (tu Polska jest grubo powyżej średniej OECD), dzięki czemu składki płacone przez pracodawców mogą być niższe (w okolicach średniej OECD).

Na dodatek, po ćwierćwieczu transformacji należymy do krajów, gdzie podatki są raczej niskie. Chodzi tu o udział wszystkich podatków w PKB (u nas to około 30 proc., podczas gdy w wielu krajach zachodnich nawet 40 proc.) i o opodatkowanie pracy. W 2016 roku klin podatkowy – różnica między kosztem dla pracodawcy a tym, co pracownik dostaje na rękę – wyniósł w Polsce 35 proc. I w porównaniu z poprzednim rokiem właściwie się nie zmienił. Czy te 35 proc. to dużo? Raczej mało, lekko poniżej średniej dla wszystkich krajów OECD (ta wynosi 36 proc.). Za to od czołówki dzieli nas przepaść. W Belgii to obecnie 54 proc., w Niemczech 49 proc., a we Francji 48 proc. W czołówce zwraca również uwagę obecność kilku krajów naszego regionu: Węgier (48 proc.), Czech (43 proc.) oraz Słowenii (42 proc.).

W marszu po władzę PiS sporo mówił o podatkach. Koncentrował się jednak głównie na zwiększeniu wpływów z danin. Raz – przez uszczelnienie systemu, a dwa – dzięki wprowadzeniu w życie nowych podatków. Najwięcej sukcesów partia Kaczyńskiego ma na tym pierwszym polu, zresztą zgodnie z oczekiwaniami. Już w momencie zmiany władzy Jacek Kapica, odpowiedzialny w rządzie Donalda Tuska właśnie za administrację podatkową, mówił mi, że PiS ma „większą determinację i akceptację swojego elektoratu, żeby nałożyć nowe obowiązki na biznes”. A wiedział, co mówi, bo gdy sam próbował uszczelnić polskie podatki za czasów PO, to szybko dorobił się wśród probiznesowego lobby opinii „człowieka, który nienawidzi przedsiębiorców”. W sprawie ściągalności zapisujemy więc punkt po stronie Kaczyńskiego.

Kłopot w tym, że jeśli chodzi o nowe podatki, jest już znacznie gorzej. Przypomnijmy, że PiS szło do wyborów w 2015 roku z propozycjami wprowadzenia dwóch ważnych i nowych danin: bankowej i handlowej. Plany te posypały się w zderzeniu z rzeczywistością. Podatek bankowy? Z 6,5 mld rocznie zrobiły się w praktyce 4 mld. Podatek handlowy poszedł zaś do poprawki, bo w przyjętej formie zakwestionowała go Komisja Europejska. Nie widać też sukcesów w zapewnianiu stabilnego źródła finansowania takim instytucjom jak telewizja publiczna. „Kiedy jesteś w opozycji, nigdy nie zobowiązuj się do wprowadzenia nowych podatków. Zwłaszcza jeśli nie masz gotowego planu, jak będą one funkcjonowały w praktyce” – pisał w swojej autobiografii były laburzystowski kanclerz skarbu Denis Healey. I to jest chyba lekcja, którą PiS właśnie odrabia.

Biorąc pod uwagę wyzwania rozwojowe Polski, największą słabością PiS-u jest jednak brak rozwiązań, jak bardziej sprawiedliwie rozłożyć obciążenia. Na usprawiedliwienie prawicy można przywołać fakt, że ich redystrybucja nigdy nie była jej ulubionym tematem. Jedynym wyjątkiem jest kwota wolna od podatku, którą grano w wyborach 2015 roku niezwykle chętnie. Szybki jej wzrost zapowiadał w kampanii Andrzej Duda. Potem premier Szydło mówiła, że stanie się to priorytetem pierwszych stu dni nowego gabinetu. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

Projekt prezydencki, choć złożony jeszcze przed końcem 2015 roku, został przez Sejm zignorowany. Rok później (w październiku 2016 roku) PiS złożył projekt ustawy, w którym zastrzegano, że kwota wolna wzrośnie najwcześniej w 2018 roku. Podwyższenie kwoty łączono też z pracą nad jednolitą daniną, która miała być rewolucją w systemie danin publicznych, łącząc PIT i składki w jeden podatek. Pomysł jednak przepadł z powodu oporu lobby probiznesowego oraz wicepremiera Morawieckiego. W końcu, w listopadzie 2016 roku, kwotę wolną podwyższono, ale wcale nie tak, jak zapowiadano. W większości rządowych deklaracji nowa kwota miała wynosić 8000 zł rocznie i objąć wszystkich podatników. Ostatecznie wyniosła 6600, a w jej ramach zdecydowano się na rozwiązanie degresywne, to znaczy takie, w którym kwota wolna spada wraz z poziomem zarobków. Nowe przepisy weszły w życie z początkiem 2017 roku, ale nie towarzyszyły temu żadne zmiany po drugiej stronie podatkowego spektrum. Innymi słowy, nie zmniejszyła się degresywność całego polskiego systemu podatków osobistych, na który składają się łącznie: niska kwota wolna, bardzo niska progresja podatków dochodowych, niskie opodatkowanie kapitału oraz duży udział podatków pośrednich we wpływach do budżetu. Najbogatsi nadal płacą do wspólnej kasy zadziwiająco niewiele, za to spadł CIT dla drobnych przedsiębiorców. Sen o sprawiedliwych, progresywnych podatkach nad Wisłą wciąż pozostaje marzeniem ściętej głowy.

A jednak nie przepijają. Alchemia 500+

Gdyby porównać politykę do gry komputerowej, to PiS programem Rodzina 500 plus – pisałem o tym obszernie na łamach „Polityki” w lutym 2017 roku – przeniósł nas na zupełnie nowy level. Spora część komentatorów bije z tego powodu na alarm. Zwracają uwagę, że ten nowy poziom może przekraczać umiejętności obecnej klasy politycznej. Ich zdaniem PiS nie znajdzie trwałych źródeł finansowania dla swojej „pięćsetki”, a jednocześnie musi uwzględnić, że lawina oczekiwań społecznych została już uruchomiona. Poniesie ona polityków (również tych opozycyjnych) w kierunku licytacji, kto da więcej. Jest 500 zł na dziecko? To my dorzucimy jeszcze darmowe przedszkola. A my damy emeryturę obywatelską. A my jeszcze 1000. zł bezwarunkowego dochodu podstawowego. Tyle że – dowodzą sceptycy – finanse państwa tego nie udźwigną, rynki finansowe wezmą nas w końcu na celownik, a kapitał zacznie znad Wisły uciekać. Niech jeszcze dojdzie do tego jakieś globalne spowolnienie gospodarcze i nieszczęście gotowe. W ten sposób nasza przygoda z wyższym levelem skończy się bolesnym upadkiem i cofnie nas w okolice 1989 roku. Albo w okolice scenariusza greckiego.

Trzeba jednak pamiętać, że nawet wśród tej części opinii publicznej, której nie podoba się cały projekt pisowskiej rewolucji, bardzo często można usłyszeć głosy, że akurat „pięćsetka” to pomysł potrzebny i, mimo wad, całkiem sensowny. A przede wszystkim: jest. Stanowi bowiem zapowiedź zerwania ze szkodliwym, ich zdaniem, ekonomicznym dusigroszostwem i lekceważeniem spójności społecznej.

Zwolennicy dostrzegają w tym projekcie nadzieję na zmniejszenie biedy, na efekt popytowy oraz (to trochę mniej) na pobudzenie dzietności. A także – i to jest najważniejsze w dłuższym okresie – na włączenie szerszych mas Polaków do obiegu gospodarczego, politycznego i obywatelskiego. Właśnie tych, którzy w spożywaniu najsłodszych owoców transformacji uczestniczyli zbyt słabo. A dług? Oczywiście, że lepiej, żeby go nie było (choć można przecież podnieść podatki), ale nie wolno go też w polityce ekonomicznej fetyszyzować. Jest on przecież tylko narzędziem, jak nóż. Można nim zarówno poderżnąć komuś gardło, jak i posmarować chleb.

Program 500 plus to bardzo ciekawy ideowy mieszaniec. Ta hybryda ma bez dwóch zdań lewicowy korpus. Jest tu stary, pragmatyczny postulat socjaldemokracji, a więc powszechna polityka redystrybucyjna, ale to również łakomy kąsek dla nowoczesnej lewicy, rozdyskutowanej dziś na temat dochodu podstawowego (który właśnie testują Finowie). To pomysł rozdawania pieniędzy, które należą się za samo istnienie (np. jako obywatela). Pięćsetka zmierza w tym samym kierunku. Nie jest wprawdzie projektem uniwersalnym (bo jest „na coś”, tzn. na dzieci, choć nie na wszystkie), ale z drugiej strony nie stygmatyzuje tak, jak stary neoliberalny welfare, w którym pieniądze płyną tylko do „najbardziej potrzebujących”. I może w przyszłości stanowić dobry punkt wyjścia dla dochodu podstawowego.

Łeb naszego stwora jest już jednak dość konserwatywny. 500 plus stawia bowiem w centrum uwagi rodzinę (i to najlepiej tę tradycyjną). Samotni, bezdzietni lub żyjący w innych, bardziej patchworkowych relacjach, stają się w myśl panującej logiki odchyleniem od normy. Obecna konstrukcja „pięćsetki” wzmacnia również tradycyjny podział ról ekonomicznych w rodzinie. Zachęca, by mąż pracował, a żona zajęła się rodzeniem i wychowaniem dzieci.

Są jeszcze łapy. Już nawet nie liberalne, a raczej libertariańskie. Bo „pięćsetka” to przecież dawanie do ręki żywej gotówki zamiast przepuszczania publicznych pieniędzy przez filtr instytucji państwowych. Mamy więc prymat indywidualizmu (no, co najwyżej familiaryzmu) nad celebrowaniem dobra wspólnego.

Czy lewica powinna popierać prawicowy rząd?

Trudno jednak nie dostrzec, że jest to największe od lat posunięcie wzmacniające polskie państwo dobrobytu. To samo, które w czasie neoliberalnej transformacji nie spełniało roli dodatkowego silnika gospodarki, wyrównującego lot w czasie dekoniunktury.

To jednak nie wszystko. Niedawno Katarzyna Piotrowska i Gavin Rae, ekonomiści z Akademii Leona Koźmińskiego, przeprowadzili frapujące badanie. Zadali solidnej próbie Polaków (prawie 1000 osób) kilkadziesiąt szczegółowych pytań: o rolę państwa w gospodarce, o mechanizmy redystrybucji, o rolę związków zawodowych czy o filozofię podatkową. Ankietę przeprowadzono latem 2016 roku, a więc w czasie, gdy większość pisowskich zmian (w tym 500 plus) oraz kontrpomysłów opozycji była już dość dobrze znana opinii publicznej.

Następnie uzyskane wyniki rozkodowano. To znaczy pokazano, jaki model państwa dobrobytu wyłania się z udzielanych odpowiedzi. Wynik był intrygujący. To, że liberalny pomysł na państwo dobrobytu nie jest dziś w Polsce szalenie popularny i że ma swoich zwolenników głównie wśród osób lepiej sytuowanych, dało się jeszcze przewidzieć. Ciekawe jest jednak to, że model opiekuńczości konserwatywnej, zaproponowany po wyborach 2015 roku przez zwycięski PiS, wcale nie cieszy się dużo większym poparciem. Oba dostały mniej więcej 30 pkt. w skali od 0 do 100. Zwycięzcą (60 punktów na 100) okazał się model socjaldemokratyczny, zwany również skandynawskim. To znaczy ten, w którym najważniejsze są uniwersalne świadczenia społeczne i usługi publiczne.

Oręziak: To nie jest kraj dla starych ludzi – i nie będzie

Z badań Piotrowskiej i Rae wyłania się zatem dość interesujący wniosek. Polacy ciągle jeszcze trochę wstydzą się mówić o tym, że chcieliby żyć w kraju na wskroś opiekuńczym. Ale gdy popytać ich o konkrety, to wychodzi, że marzą, ni mniej, ni więcej, tylko o Skandynawii nad Wisłą.

Te wyniki powinny szczególnie ucieszyć polską lewicę, ponieważ wygląda na to, że PiS odblokował pewną zaporę. Pokazał, że Polska nie jest już zbyt biedna na welfare state. To, co lewica powinna teraz zrobić, to wykorzystać przerwanie owej blokady. I nie pozwolić, by bieg rzeki kiedykolwiek wrócił do starego, liberalnego koryta.

***

Artykuł jest skrótem tekstu, który pochodzi z publikacji Ekonomia polityczna „dobrej zmiany” przygotowanej przez Instytut Studiów Zaawansowanych.

Zapraszamy na debatę „Dobra zmiana” w gospodarce albo zagwozdki dla lewicy. Goście: Ignacy Morawski, prof. Leokadia Oręziak, Rafał Woś. Prowadzenie: Michał Sutowski. 7 marca, środa, godz. 18.00, redakcja Krytyki Politycznej, ul. Foksal 16, II piętro, Warszawa

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.