Gospodarka

Twoja praca nie ma sensu

praca-zabija

Ludzie rozpoczynają swój dzień od stania w korku albo w przepełnionych środkach komunikacji miejskiej, a resztę dnia spędzają przyklejeni do monitora, wykonując zadania, które by równie dobrze zrobiła wytresowana małpa. Jak uniknąć pracy w społeczeństwie, które ma na jej punkcie obsesję?

„Kto nie pracuje, niech nie je” – mówi przysłowie. Wydaje się, że po kilku stuleciach więzienia w żelaznej klatce produktywizmu praca stała się dla nas głównym źródłem oceny siebie i innych. Gdybyśmy nie pracowali, mielibyśmy wrażenie, że jesteśmy nikczemnikami, a ludzie patrzyliby na nas z góry. Ale może czas to zmienić? Może powinniśmy po prostu odmówić pracy?

Ja, praca

Zmartwienia związane z płatną pracą są powszechne – wystarczy zasłuchać się w rozmowy w którymkolwiek barze. Kogo wydymał szef? Jak to możliwe, że po kilkutygodniowej harówie nie wystarczy mi pieniędzy nawet na czynsz? Gdzie znaleźć lepszą robotę? Jak poradzić sobie z tym, że oszukał mnie kolega w pracy? Według statystyk otrzymujemy nawet dwadzieścia pięć tysięcy e-maili rocznie, a samo odpisywanie na nie zajmuje nam z grubsza tysiąc godzin. Nasuwa się pytanie: czy cały ten trud ma sens?

W ogólnoświatowych badaniach, przeprowadzonych jakiś czas temu przez Instytut Gallupa, okazało się, że pracowników podzielić można na trzy grupy: zaangażowanych (13 procent), niezaangażowanych (63 procent) oraz aktywnie nieangażujących się (23 procent). Zaangażowany pracownik to współczesny „przodownik pracy” – ciężko haruje, żeby firma, w której jest zatrudniony, odnosiła sukcesy, ponieważ jej dobro nierozerwalnie łączy ze swoim życiem osobistym. Jednak większość pracujących należy do drugiej kategorii – chodzi do piekła pracy tylko dlatego, żeby nie skończyć na ulicy. Praca straciła dla nich sens, często cierpią na tak zwany prezenteizm – fizycznie znajdują się w miejscu zatrudnienia, ale walczą z wypaleniem, efektywność mają w nosie, a pracę po prostu jakoś przecierpią.

Oprócz tego mamy jeszcze trzecią grupę pracowników: nie tylko nie znoszą swojej pracy, ale do tego aktywnie ją sabotują. Być może słyszeliście na przykład o prawniku, który w toalecie wypróżnił się do dozownika na mydło, zmieszał swoje ekskrementy z mydłem, z którego korzystali nieprzeczuwający niczego pozostali pracownicy. Jest to wprawdzie dziwaczne, ale nie znowu tak niezwyczajne. Pracownicy-sabotażyści wymyślają bowiem najróżniejsze sposoby, jak zaszkodzić firmie, w której muszą zasuwać. Kradną przedmioty z biura, specjalnie szkodzą organizacji i ambitnym kolegom. A kiedy uzmysłowią sobie, że to do niczego nie prowadzi, zaczynają się samookaleczać, brać narkotyki czy nawet popełniają samobójstwo. Krótko mówiąc, praca zbyt daleko ingeruje w nasze życie, nawet jeśli jej nie znosimy. Zamiast „ja, człowiek” możemy równie dobrze mówić „ja, praca”.

Rób to, co kochasz. Kochaj to, co robisz

Musisz tyrać!

Brytyjski profesor Peter Fleming, który zajmuje się badaniami warunków pracy, twierdzi, że praca stała się punktem centralnym naszego życia: „Stoimy wobec wszechobecnej ideologii pracy, według której jedyną rzeczą, która się liczy, jest to, czy mamy płatne zatrudnienie. Dosłownie żyjemy pracą. Jednak to działa niszcząco na status osób związanych z działaniami nienastawionymi na zysk, aktywnościami artystycznymi, religią czy wychowywaniem dzieci”.

Jak praca mogła nad nami zapanować? I jaki związek ma z tym modna dziś mowa nienawiści wymierzona przeciwko „obibokom” i „pasożytom pobierającym zasiłki”? Może powodem jest to, że dla wielu z nas praca przestała mieć sens – straciliśmy wiarę, że stanie się dla nas źródłem pewności życiowej, dumy zawodowej czy poczucia stabilności. Wystarczyły niskie pensje, arogancja szefów czy strata wiary w lepszą w przyszłość, a przejrzeliśmy na oczy. Tyle że, a to kluczowe, nie możemy nawet pomyśleć o tym, że dałoby się żyć bez pracy. Zewsząd odzywa się ideologia, która nakazuje: „Musisz tyrać!” Nawet wtedy, kiedy mamy marne zarobki, nasza praca nas nie interesuje i niszczy nam zdrowie. Powinniśmy zostawić na boku wątpliwości i porządnie się zdyscyplinować przed następną zmianą. Oto cel.

bertrand russell
Bertrand Russell: Brak wolnego czasu pozbawia nas wielu najpiękniejszych rzeczy w życiu.

Ucieczki z pracy

Jak się z tego wydostać? Możliwą odpowiedź proponuje książka The Refusal of Work. Opowiada o osobach, które zdecydowały się, że umyślnie zmniejszą swoje obciążenie zawodowe albo że zupełnie zrezygnują z uczestnictwa w procesie pracy. Zrozumieli, że nie ma sensu harować jako urzędnik bankowy, dyrektor kreatywny w agencji reklamowej czy niewolnik w call center, i spróbowali czegoś innego. Jeden z nich skomentował to następująco: „Wszyscy wiemy, że dzisiejsze tak zwane spełnione życie jest główną przyczyną naszego stresu i złego stanu zdrowia“. Ludzie rozpoczynają swój dzień od stania w korku albo w przepełnionych środkach komunikacji miejskiej, a resztę dnia spędzają przyklejeni do monitora, wykonując zadania, które by równie dobrze zrobiła wytresowana małpa.

Ludzie, którzy zdecydowali się zbuntować przeciwko pracy, obalają pogląd, że zasuwanie w pracy od rana to wieczora to coś normalnego. Jednocześnie nie jest to łatwe. Czasami są obiektem pogardy, a jeśli nie chcą kraść, muszą być bardzo pomysłowi, żeby zdobyć środki na życie. Niektórzy z nich mieli więcej szczęścia, ponieważ jako informatycy czy menadżerowie zarobili wystarczająco na to, żeby móc mieć pracę w nosie, i przenieśli się na wieś, gdzie spokojnie żyją. Ale inni musieli dość pokombinować i łączą wszelkie możliwe sposoby, żeby zdobyć środki na życie, jak na przykład okazjonalne prace, częściową samowystarczalność oraz różne samopomocowe i solidarnościowe sieci. Jedna rzecz dotyczy jednak wszystkich: z mniejszą ilością pracy obniżyły się ich potrzeby, ponieważ frustracji z powodu pracy nie muszą rekompensować konsumpcją. Ponadto sami potrafią wiele rzeczy wytworzyć czy wyhodować. Inaczej postrzegają czas, wielu z nich zajmuje się sztuką, a życie pozostałych ludzi wydaje im się absurdalne: „Pięć czy sześć dni w tygodniu harujecie, potem jesteście wykończeni i odpoczywacie albo jedziecie na urlop tylko po to, żeby znowu nabrać energii do pracy. I tak w kółko” – mówi inny respondent. Tyle że jednocześnie ci poszukiwacze przygód dobrze wiedzą, że bez rozległej zmiany społecznej ich zbożne starania pozostaną jedynie odosobnionym buntem.

Zlikwidujmy pracę, nadchodzą roboty

Precz z ascetyzmem

Jak miałaby wyglądać taka zmiana? Jedną z możliwości jest walka o skrócenie czasu pracy i po prostu podzielenie się niektórymi stanowiskami. Z czymś takim eksperymentuje się dzisiaj na przykład w Kanadzie, gdzie pracownicy firmy, która musi zaoszczędzić, mogą przejść na krótszy tydzień pracy – z tym, że część straconego wynagrodzenia rekompensuje im państwo. Jednocześnie okazuje się, że paradoksalnie te kraje europejskie, w których czas pracy jest krótszy, są produktywniejsze, ponieważ tamtejsi pracownicy nie są tak zmęczeni i wypaleni zawodowo.

Dlaczego pracujemy tak długo i czy można coś z tym zrobić

Inną możliwością jest bezwarunkowy dochód podstawowy, który – przy odpowiedniej wysokości – zlikwidowałby konieczność pracy. Mimo tego, że z gwarantowanym dochodem wiąże się szereg niejasności, ma on wielką zaletę: z jego pomocą praca stałaby się dobrowolna. Nie musielibyśmy już być niewolnikami, żeby przeżyć, a moglibyśmy poświęcić się czynnościom, które nas interesują i dają nam satysfakcję. Ludzie otrzymaliby środki do życia czy na rozwój własnej działalności gospodarczej. Praca odzyskałaby swój sens, ponieważ zniknęłoby mnóstwo miejsc pracy, które dzisiaj są niegodziwe, zbyteczne i tylko niszczą ludziom życie.

Dochód podstawowy – instrukcja obsługi

Jeśli ktoś wciąż wierzy, że bez pracy najemnej i presji, żeby się utrzymać, zdegenerowalibyśmy się jako ludzkość, jest w potwornym błędzie. Odrzucił to nawet słynny brytyjski matematyk Bertrand Russell w legendarnym tekście Pochwała lenistwa. Bowiem gdybyśmy po czterogodzinnym dniu pracy nie wiedzieli, co zrobić z wolnym czasem, oznaczałoby to „potępienie całej naszej cywilizacji”. Oznaczałoby to, że nasza zdolność do zabawy i beztroski została bezpowrotnie zduszona przez kult efektywności. Może jednak nie jest z nami tak źle. Jak pisze Russell: „Trzeba przyznać, że umiejętność mądrego gospodarowania wolnym czasem jest dziełem cywilizacji i wykształcenia. Człowiek, który przez całe życie pracował przez wiele godzin dziennie, będzie się nudził, gdy nagle pracować przestanie. Z drugiej strony jednak brak wolnego czasu pozbawia nas wielu najpiękniejszych rzeczy w życiu”.

**
Tekst ukazał się na stronie A2larm.cz. Z czeskiego przełożyła Olga Słowik.

Fiala: Praca zabija nasze życie i związki

Bio

Jaroslav Fiala

| Redaktor naczelny A2larm.cz
Politolog i redaktor naczelny czeskiego magazynu internetowego A2larm. Wykłada na Uniwersytecie Karola w Pradze.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

Zaczyna się sensownie, warto się zastanowić ile chcemy pracować i za jaką cenę. Dalej jak zwykle niestety populistyczne nonsensy. Jeśli państwo ma komuś rekompensować brak dochodów z pracy, to ktoś inny musi na to zapracować. Tomasz Morus w swojej 'Utopii' postulował, żeby każdy człowiek miał dwóch niewolników i odpowiednikiem tej idei jest 'minimalny dochód gwarantowany', na który też musieliby zapracować jacyś niewolnicy nie uznani za ludzi. Wyższa produktywność krajów bogatych nie bierze się z krótszej pracy, tylko akumulacji kapitału, czyli klasycznie mylicie przyczynę ze skutkiem. Krótsza praca jest skutkiem, a nie przyczyną bogactwa. B.Russell był wyłącznie pracownikiem uniwersytetów, co trudno odnosić do innych zawodów, a z racji pochodzenia i odziedziczonego majątku nie musiał w ogóle pracować.

utopia się może ziścić za sprawą automatyzacji i robotyzacji... niektórzy twierdzą ze propozycje niskiego dochodu gwarantowanego które są gdzieniegdzie w małej skali i testowo wprowadzane mają być sposobem na zniwelowanie niezadowolenia "ludu" z powodu tego, że nierówności ze względu na to, że właścicielami robotów i skryptów będą obecni posiadacze kapitału, jeszcze się zwielokrotnią.

Ten 'minimalny dochód gwarantowany' nie jest taki głupi, jak się wydaje. Jest sporo ludzi, którzy pracują, bo lubią. Tacy jakby niewolnicy, którzy po prostu nie umieją być wolni. Z drugiej strony, mają małe potrzeby, a wytwarzają wiele dóbr. Można nadwyżkę tych środków, z którą oni i tak nie wiedzą, co zrobić, przerzucić na tych, którzy pracy nie lubią. I wszyscy zadowoleni

^ tak może myśleć tylko prekariusz - niewyedukowany ćwok, bez ambicji i zapału do pracy. Całe życie tylko daj, daj i daj. A zarób sobie, śmierdzący leniu.

Prekariusz to akurat z reguły dobrze wykształcony człowiek, pracujący grubo poniżej swoich kwalifikacji na półrocznej śmieciówce, często w uwłaczający warunkach.

Zupełnie ignorujesz fakt że coraz więcej pracy jest zautomatyzowana ale nie opodatkowana - to są twoi niewolnicy nieuznani za ludzi. Tyle że obecnie z ich zysków z ich pracy korzysta zaledwie kilka osób. Jednym słowem obecnie są ludzi którzy mają po kilkuset albo kilka tysięcy niewolników i ludzie, którzy z tymi niewolnikami konkurują o pracę. I przegrywają bo mają potrzeby, musza jeść, odpoczywać - są mniej produktywni. Inaczej mówiłbyś i niedługo pewnie będziesz mówił o dochodzie podstawowym jak szef przedstawi ci twojego elektronicznego zastępcę i obetnie pensją. Jeżeli prowadzisz jakąś działalność, ktoś, gdzieś tez może zautomatyzować tę usługę lub sposób produkcji pozbawiając cię pracy. I co wtedy - teraz jesteś ktoś za kilka lat możesz być nikim a człowiek żyje dłuuugo, bardzo długo.

Popieram idee bezwarunkowego dochodu podstawowego. Uważam, że ogólnie pracujemy za dużo, zarabiamy za mało, a sama praca rzadko jest produktywna, rzadko daje satysfakcje, a częściej generuje stres, depresję, przewlekłe zmęczenie itp. Niestety, nikt nam nie zapewni bezwarunkowego dochodu gwarantowanego - musimy go sobie wywalczyć.

Popierasz bo nie zdajesz sobie sprawy z czym by się to wiązało. Nastąpiła by szybka inflacja i pieniądze które byłyby dochodem podstawowym szybko by na nic nie wystarczały. Nastąpiłoby jeszcze większe rozwarstwienie społeczne a narody zorganizowane gdzie jest etos pracy czyli Chiny, Japonia, Korea Południowa dojechaliby nas gospodarczo tak że stalibyśmy się biedniejsi niż Arfyka

W jaki sposób najechali by nas gospodarczo ? Dlaczego zakładasz, że po wprowadzeniu dochodu 99% społeczeństwa nagle przestanie robić cokolwiek ? Owszem jest margines społeczny który wchłonie każde pieniądze i niewiele z tego wniknie, to widać choćby po 500+. Ale nie powiesz chyba że wszyscy co otrzymali pieniądze w ramach tego projektu leżą teraz na kanapach i tylko pachną. Wiele osób potrafiło wykorzystać te pieniądze i nadal pracują. Mam takich sąsiadów z trójką dzieci i nadal pracują oboje, tyle że teraz im się po prostu lepiej i łatwiej żyje.

A skąd brałby się pieniądze na ten dochód podstawowy? Z księżyca? Trzeba by ich dodrukować a wtedy złotówka poleciałaby w dół. U nas zaczęłaby się recesja a zyskałyby kraje normalnie zarządzane, zamieszkałe przez ludzi którzy szanują pracę czyli głównie wschodnia Azja. Na dochód podstawowy to możemy sobie pozwolić jak się okaże że mamy pod ziemią złoża ropy większe niż cała Zatoka Perska. A i wtedy nie wiadomo co by z tego wyszło bo lewicowa Wenezuela bo próbie państwa socjalnego dziś jest w czarnej dupie pomimo że pływa w ropie naftowej. Też mi się nie chce pracować ale nie wymagam od Polski aby mnie utrzymywała, bo rząd nic mi nie da bo nie ma swoich pieniędzy. Gdy ja będę leżał to na mnie będzie musiał zapieprzać zwykły Kowalski

A dlaczego dodrukować?
Po prostu odwrócić tendencję i opodatkować kapitał.
Tak się składa, ze akurat o dochodzie gwarantowanym rozmyślają kraje bogate i rozwinięte (np. Szwajcaria, Kanada, Skandynawia). Z ta wschodnią Azją jako wzorem to ostrożnie, no chyba, ze chciałbyś żyć w kraju który wykorzystuje niewolnicza prace dzieci i nie zna emerytur (poza urzędnikami).

Niestety wypalenie dopadło i mnie, ale wyjściem był własny biznes, o którym długo myślałam. Ostatnio znajomy mnie uświadomił, jak ważne jest zastrzeganie znaków towarowych. Jest to bardzo ważna kwestia, gdy prowadzi się własną firmę

Fantastycznie! Już widzę jak wszyscy spieszą, żeby pracować w rolnictwie lub przemyśle, mając i tak zagwarantowany dochód podstawowy. Jedzenie i dobra takie jak elektryczność czy gaz nie biorą się z niczego!

Takie dobra jak elektryczność i gaz już od dawna produkowane i wydobywane są przy minimalnym udziale człowieka, automatyzacja to fakt a nie fantastyka naukowa. Zakładasz również że nikt nie lubi pracy na wsi. Owszem nikt nie lubi harówy, ale większość ciężko pracujących rolników ma dwa problemy - za mało wiedzy jak to zrobić żeby się nie narobić (bo są "rolnikami" z dziada-pradziada i jak ojciec kopał łopatą to oni też, bo szkół się kończyć nie chciało albo były fajniejsze rzeczy do roboty od nauki) albo mają za mało środków żeby sobie pomóc (to dochód podstawowy na pewno by nie zaszkodził) Jest jeszcze spora grupa ludzi urodzonych i żyjących w miastach, którzy byliby świetnymi rolnikami (bo mają chęci i wiedzę) obecnie skutecznie blokowanych idiotyczną ustawą o obrocie ziemią rolną. Jest i będzie wiele osób które lubią i chcą pracować jako rolnicy więc raczej głód by nam nie grozi. Za to odejdą z rolnictwa osoby które się czuja zmuszone do takiej pracy i co w tym złego ?

Dlatego należy wycofać outsourcing z Azji, zautomatyzować tyle pracy ile się da, uspołecznić wszystkie środki produkcji. Ważne jest żeby przejąć całą infrastrukturę w ręce społeczne / publiczne. W kapitalizmie faktycznie trudno liczyć na jakąkolwiek poprawę a za płacą podstawową może iść odejście od powszechnego ubezpieczenia i opieki zdrowotnej oraz co nawet bardziej prawdopodobne zlikwidowanie płacy minimalnej.

wywłaszczenie i wszystko w ręce publiczne - takie eksperymenty już były robione i nazywało sie to komunizm, a w łagodniejszej wersji socjalizm. Problem tylko taki, że to nie działa, ta idea ma zaszytą wewnętrzną wadę, która prowadzi do degeneracji. Łudzenie się, że tym razem wszyscy będą już mądrzy, dobrzy i prospołeczni to bardzo niebezpieczna iluzja. A kończy się jak zawsze: kartkami na buty i kolejkami po papier toaletowy.

czyli chcesz wywłaszczenia ludzi z ich dóbr. Jesteś faszystą.

Powiedz to leniwym burżujom, właścicielom banków, właścicielom korporacji i ministrom (politykom). Nie pomiń przypadkiem armii księży i urzędników. Oni na pewno nie produkują ani elektryczności, ani jedzenia ani gazu. Chociaż to ostatnie w innym znaczeniu na pewno... produkują.

infantylizm autora tego artykułu przebija nawet światopogląd piętnastoletnich anarchistów.

praca jest be, bo szef mnie dyma. No to nie pracuj, tłuku. Tylko nie licz, że podatnicy będą sponsorowali twoje bezrobocie. Kto nie pracuje, ten niech nie liczy na mannę z nieba.

Myślę, że nie dostrzegasz zmian, u progu których stoimy - automatyzacja pracy postępuje odbierając miejsca pracy dla najgorzej wykwalifikowanej siły roboczej, która już dzisiaj żyje poniżej poziomu, którym Ty, czy ja moglibyśmy się zadowolić. I teraz mamy trzy alternatywy: pierwsza - zostawiamy ich samym sobie otrzymując w efekcie zwiększająca się armię wściekłych zombie; druga - przeszkalamy wszystkich na informatyków/managerów/właścicieli firm, co jest niestety nierealne - zarówno z powodu pojemności tych i zbliżonych funkcji, jak i możliwości intelektualnych większości z tych ludzi; trzecia - opodatkujemy pracę robotów i redystrybuujemy te środki zapewniając im godne życie, a wszystkim innym spokój, a jednocześnie zbyt dla wytwarzanych towarów. Oczywiście będzie musiało to być rozwiązanie globalne lub w ramach zamkniętej strefy ekonomicznej. Eksterminację pomijam. Pomijam też ekonomiczne rozważania związane z trzecią opcją, jako że nie widzę żadnej innej możliwości i to po prostu musi się jakoś ułożyć, zwłaszcza, że obecny systemem ekonomiczny to jeszcze większa bliska katastrofy niewiadoma. Niewykluczone, że będzie to jakaś forma uwłaszczenia, które ostro skrytykowałeś kilka postów wyżej. Rozwój technologiczny pędzi dezawuując nasze archaiczne rozwiązania społeczno-polityczne i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak to się skończy. Chyba, że ktoś ma jeszcze inny pomysł?

Właśnie tu jest problem. Mnóstwo ludzi pracuje, bo nie ma co zrobić ze swoim życiem. Zarabiają w ciul forsy, której i tak nie wiedzą, na co wydać, bo umieją tylko zapieprzać. Czemu z ich pieniędzy nie mieliby być finansowani ludzie, którzy mają na siebie pomysł, a po prostu nie chcą być niewolnikami?

praca nie czyni cię niewolnikiem, ale człowiekiem wolnym. Praca to dochód, a dochód to (względna) niezależność. Bez pracy nie ma dochodu (chyba że: patrz moja poprzednia wypowiedź), a bez dochodu nie ma swobody. Jeśli w pracy czujesz się niewolnikiem, zmień pracę. I przestań się nad sobą litować.

jeśli ktoś chce zapieprzać całe życie - ma do tego prawo. Jeśli ktoś nie chce pracować, też ma do tego prawo. Być może będzie się realizować w inny sposób. Ale nie za moje pieniądze. Jeśli znajdzie kogoś, kto będzie chciał go utrzymywać, to nie ma sprawy. Ale zmuszanie podatników, aby utrzymywali nierobów i sponsorowali ich fanaberie jest zwykłym gwałtem. Nie dziwi mnie, że taki tekst publikuje KP, wszak oni lubią przemycać faszystowskie idee pod płaszczykiem zreformowanego socjalizmu.

Rozumiem, ze utrzymywanie przez państwo polskie kościoła rzymskokatolickiego też Ci przeszkadza (tak dla spójności poglądów).

owszem, przeszkadza.

a twoja sugestia odnośnie do moich sympatii politycznych jest tak subtelna, jak zapachy w dworcowej toalecie.

Zawsze lubiłem sabotować w pracy, tylko wtedy odczuwałem satysfakcję. Podkradanie drobiazgów, psucie, umieszczanie małych naklejek w różnych miejscach z napisem, że kierownik to ch..j itp. a nawet załatwianie potrzeb fizjologicznych w magazynie. To była zemsta za skur..syństwo. Miło wiedzieć, że są tacy ludzie jak ja.

Teraz pracuję w media expercie bo olałem korpo i pracuję od do i próbuję się przebranżowić.

dziękuję za ten artykuł.
podsumowuje on moje przemyślenia i głębokie uczucia zbierane przez 5 lar studiów i 5 lat mojej "kariery" zawodowej.

Mam dość patrzenia na wszystko politycznie i ekonomicznie. Nie jestem pieprzonym niewolnikiem i tyle. Wszyscy żyjemy i jesteśmy efektem czyjejś decyzji, ale na tym koniec, bo potem dziwić się, że po świecie chodzą świry.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!