Gospodarka

Warto kruszyć szklany sufit

Kobiety w radach nadzorczych

Aby poprawić sytuacje kobiet na rynku pracy, kolejne państwa decydują się na wprowadzenie kwot określających ich minimalny udział w radach nadzorczych.

Praktyka rozwiewa obawy prawicy: kwoty nie prowadzą do ruiny finansowej spółek, a nowe członkinie rad wcale nie są „niekompetentne”. Kruszenie „szklanych sufitów” okazuje się nie tylko sprawiedliwe, ale również ekonomicznie opłacalne.

Cała masa międzynarodowych dokumentów deklaruje przywiązanie do fundamentalnej zasady równości kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach życia, ale na rynku pracy wciąż jest ona nieosiągniętym celem. Współczynnik aktywności zawodowej kobiet w Unii Europejskiej wynosi 59,6%, a więc ponad 10 punktów procentowych mniej niż w wypadku mężczyzn. Według ostatniego raportu Eurofund niższe współczynniki zatrudnienia kobiet skutkują obniżeniem produkcji gospodarek UE o 370 miliardów euro rocznie – to blisko 3% unijnego PKB. Kobiety wciąż zarabiają znacznie mniej od mężczyzn o tych samych kompetencjach – według szacunków KE luka płacowa wynosi przeciętnie 15,3%. Żeby zarobić tyle samo co mężczyzna w ciągu roku kobieta musiałaby pracować mniej-więcej 14 miesięcy. Emerytury otrzymywane przez kobiety są przeciętnie aż o 40% niższe niż emerytury otrzymywane przez mężczyzn – nierówności kumulują się w cyklu życia.

Współczynnik aktywności zawodowej kobiet w UE wynosi 59,6%, a więc ponad 10% mniej niż w wypadku mężczyzn.

Szerokie grono ekspertów i wiele instytucji (wśród nich między innymi OECD, MFW, MOP, KE, Bank Światowy…) podkreśla korzyści płynące z równouprawnienia płci we wszystkich obszarach życia społecznego. Osiągane postępy są jednak niewielkie. Według szacunków Światowego Forum Ekonomicznego w obecnym tempie zmniejszania różnic równość płci na rynku pracy osiągniemy dopiero za… 170 lat.

Luka płacowa rośnie wraz z pozycją w rozkładzie dochodów. Wśród 10% osób najlepiej zarabiających luka płacowa jest nawet dwu-trzykrotnie większa niż wśród 10% zarabiających najmniej. Kobiety rzadko obecne są w radach nadzorczych lub radach dyrektorów. W 2015 roku zajmowały one jedynie 17,9% miejsc w radach firm z listy Fortune 1000, a w państwach UE współczynnik ten średnio wynosi 21,2%. Jedynie w ośmiu unijnych państwach kobiety stanowią więcej niż jedną czwartą członków rad nadzorczych. Na Malcie – jedynie 2,5%.

Nikłe postępy skłaniają rządzących i ekspertów do przemyślenia dotychczasowych strategii i rozważenia nowych instrumentów polityki. Jednym z najczęściej dyskutowanych narzędzi jest wprowadzenie kwot określających minimalny udział kobiet w radach nadzorczych.

Na ich wprowadzenie zdecydowały się między innymi Norwegia, Francja, Belgia, Włochy, Niemcy, czy Izrael. W Finlandii i Grecji dotyczą one jedynie spółek będących własnością państwa. W Hiszpanii, Danii i Holandii wszystkie spółki zobowiązane są do osiągnięcia 30% kwoty, choć niespełnienie tego wymogu nie oznacza dla nich poważnych konsekwencji. Wprowadzenie kwot w radach nadzorczych jest również tematem żywej debaty w instytucjach europejskich – kampanię na rzecz 40-procentowej kwoty prowadziła była komisarz sprawiedliwości Viviane Reding, a dyrektywę w tej sprawie poparł Parlament Europejski. W Polsce propozycje wprowadzenia kwot w tej właśnie wysokości od 2014 roku analizowało Ministerstwo Gospodarki, ale pracę nad tym projektem zostały dość szybko zawieszone.

Pionierem polityki kwot w przedsiębiorstwach jest Norwegia. W państwowych spółkach wprowadzono je tam już w roku 1981. Przyjęta w 2003 roku Ustawa o przedsiębiorstwach w Norwegii zobowiązała wszystkie notowane publicznie spółki do osiągnięcia co najmniej 40% reprezentacji każdej z płci w radzie dyrektorów w ciągu 2 lat. W 2005 roku udział kobiet w radach wciąż wynosił jedyne 17,9%, co skłoniło parlament do zdecydowanych kroków. Firmy zobowiązane zostały do osiągnięcia 40% kwoty w przeciągu kolejnych dwóch lat, tym razem pod sankcją rozwiązania tych, które tego nie osiągną. 1 stycznia 2008 roku przeciętny udział kobiet wynosił założone 40%.

Badania wskazują, że wprowadzona reforma obniżyła krótkookresowe zyski dotkniętych nią spółek, jednakże wynikało to ze zmiany polityki zatrudnienia. Firmy rzadziej zwalniały znaczną część załogi, co spowodowało wzrost kosztów pracy, jednak przychody oraz pozostałe koszty spółek pozostały niezmienione. Po wprowadzeniu kwot spółki częściej stosowały nastawioną na długookresowe zyski strategię „chomikowania pracy” polegającą na unikaniu zwolnień w okresie spowolnienia gospodarczego, a to w celu uniknięcia kosztów odpraw i ponownego zatrudnienia ludzi w okresie lepszej koniunktury gospodarczej. Efekt ten jest zbiega się z wnioskami  licznych prac naukowych wskazujących na to, że kobiety w zarządzaniu myślą bardziej długookresowo od mężczyzn.

Kim są nowe członkinie rad nadzorczych? Czy sprawdzają się opory przeciwników dotyczące ich rzekomo niższych kwalifikacji? Odpowiedzi na te pytania udziela profesorka ekonomii Uniwersytetu w Chicago Marianne Bertrand. Kobiety, które zostały przyjęte do rad nadzorczych na skutek wprowadzonej reformy były lepiej wykwalifikowane niż te przyjęte do nich przed reformą – obawy środowisk biznesowych o brak „kompetentnych kobiet” zdecydowanie się nie sprawdziły.

Wprowadzone przez państwo kwoty nie wywarły jednak większego wpływu na ogólną sytuację kobiet na rynku pracy – korzyści z kwot „nie skapują”. Na reformie skorzystały bowiem wysoko wykwalifikowane ekspertki, a według ich własnych przewidywań skorzystają na niej także studentki czołowych norweskich uczelni ekonomicznych. Korzyści dla szerszego grona kobiet nie zanotowano, jak zastrzega jednak autorka możliwe jest, że upłynęło jeszcze zbyt mało czasu, aby kwoty szerzej wpłynęły na sytuację wszystkich kobiet. Zmniejszenie dyskryminacji ze względu na płeć na dowolnym szczeblu rozkładu dochodów jest ważnym osiągnięciem, ale znaczna część zwolenników reformy liczyła na więcej.

Wprowadzone przez państwo kwoty nie wywarły jednak większego wpływu na ogólną sytuację kobiet na rynku pracy – korzyści z kwot „nie skapują”.

Na wprowadzenie kwot w radach nadzorczych zdecydowały się również Włochy. O ile Norwegia jest w czołówce światowych rankingów równości, we Włoszech sytuacja w tym zakresie wygląda znacznie gorzej. Jedynie 47% kobiet (13 punktów procentowych poniżej średniej unijnej) jest aktywnych zawodowo. W 2009 roku jedynie 7% miejsc w tamtejszych radach nadzorczych należało do kobiet, co było jedynym z najgorszych wyników w całej Unii Europejskiej. Wprowadzone w 2011 roku prawo sprawia, że każda z płci musi stanowić minimum 33% rad nadzorczych. Reformę wyróżnia jej z założenia okresowy charakter – ma ona obowiązywać jedynie przez trzy najbliższe kadencje rad nadzorczych. Założenie to jest spójne z często reprezentowaną przez zwolenników kwot tezą, że są one tymczasowym narzędziem koniecznym do obalenia stereotypów, a kiedy te zostaną już obalone kwoty, nie będą już konieczne.

Podobnie jak w Norwegii, po wejściu reformy w życie nowe członkinie rad nadzorczych były statystycznie lepiej wykształcone niż przed reformą. Co ciekawe, efekt ten dotyczy także nowo powołanych do rad mężczyzn. Kwoty nie miały za to wpływu na efektywność funkcjonowania firm i ich wartość rynkową, doprowadziły za to, do zwiększenia stabilności cen ich akcji.

W ostatnich latach kwoty w radach nadzorczych zdecydowały się wprowadzić również Niemcy i Francja. Za Odrą weszły one w życie dopiero w 2016 roku, a więc jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie na ocenę ich efektów. Wprowadzone u naszych zachodnich sąsiadów prawo wymusza nie tylko wprowadzenie 30% kwoty w radach nadzorczych, ale także zobowiązuje firmy do wyznaczenia minimalnego udziału kobiet na dwóch najwyższych stopniach zarządzania, jakie muszą one osiągnąć w najbliższych latach. Wprowadzenie kwot było motywowane w szczególności tym, że wśród trzech niemieckich przedsiębiorstw aż dwa zarządzane są wyłącznie przez mężczyzn. Gorzej pod tym względem jest jedynie w Japonii.

Rzeczywistość nie potwierdza zastrzeżeń przeciwników kwot. Wbrew obawom konserwatystów, nie powodują one promocji niekompetentnych kobiet, „dyskryminacji mężczyzn” ani katastrofy spółek, w których są wprowadzane. Wejście większej liczby kobiet do rad nadzorczych sprawia natomiast, że polityka firm w większym stopniu nastawiona jest na długookresowe cele, przeznaczają one także większe nakłady na działania związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu.

Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde zapewne jest zbyt wielką optymistką, gdy twierdzi, że gdyby zamiast „Lehman Brothers” funkcjonowały „Lehman Sisters” udałoby się nam uniknąć kryzysu finansowego. Doświadczenia państw, które wprowadziły już kwoty w radach nadzorczych zdecydowanie jednak przemawiają za wprowadzeniem ich w całej Unii Europejskiej.

Bio

Marcin Wroński

| Absolwent ekonomii, członek Razem

Ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej, student Wolnego Uniwersytetu Berlina, członek Rady Krajowej Partii Razem. Publikował między innymi w: Krytyce Politycznej, „Obserwatorze Finansowym”, „Wiedzy i Życiu”, „Tygodniku Przegląd”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

W zacofanej pod tym względem Europie Zachodniej może takie sztuczne rozwiązania (jak punkty za pochodzenie w PRL) mają jakiś sens, przynajmniej na jakiś czas.
"Kobiety w Polsce zajmują 40 proc. najwyższych stanowisk w firmach (szefowie pionów i zarządy). Na świecie i w krajach Unii Europejskiej odsetek ten wynosi 25 proc. Wśród 36 państw objętych badaniem Polska uplasowała się zatem na trzecim miejscu - ex aequo z Estonią i Filipinami. Wyprzedzają nas pod tym względem jedynie Rosja (47 proc.) i Indonezja (46 proc.). Najmniej kobiet na kierowniczych stanowiskach zasiada w Japonii (7 proc.), Argentynie (15 proc.), Indiach (17 proc.) i w Niemczech (18 proc.)"