Gospodarka

Sutowski: Zapomniana rola państwa

Jego rolą nie może być tylko „zachęcanie” sektora prywatnego do inwestycji. Państwo musi wziąć sprawy w swoje ręce – twierdzi Mariana Mazzucato.

„Pytanie o rolę państwa w gospodarce jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek” – pierwsze słowa Przedsiębiorczego państwa nasuwają skojarzenie z myślą, że „Karol Marks jest filozofem niemieckim”, otwierającą Główne nurty marksizmu. Niekontrowersyjny banał, bez którego trudno jednak zrozumieć resztę wywodu. Jego autorka – amerykańska ekonomistka włoskiego pochodzenia, Mariana Mazzucato – napisała jedną z najważniejszych książek ostatnich lat, w której  nasze wyobrażenia o „twórczej destrukcji” w ramach kapitalizmu i źródłach postępu technologicznego stawia z głowy na nogi. Przepisuje w niej na nowo historię wynalazków, które zmieniły nasze życie, i tłumaczy, kto za to wszystko zapłacił. Proponuje wreszcie oddać państwu – a także pracownikowi i podatnikowi – co im się należy. Przede wszystkim po to, by odzyskać język w debacie publicznej, którą obrońcy idei welfare state wyraźnie przegrywają, spychani na pozycje konserwatywnej nostalgii, włączani do głównego nurtu w ramach niesławnej „trzeciej drogi” poza lewicą i prawicą, względnie z niego wykluczani jako nieodpowiedzialni fantaści.

***

„Bądźcie głodni i niefrasobliwi” – tak mówił Steve Jobs studentom Stanforda w swej legendarnej już mowie z 2005 roku. Przedsiębiorczy ryzykant w garażu, zakręcony doktorant fizyki czy żywiący się wystygłą pizzą internetowy freak – oto ikony postępu. To ich śmiałość i twórczy duch, przy wsparciu równie śmiałych i twórczych „aniołów biznesu” popychają świat naprzód, przynosząc ludzkości silnik parowy, żarówkę, samolot, globalny system operacyjny i leki na raka. Byleby im tylko nie przeszkadzać, „stworzyć dogodne warunki”, uwolnić od tyranii biurokratów z wąsami… Ta romantyczna opowieść ma jeszcze swoją wersję 2.0 – w wielkich laboratoriach najtęższe umysły w pocie czoła wymyślają różne cuda, a wielkie korporacje płacą im za to ciężkie pieniądze; potem za jeszcze cięższe pieniądze upłynniają te cuda na rynku, aby mieć za co wymyślać cuda kolejne. Byleby je zwolnić z podatków i ochronić „intelektualną własność” patentem na kilkadziesiąt lat…

Takie opowieści – twierdzi Mazzucato i ma na to przekonujące dowody – nie tylko stanowią półprawdę i nie oddają sprawiedliwości prawdziwym autorom przełomowych zmian i wynalazków. Sprzyjają także demontażowi niezbędnych nam instytucji publicznych i nieuczciwemu podziałowi zysków z technologicznych innowacji; zwiększają społeczne nierówności (względnie utrudniają ich łagodzenie); zagrażają trwałym podstawom wzrostu gospodarczego, wreszcie – utrudniają realizację najważniejszych wyzwań przyszłości, z wielką transformacją energetyczną na czele. Krótko mówiąc, idee mają konsekwencje. Zwłaszcza idee wyraźnie fałszywe.

Autorka Przedsiębiorczego państwa wskazuje polityczne instrumenty działania, które mogłyby wzrost gospodarczy nie tylko przywrócić i nie tylko uczynić „inteligentnym”, ale także sprawiedliwiej podzielić jego owoce.

Nie ma jednak na to szans bez uprzedniego obalenia współczesnych mitów: o z definicji nieefektywnym państwie i z definicji twórczych przedsiębiorcach, o rynku kapitałowym jako najlepszym zapleczu dla śmiałych innowacji, o naturalnej przewadze małych i elastycznych nad wielkimi molochami, wreszcie o tym, że większe wydatki na „badania i rozwój” to klucz do sukcesu. Mazzucato koncentruje się na jednym – jej zdaniem, kluczowym – wymiarze wzrostu i rozwoju, mianowicie na innowacjach i postępie technologicznym. Nie przypadkiem, bowiem tu właśnie mitologia wyłącznych zalet sektora prywatnego jest najsilniej obecna – i tu mamy do czynienia z najmniej widocznymi patologiami i niesprawiedliwościami podziału.

Państwo jako problem, sektor prywatny jako rozwiązanie – takie podejście w USA zaczynało obowiązywać od końca lat 70. Dziś tę ideologię zweryfikował nieco kryzys, ale nawet po 2008 roku większość ekspertów i komentatorów ogranicza konieczny zakres ingerencji państwa do naprawiania „niedoskonałości rynku”. Dotyczy to wszystkich sfer gospodarki, ale chyba najmocniej obszaru nowych technologii i innowacji – prężni i niezależni od państwa schumpeteriańscy innowatorzy z Doliny Krzemowej to jeden z najbardziej sugestywnych mitów amerykańskiego sukcesu. Mazzucato równie sugestywnie go obala, wskazując na historię kluczowych wynalazków technologicznych ostatniego półwiecza. Autorka nie neguje bynajmniej geniuszu biznesowego Steve’a Jobsa i jego licznych kolegów – wskazuje tylko, że produkty i technologie, które przyniosły im krociowe zyski, nie mogłyby powstać, gdyby nie zaangażowanie państwa na gigantyczną skalę. Internet? Nie byłoby go, gdyby nie wojskowe projekty infrastruktury telekomunikacyjnej powstałe na wypadek ataku nuklearnego ZSRR. Podobnie z półprzewodnikami, a później ekranami LCD, systemem GPS, technologiami multi-touch czy identyfikatorami głosu – decydującymi o technologicznym „sprycie” tak popularnego dziś smartfona. Nie byłoby ich, gdyby nie bezpieczne, wieloletnie finansowanie ze strony różnych agend państwowych („cierpliwy kapitał”).

Rząd USA finansował nie tylko badania podstawowe – choć te jeszcze mieszczą się w ramach doktryny korygowania „niedoskonałości rynku”, na którym prywatni aktorzy nie chcą angażować się w projekty o bardzo niepewnej stopie zwrotu, rozciągnięte w czasie na dziesięciolecia. Przygotowywał również warunki („ekosystem”) dla technologicznych innowacji poprzez organizowanie i finansowanie sieci współpracy rządowych laboratoriów, uczelni, biznesu i organizacji pozarządowych – i mnóstwa etatów w agencjach rządowych w rodzaju słynnej DARPA. Często nie tyle korygował, ile po prostu tworzył rynek dla nowych technologii poprzez zamówienia publiczne (nierzadko o charakterze militarnym, acz nie tylko), kreując popyt na dany towar tak długo, aż możliwa była jego skuteczna komercjalizacja (czyli nieraz bardzo długo). Wreszcie, dzięki wielkim „misyjnym” projektom (od podboju kosmosu w latach 60., przez rozwój sieci telekomunikacyjnych, aż po nanotechnologię z epoki Clintona) otwierał perspektywy przyszłościowym technologiom, o których wielkie koncerny bały się nawet myśleć (często z obawy o konkurencję wobec ich aktualnych produktów i koszty potencjalnej transformacji technologicznej). O wadze takich „misyjnych” projektów świadczą też podawane przez Mazzucato przykłady innych krajów – duńskie projekty rozwoju energetyki wiatrowej, brazylijskie inwestycje w biotechnologię czy chińskie megainwestycje w różne rodzaje odnawialnych źródeł energii.

Rewersem tej zapomnianej roli państwa (zwłaszcza w USA, potocznie utożsamianych z gospodarką „wolnorynkową”) jest mit rynków kapitałowych (a zwłaszcza funduszy venture capital) jako prawdziwych „aniołów biznesu”, a wielkich korporacji (zwłaszcza farmaceutycznych) jako mecenasów i sponsorów najbardziej śmiałych odkryć i wynalazków.

W pierwszym przypadku statystyki pokazują wyraźnie, że inwestycje prywatne niemal w ogóle nie finansują badań podstawowych – kilkuletnia perspektywa funduszy VC jest dla nich po prostu za krótka – ale także stosunkowo późno włączają się w „nowe sektory”, tzn. najczęściej wówczas, kiedy dane technologie potwierdzają swą przydatność komercyjną, i relatywnie szybko wycofują się z poszczególnych projektów. Rozdźwięk między mitem a rzeczywistością jest chyba jeszcze większy w przypadku wielkich koncernów farmaceutycznych – zaporowe ceny leków i desperacka obrona patentowych monopoli jest bowiem przez nie uzasadniana koniecznością ponoszenia ogromnych wydatków na badania nad nowymi lekami. Znika w tej opowieści m.in. 30 miliardów dolarów rocznie, jakie na badania wydaje rząd USA tylko poprzez National Institutes of Health. W ogólnych statystykach wydatków na badania i rozwój ginie również pewien niuans: o ile większość wydatków na badania i rozwój w sektorze farmaceutycznym pochodzi faktycznie od sektora prywatnego, o tyle nowe leki (tzw. nowe jednostki molekularne, NME) są aż w 75 procentach finansowane z amerykańskich funduszy publicznych; aż 67 procent swoich wydatków na badania koncerny farmaceutyczne przeznaczają na „bezpieczne” (tzn. dość przewidywalne) wariacje istniejących już leków.

Dane na temat wydatków i finansowania badań nie dają oczywiście całego obrazu rzeczywistości – bardzo wymowne w tym względzie jest historyczne porównanie w książce systemów wspierania innowacji technologicznych Japonii i ZSRR. Ta pierwsza wydawała o niemal 1/3 mniej na badania i rozwój w stosunku do PKB, a mimo to japoński system wspierania innowacji stanowił wzór efektywności i skuteczności. Inaczej niż w ZSRR, Japonia nie koncentrowała się na sektorach kosmicznym i zbrojeniowym, angażowała przedsiębiorstwa w finansowanie i prowadzenie badań (około 2/3), inteligentnie wiązano też import technologii z badaniami własnymi, kładziono nacisk na reakcje odbiorców i konsumentów, a także zachęcano do innowacyjnych inicjatyw zarówno kadrę kierowniczą, jak i zwykłych pracowników. Doświadczenia Japonii i innych krajów wskazują wyraźnie, że obok wydatków liczy się kształt „ekosystemu” dla innowacji (choć nie jest przypadkiem, że np. w UE te same kraje, które najciężej dotknął kryzys, mają najniższy udział wydatków na badania i rozwój w PKB). Zestawienie Japonii z ZSRR wskazuje również na pozytywny efekt konkurowania na rynkach międzynarodowych (z którego produkty radzieckie, poza sektorem zbrojeniowym, były właściwie wyłączone) i możliwości komercjalizacji efektów badań. W tym miejscu Mazzucato czyni jednak poważne zastrzeżenie: nie oznacza to, że obecny kształt systemu patentowego jest zadowalający; długość ochrony (tzn. zastrzeżenia) praw do wynalazków pozwala na czerpanie firmom renty monopolowej zdecydowanie zbyt długo, a co gorsza możliwość patentowania również cząstkowych wyników badań (a nie tylko produktu końcowego) na papierze zwiększa liczbę innowacji, ale w praktyce opóźnia rozwój i dyfuzję wiedzy.

Autorka Przedsiębiorczego państwa nie ma pretensji do konia wyścigowego, że nie jest krową mleczną albo – by posłużyć się metaforą z okładki książki – do kota, że nie jest lwem. Fundusze venture capital nie będą inwestować w szalone pomysły długowłosych freaków w nadziei, że może przypadkiem ich wynalazek za 25 lat okaże się przełomowy dla naszej cywilizacji. Keynesowskie „zwierzęce instynkty” przedsiębiorczości muszą być miarkowane świadomością ceny podejmowanego ryzyka – z punktu widzenia logiki pojedynczej firmy, zwłaszcza dużej i osadzonej na rynku, nazbyt śmiałe innowacje są nie tylko niepewne, ale wręcz groźne (co najlepiej widać w przypadku odnawialnych źródeł energii, wciąż traktowanych z rezerwą przez koncerny paliwowe). Sfera technologii przyszłości, wybiegających w przód o 20-30 lat, jest z oczywistych powodów mało atrakcyjna dla wielkiego biznesu, a dla małego często nieosiągalna. Państwo jest zatem naturalnym aktorem – nie tylko „zabezpieczającym przed ryzykiem” (np. przez granty dla firm na innowacyjne badania), nie tylko podejmującym ryzyko (przez realizowanie skomplikowanych „misji” technologicznych, w rodzaju podboju kosmosu), ale także tworzącym wizje zupełnie nowych rozwiązań, które niejako wyprzedzają istniejące problemy (w rodzaju nanotechnologii), a które mogą stworzyć impuls rozwojowy porównywalny z poprzednimi przełomami technologicznymi – od silnika parowego po internet. Państwo po prostu nie może ograniczyć się do „zachęcania” sektora prywatnego do inwestycji; często musi wziąć sprawy w swoje ręce. Nie chodzi jednak o to, by sentymentalnie oddać państwu sprawiedliwość, względnie o to, by Apple ufundował (najlepiej w kształcie wielkiego Iphone’a) pomnik urzędnikom amerykańskiego Departamentu Obrony „za zasługi dla innowacji”. Mazzucato wskazuje bowiem, że fałszywy obraz niewydolnego państwa i przedsiębiorczego biznesu w połączeniu z niesłychanie złożonym, zbiorowym charakterem procesu innowacji stwarza możliwość bardzo niesprawiedliwego podziału zysków z technologicznego postępu.

Polityczną tezę książki można streścić w ten sposób: socjalizacja ryzyka i prywatyzacja zysków to patologia właściwa nie tylko rynkom finansowym.

System, w którym podatnik finansuje największe ryzyko, a wielkie koncerny IT czerpią gigantyczne zyski z technologicznego postępu, jest nie tylko niesprawiedliwy, ale i na dłuższą metę nieefektywny.

Najwięcej zarabiają nie ci, którzy tworzą przełomowe technologie, ale ci, którzy są w stanie je zastosować i skomercjalizować – zintegrować w atrakcyjnie zaprojektowany produkt i przekonać do niego konsumentów. Mazzucato nie kwestionuje marketingowego geniuszu Jobsa – proponuje tylko, by ten, kto zjada wisienkę, dołożył się do pieczenia ciasta. Bo dziś się nie dokłada. Podatnik finansuje najbardziej ryzykowne badania, duży koncern składa w całość ich efekty i od siebie dodaje design. Do tego unika płacenia podatków od swych gigantycznych dochodów dzięki przenoszeniu produkcji (tylko około 1/3 w ogóle rejestrowana jest w USA), manipuluje księgowością (np. poprzez kupno praw do własnej marki od własnej spółki zarejestrowanej w raju podatkowym zaniża dochód), a przy podziale zysków firmy drastycznie faworyzuje akcjonariuszy i wierzchołek kadry kierowniczej kosztem pracowników (i tych w punktach detalicznych Appstore, i tych w fabrykach na Tajwanie). Nierzadko się zdarza – to przypadek jednej z firm produkujących panele słoneczne – że inwestycja publiczna jednego kraju (np. USA) nie tylko tworzy miejsca pracy w innym (np. w Chinach), ale i wiąże się z transferem technologii do konkurującego kraju. Globalizacja stanowi zatem kłopotliwy – z punktu widzenia sprawiedliwego rozdziału ryzyka i korzyści – kontekst polityki innowacyjnej: podatnicy jednego kraju mogą de facto sfinansować postęp w innym, podobnie jak miejsca pracy; raje podatkowe umożliwiają wyprowadzanie dochodów z innowacji za granicę lub ich ukrywanie. Koniec końców ten stan rzeczy może okazać się kłopotliwy także z punktu widzenia efektywności i podtrzymywalności systemów innowacji: zagłodzone z braku wpływów podatkowych państwa po prostu nie będą miały wystarczających środków na finansowanie tego etapu innowacji, którego sektor prywatny się nie podejmie.

Książka Mariany Mazzucato koncentruje się na przykładach amerykańskich, z krótkimi wycieczkami w stronę Japonii, Wielkiej Brytanii czy Danii, nieco szerzej omawia chińską politykę innowacji, zwłaszcza w kontekście rozwoju odnawialnych źródeł energii. Wiele wątków aż się prosi o rozwinięcie, choć wówczas Przedsiębiorcze państwo straciłoby charakter zwięzłego (200 stron) manifestu na rzecz aktywnej roli państwa. Autorka omawia np. różne modele wzrostu i miejsca, jakie zajmuje w nich postęp technologiczny, ale nie odnosi się w żaden sposób np. do argumentów Roberta Gordona, sceptycznych wobec realnego wpływu technologii komunikacyjnych na produktywność gospodarki, biorąc ich przełomowe dla wzrostu znaczenie za oczywistość. Z kolei kiedy z dużą atencją mówi o chińskim modelu wspierania innowacji w sektorze OZE, słusznie wskazuje na zalety długofalowego, strategicznego myślenia władz tego kraju i racjonalną politykę finansową tamtejszego banku rozwojowego. Jej wywód byłby jednak bardziej wiarygodny, gdyby omawiając przewagi konkurencyjne tamtejszego przemysłu, podjęła się również analizy roli niskich kosztów pracy i zaniżonego kursu waluty – bez tego łatwo jej argumentację zdezawuować (autorka słusznie zresztą zauważa, że retoryka „wojny handlowej” z Chinami zaciemnia właściwy problem, tzn. właściwego modelu polityki przemysłowej, który w Chinach może być po prostu lepszy niż na Zachodzie).

Książce przydałoby się też rozwinięcie wątku różnic między innowacjami w obszarze faktycznie „nowych” technologii, jak internet, a innowacjami na rynkach już dobrze zorganizowanych (jak energetyka). Analogie i różnice strategii oporu, między „starym” IBM wobec nowych graczy i „starym” przemysłem naftowym wobec OZE – byłby to wątek nie tylko fascynujący, ale i kluczowy politycznie, skoro lobby „tego,co stare” jest tak potężne i tak bardzo utrudnia (zwłaszcza w USA, bo już niekoniecznie w Danii) jednoznaczne zdefiniowanie rozwoju odnawialnych źródeł energii jako kolejnej „misji narodowej” USA. Inny, fascynujący temat-rzeka to innowacje a miejsca pracy, w ostatnich latach dyskutowany regularnie; w książce ledwie zaznaczony przy okazji problemu „de-skilling”, czyli likwidacji przez technologie średniej warstwy zatrudnienia. Wreszcie, pozostaje pytanie w duchu Rodrikowskiego Paradoksu globalizacji: jakiej regulacji międzynarodowych nam potrzeba, jakich ogólnych ram (w domyśle: innych niż obecne WTO) działania, aby możliwa była sprawiedliwa polityka przemysłowa, zakładająca uczciwe przełożenie ponoszonego ryzyka (podatników, pracowników, producentów i konsumentów) na czerpane z niego zyski.

Mariana Mazzucato zostawia nas nie tylko z precyzyjną diagnozą, ale i z konkretnymi receptami ekonomicznymi: regulacje okresu i warunków ochrony patentowej na wynalazki wspierane przez państwo sprzyjające ich upowszechnieniu, „tantiemy” od zysków z komercjalizacji finansowanych przez państwo technologii, powoływanie do życia banków rozwojowych na wzór China Development Bank czy brazylijskiego BNDES, wreszcie długofalowe, strategiczne „misje” rozwojowe, które naukowcom i inżynierom pozwolą na badania wieloletnie, a sektorowi prywatnemu ułatwią podejmowanie decyzji inwestycyjnych. Wszystko to w kontekście dwóch powiązanych problemów: trwałości i podtrzymywalności systemów wspierania innowacji i sprawiedliwego, redukującego nierówności podziału ich kosztów i czerpanych z nich zysków. Autorka łączy tym samym problem nierówności podziału z warunkami rozwoju gospodarczego, choć z zupełnie innej – „podażowej” – perspektywy niż ekonomiści bliskiego jej skądinąd nurtu keynesowskiego.

Rytualna formuła wieńcząca podobne (entuzjastyczne, jak ta) recenzje mówi o książce jako „lekturze obowiązkowej”. Trudno powiedzieć, na ile Przedsiębiorczym państwem potrafią się przejąć nasi decydenci, z pewnością jednak dostarcza ona języka tym, którzy w „doganianie Zachodu” przez proste „uwalnianie prywatnej przedsiębiorczości” nie wierzą. Wyznacza horyzont tego, czym kiedyś mogłaby się stać nasza nieszczęsna „kupa kamieni”.

Mazzucato nie przynosi gotowego skryptu reform, ale daje potężne argumenty na rzecz aktywnej roli państwa.

Argumenty, dodajmy, wyjątkowo deficytowe w kraju, gdzie słowa autorki o zdolnych młodych ludziach, którzy wolą pracować w Goldman Sachs niż w rządowym (tj. amerykańskim) laboratorium, brzmią jak zwyczajne szyderstwo.

Mariana Mazzucato, The Entrepreneurial State, Demos, London 2011


***

Artykuł powstał w ramach projektu Europa Środkowo-Wschodnia. Transformacje-integracja-rewolucja, współfinansowanego przez Fundację im. Róży Luksemburg

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Jak ogólnie wiadomo każdemu studentowi historii, rola państwa wzrastać zaczęła w XVII w. na skutek porządkowania państw stanowych. Wówczas to powstał absolutyzm francuski, którego ukoronownowaniem była monarchia Ludwika XIV i kolejne absolutyzmy europejskie. Silna władza centralna umożliwiła szybką modernizacją państw europejskich, a w XVIII w. przekształciła się w absolutyzm oświecony. Państwa tworzyły powszechne instytucje szkolne, zdrowotne, ubezpieczeniowe, zrównywały podatki, układały powszechny równy dla wszystkich system prawny i podatkowy, zakładały magazyny zbożowe dla karmienia głodnego ludu, reformowały społeczeństwo, likwidując poddaństwo i pańszczyznę i wspierały rozwój gospodarczy kraju przez tworzenie wzorowych rozwiązań w majątkach państwowych, królewskich. W Prusach 50% dochodów państwa pochodziło z majątków państwowych, dzięki czemu było ono uniezależnione od szlachty. Absolutyzm nie polegał jednak na dyktacie państwa, ale kompromisie monarchii ze szlachtą, jako elitą rządzącą. Dla dania przykładu opłacalności szlachcie w państwowych majątkach znoszono poddaństwo i pańszczyznę, wprowadzano innowacje, np. do Prus sprowadzano z Anglii uprawę ziemniaków, buraków cukrowych, koniczyny, wprowadzano płodozmian. Fryderyk II wysyłał rolników niemieckich do Anglii, aby uczyli się nowych metod gospodarowania. Zmiany te w historiografii nazywa się reformami "od góry", ponieważ inicjowane były nie przez rewolucję ludową (Francja), ale przez rząd (Prusy, Austria). Zmiany te oznaczały w pierwszym rzędzie poprawę sytuacji warstw ludowych. Ale z drugiej stronie uwłaszczenie korzystne było tylko dla bogatych chłopów, a dla masy biedoty oznaczało pogorszenie sytuacji. Wbrew legendom postęp tworzył się nie prywatnie, ale państwowo. Wszystkie niemieckie uniwersytety były państwowe i to tamtejsi profesorowie uzyskiwali najwięcej nagród nobla w zakresie medycyny, fizyki nauk przyrodniczych na progu 1900. Te działania stworzyły następnie stopniowo warunki do powstania demokratycznych rządów, dzięki powszechnej alfabetyzacji, wynalazkom technicznym, industrializacji, masowej fabrycznej produkcji i kulturze, która stworzyła społeczeństwo masowe i czytające oraz chodzące do szkoły. Granice horyzontu wyobraźni wieśniaka przekroczyły opłotki jego wsi i gminy oraz pobliskiego miasteczka z targiem i granice bajkowych wyobrażeń o świecie i dobrym królu, tworzył się homo politicus, który mógł brać udział w wyborach, ale też tworzyło się manipulowanie wyborcą. Od wielu dziesięcioleci historycy zastanawiają się co powiedzieć o braku absolutyzmu w Rzeczypospolitej. Niegdyś mówiło się, że spowodował on popadnięcie Polski w stagnację oligarchii magnackiej i na koniec w rozbiory. Reformy polskie epoki oświecenia były za słabe i spóźnione, tylko rozbiory przyszły na czas. Tymczasem dla prawicy polskiej po 1989 r. (Rymkiewicz) głównym problemem stało się, że król Staś był "bawidamkiem", nie miał żony, nie założył rodziny i posiadał nieślubne dzieci oraz brał pieniądze od rosyjskich ambasadorów. Rola reformatorska państwa i reformy Sejmu Czteroletniego przestały budzić wielkie podniecenie. Takie były koszty tabloidyzacji pamięci historycznej od lat 80-tych. Tymczasem do dzisiaj dyskusyjna jest rola szlachty w tych reformach. Czy były one robione wbrew szlacheckiemu zaściankowi przez lepiej zorientowane elity, czy też zmiany świadomości zeszły też na dół. Pojawiło się jednak zjawisko straszne, a mianowicie prymitywne i niemądre ocenianie przełomu Oświecenia jako epoki ateizacji, laicyzacji, sekularyzacji, libertynizmu, pijaństwa i złodziejstwa, początku rozpadu wartości. Oświecenie dla konserwatystów stało się u nas początkiem komunizmu i oznaczało jakobinów, gilotynę i Robespierre`a, oraz niesłuszne rzekome ośmielenie i ubuńczucznienie polskiego chłopka, który dotąd znajdował się równie rzekomo w sielance ze swym jaśniepanem, rzekomo pokornie siał i orał, rzekomo zadowolony z wszystkiego i też rzekomo uśmiechnięty, rzekomo pozwalał się czesać swemu Panu jak konik little pony i czochrać po brzuszku jak ukochany piesek. Nic podobnego nie miało miejsca. Nie było żadnego czesania i czochrania, tylko kołtun, chłosta i pańszczyzna od rana do wieczora.