Gospodarka

Sutowski: Najpierw Europa, potem euro

Euro

Raczej „polityką” niż „ekonomią” przekonują nas polscy ekonomiści wzywający rząd premiera Morawieckiego do wznowienia przygotowań Polski do przystąpienia do strefy euro.

„W Europie trwa właśnie dyskusja o przyszłym kształcie UE i wszystko wskazuje na to, że nie będzie Unii dwóch prędkości. Jedyną przyszłością będzie poszerzona eurostrefa” – piszą na łamach „Rzeczpospolitej” polscy ekonomiści i wzywają rząd premiera Morawieckiego do wznowienia zawieszonych przygotowań Polski do przystąpienia do unii walutowej. Spektrum nazwisk – od liberałów Stanisława Gomułki i Marka Góry po socjaldemokratów Marka Belkę i Jerzego Wilkina – sugeruje szeroki konsensus ekonomiczny w tej sprawie; główny argument listu ma jednak charakter polityczny. Choć autorzy przywołują pozytywne wskaźniki ekonomiczne dla strefy euro, wyraźnie mocniej wybrzmiewa w ich apelu uzasadnienie cywilizacyjne – alternatywą dla euro będzie rosyjska strefa wpływów. Cynicy (realiści?) dopowiedzieliby: wolicie być półkolonią Niemiec czy kolonią Rosji?

Zgadzając się z generalną intencją autorów – uważam, że Polska powinna w przyszłości być częścią jądra projektu integracyjnego – mam sporo wątpliwości, czy to właśnie waluta euro nadaje się na tak ostatnio poszukiwaną big idea polskiej debaty i czy będzie motorem jakościowej zmiany w naszej polityce.

Sierakowski o Polsce w UE: euro albo śmierć

Na początek zastrzeżenie z obszaru samej ekonomii – autorzy listu podają jako argument na rzecz swojej tezy dobre wyniki i optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego dla strefy euro. Z tymi wskaźnikami trudno się spierać, warto jednak przypomnieć, że kluczowy problem strukturalny unii walutowej, czyli nierównowaga handlowa, nie został rozwiązany – już na początku zeszłego roku Komisja Europejska wskazywała na zagrożenia związane z niemiecką nadwyżką eksportową; najnowsze dane (do października 2017) sugerują, że tak uciążliwa dla reszty krajów przewaga niemieckiego eksportu nad importem w ramach strefy euro obniżyła się, ale minimalnie.

Nawet, jeśli Polska – jako poddostawca przemysłu zestrojona jest z Niemcami cyklem koniunkturalnym – faktycznie jest dziś do strefy euro nieźle dopasowana (zwłaszcza, że spełnia dziś 4 na 5 jej kryteriów: inflacji, deficytu, długu publicznego i długoterminowych stóp procentowych), należy postawić pytanie, czy sama strefa euro będzie w stanie przetrwać kolejne lata niemieckiej hiperkonkurencyjności. Zmiana tego stanu rzeczy wymagałaby przede wszystkim podniesienia płac w samych Niemczech i dopuszczenia nieco wyższej inflacji, a tego w obecnej atmosferze politycznej trudno się spodziewać.

Można oczywiście zbyć tę krytykę argumentem, że aby strefa euro przetrwała, nierównowaga handlowa musi zostać w jakiś sposób złagodzona, tzn. musi dojść do jakiejś formy politycznej redystrybucji niemieckich nadwyżek; jeśli tak się nie stanie, wraz z końcem wspólnej waluty zniknie cały nasz dylemat. Trudniej jest podważyć tezy Stefana Kawalca i Ernesta Pytlarczyka o deflacyjnym wpływie wspólnej waluty na gospodarkę Polski, ale i one znajdują swych polemistów.

Warufakis: Alternatywny pieniądz, który zbawi Europę

Ważniejszy od tych kwestii wydaje się jednak kontekst polityczny – bo raczej „polityką” niż „ekonomią” przekonują nas autorzy Listu otwartego. Tutaj mam również najwięcej wątpliwości do ich tez.

Przede wszystkim – do kogo piszą? Intencje autorów mogą być szczere. W kontekście zapowiedzi nowego otwarcia na arenie międzynarodowej (oficjalnie temu przecież miała służyć wymiana premiera) pomysł „powołania stałej rady, która wskaże niezbędne zmiany w systemie prawnym oraz finansowym, pomoże wybrać właściwy moment wejścia do mechanizmu ERM II i opłacalny dla polskiej gospodarki kurs zamiany złotego na euro, a także zainicjuje społeczną akcję informacyjną” wydaje się jakoś racjonalny. Tyle że rząd nowe otwarcie rozumie zupełnie inaczej – wizyta premiera w Budapeszcie i ofensywa dyplomatyczna mają służyć sprostowaniu „nieporozumień komunikacyjnych”, jakie według rządu stoją za słabnącą pozycją Polski.

Rządowa diagnoza problemu przypomina więc myślenie starej Unii Wolności – linia była słuszna, tylko PR niedoskonały. W tej sytuacji ze strony władzy spodziewać się można zalewu kolejnych pasków TVP Info (przełożonych na angielski?), względnie budowy narodowego generatora memów, ale wielkiego zwrotu w sprawie euro już niekoniecznie.

Kto w tej sytuacji mógłby list ekonomistów odczytać i wyciągnąć z niego wnioski?

Nie ma lekko. Dzisiaj i rząd, i Polacy (w większości) są przeciw wejściu Polski do strefy euro. Rząd może się kiedyś zmienić, ale zgoda obywateli na przyjęcie wspólnej waluty wymagałaby, jeśli nie nowego konsensusu, to przynajmniej zmiany zdania przez wyraźną większość wyborców.

Za PiS – 40%, za polityką PiS – 25. Czy suweren oszalał?

W warunkach naszej sfery publicznej tylko silna narracja wiarygodnego lidera politycznego jest w stanie przebudować świadomość Polaków w tak znacznym stopniu – sprawa uchodźców pokazała dobitnie, jak wielka (na tle ekspertów, publicystów czy nawet społecznych autorytetów w rodzaju Kościoła) jest moc opowieści, za którą stoją pełnoprawny projekt i oferta wyborcza.

I teraz: opozycja ma dwa lata do wyborów, więc zbudowanie narracji wokół kontrowersyjnej sprawy euro może być dla niej szalenie ryzykowne. Nie przypadkiem Grzegorz Schetyna walczący o więcej niż kilkanaście procent głosów rozmywał odpowiedź na pytanie, czy wspólna waluta zaistnieje w centrum przekazu wyborczego PO. Czy sprawa jest zatem stracona, skoro duża partia opozycyjna boi się podjąć ryzyko przekazu sprzecznego z wynikami sondaży?

Wg mnie temat euro można uratować politycznie tylko jako część szerszej wizji europejskiej, alternatywnej wobec wrogiego Unii PiS, ale i zachowawczego myślenia PO jako „soft-PiS-u”. Polacy mogą wybrać bycie w centrum Europy, ale przede wszystkim ze względów geopolitycznego bezpieczeństwa, wyznawanych wartości cywilizacyjnych, z potrzeby solidarności i z tęsknoty za wolnością osobistą i polityczną, wreszcie ze względu na swoje aspiracje rozwojowe.

To prawda, że jądro przyszłej integracji będzie opierało się na wspólnym pieniądzu i że to zasięg unii walutowej wyznaczy granice Unii Europejskiej 2.0. Nie będzie z nią jednak tożsamy – poza gospodarką i wymiarem socjalnym będą musiały mu towarzyszyć wspólnota obronna, której początek stanowi PESCO i silny wymiar aksjologiczny. One nie mogą być kwiatkiem do kożucha wspólnej waluty, bo wówczas ani Europejczyków z karolińskiego jądra, ani tym bardziej Polaków taka wizja nie przekona.

„Podjęcie przygotowań do przyjęcia euro może się stać sposobem na wyjście Polski z impasu, w jakim się znalazła na forum europejskim” – tu znowu z autorami zgoda. Wysłanie sygnału, że w Polsce są siły polityczne i obywatele pragnący ścisłej integracji to warunek (konieczny, acz niewystarczający), by drzwi do europejskiego jądra pozostały dla Polski otwarte. Nie wierzę jednak, że euro stanie się „śmiałym strategicznym projektem, który na powrót ma szansę połączyć Polaków”. Jeśli bowiem walutę postawimy w centrum politycznej narracji, utożsamimy ją z „byciem w Europie”, sprzedamy Polakom jako pars pro toto europejskiej cywilizacji – po raz drugi wpadniemy w koleinę technokracji wspartej ideą historycznej konieczności.

Taki manewr raz się powiódł, w latach 90. Ale to było w czasach autorytetu ekspertów ekonomicznych, konsensusu polskich elit politycznych i silnie uwewnętrznionych przez społeczeństwo aspiracji pojętnego i gorliwego prymusa transformacji. To se ne vrati, jak mawiają Polscy czechofile (bo nie Czesi przecież). Nie stawiajmy zatem wozu przed koniem: w sensie logicznym, rzecz jasna, bo chronologicznie wejście Polski do jądra UE i do strefy euro nastąpią zapewne równocześnie. Chodzi o to, że nową Europę – Europę solidarności, bezpieczeństwa, wolności politycznych, modelu dobrego życia – na użytek wyborców trzeba właśnie wymyślić. A jeśli uda się ich do niej przekonać, euro wezmą w pakiecie.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Oczywiscie zjadlo mi R z mRzonki.

    Ale raj zcentralizowanej i „coraz bardziej…integrujacej sie” (bo „taka niby jest logika historii”) Europy… gdy tak naprawde przyszloscia jest indywidualizacja WSZYSTKIEGO np. dzieki internetowi i drukarkom 3D…) Unii
    to wlasnie byc moze ta fundamentalna szkodliwa MRZONKA. A dlaczego zamiast Euro nie przyjac jakiegos globalnego…Bitcona bez Cewntralnego Banku w Nowym Jorku

  2. Caly felieton opiera sie na jednym aksjomacie, ze dalsza integracja UE jako swojego rodzaju superpanstwa jest nie tylko nieodwolalna ale w sposob aprioryczny pozytywna… a tym czasem mozna z ta teza dyskutowac i wcale nie z pozycji tradycyjno-konserwatywnych. Otoz dalsza integracja byc moze jest szkodliwa i wbrew logice historii i wlasnie NOWOCZESNOSCI. Bo wlasnie regionalizm i ” customization” rozwiazan gospodarczych, spolecznych, politycznych i kulturowych to byc moze objaw nowoczesnosci , globalizmu i …internetu. Na poczatku na poziomie narodowym. Centralistyczne zapedy coraz bardziej wyabstrahowanej z rzeczywisosci elity brukselskiej to byc moze sen/mzonka niespelnionych lewicowych „demiurgow” rzeczywistosci i byc moze dla dobra UE wystarczy juz tej poglebionej integracji… z CENTRALA i …”synchronizacyjna” urawnilowka rodem z Manifestu wloskiego komunisty Alteriego Spinelliego – nomen omen to jego imie nosi gmach Parlamentu Europejskiego w Brukselii…

  3. Niemcy straszą „rosyjską strefą wpływów”, a sami jakoś nie boją się z Putinem budować Nord Streamów.

    Ciekawe czy gdyby w Donbasie było euro to czy separatyści uciekli by w popłochu.

  4. „Przyjęcie wspólnej waluty będzie wypełnieniem traktatowych zobowiązań Polski […] Z tego zobowiązania nikt władz RP nie zwolnił.”

    Niemcy i Francuzi pouczają Polaków o dotrzymywaniu traktatów. Dobrze że chociaż Anglików z nimi nie ma.

  5. Nierównowaga płatnicza w strefie euro jest skutkiem niskich stóp procentowych w EBC, zamiast restrukturyzować gospodarki, żeby więcej produkować, wystarczy się zadłużyć. Proponowana przez Autora większa inflacja to dolewanie oliwy do kryzysowego ognia, czyli cięgłe zaniżanie stóp procentowych i pompowanie długów południa Europy ze skutkiem jak powyżej. Dopóki Polska ma wyższe (chociaż i tak za niskie) stopy procentowe od EBC wstępowanie do euro nie ma żadnego sensu.

    1. Jest proste rozwiązanie niskich stóp procentowych: przejście Niemiec i całej strefy euro na złotówki.

  6. Całe szczęście gadki o integracji to już tylko mokry sen lewackich świrów. Nic z tego nie będzie. UE zostanie rozjechana przez USA i GB, jako nowy stabilizator Europy powołane zostanie w jakiejś formie Międzymorze/Trójmorze. Wchodzenie do euro to przywiązanie sobie do szyi kowadła tuż przed skokiem do rzeki.
    Lepiej się pożegnajcie z marksistowskim projektem UE. Manifest z Ventotene nie zostanie zrealizowany.

  7. Otwieram „The Economist” na stronie ze wskaźnikami ekonomicznymi i stwierdzam, że szacowany wzrost PKBu dla Euro area w roku 2017 to 2,2%, natomiast dla Poland wynosi on 4,6%. Czy to jest argument za wstąpieniem do tejże Euro area, jak sądzicie?
    Gdy idzie o zależność od Rosji poważnym czynnikiem jest polityka Niemiec. Te zaś wraz z Rosją zbudowały rurociąg Nordstream i budują jego drugą linię. Inwestycja ta pozwala Rosji sprzedawać gaz Niemcom taniej niż Polsce a także wyeliminować z tego układu Ukrainę. Bez uwzględnienia tej okoliczności wszelkie analizy wpływów rosyjskich w naszym kraju są pozbawione sensu.

    1. Sensu pozbawione są pia desideria dotyczące „polskiej drogi do niezależności”. Ekonomiczna i polityczna niezależność Polski to absurd ze stałego imaginarium snu o potędze. Taki kraj jak Polska zawsze jest jakąś strefą wpływów. I fakt, że dzisiejsza polityka Rosji ma nas chwilowo w poważaniu jest tego najlepszym dowodem. Wzrost polskiego PKB to nie jest żaden argument na rzecz dezintegracji europejskiej i rezygnacji z Euro. Przyjęcie wspólnej waluty to akt symboliczny, lokujący Polskę (wbrew zdrowemu przecież rozsądkowi) w Europie. Tej Europie, której jesteśmy stałymi kulturowymi beneficjentami. Oczywiście, że – to fakt niezaprzeczany – uczyliśmy Francuzów savoir-vivre, Niemców filozofii a Brytyjczyków ekonomii. Teraz dobrze byłoby ich do tego przekonać. Inaczej resentymenty i kompleksy znów stworzą „chorego człowieka Europy”. Na razie mamy tylko podwyższoną temperaturę. Cóż, kiedy gorączka dla polskich łbów najlepsza…

      1. @EL TOPO
        Tylko chęć przyjęcia Euro wynika z bardzo podobnych kompleksów po drugiej stronie sceny politycznej, że musimy być w rzekomo w jakimś twardym jądrze UE – choć jak zadam bardziej przyziemne pytanie – po co – to zapadnie cisza ?
        Zmienił się pewien bilans korzyści i strat i dziś strefa Euro nie jest Polsce potrzebna do szczęścia, a na pewno nie chora strefa Euro z Grecją na kroplówce, problemami włoskich banków, kulejącą Francją, gdzie dług 100 procent PKB to nie powód, żeby przeprowadzić minimum reform. Główny atut, czyli niższe koszty obsługi długu powoli upada i polskie rentowności systematycznie maleją – są już dziś mniejsze, niż kilku krajów strefy Euro i wiarygodność np Czech jest dziś wyższa, niż Włoch, czy Francji.
        Logika, żeby na zagrożenia natury militarnej – bezpieczeństwa odpowiadać polityką monetarną jest śmieszna, czyli co nie zbrojenia, rakiety, czołgi, samoloty, a uratuje nas Euro i Putin przestraszy się wspólnej waluty ?

        1. @Adi
          Nie chodzi o to, aby straszyć Putina. Chodzi o to, że historia się nie powtarza. Za to głupcy chętnie powtarzają historię. Tak przynajmniej twierdził Bertrand Russell.
          Już byliśmy peryferiami Europy a nawet bastionem i przedmurzem. I już wiemy, że „peryferia Europy” to sofizmat. Jest Europa. A dalej są tylko smoki…

          1. Kwestie walutowe są skrajnie praktyczne a nie symboliczne. Polska rozwija się dwa razy szybciej niż strefa euro. Dla kogo nie jest to argument, ten jest chyba mistykiem. Pan Kret reaguje emocjonalnie tam gdzie potrzeba racjonalności.

          2. Polska rozwija się dwa razy szybciej niż strefa euro, tylko dlatego, że jest w Unii Europejskiej. Dla kogo to nie jest argument, ten chyba nie jest mistykiem. I jeżeli wzrost PKB – chwilowy i ulotny – stanowi ultima ratio przeciwko przyjęciu Euro, to racjonalność takiej motywacji jest mocno wątpliwa. Przypominam też – na wszelki wypadek – powiedzenie F.D Roosevelta: Polityka to emocje, pieniądze to emocje – racjonalna jest gra w golfa.

          3. Pan polemizuje z kimś kto jest przeciw UE, ale to nie ja. Przypominam, że Szwecja podpisała wszystkie traktaty europejskie, po czym urządziła referendum w sprawie euro. Szwedzi byli przeciw. Można i tak!

          4. Dodam jeszcze, że wzrost gospodarczy trwa w Polsce nieprzerwanie od roku 1992. Wszyscy moi studenci urodzili się po tej dacie.

      2. „Przyjęcie wspólnej waluty to akt symboliczny”

        Puknij się w głowę, ale mocno

    2. porównanie bez sensu. Przecież wiadomo, że kraje biedniejsze gorzej rozwinięte mają wyższy wzrost gospodarczy. Polska rozwijała się przez ostatnie 27 lat trzykrotnie szybciej niż Niemcy. Kraje Bałtyckie, Słowacja mające euro rozwijają się w tempie Polski a nawet szybciej. Jeśli porównywać tylko wskaźnik wzrostu PKB to integrujmy się z połową Afryki i Azji bo tam wzrost gospodarczy sięga 10 % PKB…..

      1. Węgry, Serbia, Bośnia, Macedonia – oto kraje które są uboższe od Polski a jednak rozwijają się wolniej niż Polska. Z kolei w strefie euro jest istotna różnica pomiędzy Niemcami a Hiszpanią, Italią i Portugalią. Teoria konwergencji w jednym przypadku wydaje się podobna do prawdy w innych nie. Odsyłam do książek o wzroście gospodarczym.

        1. Dane o wzroście gospodarczym za rok 2016 (najświeższe z publikowanych ogólnoświatowych zestawień)) , żródło: „CIA factbook”

          – Polska – 2,8 %
          – Węgry – 2,0% (kraj w MINIMALNIE biedniejszy od Polski (27.800 $) – Węgry (27.500$), w zasadzie ten sam poziom zamożności i rozwoju
          – Serbia – 2,8 % – kraj z poza UE – gdyby miał fundusze unijne i otwarte rynki europejskie?
          – Macedonia – 2,4 % – kraj z poza UE
          – Bośnia – 2,5% – kraj z poza UE

          W jakim celu przywołałeś kraje z poza UE? Niewiedza czy manipulacja?
          Wróćmy do UE i strefy euro. Można podawać przykłady Hiszpanii (w 2016 r miała wzrost wyższy iż Niemcy), Portugalii i Włoch a można podawać przykłady Irlandii, Holandii, Finlandii,Słowacji, Litwy, Łotwy, Estonii które rozwijają się szybciej niż Niemcy i jakoś euro im nie przeszkadza…. Kto ma zdrową zreformowaną gospodarkę radzi sobie dobrze. Kto ma bajzel jak skorumpowani południowcy bądź prze-socjalizowani Francuzi ma problem.

          Oczywistym jest fakt, że kraje biedniejsze i opóźnione cywilizacyjnie rozwijają się szybciej. Natomiast kraje syte ze zbudowaną już infrastrukturą rozwijają się wolniej. Bo niby ile jeszcze syty Niemiec może zjeść? Ma kupić sobie czwarty samochód? Ile jeszcze ma zbudować autostrad, lotnisk, stadionów i basenów skoro już wszystkie zbudował…..

  8. Jeśli rozmawiać o Euro to tylko w kontekście jak zorganizowana Europa i jak zorganizowana Polska.
    Spełnić kryteria jednolitego obszaru walutowego, przygotować plan na następny kryzys, rozwiązać problem wewnętrznej konkurencyjności europy.
    Polska też ma coś do zrobienia najpierw, kryzys mieszkaniowy, kryzys służby zdrowia, rozdrobnienei przedsiębiorstw, płace na europejskim poziomie, odejście od węgla jako paliwa… to są wielkie projekty, których euro może być truskawką na torcie.

    Jest problem, bo pis prowadzi politykę dla medialnego efektu w Polsce, a nie żeby coś ugrać dla polaków i to jest słabe.
    Jak nie będzie demokracji i uczestnictwa w rozwiązywaniu problemów (w tym uchodźców i ekologicznego) to nawet jak będziemy chcieli to nas nie przyjmą.

    Sama dyskusja jest spoko, lepsza taka niż żadna. Trochę podejrzane, że naglep przedsiębiorcy nie mówią gdzie ich interes ekonomiczny. Lewica nie powinna jeszcze wpisywać Euro na sztandar, tylko być otwartą na dalsze rozmowy. To nie jest wielka ida której szukamy.

    1. Nigdy nie ma cudownego czasu, gdy wszystkie problemy są rozwiązane, a do pewnych rzeczy być może nigdy nie dojdziemy jak płace na europejskim poziomie, to znaczy jakim ? Grecji, Hiszpanii, czy Niemiec, Luksemburga, bo często nawet na poziomie kraju dochody są dość mocno rozwarstwione jak choćby Północy do Południa Włoch.
      Dla lewicy Euro i UE staje się trochę ostatnią deską ratunku w dodatku traktowaną jako pewien dogmat i zaklęcie, tymczasem w samej UE lewica, także traci powoli rację bytu, nie mówiąc już o władzy w kolejnych krajach.

  9. Gdybym miał uczciwie stawiać własne pieniądze to wydaje mi się, że w dającej się przewidzieć przyszłości, a więc kilkunastu lat nie wejdziemy do strefy Euro i PiS będzie cały czas rządzić, czy nawet jeśli byłoby w opozycji to dalej byłoby na tyle silne, że zablokuje zmiany konstytucji, więc po co dyskutować o czymś co się nie zdarzy i to w logice pewnych mitów i zaklęć ?
    Pewien bilans korzyści i strat wejścia do strefy Euro zmienił się na tyle, że dziś już nie jest to decyzja oczywista, jednoznaczna, dwa stawiam na to, że problemy Włoch, Francji, ciągłe utrzymywanie Grecji na kroplówce to raczej pociągnie kraje starej UE w dół, niż pozwoli im gdzieś nam uciec ku jakiejś rzekomej integracji 2.0 – to jest pewien wygodny mit – granie na strachu, że zostaniemy na jakiś peryferiach UE.
    Złośliwie dodam, że lepiej być na peryferiach, niż w oku cyklonu – a skoro Beppe Grillo może rządzić we Włoszech to nie ma żartów.
    Nie da się wymyślić lidera i nowej narracji, gdy rzeczywistość skrzeczy – choć autorzy KP robią tak od kilkunastu lat.
    Polska się zmieniła, Europa się zmieniła i nie ma prostego powrotu do tego co było w tym do wielu dogmatów choćby strefy Euro. Ekonomicznie to się nam dziś nie opłaca i jest to raczej jakiś listek figowy integracji.

  10. „tak uciążliwa dla reszty krajów przewaga niemieckiego eksportu nad importem w ramach strefy euro obniżyła się, ale minimalnie.”

    Obniżyła się bo Grecy i Włosi już nabrali tyle kredytów że nie mają za co kupować niemieckich towarów. Stąd parcie na przyjęcie nowych, jeszcze niezadłużonych krajów do strefy euro. Jeżeli Niemcom dalsze rozszerzanie się nie uda, to w ciągu jednego weekendu wrócą do deutsche mark. Był szok Nixona, będzie szok Merkel.

    1. Przecież niemiecki eksport to zjawisko globalne, a nie tylko w ramach UE – gdzie waga takich rynków jak Brazylia, Indie, Chiny jest dużo większa, niż np Grecji, czy Portugalii – nie da się zastąpić Mercedesa, niemieckich obrabiarek, produktów premium tym co produkują np Greccy, to kwestia kanonu gospodarki, a nie problem monetarny.
      Jeśli np źle idzie w koncernie VW to beneficjentem tej sytuacji jest drugi producent samochodów na świecie czyli Toyota, a nie gospodarki innych krajów strefy Euro. Wydaje mi się, że raczej wyrzucą kogoś dla przykładu ze strefy Euro i będzie miało efekt odstraszający i wymuszający reformy choćby na takiej Francji, która jest strasznie oporna.

      1. Skąd Chińczycy mają euro na Mercedesy? Bo sami Niemcy kupują „made in china”. Za co Europejczycy kupują mercedesy? Za kredyty z Frankfurtu nad Menem. Do czasu. A tymczasem FIAT popada w kłopoty.

        1. Większość samochodów w UE jest kupowanych w kredycie i leasingu i każdy producent ma swój bank – firmę finansową do wsparcia sprzedaży nie inaczej jest w przypadku Fiata. We Frankfurcie nad Menem jest siedziba EBC – ale bank jest kierowany przez Włocha
          i reprezentuje całą strefę Euro, nie próbujmy polityką monetarną rozwiązywać problemów fundamentalnych.
          Dewaluacja własnej waluty i tak osiągana konkurencyjność jest na chwilę, po za tym Ci którzy to dziś proponują, totalnie unikają dyskusji o kosztach, dzieję się to w krajach, które często dość sztucznie podnosiły płacę minimalną w Euro, bo rzekomo wszyscy mieli zarabiać tyle co w najbogatszych krajach UE – patrzy Niemcy, Holandia – i co te społeczeństwa przełknęłyby kolejne dewaluacje w tym trzeba liczyć np wzrost ceny paliw, które są importowane ?

          1. Na euro to mogą sobie pozwlić ci z NRD. Reszta musi dewaluaować… Albo likwidować interes.