Gospodarka

Stiglitz: Prawdziwa cena nierówności społecznych

W jaki sposób podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości?

Od początku recesji upłynęło już ponad pół dekady. Coraz bardziej zwiększa się deficyt miejsc pracy, czyli różnica między ich faktyczną liczbą a poziomem zatrudnienia w normalnie funkcjonującej gospodarce. Dochody zwykłych Amerykanów są coraz niższe. Gdy gospodarcze spowolnienie się przedłuża, coraz boleśniej odczuwalne są nakładające się na siebie skutki trwałych nierówności, braku bezpieczeństwa socjalnego i bardziej drastycznych planów oszczędnościowych.

Najzamożniejszym, rzecz jasna, nadal przychodzi z pomocą Rezerwa Federalna. Wprowadzone przez nią niskie stopy procentowe miały służyć podniesieniu kursów akcji. Ich ceny wróciły dziś do poziomu sprzed kryzysu (choć nadal są niższe, jeśli uwzględnić inflację). Wszyscy, którzy mieli środki i odwagę, by pozostać na rynku, złapali drugi oddech. Pięć procent najbogatszych Amerykanów, w których rękach jest ponad dwie trzecie akcji należących do wszystkich amerykańskich gospodarstw domowych, znów świetnie sobie radzi. Najbogatsi przez cały czas posiadali lwią część dochodu całego społeczeństwa. Nawet zazwyczaj wychwalający zalety wolnego rynku „The Economist” zauważył, że „[w] Stanach Zjednoczonych udział dochodu narodowego przypadający najbogatszemu 1 promilowi Amerykanów (w przybliżeniu 16 tysiącom rodzin) wzrósł z około 1 procenta w 1980 roku do prawie 5 procent dzisiaj – czyli dziś 1 promilowi najbogatszych Amerykanów przypada w udziale jeszcze więcej niż w tak zwanym pozłacanym wieku (Gilded Age)”. Warren Buffet, jeden z superbogaczy, który zrozumiał, że skrajne nierówności wyrządzają Ameryce ogromne szkody, jesienią 2012 roku na łamach „New York Timesa” zilustrował te rozbieżności innymi liczbami: 400 najbogatszych Amerykanów w 2009 roku (ostatnim, dla którego amerykański urząd podatkowy dostarczył dane) zarabiało w godzinę 97 tysięcy dolarów, co oznacza, że od 1992 roku ich zarobki wzrosły ponad dwukrotnie.

Średnio zamożni i ubodzy, których większość majątku stanowią ich domy, nie radzili sobie już tak dobrze.

Z niedawno opublikowanych danych wynika, że w czasie recesji, od 2007 do 2010 roku, mediana majątku – majątku osób średnio zamożnych – spadła prawie o 40 procent, do poziomu odnotowanego po raz ostatni na początku lat dziewięćdziesiątych. Akumulacja amerykańskiego majątku trafiła w całości do najbogatszych. Gdyby biedni korzystali z przyrostu majątku Stanów Zjednoczonych w tym samym stopniu, co pozostali Amerykanie, zamożność tych pierwszych w ostatnich dwóch dekadach musiałaby wzrosnąć o mniej więcej 75 procent. Dane pokazują również, że ubodzy ucierpieli w ostatnim kryzysie jeszcze bardziej niż średnio zamożni. Przed kryzysem średnia wartość majątku najuboższych 25 procent Amerykanów wynosiła minus 2,3 tysiąca dolarów. Po kryzysie zmniejszyła się ona sześciokrotnie – do minus 12,8 tysiąca dolarów.

Nic dziwnego, że przedłużająca się dekoniunktura gospodarcza doprowadziła do stałego spadku wynagrodzeń: tylko od 2010 do 2011 roku realna płaca mężczyzn obniżyła się o 1 procent, a kobiet – o 3 procent. Podobnie zmniejszyły się dochody przeciętnego Amerykanina. Skorygowana o inflację mediana dochodów gospodarstwa domowego w 2011 roku (ostatni rok, z którego mamy dane) wynosiła 50 054 dolary i była niższa niż w 1996 roku (50 661 dolarów).

Pokazałem wyżej, że gospodarstwa domowe, których członkowie przeszli tylko niższe szczeble edukacji, radzą sobie jeszcze gorzej i że ich poziom życia w ostatnim czasie wyraźnie się obniżył. Te niepokojące tendencje pogłębiania się dochodowych i majątkowych nierówności Amerykanów bledną przy jeszcze bardziej niepokojących danych dotyczących ich zdrowia. W miarę poprawiania się jakości opieki zdrowotnej średnia długość życia w Stanach Zjednoczonych od 1990 do 2000 roku wzrosła przeciętnie o dwa lata. Jednak takiego postępu nie odnotowano wśród najbiedniejszych Amerykanów, a wśród biednych kobiet długość życia wręcz uległa skróceniu.

Dziś średnia długość życia Amerykanek jest najniższa spośród wszystkich kobiet z krajów rozwiniętych. Poziom wykształcenia, który często ma związek z wysokością dochodów i pochodzeniem etnicznym, jest istotnym i coraz ważniejszym wskaźnikiem średniej długości życia. Białe nie-Latynoski z wyższym wykształceniem żyją średnio dziesięć lat dłużej niż czarne lub białe kobiety bez dyplomu wyższej uczelni. Średnia długość życia białych nie-Latynosek niemających wyższego wykształcenia spadła w latach 1990–2008 o mniej więcej pięć lat. Tylko nieco mniej dramatycznie przedstawia się sytuacja mężczyzn bez wyższego wykształcenia, których życie w tym samym czasie skróciło się o trzy lata.

Spadek dochodów i obniżenie się poziomu życia często idą w parze z mnóstwem innych społecznych problemów: niedożywieniem, narkomanią i pogorszeniem jakości życia rodzinnego – a te odbijają się na zdrowiu i długości życia.

Dlatego skracająca się średnia długość życia uważana jest za istotniejszy wskaźnik niż dane dotyczące dochodów. W Rosji po upadku żelaznej kurtyny spadły dochody obywateli, ale o tym, w jak trudnej znaleźli się sytuacji, chyba lepiej świadczyły dane pokazujące, że drastycznie skróciła się tam średnia długość życia. Nic dziwnego, że specjaliści z dziedziny opieki zdrowotnej dopatrują się podobieństw między ostatnimi niepokojącymi danymi ze Stanów Zjednoczonych a tym, co stało się wówczas w Rosji. Jak zauważył Michael Marmot, dyrektor londyńskiego Instytutu ds. Równego Dostępu do Służby Zdrowia (Institute of Health Equity, IHE) i główny znawca problematyki związków między wysokością dochodów a zdrowiem, „skrócenie o pięć lat średniej długości życia białych Amerykanek jest porównywalne z katastrofalnym spadkiem średniej długości życia mężczyzn w Rosji po upadku Związku Radzieckiego, który wynosił siedem lat”. Różne są poglądy co do przyczyn takich głębokich przemian, ale ważnym czynnikiem (nie dość wyraźnie widocznym w statystykach dotyczących dochodów) jest coraz gorszy dostęp do opieki zdrowotnej wśród najbiedniejszych warstw społeczeństwa. Zaradzenie temu stanowi rzeczy było jednym z głównych celów reformy systemu ubezpieczeń zdrowotnych prezydenta Obamy (ObamaCare), jednak niedawny wyrok Sądu Najwyższego przyznaje stanom prawo do wycofania się z rozszerzonej wersji systemu Medicaid (pomocy medycznej dla osób o niskich dochodach) bez utraty środków z budżetu państwa, co oznacza, że prawdopodobnie znaczna część populacji nadal nie będzie ubezpieczona.

„Debata” o nierównościach

Podróżując po świecie, czytałem recenzje tej książki [Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości? – przyp. red.] i podnosiło mnie na duchu, że tak rzadko podawano w wątpliwość jej główne tezy. Trudno było zaprzeczyć rozmiarom nierówności i brakowi perspektyw na odniesienie sukcesu. Naukowcy jak zwykle zaczęli wysuwać drobne zastrzeżenia: nierówności mogą się wydawać nieco mniejsze, jeśli uwzględnimy programy Medicare, Medicaid i ubezpieczenia zdrowotne opłacane przez pracodawców. Co prawda zwiększono wydatki na te cele, ale było to podyktowane głównie rosnącymi kosztami opieki medycznej. W każdym razie nie znaczy to, że wzrosły kwoty świadczeń. Z kolei dane o nierównościach miałyby znacznie gorszy wydźwięk, jeśli uwzględnilibyśmy w nich wzrost niepewności ekonomicznej. Równie trudno było zaprzeczyć, że Stany Zjednoczone nie są już krajem, w którym każdy może przejść drogę od pucybuta do milionera opisywaną przez Horatio Algera w jego powieściach. Nikt też nie próbował obalić twierdzenia, że znaczna koncentracja majątku w rękach najbogatszych jest rezultatem tak zwanej pogoni za rentą (rent seeking), w tym korzyści czerpanych przez monopolistów i wygórowanych zarobków części kadry kierowniczej, zwłaszcza w sektorze finansowym. Jak można było się spodziewać, kilku krytyków (na przykład były przewodniczący Konfederacji Przemysłu Brytyjskiego CBI) twierdziło, że zbyt mało uwagi poświęciłem czynnikom rynkowym i – co za tym poszło – za bardzo skupiłem się na zjawisku pogoni za rentą. Jak wyjaśniam w tekście, spośród wszystkich czynników powodujących powstawanie nierówności nie da się tak naprawdę wyróżnić jednego, a następnie określić stopień jego oddziaływania, ponieważ nierówności powstają w wyniku najrozmaitszych powiązanych ze sobą sił. W tej kwestii nie unikniemy różnicy zdań. Jak jednak podkreślam, rynki nie funkcjonują w próżni – są kształtowane przez politykę, i to często w sposób przynoszący korzyść najbogatszym. Ponadto, choć zapewne niewiele jesteśmy w stanie zrobić, by zmienić kierunek sił rynkowych, możemy ograniczyć pogoń za rentą. A w każdym razie moglibyśmy, gdybyśmy tylko prowadzili właściwą politykę.

Najbardziej pokrzepiające było dla mnie to, że do dyskusji o nierównościach włączyły się najbardziej konserwatywne czasopisma.

„The Economist” w doskonałym raporcie specjalnym zwrócił uwagę, jak bardzo w Stanach Zjednoczonych pogłębiły się nierówności i skurczyły się szanse odniesienia sukcesu, zgodził się z większością moich diagnoz i proponowanych przeze mnie rozwiązań. Autorzy tego raportu podobnie jak ja zauważyli, że za nierówności w Ameryce ‒ zwłaszcza te związane z szybkim przyrostem zamożności najbogatszych ‒ odpowiadają zyski czerpane z rent, po czym wysnuli wniosek, że „nierówności osiągnęły poziom, w którym stają się nieefektywne i hamują wzrost”. Podzielający moje zaniepokojenie brakiem równości szans w Stanach Zjednoczonych autorzy powołali się na badania Seana F. Reardona z Uniwersytetu Stanforda, które dowodzą, że

„różnice w wynikach szkolnych między bogatymi a biednymi amerykańskimi dziećmi są dziś o mniej więcej 30–40 procent większe, niż były 25 lat temu”.

Z tego powodu proponowane przez „The Economist” rozwiązania oprócz „krytyki monopoli i grup interesów” skupiały się na sposobach zwiększenia mobilności ekonomicznej, takich jak „edukacja przedszkolna, a także zwiększenie szans bezrobotnych na przekwalifikowanie zawodowe”. Dostrzeżono nawet potrzebę wprowadzenia bardziej progresywnego opodatkowania, w tym konieczność „zmniejszenia różnic między stawkami podatkowymi od wynagrodzeń i stawkami podatkowymi od zysków kapitałowych, a także większego nacisku na stworzenie efektywnego systemu podatkowego, który do tej pory jest zasilany przez bogatych w nieproporcjonalnie małej części, między innymi w zakresie podatku majątkowego”.

Bardziej ożywiona dyskusja wywiązała się wokół argumentacji (jasno wyłożonej w książce wydanej niedługo po Cenie nierówności) [chodzi o Unintended Consequences: Why Everything You’ve Been Told About the Economy Is Wrong Edwarda Conarda ‒ przyp. red.] będącej kolejnym wariantem ekonomicznej teorii skapywania (trickle-down economics), czyli spływania korzyści w dół. W tej nowej wersji starego mitu bogaci tworzą miejsca pracy, więc jeśli dać im więcej pieniędzy, pracy będzie więcej.

Paradoks polega na tym, że autor wspomnianej książki, podobnie jak popierany przez niego kandydat na prezydenta, pracował w prywatnym funduszu kapitałowym znanym z hołdowania modelowi biznesowemu, na który składały się przejęcia spółek, kumulowanie długów, a także „restrukturyzacje” w postaci grupowych zwolnień i próby sprzedaży własnych udziałów niedługo przed bankructwem firmy. Oczywiście w gospodarce działają również prawdziwi innowatorzy tworzący miejsca pracy, ale nawet firma będąca symbolem amerykańskiego sukcesu, czyli Apple, której rynkowa wartość w 2012 roku przewyższała wartość General Motors u szczytu powodzenia, zatrudniała w Stanach Zjednoczonych tylko 47 tysięcy pracowników. W zglobalizowanym świecie tworzenie wartości rynkowej stało się czymś zupełnie niezależnym od tworzenia miejsc pracy. Nie było żadnego powodu, by twierdzić, że większe pieniądze dane bogatym Amerykanom przełożą się na wzrost poziomu inwestycji w Stanach Zjednoczonych: pieniądze idą tam, gdzie jest perspektywa największej rentowności, a przy kryzysowej sytuacji w USA rentowność inwestycji jest zwykle większa na rynkach wschodzących. A nawet jeśli firmy inwestują w Stanach Zjednoczonych, to nie musi się z tym wiązać tworzenie nowych miejsc pracy. Wiele z tych inwestycji jest podejmowanych z zamiarem likwidacji miejsc pracy, a więc polega na kupowaniu maszyn, które mają zastąpić siłę roboczą.

Uderzające jest to, że w okresie największego rozkwitu niczym nieskrępowanego kapitalizmu, czyli w pierwszych latach naszego wieku, kiedy nierówności pogłębiane przez szybkie bogacenie się najbogatszych osiągnęły rozmiary niespotykane w historii, nie tworzono żadnych miejsc pracy w sektorze prywatnym. A jeśli pominiemy budownictwo żywiące się bańką spekulacyjną na rynku nieruchomości, dane te przedstawiają się jeszcze gorzej.

Nie dość, że pieniądze spływające do najbogatszych nie są przeznaczane na tworzenie nowych miejsc pracy i innowacje, to jeszcze części z nich używa się do psucia polityki, zwłaszcza w tej nowej, zapoczątkowanej przez organizację Citizens United, epoce niekontrolowanych wydatków na kampanie wyborcze. Okazało się bowiem ponad wszelką wątpliwość, że bogactwo jest powszechnie wykorzystywane do zdobywania przewagi w pogoni za rentą i do utrwalania nierówności przy użyciu środków politycznych.

**

Jest to fragment książki Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości? Josepha Stiglitza.

Joseph Stiglitz, Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości? Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015.

Rosnące nierówności szkodzą wszystkim: przyczyniają się do kryzysów ekonomicznych, zmniejszają produktywność społeczeństwa i osłabiają wzrost gospodarczy. Niepewność jutra, słaby system edukacji i ochrony zdrowia, kryzys mieszkaniowy – to też wszystko sprawa nierówności. To przez nie społeczeństwa nie wykorzystują pełni swojego potencjału. Zamiast żyć, uczyć się, pracować i uczestniczyć w demokracji, walczą o kawałki z coraz mniejszego tortu.

To wszystko oczywiście znane fakty, opisane w wielu głośnych książkach. Czasem jednak wydaje się, że wzrost nierówności to wynik działalności żywiołów naturalnych i nic nie da się na to poradzić. Joseph Stiglitz przekonuje, że to zupełnie nie tak. To że przeważająca część bogactwa należy do zaledwie jednego procenta społeczeństwa to nie kwestia praw natury, ale decyzji politycznych i wpływu osób i instytucji, które „pogoń za rentą” nazywają „wolnym rynkiem”.

 

**Dziennik Opinii nr 2/2016 (1152)

Bio

Joseph E. Stiglitz

| Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii
Ekonomista, laureat Nagrody Nobla z ekonomii w 2001. Profesor Columbia University. Był szefem Zespołu Doradców Ekonomicznych Prezydenta Stanów Zjednoczonych i głównym ekonomistą Banku Światowego.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!