Gospodarka

Modlitwa o start-up

V4

Rok temu, gdy obiecywano polską „Dolinę Krzemową”, ostrzegaliśmy, że próba prostego kopiowania rozwiązań amerykańskich nie tylko nie ma szans powodzenia, ale byłaby w warunkach Polski wręcz przeciwskuteczna. Można odnieść wrażenie, że minister Morawiecki tych ostrzeżeń posłuchał.

Będziemy teraz innowacyjnym państwem. Przynajmniej takie zapowiedzi płyną z hucznego Kongresu innowatorów z Europy Środkowo-Wschodniej, CEE Innovators Summit. Zgromadzili się na nim politycy, przedstawiciele biznesu technologicznego i funduszy inwestycyjnych, z honorami została przyjęta profesor Mariana Mazzucato, autorka głośnej i arcyważnej dla dyskusji o technologiach książki Przedsiębiorcze państwo. Wszystko pięknie.

Przypominam sobie, że innowacyjnym państwem mieliśmy być już w poprzedniej kadencji. Moja ulubiona anegdota, która podsumowuje tamte starania, opowiada o pewnej aplikacji, która zdobyła ministerialne dofinansowanie, a jej adresatami byli wędkarze. Otóż aplikacja miała pokazywać na ekranie smartfona wizerunki rybek z hasłowymi informacjami o nich, jak na przykład, kiedy jest tarło. Wyobrażam sobie, z jaką rozkoszą wytrawni wędkarze, szarpiąc kij, sięgają lewą ręką do kieszeni po smartfon, żeby sprawdzić, co też właśnie łapie przynętę i czy aby nie trafili na okres ochronny, mokrym paluchem przesuwając kolejne przepływające przez ekran rybki – sam z wkurzenia chyba rzuciłbym telefonem do wody. O ile wcześniej podczas korzystania z aplikacji sam razem z telefonem nie wypadłbym najpierw za burtę.

Sutowski: Zapomniana rola państwa

Oczywiście, każdy chyba bez wyjątku konkurs grantowy lub plan dofinansowania przedsięwzięć biznesowych niesie ze sobą ryzyko podobnej kompromitacji – ktoś zbyt łatwo uwierzy w rozdmuchane obietnice wyspecjalizowanych w ich składaniu PR-owców, ktoś inny źle oszacuje potencjał rozwoju projektu, a ktoś to wszystko w pośpiechu podpisze i da urzędowe błogosławieństwo. Jeśli państwo jest inwestorem, to popełnia też błędy – profesor Mazzucato pisze w swojej książce, że wbrew obiegowym opiniom, rządowe inwestycje i projekty badawcze okazują się często odważniejsze i w dalekim planie przynoszą społeczeństwu dużo większy pożytek niż doraźne i efektowne plany korporacyjnych „solucjonistów”. Choć oczywiście każda porażka i wtopa kłuje w oczy dużo bardziej – bo mówimy wszak o publicznych pieniądzach, nie wyssanych z bańki funduszy inwestycyjnych, którzy nie mają najmniejszego problemu, żeby nawet najbardziej absurdalne i fantastyczne scenariusze lekką ręką dotować milionowymi sumami.

Na kongresie minister Morawiecki razem z prof. Mariną Mazzucato przedstawiali zasadniczo słuszną wizję państwa jako motoru innowacji technologicznej i fundamentu dla bardziej organicznego rozwoju technologii, gdzie sektor prywatny ma lepiej nie z powodu zupełnego spuszczenia ich ze smyczy regulacji, ale dlatego, że polityka państwowa dba o standardy pracy, infrastrukturę, politykę rodzinną i tak dalej. Co ciekawe, chyba nawet minister Gowin nie powiedział niczego skandalicznego, a prezydent Duda miał również (o ile się wczytałem) wartościowe przemówienie. Rok temu – gdy obiecywano polską „Dolinę Krzemową” – ostrzegaliśmy na tych stronach, że próba prostego kopiowania rozwiązań amerykańskich nie tylko nie ma szans powodzenia, ale byłaby w warunkach Polski wręcz przeciwskuteczna, bo wzmocniłaby tylko uzależnienie polskiego sektora technologii od silniejszych graczy i od nieprzewidywalnych kaprysów rynku. Po roku można odnieść wrażenie, że minister Morawiecki tych ostrzeżeń posłuchał. Wielokrotnie na przykład przypominał, że w Polsce nie ma takiego kapitału, który pozwoliłby na tak hojne (i rozrzutne) inwestycje, na jakie może pozwolić sobie amerykański fundusz inwestycyjny, który lekką ręką i z dużym ryzykiem strat może wręcz kolekcjonować ambitne, młode firmy z nadzieją, że jedna na sto albo tysiąc spełni pokładane w niej nadzieję. Przekonywał zaś, że to, co mamy, to zdolnych absolwentów i absolwentki uczelni, chłonny rynek i wielki kapitał talentu. Zgoda. Co więc właściwie powinno budzić wątpliwości?

Nie bójmy się start-upów, tylko „Doliny Krzemowej nad Wisłą”

Problem jest następujący: gdy plan jest w swoich założeniach tak słuszny i obiecujący, że zgadzają się z nim wszyscy, należy się zapytać, czy wszyscy zgadzają się z nim z tych samych powodów? Albo inaczej: która z różnorodnych grup interesu wleje treść w formę „innowacyjnej Polski” czy „innowacyjnego Wyszechradu”? Wiemy doskonale, że gdy na przykład  o współpracy nauki z biznesem jako czymś pożytecznym mówią zarówno rektor uczelni i szefowa organizacji przedsiębiorców, niekoniecznie mają to samo na myśli. Dla uczelni korzystne są inwestycje, programy stażowe, obietnica pracy dla absolwentów i budowanie jej prestiżu; dla biznesu i (neo)liberalnych wizjonerów nowoczesnego szkolnictwa istotne jest dostosowanie programów do ich wymogów, przerzucenie na państwo kosztów mało „rynkowych” badań podstawowych i teoretycznych, przy jednoczesnym administracyjnym przymusie, aby uczelnie wykazywały swoją „przydatność” dla gospodarki i dostarczały gotowych rozwiązań dla rynku, za które zapłacą podatnicy. Jeden cel potrafi wygenerować skrajnie odmienne podejścia.

Gdy plan jest w swoich założeniach tak słuszny i obiecujący, że zgadzają się z nim wszyscy, należy się zapytać, czy wszyscy zgadzają się z nim z tych samych powodów?

Wśród grup zainteresowanych innowacyjnymi planami rządu są oczywiście także i takie, które „dobry klimat dla innowacji” rozumieją jako ulgi podatkowe, obniżki podatków i jeszcze raz ulgi podatkowe. Zdają się wychodzić z założenia, że to obciążenia podatkowe blokują firmy przed inwestowaniem w badania i rozwój, a państwo nie tworzy wystarczająco wiele „ułatwień” dla początkujących firm, które przez to nie rozwijają się natychmiast w globalnych graczy. Wprowadzona w tym roku tzw. „mała ustawa o innowacjach” zdaje się podążać właśnie za tym prądem myślowym. Jak podaje Polskie Radio:

„Ustawa, która zaczęła obowiązywać na początku tego roku, przewiduje między innymi zniesienie podatku dochodowego od własności intelektualnej wnoszonej do spółki, a także daje możliwość odliczenia od podatku kosztów uzyskania patentu przez małe i średnie przedsiębiorstwa.

Nowe przepisy zwiększają również kwoty kosztów kwalifikowanych wydatków na badania i rozwój, które można odliczyć od podatku. Duże firmy będą mogły odliczyć 50 proc. wydatków osobowych i 30 proc. pozostałych kosztów związanych z działalnością badawczo-rozwojową, a dla mikro-, małych i średnich firm odliczenia te wyniosą do 50 proc. Ustawa wydłuża również dwukrotnie, do sześciu lat, okres, w którym przedsiębiorca będzie mógł odliczyć koszty poniesione na działalność B+R.”

Czyli dokładnie to, co w Przedsiębiorczym państwie Marina Mazzucato… odradza. Ulgi podatkowe od badań niekoniecznie powodują, że firmy wcześniej niezainteresowane lub finansowo niezdolne do ich prowadzenia nagle zaczną się nimi interesować. Nie gwarantują też bynajmniej że większymi beneficjentami nie będą wcale ci, którzy i tak już wydają więcej na badania i rozwój, a nie debiutanci. Wreszcie: tworzy pole do nadużyć, bo do badań i rozwoju będzie można zaliczać, dla potrzeb „optymalizacji”, więcej kosztów, co wcale nie oznacza, że badania i rozwój przedsiębiorstwa nagle ruszą. Obniżanie podatków nowym biznesom tylko dlatego, że mają jakiś szczególny nimb nowości (posługują się wszak słowem „innowacyjny”) zdradza też życzeniowe – lub wręcz magiczne – myślenie o rozwoju, w którym zaklęcia, jak „start-up” czy „innowacje”, są równie ważne, jeśli nie ważniejsze, niż potencjał i miejsce w gospodarczej układance debiutujących podmiotów na rynku technologii.

To, jak innowacyjny Wyszehrad uda się w bliższej lub dalszej przyszłości stworzyć, zależy nie tylko od założeń – które w swojej ogólnikowości są słuszne – i zmiennych gospodarczych, ale praktyki. Praktyka polityki dotacyjnej PiS-u akurat woła o karę i wieczne potępienie – fundusze publiczne rozdawane są bez poszanowania procedur, z klucza partyjnego i ideologicznego, w niektórych momentach ich przyznawanie wygląda na usankcjonowany prawem nepotyzm i polityczną korupcję. PiS jest w stanie „ukarać” nawet inicjatywy prawicowe i konserwatywne za niewystarczające poparcie dla ich linii, jednocześnie angażując szereg spółek skarbu państwa w przelewanie pieniędzy innym, które i tak radzą sobie dobrze – na współpracy z publicznymi firmami zarabiają dziś bynajmniej nie start-upy, ale zaplecze PiS-u od „Tygodnika Solidarność” przez markę odzieżową Red is Bad, po spółki medialne senatora Biereckiego.

Nie zdziwiłoby nikogo, gdyby w kolejnym rozdaniu środków na innowacje wielotysięczne zapomogi dostali wszyscy twórcy „patriotycznych” i pseudo-religijnych inicjatyw, jacyś Żołnierze Wyklęci w wirtualną rzeczywistość zaklęci oraz apka różańcowa – zresztą, to już się dzieje. Aktywna rola państwa w kulturze pokazuje, jak daleko wspieranie oddolnych inicjatyw faktycznie różni się od choćby założeń programów w stylu „Patriotyzm jutra”. Można mieć nadzieję, że w technologiach będzie inaczej, a obietnice prezydenta Dudy potraktować serio, kiedy mówi, że będzie promował młode polskie biznesy podczas swoich zagranicznych podróży. Za tymi obietnicami powinna jednak pójść praktyka, i to z niej będzie można dzisiejsze zapowiedzi rozliczać. Póki co, minister jeszcze nie wdraża podejścia, o którym sam mówi, a ster trzyma (jeśli ktokolwiek go trzyma) raczej niewidzialna ręka tnąca podatki.

Choć jest jeszcze jedna instancja, do której można się zwrócić o pomoc. Wystartowała właśnie akcja „StartupnaMaxa”, czyli „inicjatywa ustanowienia św. Maksymiliana Kolbego patronem przedsiębiorców i startup-ów”. Być może o dofinansowanie będzie można pomodlić się także online albo za pomocą odpowiedniej ilości lajków na fejsie.

Bio

Jakub Dymek

| Publicysta Krytyki Politycznej
Kulturoznawca, dziennikarz i publicysta Dziennika Opinii Krytyki Politycznej. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki politycznej na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej". Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce był w 2015 roku nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

Można wiedzieć, co to jest 'bańka funduszy inwestycyjnych'? Jeśli fundusz ma pieniądze od inwestorów, którzy je zaoszczędzili, to nie jest 'bańka', tylko środki ograniczonej konsumpcji. Jeśli natomiast chodzi pieniądze wygenerowane przez politykę monetarną państwa, to jest bańka, ale nie funduszy, tylko państwa. Dotowanie przedsiębiorców przez biedne państwo pieniędzmi uzyskanymi od biednych pracowników jest oczywiście kuriozalnym pomysłem lewicowej myśli.

Panie Jakubie, wszystko fajnie, ale wyśmiewać aplikację dla wędkarzy zdradza tylko Pana kompletną nieznajomość rynku SU i aplikacji, na którym łapanie pokemonów w terenie przez dorosłych ludzi czy nagrywanie 10 sekundowych filmików które zostają automatycznie wymazane przez aplikację kiedy się tylko je obejrzy mogą w ciągu bardzo krótkiego czasu zdobyć bardzo dużą kapitalizację. Nie żebym się mądrzył. Wskazuję tylko, że właśnie takie mądrzenie się ze strony Pana doprowadziło do wielu głupot w historii biznesu - typu nie poznanie się na Apple czy Google kiedy można było je przejąć i zrobić wielki biznes.