Gospodarka

Skidelsky do liberałów: Protekcjonizm Trumpa was mierzi? Pokażcie mi alternatywę

Jean-Claude Juncker, Donald Trump i Donald Tusk.

Na końcu tunelu wolnego handlu nie czeka was żaden „garnek złota”.

LONDYN – Liberalne obrzydzenie wobec zakłamanej i nieudolnej polityki amerykańskiego prezydenta przerodziło się w dogmatyczną obronę rynkowej globalizacji. W oczach liberałów wolny handel towarami i usługami oraz swobodny przepływ kapitału i siły roboczej są bowiem nierozerwalnie związane z polityką liberalną; na podobnej zasadzie nieodłącznym elementem chorej polityki Trumpa jest realizowany pod hasłem „America First” protekcjonizm.

Takie założenie to jednak niebezpieczny błąd. W rzeczywistości bowiem największą szansę na zniszczenie polityki liberalnej tworzy nieustępliwa wrogość wobec ochrony rynku – w końcu gwałtowny rozwój „demokracji nieliberalnej” na Zachodzie jest bezpośrednim skutkiem strat (liczonych w wartościach bezwzględnych i względnych) poniesionych przez zachodnich robotników w wyniku nieustannego forsowania globalizacji.

Rodrik: Protekcjonizm Trumpa? To tylko tani chwyt

Liberalna opinia publiczna w tych sprawach opiera się na dwóch potocznych założeniach: że wolny handel jest korzystny dla wszystkich jego uczestników (a więc kraje, które go realizują, osiągać będą lepsze wyniki niż te, które ograniczają import i kontakty z resztą świata) oraz że swoboda handlu towarami i eksportu kapitału to element konstytucji wolności. Liberałowie zazwyczaj ignorują kruchość intelektualną argumentacji i słabość historycznych dowodów na rzecz pierwszego z powyższych założeń, jak również szkody, jakie legitymacji politycznej rządów przynosi im wspieranie tego drugiego.

Wymiana handlowa między poszczególnymi krajami istniała od zawsze, ponieważ zasoby naturalne nie są równomiernie rozmieszczone po całym świecie. Adam Smith pytał: „Czy słuszne byłoby prawo, które zakazywałoby przywozu wszelkich obcych win tylko dlatego, aby zachęcić do wyrobu win bordoskich lub burgundzkich w Szkocji?”. W przeszłości to właśnie korzyść bezwzględna – import tego, czego dany kraj nie jest w stanie sam wyprodukować lub czego produkcja wymagałaby zbyt wysokich nakładów – zawsze stanowiła główny motyw handlu.

Naukowe argumenty za wolnym handlem opierają się jednak na znacznie bardziej subtelnej i kontrintuicyjnej teorii przewagi komparatywnej, zaproponowanej przez Davida Ricardo. Kraje pozbawione złóż węgla z oczywistych względów nie mogą go wydobywać. Biorąc jednak pod uwagę tylko produkcję tych dóbr, których produkcja jest wprawdzie możliwa, ale nie optymalna (jak np. wino w Szkocji),, Ricardo wykazał, że ogólny dobrobyt wzrośnie już wówczas, jeśli kraje w bezwzględnie niekorzystnej sytuacji (wszystko, co produkują, wymaga większych nakładów niż u partnera handlowego) wyspecjalizują się w wytwarzaniu tych dóbr, które wymagają u nich relatywnie najmniejszych nakładów.

Teoria przewagi komparatywnej znacznie poszerzyła zakres handlu uznawanego za korzystny, jednocześnie zwiększając jednak prawdopodobieństwo, że import zniszczy mniej efektywną produkcję krajową. Ową stratę produkcji danego kraju zepchnęło jednak na dalszy plan założenie, że wolny handel pozwoli na skuteczniejszą alokację zasobów i podniesie wydajność, a tym samym stopę wzrostu, „w perspektywie długoterminowej”.

Jednak to nie wszystko. Ricardo wierzył również, że ziemia, kapitał i praca – czyli to, co ekonomiści nazywają „czynnikami produkcji” – są nieodłącznie związane z danym krajem i nie można ich przemieszczać po całym świecie niczym zwykłe towary. Jak pisał w swych Zasadach ekonomii politycznej i opodatkowania, „doświadczenie (…) wykazuje, że emigrację kapitałów hamują urojone lub też istotne obawy o kapitał, który nie pozostawałby pod bezpośrednią kontrolą właściciela, oraz wrodzona każdemu niechęć do opuszczenia miejsca urodzenia i stosunków rodzinnych, do wyzbycia się starych przyzwyczajeń, do poddania się obcym władzom i nowym prawom. Uczucia te, których osłabienia bynajmniej nie pragnę, zniewalają większość ludzi zamożnych do poprzestawania raczej na niższej stopie zysków w kraju rodzinnym i nieszukania dla majątku lokaty bardziej zyskownej u obcych narodów” (przeł. dr. M. Bornstein-Łychowska).

Owa związana z ostrożnością przeszkoda dla eksportu kapitału znikła jednak wraz z pojawieniem się bezpiecznych warunków w innych częściach świata. W obecnych czasach emigracja kapitału doprowadziła zaś do emigracji miejsc pracy, ponieważ transfer technologii umożliwił przenoszenie produkcji krajowej za granicę, zwiększając tym samym potencjał utraty zatrudnienia.

Ekonomista Thomas Palley uważa właśnie przenoszenie produkcji za granicę za cechę wyróżniającą obecną fazę globalizacji. Nazywa to „ekonomią barki”: fabryki przemieszczają się między poszczególnymi krajami, szukając sposobów na obniżenie kosztów. Powstała cała infrastruktura prawna i polityczna stworzona po to, aby wspierać przeniesioną za granicę produkcję, której owoce są następnie importowane do kraju eksportującego kapitał. Palley słusznie uważa offshoring za celową politykę międzynarodowych korporacji, mającą na celu osłabienie krajowej siły roboczej i zwiększenie zysków.

Zdolność przedsiębiorstw do globalnej alokacji miejsc pracy zmienia charakter dyskusji o „korzyściach z handlu”. W rzeczywistości nie ma już bowiem żadnej gwarancji „korzyści”, nawet w dłuższej perspektywie czasowej, dla tych krajów, które eksportują technologie i miejsca pracy.

Pod koniec życia Paul Samuelson, autorytet amerykańskiej ekonomii i współautor słynnego twierdzenia Stolpera-Samuelsona o handlu przyznał, że jeśli kraje takie jak Chiny połączą zachodnią technologię z niższymi kosztami pracy, to handel z nimi doprowadzi do obniżenia płac na Zachodzie. Prawdą jest, że obywatele Zachodu będą mieli dostęp do tańszych towarów, ale możliwość zakupu żywności o 20 procent taniej w dyskontach typu Wal-Mart niekoniecznie zrekompensuje obniżenie wynagrodzeń. Na końcu tunelu wolnego handlu nie czeka zatem żaden „garnek złota”. Samuelson zastanawiał się nawet, czy „drobna nieefektywność” nie jest aby rozsądną ceną za ochronę tego, co „warto produkować” u siebie.

W 2016 roku „The Economist” przyznał, że „bilans krótkoterminowych kosztów i korzyści” wynikających z globalizacji jest „bardziej złożony niż zakładają to podręczniki”. W latach 1991–2013 udział Chin w światowym eksporcie wytwórczym wzrósł z 2,3 proc. do 18,8 proc. Niektóre kategorie amerykańskiej produkcji przemysłowej zostały całkiem wyeliminowane. Autorzy tekstu sugerują, że Stany Zjednoczone zyskają jednak „w ostatecznym rozrachunku”. Jednak na korzyści trzeba będzie poczekać „kilkadziesiąt lat”, a i wówczas nie rozłożą się równomiernie.

Nawet ekonomiści przyznający, że globalizacja przynosi straty, odrzucają protekcjonizm jako rozwiązanie. Jaką jednak proponują alternatywę? Jako środki zaradcze najczęściej wymieniają spowolnienie globalizacji oraz zapewnienie pracownikom czasu na przekwalifikowanie się lub przejście do bardziej wydajnych obszarów gospodarki. Jest to jednak słabe pocieszenie dla tych, którzy są skazani na życie w „pasach rdzy” lub na niskowydajne i niskopłatne miejsca pracy.

Liberałowie z pewnością powinni korzystać z prawa do krytykowania polityki Trumpa. Powinni jednak powstrzymać się od krytyki prezydenckiego protekcjonizmu, dopóki sami nie przedstawią lepszej propozycji.

**
Copyright Project Syndicate 2018. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Gucio.

Gréau: Europa potrzebuje protekcjonizmu

czytaj także

Bio

Robert Skidelsky

| Ekonomista, członek brytyjskiej Izby Lordów
Członek brytyjskiej Izby Lordów, emerytowany profesor ekonomii politycznej Uniwersytetu Warwick.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.