Gospodarka

Sekularna stagnacja – wyjaśnijmy nieporozumienia

Barack Obama i Bill Clinton

Dyrektor Rady Doradców Ekonomicznych w czasie tuż po wybuchu kryzysu ekonomicznego odpowiada na atak Josepha Stiglitza.

CAMBRIDGE – Joseph Stiglitz przedstawił niedawno krytykę „sekularnej stagnacji” twierdząc, jakoby pojęcie to w ogóle nie miało znaczenia dla amerykańskiej gospodarki, a przy okazji zaatakował działania, które podejmowałem w administracji prezydentów Billa Clintona i Baracka Obamy (chociaż nie wymienił mnie bezpośrednio z nazwiska). Nie jestem w tej sprawie bezstronnym obserwatorem, widzę jednak nie pierwszy raz, jak słabo ugruntowane są komentarze polityczne Stiglitza, zwłaszcza na tle solidności jego prac akademickich.

Stiglitz: Mit sekularnej stagnacji

Stiglitz powtarza za konserwatystami (np. za Johnem Taylorem), że „sekularna stagnacja” była fatalistyczną doktryną stworzoną jako wymówka dla słabych wyników gospodarczych w czasach Obamy. Tyle że nie ma racji. Teoria sekularnej stagnacji, jaką przedstawił po raz pierwszy Alvin Hansen, pod którą również i ja się podpisuję, głosi, że sektor prywatny sam z siebie może nigdy nie powrócić do stanu pełnego zatrudnienia, a więc zasadniczą rolę odgrywa public policy (czyli decyzje władz publicznych wpływające na gospodarkę – przyp. tłum). Wydaje mi się, że to samo zdanie podziela Stiglitz, więc tak naprawdę nie rozumiem jego ataków.

Za każdym razem, kiedy pisałem o sekularnej stagnacji, kładłem szczególny nacisk na to, że pojęcie nie ma być argumentem na rzecz fatalizmu, ale właśnie na rzecz polityki dążącej do zwiększania popytu, zwłaszcza poprzez ekspansywną politykę fiskalną. W 2012 roku przekonywałem razem z Bradem DeLongiem, że ekspansywna polityka fiskalna, czyli finansowanie wydatków publicznych z deficytu, powinna sama się spłacić. Podkreślałem też rolę rosnących nierówności w zwiększaniu oszczędności w gospodarce oraz rolę przemian strukturalnych związanych z odchodzeniem od produkcji o charakterze masowym na obniżaniu popytu.

A co z działaniami, które podjąłem pełniąc służbę publiczną? Stiglitz krytykuje administrację Obamy za to, że nie wprowadzono większego pakietu stymulacyjnego i tłumaczy to brakiem zrozumienia istoty procesów gospodarczych. Był jednym z sygnatariuszy listu otwartego z 19 listopada 2008 roku, pod którym podpisało się wielu czołowych progresywnych analityków, w tym James K. Galbraith, Dean Baker i Larry Mishel. Wzywali w nim do uruchomienia pakietu stymulacyjnego o wartości 300-400 miliardów dolarów, czyli… mniej niż połowa tego, co zaproponowała administracja Obamy. Widać więc, że z perspektywy czasu wszystko wydaje się bardziej oczywiste niż było wtedy.

Galbraith: Na normalność nie mamy co liczyć

Kiedy pracowałem w administracji gospodarczej Obamy uważaliśmy, że biorąc pod uwagę powagę sytuacji, potrzeba pakietu stymulacyjnego liczącego przynajmniej 800 miliardów dolarów, a zapewne i większego. Nowa polityczna ekipa prezydencka powiedziała nam, że musimy wygenerować jak najwięcej poparcia dla projektu dużego bodźca fiskalnego, bo zawrotne liczby, sięgające biliona dolarów, wywołają „szok” w systemie politycznym. Dlatego zaczęliśmy zachęcać rozmaitych ekonomistów, w tym Stiglitza, do przedstawiania wyższych szacunków, jeśli chodzi o możliwą stymulację gospodarki. Napisałem o tym w briefingu, który przygotowałem dla prezydenta Obamy.

Mimo popularności nowego prezydenta i wielkiej kampanii politycznej, naprawdę mało brakowało, by ustawa o pakiecie stymulacyjnym, czyli Recovery Act, nie przeszła w Kongresie. Nie widzę zatem podstaw do twierdzenia, że znacznie większy bodziec był w tamtym czasie realny. Do tego wysiłek na rzecz przeforsowania mocniejszego pakietu pociągałby za sobą dłuższą stratę czasu i to właśnie w chwili, gdy gospodarka się załamywała. Opóźnienia mogłyby doprowadzić do sytuacji, w której ekspansja fiskalna jest nieskuteczna. Chociaż żałuję, że klimat polityczny był, jaki był, to uważam, że Obama podjął właściwe decyzje odnośnie do pakietu stymulacyjnego. Oczywiście wielka szkoda również, że po pierwszej ustawie Kongres odrzucił cały szereg propozycji Obamy dotyczących inwestycji w infrastrukturę i ukierunkowanych ulg podatkowych.

Poza kwestią sekularnej stagnacji Stiglitz próbuje mnie zaatakować pisząc, że Obama „powierzył zadanie naprawy tego, co sami zepsuli” ludziom, którzy „ponosili winę za zbyt słabe regulacje gospodarcze w okresie przed kryzysem”. Wydaje mi się dość zabawne w sytuacji, kiedy w 2002 roku Stiglitz opublikował artykuł pod auspicjami Fannie Mae, przedsiębiorstwa sponsorowanego przez rząd USA, w którym przekonywał, że ryzyko wyczerpania się zasobów kapitałowych tego kredytodawcy hipotecznego jest jak jeden do pół miliona, zaś już w 2009 roku wezwał do nacjonalizacji amerykańskiego systemu bankowego. Akurat on powinien najlepiej zdawać sobie sprawę, że wiele rzeczy staje się oczywistych ex post.

Co z osiągnięciami administracji Clintona na polu regulacji systemu finansowego? Jeśli patrzyć z perspektywy wiedzy o tym, co nastąpiło później, to oczywiście byłoby lepiej, gdybyśmy przewidzieli potrzebę wprowadzenia reform w stylu ustawy Dodda-Franka z 2010 roku i znaleźli sposób zatwierdzenia ich w zdominowanym przez Republikanów Kongresie. Bez wątpienia nie przewidzieliśmy kryzysu, który nastąpił osiem lat po tym, jak zeszliśmy z urzędu. Nie spodziewaliśmy się też, jak gwałtownie po 2000 roku rozrośnie się rynek instrumentów pochodnych w rodzaju swapów ryzyka kredytowego. Ale wzywaliśmy do reformy przedsiębiorstw sponsorowanych przez rząd USA w rodzaju Fannie Mae i apelowaliśmy o wprowadzenie środków ograniczających działalność nieuczciwych pożyczkodawców. Gdyby nasze rekomendacje Kongres wprowadził w życie przed 2008 rokiem wyraźnie mniej nagromadziłoby się czynników ryzyka.

Flassbeck: 10 mitów kryzysu

czytaj także

Nie spotkałem się jeszcze z żadnym przekonującym dowodem na to, że istnieje związek przyczynowy między zniesieniem ustawy Glass-Steagall Act (która zakazywała bankom podejmowania ryzykownych inwestycji przy użyciu depozytów klientów – przyp. tłum.), a kryzysem finansowym. Warto zauważyć, że większość instytucji uwikłanych w kryzys – Bear Stearns, Lehman Brothers, Fannie Mae, the GSE Freddie Mac, AIG, WaMu i Wachovia – i tak nie byłaby objęta ustaleniami ustawy Glassa-Steagalla, więc należy sobie zadać pytanie, czy to rzeczywiście był taki kluczowy problem. Owszem, Citi oraz Bank of America były w samym centrum kryzysu, ale akurat te działania, która wygenerowały największe straty byłyby na gruncie tamtej ustawy dopuszczalne. Jej zniesienie pod wieloma względami umożliwiło zaś rozwiązanie kryzysu, ponieważ dopuściło do połączenia Bear i JPMorgan Chase, a Bank Rezerwy Federalnej mógł pożyczyć pieniądze Morganowi Stanleyowi oraz Goldmanowi. Bez takich działań obie instytucje stałyby się źródłem systemowego ryzyka.

Druga główna linia ataku na administrację Clintona dotyczy deregulacji rynku instrumentów pochodnych w roku 2000. Wiedząc dziś, co wydarzyło się później, żałuję, że popierałem te rozwiązania legislacyjne. Administracja prezydenta George’a W. Busha miała jednak tak skrajnie wrogie regulacjom nastawienie, że nie wierzę, by stworzyła jakieś istotne, nowe przepisy regulujące rynek derywatów, gdyby nie było ustawy z 2000 roku. Tak więc nie wiem, czy nasze działania cokolwiek by zmieniły. Trzeba też pamiętać, że ustawę z 2000 roku wprowadzaliśmy nie po to, żeby deregulować dla samych deregulacji. Próbowaliśmy wyeliminować ryzyko związane z prawnymi wątpliwościami wokół kontraktów na instrumenty pochodne, o których mówili nam prawnicy Departamentu Skarbu, Banku Rezerw Federalnych oraz Komisja Papierów Wartościowych i Giełd.

Zamiast roztrząsać przeszłość powinniśmy myśleć o przyszłości. Nawet jeśli nie zgadzamy się, co do przeszłej oceny sytuacji politycznej i co do użycia terminu „sekularna stagnacja”, to cieszę się, że tak znamienity ekonomista jak Stiglitz zgadza się z powodem, dla którego przede wszystkim chciałem ożywić teorię o niekończącej się stagnacji. Chciałbym to podkreślić: nie możemy opierać się tylko na polityce zmian stóp procentowych i oczekiwać, że wyłącznie dzięki odpowiednim korektom doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Musimy zastanowić się głęboko nad polityką fiskalną i nad środkami strukturalnymi, aby utrzymać długotrwały i odpowiedni do potrzeb popyt.

Stiglitz: Sekularna stagnacja i co dalej?

***

Lawrence H. Summers był sekretarzem skarbu USA (1999-2001), dyrektorem Rady Doradców Ekonomicznych (2009-2010) i rektorem Uniwersytetu Harvarda (2001-2006), gdzie obecnie wykłada.

Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org Przekład Maciej Domagała

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.