Gospodarka

Rodrik: Dlaczego potrzebujemy populistów ekonomicznych

Jacek Kuroń podczas rozdawania darmowej zupy. Wikimedia Commons

Polityczny populizm to zmora i trzeba go unikać za wszelką cenę. Za to populizm ekonomiczny czasem bywa potrzebny. A jeśli chcemy pokonać Trumpa, Erdogana, Orbana czy Kaczyńskiego, będzie on wręcz konieczny – pisze Dani Rodrik.

Populiści brzydzą się wszystkim, co ogranicza polityczną egzekutywę. Jako że obwołują się przedstawicielami szeroko pojmowanego „ludu”, to postrzegają wszelkie hamulce i ograniczenia władzy jako czegoś niezgodnego z wolą „suwerena”. Takie limity mogą przecież służyć tylko „wrogom ludu”. U prawicowych populistów oznacza to zazwyczaj mniejszości lub obcokrajowców, a u lewicowych – elitę finansową.

To niebezpieczne podejście do polityki, bo pozwala większości rozjeżdżać walcem prawa mniejszości. Bez trójpodziału władzy, niezależnego sądownictwa albo wolnych mediów – których nie znoszą wszyscy populistyczni autokraci od Władimira Putina i Recepa Tayyipa Erdogana po Victora Orbana i Donalda Trumpa – demokracja się degeneruje i zamienia w tyranię tego, kto akurat jest przy władzy.

Stiglitz: 3 odpowiedzi na globalizację oburzenia

W kraju opanowanym przez populistów kolejne regularnie organizowane wybory stają się zasłoną dymną. Wobec braku praworządności i podstawowych wolności obywatelskich reżimy populistyczne mogą przedłużać swoje panowanie dowolnie manipulując mediami i systemem sądownictwa.

Odraza do ograniczeń, która gnębi populistów, rozciąga się także na dziedzinę gospodarki, gdzie „w interesie narodowym” chcą oni sprawować pełną kontrolę, co oznacza, że autonomiczne instytucje regulacyjne, niezależne banki centralne czy globalne przepisy handlowe nie powinny stawić im żadnych przeszkód w rządzeniu. Ale o ile w sferze politycznej populizm prawie zawsze niesie szkodliwe skutki, to ekonomiczny populizm… bywa uzasadniony.

Neoautorytaryzm, a nie populizm. Skąd się wzięła „dobra zmiana”

Niewidzialne ręce zamiast rządów

Zacznijmy od pytania, dlaczego w ogóle ograniczenia w zakresie polityki gospodarczej mogą być przydatne. Ekonomiści mają przeważnie słabość do takich hamulców, bo jeśli decyzje w tej sferze są w pełni podatne na naciski polityki krajowej, to mogą generować spadek wydajności gospodarki. Szczególnym utrapieniem jest tak zwana „dynamiczna niespójność”, czyli często spotykana sytuacja, gdzie interesy bieżące uniemożliwiają realizację na dłuższą metę znacznie bardziej pożądanej strategii.

Klasycznym przykładem jest uznaniowa (dyskrecjonalna) polityka pieniężna. Politycy posiadający możliwość drukowania pieniędzy w zależności od swojego widzimisię generują czasem „zaskoczenie inflacyjne”, by w krótkim terminie – na przykład przed wyborami – zwiększyć produkcję i poprawić poziom zatrudnienia. Ale to odbija się rykoszetem, bo firmy i gospodarstwa domowe dostosowują do tego swoje oczekiwania inflacyjne. Na koniec okazuje się, że dyskrecjonalna polityka pieniężna doprowadziła tylko do zwiększenia wzrostu cen, a zatrudnienie i wielkość produkcji wcale nie wzrosły. Rozwiązaniem jest tu utworzenie niezależnego banku centralnego, który jest odizolowany od wpływów politycznych i działa tylko w zgodzie z mandatem utrzymywania stabilności cen.

Koszty populizmu makroekonomicznego są dobrze znane w Ameryce Łacińskiej. Jak już dawno temu przekonywał Jeffrey D. Sachs, Sebastián Edwards i Rüdiger Dornbusch, zmorą regionu aż do lat 90., kiedy zaczęła święcić triumfy ekonomiczna ortodoksja, była krótkowzroczna polityka pieniężna i fiskalna. Populistyczne decyzje powodowały powracające okresowo bolesne gospodarcze kryzysy, które najbardziej uderzały w najuboższych. Żeby wyjść z tego zaklętego kręgu, państwa regionu zwróciły się ku dyscyplinie fiskalnej i technokratycznym ministrom finansów.

Następny przykład to traktowanie inwestorów zagranicznych przez urzędników. Dokonawszy inwestycji w danym kraju firma zagraniczna jest w zasadzie na łasce kaprysów władzy goszczącego ją państwa. Obietnice złożone wcześniej, żeby ją przyciągnąć, łatwo idą w zapomnienie, a zamiast ułatwień pojawiają się ustawy, których celem jest wyciśnięcie od inwestorów jak największych profitów dla budżetu państwa lub firm miejscowych.

Ale inwestorzy nie są głupi i w razie takiego rozwoju wypadków zabiorą swoje pieniądze gdzie indziej. Dlatego rządy chcą więc umacniać wiarygodność i podpisują umowy handlowe zawierające tak zwaną klauzulę ISDS (investor-state dispute settlement, czyli mechanizm rozstrzygania sporów państwo-inwestor), umożliwiającą inwestorom złożenie pozwu przeciwko rządom do międzynarodowych trybunałów.

Korpokracja zamiast rynku

Powyższe przykłady ilustrują różne formy ograniczania polityki gospodarczej, gdzie władza pozostawia pewne obszary rozstrzygnięciom niezależnych instytucji, technokratów lub zewnętrznych przepisów. Opisane rozwiązania są cenne, ponieważ nie pozwalają rządzącym strzelić do własnej bramki poprzez przyjęcie krótkowzrocznej strategii ekonomicznej.

Ale są też takie scenariusze, gdzie konsekwencje ograniczania polityki gospodarczej mogą być mniej korzystne. Szczególnie szkodliwe są hamulce wprowadzone przez grupy specjalnych interesów albo same elity władzy w celu zapewnienia sobie permanentnej kontroli nad procesem decyzyjnym w państwie. W takich przypadkach oddawanie uprawnień autonomicznym instytucjom albo podpisywanie i przestrzeganie międzynarodowych zasad nie służy społeczeństwu, a jedynie wąskiej kaście osób „z wewnętrznego kręgu”.

Warufakis: Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o wojnę klas

Trwający obecnie wielki powrót populistów wynika z (nie bezzasadnego) przekonania, że właśnie ten scenariusz pasuje najlepiej do opisu wielu decyzji z zakresu polityki gospodarczej ostatnich dekad. Coraz większą rolę w kształtowaniu agendy negocjacji wokół umów handlowych odegrały ponadnarodowe korporacje oraz inwestorzy, co przyniosło skutek w postaci utworzenia światowego systemu handlowego, który w nieproporcjonalnym stopniu wspiera kapitał kosztem pracy.

Doskonałym przykładem tego jest surowe prawo patentowe oraz międzynarodowe trybunały arbitrażowe inwestorów. Ten sam mechanizm widać również w przypadku przejmowania niezależnych instytucji regulacyjnych przez branże, które miały być przez nie regulowane. Wyjątkowo skuteczne w forsowaniu korzystnych dla siebie rozwiązań i zasad dających im wolną rękę były banki i inne instytucje finansowe.

Technokracja, demokracja i dobry populizm

Niezależne banki centralne odegrały kluczową rolę w opanowaniu inflacji w latach 80. i 90. Ale ponieważ koncentrują się tylko na stabilizowaniu cen, to w obecnym środowisku, które charakteryzuje się niską inflacją, ich polityka gospodarcza wykazuje przechył w stronę deflacji i zaczyna kłócić się ze strategią generowania zatrudnienia oraz wzrostu gospodarczego.

Taka „liberalna technokracja” osiągnęła chyba swoje apogeum w Unii Europejskiej, gdzie zasady i regulacje rządzące gospodarką są znacznie odsunięte od dyskusji demokratycznej na poziomie krajowym. I nieomal w każdym państwie członkowskim ta polityczna przepaść – zwana unijnym deficytem demokracji – dała rozpęd partiom populistycznym i eurosceptycznym.

W takich przypadkach wskazane może być poluźnienie więzów dotyczących polityki gospodarczej i zwrócenie autonomii w zakresie decyzyjności rządom wybranym w demokratycznych wyborach. Wyjątkowe czasy wymagają swobody do dokonywania eksperymentów w polityce gospodarczej, co doskonale pokazała polityka New Deal Franklina D. Roosevelta. Reformy FDR wymagały od niego zerwania gospodarczych łańcuchów narzuconych w kraju przez grupy finansowych interesów oraz konserwatywnych sędziów, a za granicą przez standard złota.

Rodrik: Stany Zjednoczone Europy na horyzoncie?

Powinniśmy zawsze wystrzegać się populizmu, który dławi polityczny pluralizm, a także niszczy normy liberalnej demokracji. Polityczny populizm to zmora i trzeba go unikać za wszelką cenę. Za to populizm ekonomiczny czasem bywa potrzebny. W takich czasach może być jedynym sposobem, by powstrzymać swojego bardziej niebezpiecznego politycznego kuzyna.

**
Copyright: Project Syndicate, 2017. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała

Bio

Dani Rodrik

| Uniwersytet Harvarda
Profesor ds. Międzynarodowej Gospodarki Politycznej w John F. Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jest autorem książki "Economics Rules: The Rights and Wrongs of the Dismal Science".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Lud nie chce zajmować się gospodarką, bankami centralnymi i siłą rzeczy ta sfera nie będzie nigdy demokratyczna, natomiast do rządzenia potrzebny jest społeczny mandat, zaufanie i sukces, a wszystkich tych rzeczy ostatnio brak.
    W Polsce inaczej, niż to ma miejsce w USA, system polityczny i wygrana PiS-u jest pełna, nie ma więc żadnych instytucjonalnych barier, hamulców, jest problem merytoryczny i programowy. Zasadniczo polityka, która da jakieś owoce w dłuższej perspektywie np 12-20 lat nie nadaje się do sprzedania w kolejnych wyborach.