Gospodarka

Przyszłość energii

Dyskusje o przyszłości energii, a dokładnie o sposobach wytwarzania i wykorzystania energii przez człowieka, niewiele różnią się od fantazjowania o sztucznej inteligencji. To, co potencjalnie możliwe, miesza się z tym, co konieczne, a rzeczywistość i tak rozwija się zgodnie z właściwą sobie, nieprzewidywalną dynamiką.

Myślenie o energii różni od fantazjowania o sztucznej inteligencji jedna zasadnicza kwestia – skala czasowa. Inwestycje systemowe w energetyce podejmowane są ze świadomością, że ich pełna amortyzacja potrwa ok. 40–60 lat, bo tyle na ogół wykorzystuje się elektrownie węglowe i atomowe. To zupełnie inna perspektywa, niż tempo zmian, jakie narzucił rozwój informatyki i komputerów. Internet nie ma jeszcze 60 lat, a jako medium powszechne istnieje zaledwie od dwóch dekad. To jednak rozwój domeny cyfrowej kształtuje ludzką wyobraźnię i przekonanie, że świat i postęp techniczny przyspieszają.

 

Przyglądanie się domenie energii studzi emocje. Raport Międzynarodowej Agencji Energii z 2016 r. poświęcony Polsce przypomina, że 62% mocy produkcyjnych opartych na węglu ma ponad 30 lat, dalsze 13% ma wiek pomiędzy 26 a 30 lat. „Trzydziestolatków” żal wyłączać, bo jeszcze mogą długo popracować, jednocześnie są nawet o 20% mniej efektywne od nowych elektrowni, więc spalają więcej węgla i emitują więcej gazów cieplarnianych, niż oparta na paliwach kopalnych nowoczesna alternatywa. Niewykluczone więc, że Polska będzie wytwarzać prąd z elektrowni wybudowanych jeszcze w czasie socjalizmu, by zasilać nim autonomiczne, kierowane sztuczną inteligencją samochody.

Jak się organizować na tonącym statku. O przyszłości ruchu klimatycznego

Decyzji podjętych w przeszłości nie sposób cofnąć, będą jednak jeszcze długo kształtować przyszłość. Jeszcze większy wpływ na nią będą miały decyzje podejmowane dziś. W tym bowiem przypadku nie chodzi już jedynie o czas amortyzacji inwestycji sięgający końca stulecia, ale czas oddziaływania konsekwencji systemowych tych decyzji.

Polityka 1,5 st. C

Polityka w dziedzinie energii to dziś kluczowy wymiar polityki ochrony klimatu. Wyzwaniem strategicznym dla całej ludzkości jest zatrzymanie wzrostu temperatury atmosfery na bezpiecznym poziomie. Bezpiecznym, czyli takim, kiedy skutki tego wzrostu: zjawiska pogodowe o szczególnej intensywności, susze, topnienie pokrywy lodowej nie będą zagrażały funkcjonowaniu cywilizacji. W tej chwili atmosfera Ziemi jest cieplejsza o ok. 1 st. C w porównaniu do epoki przedprzemysłowej. Porozumienie Paryskie w sprawie klimatu zawarte podczas Szczytu Klimatycznego ONZ w 2015 r. w Paryżu wskazuje, że należy walczyć o stabilizację na poziomie 1,5 st. C i nie należy przekroczyć 2 st. C.

Zmiana klimatu? Nie, zmiana systemu!

czytaj także

Wartości te naukowcy potrafią przeliczyć na ilość dwutlenku węgla, głównego gazu cieplarnianego, jaki można jeszcze wyemitować. I tak dla pułapu 2 st. C pozostał jeszcze do wykorzystania „węglowy kredyt” o wartości tysiąca gigaton dwutlenku węgla, pułap 1,5 st. C zmniejsza kredyt do 300 gigaton. Tymczasem w 2016 r. do atmosfery trafiło 35,8 gigaton dwutlenku węgla, a na świecie buduje się elektrownie węglowe o łącznej mocy 273 gigawatów. W planach przewidziane są kolejne moce na poziomie 570 gigawatów. Jeśli wszystkie zostaną uruchomione, wówczas nawet poziom 2 st. C pozostanie poza zasięgiem.

Ratowanie świata się opłaca

Nicholas Stern, brytyjski ekonomista i autor słynnego raportu o ekonomii zmian klimatycznych sprzed dekady w najnowszym swym raporcie The New Climate Economy stawia więc tezę, że najbliższe 2–3 lata zadecydują o przyszłości świata (i także energii). Dla podtrzymania cywilizacyjnej infrastruktury do 2030 r. potrzebne są inwestycje na poziomie 90 bilionów (tysiące miliardów) dolarów. Inwestycje te są właśnie planowane. Stern przekonuje, że to jest właśnie moment, żeby zdecydować o nowym modelu rozwoju, zgodnym z celami środowiskowymi i klimatycznymi. Co najważniejsze, taki model po prostu się opłaci, bo nie dość, że pomoże uniknąć ekologicznej katastrofy, to przyczyni się do dodatkowego efektu gospodarczego na poziomie 26 bln dolarów w perspektywie 2030 r., wygeneruje 65 mln nowych miejsc pracy i pozwoli uniknąć 700 tys. przedwczesnych śmierci powodowanych zanieczyszczeniem powietrza.

Sprawa wydaje się jednoznaczna. Dysponujemy wiedzą naukową o skutkach zmian klimatycznych oraz wysokiej jakości analizami ekonomiczno–technicznymi pokazującymi, że istnieje nie tylko skuteczna pod względem technicznym alternatywa dla istniejącego modelu energetycznego, ale na dodatek jest ona opłacalna pod względem gospodarczym, zdrowotnym i społecznym. Decyzje powinny być więc jasne. Czyżby? W świecie, w którym społeczeństwa demokratyczne powierzają władzę takim liderom, jak Donald Trump nic jasne nie jest.

Rządy głupców

Prezydent Stanów Zjednoczonych w kampanii prezydenckiej zapowiedział, że zakończy „wojnę z węglem” i przywróci jego znaczenie w amerykańskiej gospodarce. Jak zapowiedział tak czyni, jako gospodarz Białego Domu. W sierpniu b.r. EPA (Environmental Protection Agency) ogłosiła propozycję Affordable Clean Energy Rule, czyli regulacje mające zastąpić wprowadzony w czasach Baracka Obamy Clean Power Plan. Propozycja znosi de facto restrykcje emisyjne nałożone na energetykę węglową, i to zarówno jeśli chodzi o emisje dwutlenku węgla, jak i substancji toksycznych. W rezultacie towarzysząca propozycji analiza techniczna przewiduje, że nowe regulacje przyczynią się do dodatkowych 1400 przedwczesnych śmierci rocznie.

Europo, czas skończyć z uzależnieniem od wzrostu gospodarczego

Podobnie w Polsce minister energetyki proponuje normy jakości paliw dostępnych na rynku, które oznaczają, że palić będzie można wszystkim, co leżało obok kopalni. W rezultacie cały program walki z zanieczyszczeniem powietrza, jedno z najważniejszych wyzwań środowiskowo-zdrowotnych w Polsce traci sens. Racjonalność polityczna chadza odmiennymi ścieżkami od wiedzy naukowców i ekspertów. Donald Trump, podobnie jak rząd w Polsce, jest zakładnikiem swojego elektoratu, a zwłaszcza tej jego części, którą najłatwiej zmobilizować do mocnego protestu: pracowników uzwiązkowionego sektora węglowego i energetycznego.

„Powinni zamknąć tę kopalnię i iść w cholerę”

Tekst o przyszłości energii można by w tej chwili zakończyć, puentując go stwierdzeniem: nie da się. Nie da się dokonać energetycznego przejścia do świata czystych, bezemisyjnych technologii, bo przyszłość jest zdeterminowana przez decyzje podjęte w przeszłości i logikę procesu politycznego, która także zdominowana jest przez interesy sił, jakie ukształtowały się w przeszłości, tworzących wszechpotężne lobby węglowe łączące wszystkich żyjących w cywilizacji opartej na paliwach kopalnych. To lobby znacznie wykraczające poza sektor energii, bo dotyczy także całego systemu transportu i jego infrastruktury.

Nowe moce

Zamiast jednak kończyć z poczuciem porażki, tekst ten dopiero się właściwie zaczyna. Otóż gdy tylko EPA ogłosiła swoją propozycję przy aplauzie przedstawicieli wspomnianego lobby, zupełnie inaczej zareagowała prasa ekonomiczna. „FastCompany”, magazyn poświęcony nowym technologiom, stwierdził wręcz, że nowe regulacje i prowęglowa polityka Trumpa nie mają większego znaczenia dla rzeczywistości. W 2017 r. 18% amerykańskiej energii elektrycznej pochodziło ze źródeł odnawialnych, dwukrotnie więcej niż przed dekadą. To wszystko przy braku regulacji proklimatycznych, bo Clean Power Plan Obamy nigdy nie wszedł w życie zablokowany przez sąd. Bez niego jednak amerykańska gospodarka obniżyła emisje ponad zakładane w planie cele.

Okazuje się, że nawet najbardziej węglowe stany odchodzą od węgla, bo coraz więcej klientów systemowych, zwłaszcza wielkie korporacje nowej gospodarki, domagają się prądu pochodzącego z czystych źródeł. Kolejne miasta deklarują, że będą w 100% bezwęglowe, niektóre, jak Vermont już ten cel osiągnęły. To wszystko dzieje się nie tylko dlatego, że szefowie firm nowej gospodarki i mieszkańcy Vermont kochają przyrodę i troszczą o klimat, tylko stwierdzili, że im się to po prostu opłaca już dziś. Koszty energii wytwarzanej z OZE (odnawialnych źródeł energii) maleją szybciej, niż zakładali przed laty analitycy. W rezultacie, jak podsumowuje Stern w swoim globalnym raporcie, już od kilku lat nowe moce instalowane w energetyce oparte na OZE przewyższają nową moc instalowaną w oparciu o źródła konwencjonalne.

W dzisiejszym świecie nawet prezydent Stanów Zjednoczonych nie jest w stanie swą polityką zmienić trendów technologiczno-kapitałowych. Kapitał płynie tam, gdzie ma szansę uzyskać największe stopy akumulacji. W przypadku energii nie chodzi o prosty wybór między dostępnymi modelami technologicznymi wytwarzania i dystrybucji energii.

System energetyczny w pełnej szerokości, a więc w połączeniu z systemem transportu, tworzą cywilizacyjną infrastrukturę, która z kolei jest wyrazem dominującego reżimu kapitalistycznej akumulacji. Dotychczasowy system węglowo-naftowo-samochodowy jest pozostałością industrializmu, kiedy głównym sposobem wytwarzania wartości dodanej była produkcja przemysłowa.

Internet energetyczny

Ten model wyczerpał się już w latach 70., a jego następca – kapitalizm informacyjny w modelu neoliberalnym okazał się symulakrum polegającym na kreowaniu wartości głównie przez spekulacje sektora finansowego. Kryzys 2008 r. ujawnił rzeczywistość, czyli konieczność urealnienia gospodarki przez przywrócenie znaczenia sektorowi produktywnemu. Do tego potrzebna jest zmiana reżimu akumulacji, co z kolei wymaga nowej infrastruktury technicznej, nowego systemu energetyczno-logistycznego. Nie wiemy, jak on będzie w rzeczywistości wyglądał, wyobraźnię możemy karmić różnymi wizjami. Jedną z najbardziej spektakularnych przedstawił Jeremy Rifkin pod hasłem „hydrogen economy”.

Bendyk: Rewolucja już trwa

To wizja świata, w którym energia wytwarzana jest w sposób rozproszony, bo każdy dzięki nowym źródłom może być jednocześnie producentem i konsumentem energii, a inteligentna sieć informacyjna umożliwia integrację tych mikroogniw w jedną całość. Jeśli do tego dołożyć takie innowacje, jak wodór w roli nośnika energii, ogniwa paliwowe, pompy ciepła, aplikacje smart home zwiększające efektywność zużycia to można wyobrazić sobie świat, w którym wolni od węgla i paliw kopalnych, na wzór dzisiejszych użytkowników internetu jesteśmy uczestnikami internetu energetycznego o strukturze samoorganizującej się sieci.

Zmiana reżimu akumulacji

Podobnie jednak stało się z internetem, rzeczywistość będzie daleko odbiegać od wizji Rifkina i mu podobnych. Jeśli bowiem zmiana technologiczna i transformacja systemu energetyczno-logistycznego ma doprowadzić do wykształcenia nowego kapitalistycznego reżimu akumulacji, to obowiązywać będzie właśnie logika kapitalistycznej akumulacji. Aspektem tej logiki jest dążenie do koncentracji i monopolu, poprzez choćby kontrolę kluczowych dla danego reżimu technologii. Wizjonerzy internetu nie planowali, że pojawią się tacy gracze, jak Apple, Facebook, Google, Amazon, którzy zmonopolizują cyfrowy świat. Gdy tylko jednak internet stał się polem kapitalistycznej gry i stał się infrastrukturą reżimu akumulacji kapitalizmu informacyjnego, zaczął rozwijać się zgodnie z kapitalistyczną logiką.

O ile więc jak najbardziej można sobie wyobrazić, że przyszła sieć energetyczno-logistyczna będzie miała rozproszoną strukturę fizyczną, tak jak wyobraża to sobie Rifkin. Tylko, że najprawdopodobniej kontrolowana będzie przez skoncentrowany w niewielu ośrodkach kapitał.

Strategia ostatnich kęsów

Koncentracji tej przeciwstawiać się będą gracze lokalni, tacy jak Polska, Czechy, Słowacja, Węgry starając się jak najdłużej zachować rdzenne zasoby, nad którymi sprawują pieczę polityczną w ramach państwa narodowego. Zasoby te oparte są na energetyce systemowej, w przypadku Węgier i Słowacji kluczowe znaczenie ma energetyka jądrowa, w nieco mniejszym, ale też istotnym stopniu, w Czeskiej Republice. Polska niezmiennie stoi węglem, choć jego udział w ostatnich latach w energetycznym miksie nieco się zmniejszył.

Strusia polityka, czyli co ustalono na szczycie klimatycznym

Jeśli teza o nieuchronnej zmianie reżimu akumulacji (o tym jest w istocie najnowszy Raport Sterna) jest słuszna, to środkowoeuropejskie strategie energetyczne w dłuższej perspektywie skazane są na niepowodzenie. Nie unikniemy transformacji energetyczno-logistycznej, tak jak nie uniknęliśmy internetu. Tylko, że w nowym modelu stracimy w znacznym stopniu możliwość kontroli systemu. Oznacza to z kolei, że politycy stracą ważne źródło legitymizacji swojej władzy (w czym rzecz dobrze pokazuje przytaczany wyżej przykład Donalda Trumpa). Dlatego starają się wykorzystać ostatnie okienko decyzyjne na stworzenie faktów dokonanych i petryfikację lokalnej struktury w oparciu o istniejący model. Stąd plany rozbudowy elektrowni jądrowych na Węgrzech, Słowacji i w Czechach oraz modernizacja bazy węglowej w Polsce.

Tekst ukazał się w oryginale w Aspen Review.

Bio

Edwin Bendyk

| Dziennikarz, publicysta, pisarz
Dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku "Polityka". Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012). W 2014 r. opublikował wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim książkę „Jak żyć w świecie, który oszalał”. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi w ramach DELab Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.