Gospodarka

Praca zamiast zatrudnienia to ekologiczna konieczność

Guy Standing

Lewica dalej będzie tracić poparcie i dryfować na polityczny margines, jeśli nie ucieknie od błędu, jakim jest zrównywanie pracy z pracą najemną.

To, że prawicowcy chcą zawęzić definicję wszelkiej pracy [work] do zatrudnienia [labour], czyli działalności zarobkowej, da się intelektualnie usprawiedliwić. U lewicowców taka myśl jest jednak niewybaczalna. Socjaldemokraci płacą dziś wysoką cenę polityczną za podtrzymywanie tego przekonania przez cały XX wiek. Wpadli we własną pułapkę, wynosząc na piedestał ideę Pełnego Zatrudnienia – która w rzeczywistości znaczy niewiele więcej niż maksymalizacja liczby ludzi wcielonych do siły roboczej, w pozycji podporządkowania przełożonym.

Lewica dalej będzie tracić poparcie i dryfować na polityczny margines, jeśli nie ucieknie od błędu, jakim jest zrównywanie pracy z pracą najemną. Dlaczego bowiem umieszczanie możliwie największej liczby ludzi na stanowiskach pracy mielibyśmy traktować jako konieczność progresywnej polityki?

Zła praca. I kogo to obchodzi?

czytaj także

Socjaldemokratom, którzy opierają swoją politykę na kwestii zatrudnieni, należałoby przypomnieć, że dążenie do stabilności zatrudnienia pojawiło się w połowie XIX wieku najpierw u pracodawców, a nie u przedstawicieli pracowników. Przez wiele dekad sformułowanie „w zatrudnieniu” [in employment] było przyczyną ubolewania, oznaką niskiego statusu społecznego i najczęściej używało się go w kontekście pracy młodych kobiet na nisko płatnej służbie w bogatych domach mieszczan czy arystokratów.

Przez cały XX wiek szczególny sojusz różnych ideologii politycznych sprawił, że zatrudnienie stało się obowiązkiem dla wszystkich, z wyjątkiem właścicieli ziemskich i klasy próżniaczej. To, co w systemie kapitalistycznym traktowano co najwyżej jako uciążliwą konieczność, w konstytucji Związku Radzieckiego stało się koniecznością patologiczną, ujętą w Leninowskim zdaniu „kto nie pracuje, ten nie je”. We wszystkich jednak postaciach socjaldemokracji przybrało to podobnie antyemancypacyjną formę.

Prawo do przyzwoitego systemu ubezpieczeń społecznych w bardzo przemyślany sposób ograniczono do tych, którzy albo pozostają zatrudnieni przez przełożonych, albo różnymi upokarzającymi sposobami dowodzą swej chęci podjęcia zatrudnienia, ewentualnie – na podobnie podporządkowanej pozycji – zawarli związek małżeński z kimś, kto jest zatrudniony albo wcześniej spędził w ten sposób długi czas swojego życia.

Zatrudnienie przymusowe

Bohaterowie i bohaterki socjaldemokracji wyciągnęli z tego wszystkiego logiczne wnioski. Beatrice Webb, współzałożycielka Towarzystwa Fabiańskiego, otwarcie promowała wcielanie ludzi do obozów pracy, w razie konieczności przy użyciu siły, co kilka pokoleń później dało ministrom Tony’ego Blaira uzasadnienie programu workfare [obowiązkowych szkoleń zawodowych dla bezrobotnych jako warunku otrzymania zasiłku]. Z kolei William Beveridge, patron brytyjskiego państwa opiekuńczego, zdeklarowany liberał, właśnie fetowany przez London School of Economics w roku jego imienia, wierzył w siłę „bicza głodu” zmuszającego robotników do zatrudnienia się. W najlepszym razie jest to paternalistyczny punkt widzenia; w najgorszym – antyemancypacyjny.

Wszystkie te przesądy rozwinięto w konwencjach Międzynarodowej Organizacji Pracy – wcieleniu modelu socjaldemokratycznego. Skrystalizowały się one w roku 1952, w Konwencji 102 o ubezpieczeniach społecznych, gdzie mowa o „żywicielach rodziny”, zależnych od nich żonach, i latach „służby” w zatrudnieniu, która pozwala uzyskać prawo do opieki społecznej. Ten uroczo staroświecki dokument prawny zdaje się brzmieć jak wyjęty z zamierzchłej przeszłości, a ściślej z lat 30. XX wieku, których doświadczenie zainspirowało socjaldemokratów do pracy nad nim po roku 1945. Jednak jeszcze w roku 2001 związki zawodowe Europy i socjaldemokratyczne rządy przodowały w żądaniach, by utrzymać go jako jedną z „wciąż aktualnych” konwencji międzynarodowych.

Z tymi niewygodnymi prawdami trzeba się zmierzyć, a nie zamiatać je pod dywan lewicowej historii. Socjaldemokraci znacząco milczą na temat systematycznego i zarazem fałszywego przedstawiania pracy jako jedynie „zatrudnienia” czy pracy najemnej. Po pierwsze, nie zrobili oni nic, aby zmienić retorykę bądź zakwestionować statystyczny model reprezentacji pracy, który od lat 30. wykorzystuje się w narodowych raportach i badaniach na temat pracy. Jeśli się to nie zmieni, lewica nie może żywić nadziei na odzyskanie politycznej pozycji, a już na pewno nie będzie na to zasługiwać.

Spędzając sześć godzin dziennie na opiece nad starszym krewnym, w opinii socjaldemokratów i neoliberałów nie wykonujesz pracy. Jeśli jednak spędzasz trzy godziny dziennie na opiece nad czyimś starszym krewnym, za pieniądze, nazywa się to pracą, a ty zostajesz podniesiony do godności „pracownika” i prawdopodobnie otrzymujesz jakąś ochronę na podstawie kodeksu pracy i regulacji zabezpieczenia społecznego. Tego rodzaju dyskryminacja to absurd.

Chcę zostać niewolnicą w Niemczech. I nie śmiejcie się z tego!

W tym miejscu powinienem wspomnieć o pewnej popularnej socjaldemokratycznej bezczelności, czyli przekonaniu, że zatrudnienie daje człowiekowi „godność”, „status”, środki do integracji społecznej oraz poczucie przynależności do społeczeństwa. Powinienem tu chyba zdradzić się z własnym zdaniem na ten temat, które być może kilkoro czytelników ze mną podzieli. Nigdy mianowicie nie czułem większej godności osobistej i zintegrowania ze społeczeństwem niż wtedy, kiedy przestałem „mieć pracę”.

A wracając do sedna: powiedz człowiekowi schodzącemu do kanalizacji, by naprawiać rury, że właśnie zyskuje sobie godność i poczucie przynależności do społeczeństwa, a zapewne usłyszysz nieprzyjemną ripostę. Gdyby zaś riposta nie padła, można wręcz uznać, że mamy do czynienia z fałszywą świadomością. Poinformuj kobietę, która z ociąganiem wychodzi z domu, by opróżniać baseny w szpitalu, że się „integruje” i że powinna być wdzięczna za to, że ma pracę, a najpewniej powie ci coś do słuchu.

Wolny rynek wyżyma pracownika jak mokrą szmatę

Dla większości ludzi zatrudnienie ma charakter instrumentalny; nie demonizują go ani nie idealizują. Nie ma żadnego uzasadnionego powodu, by wynosić je ponad inne formy pracy. A właśnie tak czynią socjaldemokraci. To nie jest stanowisko postępowe. Marks miał bowiem rację pisząc, że praca najemna to „czynność wyobcowana”.

Fałsz populizmu

Dziś jednak istnieją dwa kolejne powody, by skłonić postępowców do bardziej radykalnej i uczciwej intelektualnie postawy wobec pracy. Po pierwsze, rozpadają się binarne opozycje z czasów ruchu robotniczego, na których prowizorycznie konstruowano socjaldemokrację w epoce kapitalizmu przemysłowego. Trwanie w przekonaniu, że opozycje te wciąż są normami, coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę powiększający się prekariat i między innymi z tego powodu zwraca się ku nowym progresywnym ruchom, nazbyt chętnie zbywanym przez tradycyjnych socjaldemokratów jako „populistyczne”. Kluczowe binarne opozycje, na których wsparła się socjaldemokratyczna polityka społeczna i polityka pracy, to: „miejsce pracy” a inne miejsca oraz „czas pracy” a inne użytkowanie czasu. Coraz więcej pracy wykonuje się przecież poza formalnymi miejscami pracy i poza czasem pracy, jak obszernie przekonywałem już gdzie indziej (np. tutaj i tutaj). Członkowie prekariatu spędzają więcej czasu na pracy-dla-zatrudnienia i pracy-dla-państwa niż na zatrudnieniu jako takim. Socjaldemokraci między wierszami wmawiają im jednak, że to nie jest prawdziwa praca.

Prekariusze na uczelniach

Jeśli uznamy te realia, powinniśmy dostrzec, że funkcjonujące dziś narodowe statystyki zatrudnienia coraz bardziej zniekształcają wizerunek pracy i stylu życia obywateli. Z tego względu lewica nie może bronić polityki społecznej opartej na „widzialnym” zatrudnieniu. Dla prawicowców zaś samo dostrzeżenie tego zniekształcenia to czysta fantazja. Według nich ochronę prawną można dawać tylko tym, którzy pracują w sposób widoczny. Socjaldemokracja trzeciej drogi poszła tą ścieżką najdalej twierdząc, że nie powinno być praw bez odpowiedzialności, a biedni powinni udowadniać swoją odpowiedzialność właśnie poprzez zatrudnienie, przez to, że „mają pracę”.

Workfare

Sumieniu socjaldemokratów należy pozostawić wyjaśnienia, dlaczego milczą na temat charakteru państwowych statystyk zatrudnienia. Ostatnią fazą przyjęcia modelu laburzystowskiego jest przecież workfare, nieunikniony, jeśli zaakceptuje się przyznawanie zasiłków na podstawie testów sytuacji materialnej oraz regułę elastyczności rynku pracy. Tą drogą niedawno poszedł Matteo Renzi we Włoszech. Jego socjaldemokratyczna partia PD okupiła swoją decyzję polityczną ruiną i została politycznym zombie. Wim Kok, który opracowywał trzecią drogę, poprowadził holenderską Partię Pracy prosto w otchłań. Reformy Hartz IV także skazały socjaldemokratów w Niemczech na powolny upadek. W wielkiej Brytanii Nowa Partia Pracy nagle gwałtownie zwracając się ku testom sytuacji materialnej i workfare utraciła głosy brytyjskiego prekariatu i pozwoliła na wprowadzenie koszmaru, jakim jest nowy system zasiłków Universal Credit, najbardziej chyba nieliberalna reforma polityki społecznej od wielu dekad.

Starzejący się socjaldemokraci znacznie więcej czasu poświęcają na zaciekłe potępianie dochodu podstawowego, który oprócz tego, że zapewnia potencjalne bezpieczeństwo dochodu, wspiera również pracę, a nie tylko zatrudnienie, niż na krytykę workfare, który zmusza bezrobotnych do uciążliwej, darmowej pracy.

Socjaldemokraci skończą się jako siła polityczna, jeśli nie wycofają swojego poparcia dla laburyzmu. Sprawa jest fundamentalna. Jednak istnieje też inny powód, by zmienić styl postępowego myślenia o pracy, jeszcze ważniejszy w kontekście pędzącego ku nam kryzysu ekologicznego.

Niestety, lewica w ogólności, a już zwłaszcza socjaldemokraci, mają w kwestii ochrony środowiska niezbyt chlubny życiorys. Gdy tylko pojawiał się konflikt pomiędzy tworzeniem miejsc pracy a czystością środowiska, lewica nadawała priorytet pracy, tak zwanym miejscom pracy dla „klasy robotniczej”. W najlepszym razie socjaldemokraci utrzymywali szczątkowe przepisy dotyczące zarządzania „efektami zewnętrznymi” produkcji oraz kontroli zanieczyszczeń, ale nie walczyli o zrównoważone strategie rozwoju.

Rozkwit Zielonej Lewicy

A tak poza tym, lewica musi się odrodzić na nowo. Rozważmy następujący dylemat. Jeśli państwowe statystyki odzwierciedlają jedynie zatrudnienie, i jeżeli tylko je biorą pod uwagę biurokraci obsługujący politykę społeczną, „wzrost gospodarczy” pozostaje stale niedoszacowany, zaś zbyt wielki nacisk kładzie się na działalność powodującą wyczerpywanie zasobów naturalnych. Jeśli zamiast tego przyjmie się podejście nie-laburzystowskie, tzn. uzna wartość także tej pracy, która nie jest zatrudnieniem – nazywaną powszechnie „wartością użytkową” – otrzyma ona przynajmniej równą wagę, co wartość zatrudnienia, czyli „wartość wymienna”.

Zmierzono jakość pracy w UE. Polska zajęła czwarte miejsce od końca

Dla członków „Zielonej Lewicy” powinno to być niesamowicie atrakcyjne. Pozwoliłoby im na przekroczenie niezręczności terminu „postwzrost”. Gdyby bowiem wartość równą działalności wyczerpującej zasoby przyznać działalności nakierowanej na ich oszczędzanie, reprodukcję jednostek i wspólnot, na nasze współwłasności – wówczas przejście od tej pierwszej do tej drugiej nie zmniejszyłoby wcale „wzrostu” ani nie byłoby „postwzrostem”. Trudno prowadzić kampanię polityczną na rzecz postwzrostu, jeśli ma on oznaczać obniżenie wzrostu gospodarczego, co przecież według konwencjonalnych statystyk wiąże się z obniżeniem średniego standardu życia. Światłemu Zielonemu propozycja obniżenia standardu życia na rzecz ekologii może zdać się szlachetna i prawa, ale typowego wyborcy raczej do tego nie przekona.

Gdyby jednak pracę, która nie jest zatrudnieniem, traktowano z równą (a najlepiej większą) wagą i uwagą w statystykach, postępowej retoryce oraz artykułach i książkach pisanych przez postępowców, umożliwiłoby to mierzenie „wzrostu” w sposób bardziej rozsądny ekologicznie. Jestem pewien, że wielu z nas na lewicy czuje dyskomfort związany z wezwaniami quasi-Keynesistów i innych lewicowców do zwiększania wzrostu, skoro może to oznaczać jedynie szybsze wyczerpywanie zasobów, globalne ocieplenie i utratę pracy na rzecz zatrudnienia.

Nie ma ucieczki z pułapki socjaldemokracji. W konwencjonalnym myśleniu, jeśli przestajesz codziennie chodzić do pracy w nudnym biurze, a zaczynasz poświęcać ten sam czas na opiekę nad starszymi członkami rodziny albo lokalną wspólnotą, wzrost gospodarczy spada, a to przecież „źle”. Gdyby jednak tę pracę opiekuńczą wartościowano nie wyżej, ale i nie niżej niż pracę biurową, zmiana nie obniżyłaby wzrostu. Niektórzy z nas pewnie życzyliby sobie jeszcze większego radykalizmu. Tym niemniej, byłby to świetny początek.

**
Guy Standing – brytyjski socjolog i ekonomista, teoretyk dochodu podstawowego, jeden ze współzałożycieli sieci Basic Income Earth Network, autor książek Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa (2014), Karta prekariatu (2015).

Tekst ukazał się na stronie Social Europe. Z angielskiego przełożyła Ola Paszkowska.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.