Gospodarka

Piketty: Czy wzrost może nas ocalić?

Thomas Piketty. Fot. Fronteiras do Pensamento, flickr.com

Thomas Piketty wyjaśnia słynną nierówność „r>g”. Fragment książki „Do urn, obywatele!”

„Libération”, 24 września 2013

Czy to racjonalne, że z rozwiązywaniem wszystkich naszych problemów czekamy na powrót wzrostu gospodarczego? Oczywiście, zawsze lepiej mieć 1 procent wzrostu PKB niż 0. Czas jednak uświadomić sobie, że nie rozwiąże to wcale najistotniejszych spraw, z jakimi muszą się zmierzyć kraje rozwinięte na początku XXI wieku.

Produkcja może wzrastać na dwa sposoby: dzięki zwiększaniu się liczby obywateli oraz za sprawą wzrostu ich produktywności. W ciągu trzech ostatnich stuleci światowa produkcja rosła w tempie mniej więcej 1,6 procenta rocznie, z czego 0,8 procenta wynikało z przyrostu liczby ludności, a drugie 0,8 ze zwiększenia poziomu produkcji na mieszkańca. To niesłychanie szybkie tempo zważywszy, że mówimy o długotrwałej tendencji. Wynika z tego, że populacja naszego globu zwiększyła się przez trzy wieki ponad dziesięciokrotnie – z około 600 milionów w roku 1700 do dzisiejszych 7 miliardów. Utrzymanie takiego tempa wzrostu demograficznego wydaje się jednak mało prawdopodobne: w wielu krajach Azji i Europy populacja już zaczęła się zmniejszać, a według przewidywań ONZ w ciągu najbliższych stu lat liczba ludzi na całym świecie powinna się ustabilizować.

Jeśli chodzi o produkcję na mieszkańca, można spokojnie zakładać, że jej wzrost rejestrowany w przeszłości – 0,8 procenta rocznie na przestrzeni ostatnich trzystu lat – utrzyma się także w przyszłości. Nie jestem zwolennikiem tezy o ujemnym wzroście. Innowacje technologiczne nie zatrzymają się przecież, a to z kolei umożliwi nieograniczony wzrost w domenie niematerialnej, która nie pociąga za sobą zanieczyszczenia środowiska. Warunkiem tego będzie jednak wynalezienie czystej energii, co na razie wciąż jest przed nami. Pamiętajmy zarazem, że wzrost rzędu 4–5 procent rocznie, obserwowany w powojennej Europie i w dzisiejszych Chinach, łączył się zawsze z wyjątkowymi i przejściowymi warunkami nadganiania do poziomu innych krajów. W żadnym kraju rozwiniętym technologicznie nie odnotowano wzrostu powyżej 1–1,5 procenta rocznie.

Thomas Piketty: Biedny jak Jobs

czytaj także

W tych warunkach wydaje się pewne, że w XXI wieku wzrost gospodarczy ustabilizuje się na poziomie nieco niższym aniżeli zwrot z kapitału, czyli dochód, jaki średnio przynosi rocznie majątek pod postacią czynszów, dywidend, odsetek, zysków kapitałowych i tym podobnych – liczony jako odsetek wartości wyjściowej. Zwrot ten przeciętnie wynosi 4–5 procent rocznie (na przykład jeśli mieszkanie o wartości 100 000 euro przynosi zysk z najmu rzędu 4000 euro rocznie, to zwrot wynosi właśnie 4 procent), zaś w przypadku akcji i większych pakietów odpowiednio zdywersyfikowanych aktywów może sięgać nawet 7–8 procent.

Ta nierówność między zwrotem z kapitału (r) a wzrostem produkcji (g), którą można oznaczyć wzorem r > g, nadaje rzecz jasna nieproporcjonalną wagę własności nabytej i nagromadzonej w przeszłości, mechanicznie prowadząc do skrajnej koncentracji bogactwa. Oznaki tego zaczęły być widoczne już kilkadziesiąt lat temu, oczywiście w Stanach Zjednoczonych, ale też w Europie i Japonii, gdzie spowolnienie wzrostu (zwłaszcza demograficznego) prowadzi do bezprecedensowego zwiększenia się udziału własności wśród źródeł przychodu.

Ważne jest również, aby zrozumieć, że nie istnieje żaden naturalny powód, dla którego zwrot z kapitału miałby obniżyć się do poziomu wzrostu gospodarczego. Łatwo to zrozumieć, jeśli przypomnimy sobie, że przez większość historii ludzkości wzrost gospodarczy pozostawał bliski zeru, podczas gdy zwrot z kapitału zawsze był wyraźnie dodatni (typowo na poziomie 4–5 procent dla renty gruntowej w tradycyjnych społeczeństwach rolniczych). Ze ściśle ekonomicznego punktu widzenia nie tkwi w tym żaden problem logiczny, a wręcz przeciwnie: im rynek kapitałowy jest – w ujęciu ekonomistów – doskonalszy i mniej zakłócony, tym bardziej nierówność r>g będzie znacząca. Prowadzi to jednak do skrajnych nierówności, które nie dają się pogodzić z wartościami merytokracji, na których opierają się nasze demokratyczne społeczeństwa.

Jest na to wiele różnych remediów, poczynając od udoskonalenia współpracy międzynarodowej (automatyczna wymiana informacji bankowej, progresywne opodatkowanie kapitału) aż po niemal zupełny separatyzm narodowy. Inflacja z kolei pozwala likwidować zadłużenie publiczne, ale najsilniej uderza w drobnych posiadaczy i jest rozwiązaniem bardzo nietrwałym. Różne kraje stosują różne sposoby, w Chinach jest to kontrola kapitału, gdzie indziej panuje autorytarna oligarchia typu rosyjskiego, w Stanach Zjednoczonych jest to stała stopa wzrostu demograficznego. Szansą dla Europy jest natomiast jej model socjalny i zgromadzone w przeszłości bogactwa, które znacznie przewyższają poziom zadłużenia. To wszystko jednak pod warunkiem, że dokona się radykalnej rewizji jej instytucji politycznych, które dzisiaj są głęboko dysfunkcyjne. Europę stać na wzniesienie się ponad wskaźniki wzrostu i narzucenie kapitalizmowi demokratycznej kontroli.

przeł. Agata Czarnacka

Fragment książki Thomasa Piketty’ego Do urn, obywatele! (Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2018)

Thomas Piketty: Do urn, obywatele!

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.