Gospodarka

Za mało, za późno, w złym kierunku – 9 lat polskiej walki z kryzysem

Blisko dekadę temu rząd koalicji PO-PSL wprowadził tzw. pakiet antykryzysowy. Skutki ówczesnej polityki odczuwamy do dziś.

Przed niemal dekadą rząd koalicji PO-PSL wprowadził tzw. pakiet antykryzysowy. Wynegocjowany przez pierwszy rząd Donalda Tuska zestaw tymczasowych regulacji miał być amortyzatorem na czas spodziewanego kryzysu i spowolnienia gospodarczego, którego symptomy były widoczne w Europie od przynajmniej kilku miesięcy. Retoryka „zielonej wyspy” była jeszcze pieśnią przyszłości a politycy całkiem poważnie obawiali się globalnego spadku koniunktury. Zdawałoby się, że od sierpnia 2009 roku minęła epoka, a jednak skutki ówczesnej polityki odczuwamy niejednokrotnie do dziś. Bez ich zrozumienia, trudno jest pojąć, dlaczego polityczna oferta PiS okazała się dla Polaków aż tak atrakcyjna.

Przez kilka pierwszych miesięcy 2009 roku udało się w ramach działającej jeszcze Komisji Trójstronnej wynegocjować zestaw rozwiązań w trzech głównych obszarach. Pierwszy obszar dotyczył polityki społecznej – założono wzrost wydatków na świadczenia socjalne, zwolnienie z opodatkowania zapomóg wypłacanych przez związki zawodowe, zniesienie opodatkowania pomocy społecznej w formie bonów, uchylenie ustawy kominowej (!) oraz założono działania na rzecz wzrostu minimalnego wynagrodzenia do poziomu 50 procent średniego wynagrodzenia. Jak jednak widać, realnie odczuwalne zmiany były nieznaczne (mimo, iż akurat opodatkowanie zapomóg czy bonów jest absurdem, to finalnie regulacja ta… nie weszła w życie), a poważniejsze zobowiązania zapisano w formie bardzo mglistej. Zapowiedziano również konieczność wsparcia pożyczkobiorców hipotecznych w związku z kryzysem na rynku kredytów walutowych.

Zdecydowanie ciekawiej i poważniej wyglądał za to drugi obszar skierowany do pracodawców i przedsiębiorców. Tu sztandarowym „usprawnieniem” było wprowadzenie 12-miesięcznego okresu rozliczeniowego czasu pracy. Ponadto poluzowano dotychczasowe regulacje dotyczące doby pracowniczej i ułatwiono stosowanie ruchomego czasu pracy. W siedzibach związków pracodawców musiały strzelać korki od szampana, bo wszystko to oznaczało daleko idącą deregulację warunków zatrudnienia.

Trzeci obszar uzgodnień zakładał skrócenie okresu amortyzacji (czyli de facto zwiększenie wartości odpisów podatkowych dla przedsiębiorców) oraz finansowe wsparcie zatrudnienia. W finalnym pakiecie rozwiązań, który przybrał formę zestawu ustaw zawarto też możliwość subsydiowania zatrudnienia, dopłaty do szkoleń oraz dopłaty do pensji w trakcie tzw. postojowego w firmach. Na realizację tych rozwiązań przeznaczono ponad 20 mld złotych, głównie ze środków Funduszu Pracy, jednocześnie zapowiedziano też przyspieszenie prywatyzacji. W praktyce rozwiązania pakietu antykryzysowego dla pracowników oznaczały przede wszystkim ograniczenie wypłacania nadgodzin, silne uelastycznienie czasu pracy, zmniejszenie okresu odpoczynku między kolejnymi zmianami w pracy, możliwość obniżenia pensji oraz zwiększenie roli dużych i często zblatowanych z pracodawcami związków zawodowych. Na dwa lata zawieszono też zasadę limitu dwóch umów na czas określony, po których kolejna miała być już zawarta na czas nieokreślony – odtąd umowy na czas określony można było zawierać na okres do 24 miesięcy. Rozwiązania o charakterze socjalnym były za to bardziej niż symboliczne i praktycznie nieodczuwalne przez szeregowych pracowników.

Chcę być człowiekiem, a nie tylko maszyną do pracy

Pakiet z 2009 roku miał być „społecznym” uzupełnieniem przyjętego rok wcześniej przez rząd Planu Stabilności i Rozwoju. Obydwa projekty były mocno anachroniczne już w momencie przygotowania, ale dziś widać to szczególnie jaskrawo. Trudno dziś poważnie traktować wsparcie dla Specjalnych Stref Ekonomicznych jako fundamentu inwestycji bezpośrednich, bo już od bardzo dawna widać, jak wielkie koszty społeczne i rozwojowe generuje ten pokraczny twór ekonomii politycznej lat 90. Z kolei rozszerzenie działalności poręczeniowej i gwarancyjnej dla przedsiębiorstw oraz podniesienie kwot odpisów amortyzacyjnych w warunkach zwiększonej absorpcji środków unijnych zapewne i tak nastąpiłoby, niezależnie od koniunktury.

Koniec Specjalnych Stref Ekonomicznych w Polsce

Pakiet, pomimo pewnych oporów, poparły wszystkie ówczesne siły parlamentarne. Retoryka walki z kryzysem doskonale sprzyjała rozwiązaniom proponowanym głównie przez kręgi pracodawców. Ich retorykę przyjęto bez większych zastrzeżeń, co doskonale oddaje klimat tamtego czasu: 2009 rok to ledwie połowa pierwszej kadencji koalicji PO-PSL. NSZZ „Solidarność” pod wodzą Janusza Śniadka nie jest specjalnie zainteresowany szeroką obroną praw pracowniczych, skupia się głównie na udziale w bieżącej grze politycznej. Dobra koniunktura trwająca od około 2004 roku nieodwołalnie odchodzi w przeszłość, a nikt z polityków tak naprawdę nie wie, jak sobie radzić ze wzrostem bezrobocia, spadkiem produkcji i problemami w sektorze finansowym w warunkach członkostwa w UE. Pakiet zostaje zresztą uchwalony z dużym opóźnieniem, bo większość krajów europejskich zdążyła już wcześniej wdrożyć analogiczne regulacje, a nawet bez eksperckiej wiedzy wiadomo, że na jakiekolwiek efekty zmian należy poczekać przynajmniej kilka kwartałów.

Politycy PO są właściwie bezradni, nawet na poziomie diagnozy problemów, które mogą nadejść. Niespecjalnie wiedzą, jak rozbroić bombę w postaci błyskawicznie drożejących kredytów denominowanych we frankach, nie potrafią też wyobrazić sobie wpływu ewentualnego kryzysu na sytuację gospodarstw domowych. Pierwszy problem jest łatany przy pomocy dość pokracznej ustawy o wsparciu kredytobiorców (Ustawa o pomocy państwa w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych udzielonych osobom, które utraciły pracę z 19 czerwca 2009), będącej wyrazem bardzo paternalistycznego myślenia o problemach osób zagrożonych utratą dachu nad głową. Pozwala ona bowiem zarejestrowanym bezrobotnym na nieoprocentowane skredytowanie (za zgodą starosty) zagrożonego kredytu przez okres 12 miesięcy i konieczność zwrotu tej pomocy w kolejnych latach. W praktyce rozwiązanie okazuje się martwe i prawie nikt z niej nie korzysta. Doskonale za to rozwija się popyt na kredyty konsumpcyjne (wzrost o około 10 proc) oraz rośnie rynek windykacyjny – w okresie 2009-11 jego wartość ulega niemal podwojeniu. Brak wydatków publicznych w postaci transferów społecznych jest jednocześnie kompensowany przez zjawisko określane mianem prywatnego keynesizmu – konsumpcji na kredyt gospodarstw domowych zadłużających się w sektorze bankowym i parabankowym.

Mimo szeroko deklarowanej pomocy dla pracodawców rośnie też bezrobocie – w okresie obowiązywania pakietu o około 2,6 punktu procentowego, by w 2013 roku osiągnąć apogeum 13,4 procent. Znaczne ułatwienia dotyczące rozliczania czasu pracy, możliwości dokonywania przestojów i ogólne uelastycznienie rynku pracy nie są skutecznym lekarstwem. Pracodawcy bardzo niechętnie też korzystają z możliwości dofinansowania szkoleń i innej pomocy finansowej – jak się okazuje procedura aplikowania o nią to biurokratyczna gra niewarta świeczki. Z dzisiejszej perspektywy widać, że na zmianach w stosunkach pracy skorzystali najbardziej ci pracodawcy, których pracownicy nie byli zagrożeni zwolnieniem. Dzięki uelastycznieniu reguł mogli obniżyć koszty zatrudniania, które nawet bez pakietu antykryzysowego nie byłyby dla nich problemem. W 2013 roku 12 miesięczny okres rozliczeniowy został wprowadzony już na stałe do systemu prawa pracy i mimo pewnych teoretycznych ograniczeń jest on szeroko stosowany chociażby w centrach Amazona czy zakładach VW.

Makroekonomiczne skutki kryzysowego spowolnienia szczęśliwie zostały zamortyzowane przez absorpcję środków unijnych oraz pakiety stymulujące popyt w Niemczech. Pomogły też działania Ministerstwa Finansów, które dobrze wykorzystało narzędzie, jakim jest Bank Gospodarstwa Krajowego, do odpierania ataków na polskiego złotego.

Bardziej opłaca się wynająć Polaka niż kupić robota

Mimo iż realne efekty zarówno pakietu antykryzysowego jak i Planu Stabilności i Rozwoju były co najmniej skromne, obydwa te programy trwale określiły panoramę problemów, z którymi do dziś się borykamy. Przede wszystkim chodzi o utrwalenie uśmieciowienia rynku pracy, po drugie o zmniejszenie pozycji pracowników zatrudnionych w dużych firmach sektora prywatnego. Po trzecie, wprowadzenie rocznych okresów rozliczeniowych jest do dziś koszmarem wielu zatrudnionych. No i najważniejsza kwestia: bardzo powierzchowne potraktowanie kwestii społecznych – tak jakby widmo kryzysu miało zagrażać jedynie stronie przedsiębiorców. Działania z końcówki drugiej kadencji rządów PO-PSL, takie jak chociażby wprowadzenie świadczeń dla matek pracujących na umowach śmieciowych czy wydłużenie urlopu macierzyńskiego były zbyt skromne, zbyt punktowe i przede wszystkim zbyt późne, aby zmienić społeczny bilans ośmioletnich rządów. Do dziś zresztą, mimo kilku ważnych korekt, panujący system stosunków pracy jest efektem tego samego myślenia, które towarzyszyło politykom PO blisko dekadę temu, gdy planowali zaradzić kryzysowi. Jest tylko obficiej pokropiony wodą święconą i okadzony nacjonalistycznym kadzidłem.

Bio

Mikołaj Iwański

| Ekonomista
Mikołaj Iwański – doktor nauk ekonomicznych, absolwent filozofii Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Kierownik Zakładu Historii i Teorii Sztuki, Wydział Malarstwa i Nowych Mediów na Akademii Sztuki w Szczecinie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.