Gospodarka

Nowoczesna głęboko wierzy w wolny rynek

ryszard-petru

Gdy nobliści z ekonomii w USA podpisują petycję za wzrostem płacy minimalnej, polscy liberałowie wciąż tkwią we wczesnych latach 90.

W czwartek rano Ryszard Petru zaprezentował program gospodarczy swojego ugrupowania. Mimo szumnych wypowiedzi o „nowoczesności” Nowoczesna wciąż powtarza zdarte płyty i klisze znane z lat 90., całkowicie ignorując to, jak bardzo zmieniła się debata ekonomiczna w ciągu ostatniej dekady.

Nowoczesna chce ustawą zakazać deficytów budżetowych, wprowadzić stawki VAT 10/20% oraz docelowo stawkę jednolitą 16-18%, zmniejszyć liczbę firm strategicznych i całkowicie sprywatyzować wszystkie pozostałe, obniżyć opodatkowanie osób prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze do 15% oraz oczywiście „uprościć przepisy podatkowe”. Zdecydowana większość przedstawionych propozycji jest mantrą znaną nam wszystkim od lat, powtarzaną nieustannie przez nadwiślańskich liberałów. Nie są one dużym zaskoczeniem, ale tym, co uderza szczególnie, jest ignorancja ekonomiczna reprezentowana przez Ryszarda Petru i jego ugrupowanie w polskich mediach otaczanego nimbem „eksperckości”.

Krążące w internecie „rachunki od państwa”, czy grafiki porównujące budżet państwa do budżetu rodziny i sugerujące, że skoro rodzina nie może się wiecznie zadłużać to państwo również nie powinno tego robić, do tej pory w polityce reprezentowane były jedynie przez ekscentrycznego i nietraktowanego poważnie Janusza Korwin-Mikke. Dziś taki sposób myślenia do debaty publicznej wprowadza Nowoczesna.

Porównanie, które w pierwszym momencie może brzmieć przekonująco, gdy przyjrzeć się mu dokładniej, okazuje się nie mieć żadnego sensu. Państwo w przeciwieństwie do rodziny ma nieograniczony horyzont czasowy, dużo większą wiarygodność, zadłuża się nieporównanie taniej, a jego sytuacja gospodarcza w większości wypadków poprawia się z roku na rok. Co więcej, póki deficyt wyrażony jako część produktu krajowego brutto pozostaje niższy od tempa wzrostu gospodarczego, dług publiczny jako część PKB spada. Czy dług publiczny Polski jest problemem? Ekonomiści OECD w ostatnim ze swoich raportów poświęconym Polsce szacując dynamikę polskiego długu publicznego w przyszłych latach w scenariuszu bazowym przewidują jego spadek o połowę w ciągu najbliższych dekad.

W swej oderwanej od rzeczywistości chęci zakazania deficytu Ryszard Petru przypomina ortodoksyjnych finansistów z końca XIX i początku XX wieku uważających, że zadłużenie państwa, podobnie jak zadłużenie prywatne, jest „grzeszne” i potępiających je z pozycji etycznych. W 1920 roku na Międzynarodowej Konferencji Finansowej w Brukseli stwierdzono, że rządy, które wchodzą na drogę deficytu budżetowego, prowadzą swoje państwa do ruiny. Dziś pogląd taki w podręcznikach do finansów – nawet podstawowych – jest traktowany z politowaniem, lub po prostu pominięty. Oczywiście zdrowe finanse publiczne wspierają rozwój gospodarczy, ale fetyszyzacja „zerowego deficytu” jest dla niego raczej przeszkodą niż wsparciem.

Zmiany w systemie podatkowym są istotną częścią programu gospodarczego Nowoczesnej. Niestety skompromitowana krzywa Laffera wciąż towarzyszy polskim liberałom. Kiedy badania ekonomistów zdecydowanie wykazują, że próg, powyżej którego obniżka podatków prowadzi do wzrostu wpływów, to stawka wynosząca pięćdziesiąt kilka, czy nawet ponad 70 procent, Ryszard Petru wciąż jest przekonany, że „niższe podatki to zwykle lepsze dochody”. Jak widać idea już dawno skompromitowana za Atlantykiem, a na poważnych wydziałach ekonomicznych traktowana jako przeszłość w Polsce wciąż cieszy się olbrzymią popularnością.

Jak widać idea już dawno skompromitowana za Atlantykiem, a na poważnych wydziałach ekonomicznych traktowana jako przeszłość w Polsce wciąż cieszy się olbrzymią popularnością.

Proponowane stawki VAT 10/20%, a docelowo jednolita stawka VAT na poziomie 16-18%, mające poprawić ściągalność podatku od wartości dodanej, oznaczają jedno – więcej zapłacimy za żywność i inne dobra pierwszej potrzeby, mniej za luksusowe auta i pełnomorskie jachty. Podatek VAT jest z natury podatkiem regresywnym (osoby o niższych dochodach wydają większą część swojego budżetu na konsumpcję), różne stawki zaś zmniejszają jego szkodliwe skutki społeczne. Wprowadzenie jednolitej stawki zdecydowanie zwiększy regresywność podatku – jest to reforma, za którą zapłacą osoby gorzej sytuowane, a na której zyskają osoby bogate. Teoretycznie istnieje możliwość zrekompensowania strat wynikłych za sprawą wprowadzenia jednolitej stawki VAT za pomocą dodatkowych świadczeń socjalnych, ale przypomina to próbę podpalenia lasu, a następnie twierdzenie, że skoro zatrudniliśmy dodatkowy zastęp straży pożarnej to wszyscy jesteśmy bezpieczni. Co więcej propozycja ta z ust Ryszarda Petru w ogóle nie pada, a deklaracje dotyczące zasiłków są wręcz przeciwne – należy je ograniczać. Dla Nowoczesnej polityka społeczna wydaje się być jedynie kosztem, a nie inwestycją w lepszą przyszłość.

Zapowiedź wprowadzenia uproszczonej rachunkowości dla spółek kapitałowych pokazuje naiwną logikę, zgodnie z którą obniżenie kosztów prowadzenia działalności gospodarczej o dwieście, czy trzysta złotych miesięcznie sprawi, że nad Wisłą nastąpi erupcja przedsiębiorczości, a kraj stanie się tygrysem Europy Środkowo-Wschodniej. Być może rzeczywiście doprowadzi to do powstania nowych mikrofirm, ale trudno liczyć na to, że powstanie przedsiębiorstw, dla których płynności finansowej kluczowy jest rachunek w tak niskiej kwocie, doprowadzi do wzrostu wynagrodzeń zapowiadanych przez Ryszarda Petru.

Obniżka opodatkowania jednoosobowych działalności gospodarczej do 15% przyczynić może się jedynie do przejścia większej ilości informatyków na własne działalności, czy wypchnięcia większej ilości pielęgniarek na fikcyjne samozatrudnienie.

Krajem o najwyższym odsetku samozatrudnienia na świecie wcale nie jest jedna z potę gospodarczych, ale Bangladesz. Pozostaje liczyć, że nawet jeśli lider Nowoczesnej nie zdaje sobie z tego sprawy, to ma większe ambicje względem przyszłości polskiej gospodarki.

Zapowiedź szeroko zakrojonej prywatyzacji, pozostawienia mniej niż 22 spółek skarbu państwa rodzi po doświadczeniach lat 90. pytanie o koszty społeczne proponowanych przekształceń własnościowych. Zagadnienie to dla Nowoczesnej nie istnieje, a prywatyzacja wydaje się być magiczną różdżką służącą do zmiany świata na lepsze.

Co Nowoczesna proponuje w dziedzinie emerytur? Podczas prezentacji zabrakło deklaracji na ten temat, ale gdy w styczniu 2015 roku w kancelarii Prezydenta RP prezentowano raport Dodatkowy system emerytalny w Polsce – diagnoza i rekomendacje zmian przygotowany przez zespół, którego koordynatorem był Ryszard Petru, padły propozycje łudząco przypominające rozwiązania wprowadzane dziś przez wicepremiera Morawieckiego. Zachęty ze strony państwa miały napędzić oszczędności w indywidualnych programach emerytalnych, wprowadzone miały zostać wpłaty powitalne dla osób rozpoczynających oszczędzanie, a w wariancie najbardziej radykalnym – przymusowe zapisanie wszystkich do pracowniczych programów emerytalnych. Doświadczenia innych krajów wskazują, że z opcji opt out skorzystałoby mniej niż 10 % siły roboczej.

W opublikowanych w czasie kampanii wyborczej „kierunkach programowych” część poświęcona gospodarce rozpoczyna się od szczerego wyznania dra Marka Radzikowskiego – młodego adiunkta z katedry Leszka Balcerowicza i byłego szefa gabinetu politycznego wicepremiera i ministra finansów Jacka Rostowskiego. Doktor Radzikowski deklaruję, że „głęboko wierzy w wolny rynek”. Słowo „wiara” najlepiej oddaje podejście Nowoczesnej do polityki gospodarczej. Jej politycy oraz „eksperci” nie zadają sobie trudu zderzenia własnych przekonań z faktami i wynikami badań. Bez wątpienia jest to powiązane z kondycją wyższych uczelni ekonomicznych w Polsce, gdzie tylko nieliczni publikują po angielsku, a artykuły opublikowane przez osoby zatrudnione na polskich uczelniach w dobrych anglojęzycznych czasopismach naukowych z dziedziny ekonomii można w latach suchych policzyć na palcach jednej ręki, a latach obfitych potrzebujemy obu. W takiej sytuacji nietrudno stracić kontakt z rzeczywistością.

Podsumowując: na Wschodzie bez zmian. Gdy nobliści z ekonomii w USA podpisują petycję za wzrostem płacy minimalnej, gdy problem nierówności ekonomicznych od dawna zajmuję już nie tylko lewicowych aktywistów, ale też największe tuzy światowych nauk ekonomicznych, polscy liberałowie wciąż są we wczesnych latach 90..

Panowie i Panie – takimi programami tylko otwieracie drogę do kolejnych kadencji Prawu i Sprawiedliwości.

***

Marcin Wroński ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej, członek Rady Krajowej Partii Razem. Publikował między innymi w: „Obserwatorze Finansowym”, „Wiedzy i Życiu”, „Tygodniku Przegląd”.

PIKETTY-JAK-URATOWAC-EUROPE Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 196/2016 (1396)

Bio

Marcin Wroński

| Absolwent ekonomii, członek Razem
Ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej, student Wolnego Uniwersytetu Berlina, członek Rady Krajowej Partii Razem. Publikował między innymi w: Krytyce Politycznej, „Obserwatorze Finansowym”, „Wiedzy i Życiu”, „Tygodniku Przegląd”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Rząd zadekretował, że minimalne wynagrodzenie wyniesie 12 zł za godzinę. Od stycznia będzie 13 zł, bo nastąpi rewaloryzacja. Dla pracodawcy to koszt (razem ze składkami) 15,60 zł. Dla pracownika to tylko 9,46 zł na rękę. Różnicę zabiera rząd. Im wyższe najniższe wynagrodzenie, tym więcej rząd zabiera. To jest główny powód, dla którego tak dba o te wynagrodzenia. A przecież wynagrodzenie to niejedyny koszt zatrudnienia. Utrzymanie miejsca pracy to około 4 zł na godzinę pracy. Łącznie 19,50 zł – prawie dwa razy więcej niż na Węgrzech czy w Czechach.
Pisałem kilka lat temu, że rynek pracy zmieni się z rynku pracodawcy na rynek pracownika. Cena pracy jest – jak każda inna – wypadkową podaży i popytu. O tym, że podaż pracy będzie malała, było wiadomo – wystarczyło spojrzeć w tablice demograficzne. Że popyt będzie rósł, też było pewne – nie wiadomo było tylko kiedy. Okazało się, że właśnie teraz. Rynek sam sprawił, że najniższe wynagrodzenia w skali kraju rosną. Rząd sprytnie postanowił pokazać, że to jego zasługa. Ale uparł się, że najniższe wynagrodzenie będzie wszędzie takie samo. A przecież średnie wynagrodzenie takie nie jest. Inne jest na Mazowszu, gdzie na średnią wpływa Orlen, a inne na Podlasiu. Jednak najniższe ma być takie samo.
Tymczasem serek biały wiejski w kilku sklepach w Warszawie kosztuje 1,89–2,09 zł. Na Podlasiu zaś w jednym miasteczku 1,44–1,46 zł. Przypadek? Nie! Wynika to z różnic między Warszawą a Podlasiem.
Już słyszę wrzask, że porównuję pracę ludzi do serka. Jednak w bilansie sklepu zakup serka jest kosztem, tak samo jak zakup pracy ekspedientki sprzedającej serek.
Po podwyższeniu wynagrodzeń koszt sprzedaży wzrośnie. Dla równowagi trzeba będzie zwiększyć przychód – czyli podnieść cenę serka. Niekoniecznie w Warszawie – gdzie różnica cen wynosi 20 gr między sklepami. Ale na Podlasiu, gdzie wynosi 2 gr – na pewno. Tylko czy popyt na droższy serek nie zmaleje? Właściciel sklepu na Podlasiu, by obniżyć koszty, sam może stanąć za ladą. Ale ekspedientka straci pracę.
Ciekawe, że zwolennikom sprawiedliwości nie przeszkadza, że ekspedientka z Warszawy kupi za godzinowe wynagrodzenie 4,5 opakowania serka, a z Podlasia o dwa więcej. Gdzie tu sprawiedliwość? Może wprowadźmy sztywne ceny serka? Już przecież są na lekarstwa. Apteki nie mogą zaoferować klientom ceny niższej niż wyznaczona przez urzędników!
Można tak zrobić i z serkiem! Ale jak mieliśmy kiedyś sztywne ceny serka, nie było go w sklepach. Podobnie jak dziś nie ma już niektórych lekarstw w aptekach." Prof. R. Gwiazdowski