Gospodarka

Niedziela dzieli

Gdyby większość nadgodzin była płatna, zdecydowanie rzadziej zdarzałoby się, że ktoś nie znajdzie czasu na zakupy w tygodniu.

Jakub Majmurek zwrócił uwagę na to, że w dyskusji o pracy w niedzielę dominują argumenty natury moralnej czy praktycznej, a brakuje informacji – o tym, kto faktycznie pracuje w niedziele i dla kogo ta praca jest ciężarem, a dla kogo – okazją do dorobienia. Na szczęście trochę na ten temat wiemy. I to na faktach powinniśmy budować naszą politykę, a nie na emocjach, jak to zwykle w Polsce bywa.

„Nie jestem zupełnym przeciwnikiem zakazu handlu w niedzielę i jeśli faktycznie wśród pracowników handlu byłaby powszechna zgoda, że chcą wolnych niedziel, mógłbym poprzeć rządowy kompromis. Nikt jednak nie pokazał mi wiarygodnych badań w tej kwestii. Nikt nie przedstawił struktury zatrudnienia w handlu. Ile pracujących tam, to faktycznie osoby, które tylko w niedzielę mogą spędzić czas z rodziną? Jak wielu jest dorabiających sobie uczniów / studentów / emerytów, którym praca w niedzielę nie przeszkadza, ale chętnie by popracowali zwłaszcza za większą stawkę?” – pisze publicysta „Krytyki Politycznej”.

Na problem handlu w niedzielę możemy spojrzeć jako na konflikt w sferze wolności: wolności konsumentów – do robienia zakupów tego właśnie dnia, właścicieli i menedżerów sklepów – do wyznaczania godzin pracy według własnego uznania, oraz pracowników – do samodzielnej decyzji o pracy w ostatnim dniu tygodnia. Zakres tej wolności ograniczać może prawo – które do tej pory decyzję pozostawiało po stronie pracodawców, nakazując jedynie, by pracownicy mieli oddany dzień wolny w przeciągu 6 dni kalendarzowych poprzedzających taką niedzielę lub następujących po niej. W przeciwnym razie pracownikom należy się dodatkowa dniówka. Z takiego rozwiązania cieszą się konsumenci, których – jak pokazuje badanie ceneo.pl z września ubiegłego roku – 80% korzysta ze swobody robienia zakupów w tym dniu. Dlaczego? Aż 43% jako przyczynę podało brak czasu w inne dni tygodnia.

Na problem handlu w niedzielę możemy spojrzeć jako na konflikt w sferze wolności: wolności konsumentów, właścicieli i menedżerów sklepów oraz pracowników.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ze względu na niski poziom wynagrodzeń w naszym kraju, siła negocjacyjna przedstawicieli świata pracy jest zdecydowanie niższa niż reprezentantów kapitału. Skutkiem sytuacji na rynku pracy (nawet teraz mamy ok. 1,1 mln zarejestrowanych bezrobotnych) są m.in. płace, których mediana wypada niewiele powyżej poziomu połowy wynagrodzenia za etat z płacą minimalną w Niemczech – gdzie de facto trudno znaleźć osobę, która zarabia określoną przez federalne prawo stawkę minimalną (w 2017 roku: 8,84 euro za godzinę, co daje ok. 1500 euro miesięcznie).

Innym skutkiem przewagi negocjacyjnej pracodawców nad pracownikami jest to, jak długo ci ostatni muszą pracować. Już tylko licząc legalnie przepracowane godziny i nadgodziny jesteśmy trzecim najdłużej pracującym narodem Europy (po Grekach i Rosjanach) – wyrabiamy normę 1928 godzin rocznie, blisko o połowę większą niż wspomnieni Niemcy.

Do tego dochodzą nadgodziny niezarejestrowane i niepłatne, wykonywane z dobrej woli pracowników lub wymuszone. Według badania CBOS z ubiegłego roku 69% Polaków choć raz miało okazję popracować dla swojej firmy za darmo. W polskim modelu kultury organizacyjnej praca za darmo stała się częstym zjawiskiem – ze względu na emocjonalny związek z miejscem pracy lub za sprawą folwarcznego stylu zarządzania pracujemy więcej, niż przewiduje Kodeks pracy, i często nie widzimy w tym ani nic dziwnego, ani wymagającego dodatkowego wynagrodzenia. W efekcie albo wychodzimy z firmy zbyt późno, żeby jeszcze zrobić zakupy, albo – dużo częstsze zjawisko – obowiązki domowe czy zmęczenie uniemożliwiają nam zaopatrzenie się w to, co nam potrzebne. Zakupy w niedziele okazują się przymusem, który wynika z realiów naszej gospodarki.

W co drugą niedziele do roboty, w co drugą do mycia garów

W tej samej „kulturze nadgodzin” tkwi także wielu spośród 1,6 mln osób pracujących w handlu detalicznym i hurtowym. I podobnie jak w ogóle pracujących – są to najczęściej osoby zatrudnione na umowach o pracę. „Rocznik Statystyczny Pracy 2015” podaje, że pośród grupy nieco szerszej – wzbogaconej o ludzi zajmujących się handlem i naprawą samochodów – i liczącej 2,2 mln osób – zaledwie 136 tys. osób (6%) stanowią pracujący na innych umowach, zaś 121 tys. (5%) – zatrudnieni na niepełny etat. Nie ma jednak dowodów na to, że całe te ćwierć miliona pracowników to dorabiający w weekendy, których zakaz pracy w niedzielę uderzy po kieszeni.

Inaczej mówiąc, skoro dla niewielu brak ograniczeń oznacza dodatkowe zarobki, to na liberalnym podejściu państwa do pracy w ostatnim dniu tygodnia zyskuje niewielka grupa – znacznie więcej jest tych, którzy zmuszeni są wtedy do pracy wbrew swoim preferencjom.

W polskim modelu kultury organizacyjnej praca za darmo stała się częstym zjawiskiem – ze względu na emocjonalny związek z miejscem pracy lub za sprawą folwarcznego stylu zarządzania pracujemy więcej, niż przewiduje Kodeks pracy.

Ilu? Na to pytanie najprościej odpowiedzieć, odwołując się do głosu samych handlowców, których o stosunek do pracy w niedzielę jesienią ubiegłego roku zapytała pracownia TNS na zlecenie Konfederacji Lewiatan. Okazało się, że pośród pracujących tego dnia za zakazem pracy w niedzielę opowiada się 49% pracowników handlu, a przeciw jest 40%. W przypadku handlowców, którym dane jest w niedzielę odpoczywać, stosunek głosów wynosił 48:43, a dla obu grup liczonych łącznie: 49:42. Zatem choć różnica nie jest duża, to w obu grupach przeważają zwolennicy ograniczenia.

Przeciwnicy pracy w niedzielę zwracają uwagę na to, że oddanie wolnego dnia np. w poniedziałek nie jest wystarczającą rekompensatą. Większość Polaków w niedzielę odpoczywa – więc i większość małżonków osób pracujących w sektorze handlowym, ich partnerów, członków rodziny i znajomych handlowców. Trudno spędzić cały wolny poniedziałek z dzieckiem w wieku szkolnym. Przeciwnicy zamykania sklepów w tym dniu mówią, że właśnie w niedzielę cała rodzina może wybrać się na zakupy – w tygodniu to przecież niemożliwe. Ale ten argument jest o wiele słabszy: z rodziną można spędzać czas na wiele innych sposobów. Najsilniej kolidują więc stanowiska osób, które ciężko pracują w tygodniu i nie mogą wtedy zrobić zakupów – z tymi, którzy w niedzielę pracują i nie mogą wtedy spędzać czasu z bliskimi. Ostatecznie jest to więc konflikt pomiędzy dwiema grupami, które nie mogą swobodnie dysponować swoim czasem ze względu na to, w jakiej kulturze żyjemy i ile zarabiamy. Niedziela dzieli ludzi pracy.

Leder: Relacja folwarczna

Racjonalnie postępujące państwo powinno szukać remedium, adresując swoją politykę do źródła problemu, a nie do jego symptomów. Po raz kolejny przekonujemy się, że bez sprawnej inspekcji pracy silni narzucają swoje reguły słabym, a taki „porządek natury” przenika do kultury i staje się zwyczajem, standardem. Gdyby bowiem większość nadgodzin była płatna, zdecydowanie rzadziej zdarzałyby się przypadki osób, które w tygodniu nie znajdą czasu na zakupy. Wtedy bilans konsekwencji zakazu pracy w niedzielę byłby w widoczny sposób pozytywny – a nie jak teraz, gdy nawet mając przed oczami powyższe dane, trudno zdecydować, czyja wolność powinna nam leżeć bardziej na sercu.

A jeśli już ograniczać liczbę pracujących handlowców w niedzielę – to czemu nie uczynić tego mechanizmami ekonomicznymi? Wprowadzenie np. 2-krotniości godzinnej stawki wynagrodzenia za pracę w tym dniu zadowoliłoby dorabiających i tych, dla których niedziela jest aktualnie cenniejsza jako czas wolny od pracy niż np. środa. Przeciwnikami takiego rozwiązania są jednak nie tylko przedsiębiorcy, ale i sama minister Rafalska, która nie chce, by pobożnych handlowców od święcenia dnia świętego i od spędzania czasu z rodziną odciągała perspektywa wyższego zarobku.

Dlaczego pracujemy tak długo i czy można coś z tym zrobić

Innym rozwiązaniem jest zezwalanie na otwarcie podwojów w ostatnim dniu tygodnia tylko sklepom, które za to prawo zapłacą – tak jest np. na Malcie. Jest to jednak rozwiązanie godzące w drobnych sklepikarzy, których rzadziej stać na opłatę niż duże firmy. Ale państwo mogłoby przecież zrobić odwrotnie i dla odmiany zadbać o interesy małych sklepów – szczególnie, że w odróżnieniu np. od dużych sieci handlowych znacznie solidniej zasilają one naszego fiskusa. Zakaz lub opłata wprowadzona dla sklepów od określonej powierzchni byłyby pomysłami do rozważenia.

Powyższe instrumenty selekcjonujące przedsiębiorstwa handlowe, które mogą pracować w niedzielę, nie mają jednak wiele wspólnego z sytuacją, w jakiej znajdują się pracownicy: nisko opłacani, rzadko uzwiązkowieni, zwykle niesłuchani. Od państwa zaś powinniśmy oczekiwać, że będzie bronić interesów słabszych. Silni sobie poradzą.

„Wszystko jest dostępne. Tylko weź się do roboty!”

***
Łukasz Komuda – ekspert rynku pracy, redaktor portalu rynekpracy.org, związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Bio

Łukasz Komuda

| Ekonomista, publicysta, ekspert rynku pracy

Ekonomista, ekspert rynku pracy, redaktor portalu rynekpracy.org, związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Janusz Morświn-Pipke

Uprasza się Autora o powstrzymanie się od głoszenia bredni na temat zasilania fiskusa przez sieci i małe sklepy.
Proponuję Autorowi sprawdzenie listy największych płatników CIT. Free tip: Jeronimo Martins = Biedronka
A do tego 55 tysięcy pracowników Biedry zatrudnionych na umowę o pracę = ZUS i PIT .

Ostatnio widuje dużo młodych mężczyzn "za ladą", na pewno marzą o niedzieli z rodziną.

Ale te ludzie to gupie są. Panowie i władcy z prawicy chcą im dać wolne niedziele tylko po to,żeby ich batogami do kościołów zapędzić. A tak! I niech nikt nie waży się mówić,że jest inaczej! Bo zostanie obwołany pisoskim agentem.
No więc,"lewica" nie może tego popierać, bo musi, powtarzam musi walczyć z katotalibanem ciemnym-a tyrka w niedzielę odciąga od kościoła. To prawda! Bo ludzie to gupie są. Trzeba za nich decydować, co mają robić w niedzielę. Żeby im się w dupach od nadmiaru wolnego czasu nie pomieszało.
Naprawdę, jest niesamowite to,jak stosunek do wolnych niedziel pokazuje,kto jest lewicowcem, a kto kryptoliberalem pseudolewicowym. "Lewico" Millera,Środy,Palikota,Biedronia-walcz z lewicą Ikonowicza i Razem. Można być sobie "lewicowcem", ale od świętości i nieomylności Wolnego Rynku, niepokalaności Balcerowicza(gdyby nie On,tobyście żarli korę z drzew i popijali wodą z kałuży,roszczeniowcy cholerni!) i cudowności wzrostu PKB won!