Gospodarka

Monbiot: Bez troski o glebę ludzkość nie przetrwa

Właściciele ziemi na całym świecie biorą udział w orgii destrukcji gleby na gigantyczną skalę.

Wyobraź sobie wspaniały świat, planetę, która nie jest zagrożona zmianami klimatu, na której nie ma problemów ze zmniejszaniem się zasobów wody pitnej, z uodpornianiem się bakterii na antybiotyki, gdzie nie ma epidemii otyłości, terroryzmu ani wojen. Bez wątpienia nie zagrażałoby nam tam żadne poważne niebezpieczeństwo, czy nie tak? Przykro mi, ale jednak nie. Nawet gdyby wszystkie inne problemy zostały w cudowny sposób rozwiązane i tak jesteśmy skończeni, jeżeli nie zajmiemy się sprawą, która uznawana jest za na tyle poboczną i drugorzędną, że może minąć wiele miesięcy, a nikt w ogóle nie wspomni o niej w gazetach.

Jest ona dosłownie – i jak się wydaje – również w metaforycznym sensie pod nami. W związku z tym, że nie jest obecna w mediach, większość dziennikarzy uważa, że jest niewarta uwagi. Niemniej jednak życie ludzi jest od niej całkowicie uzależnione. Wiedzieliśmy o tym już dawno temu, jednak jakoś ta wiedza została zapomniana. Jak napisano w tekście w sanskrycie około 1500 r. p.n.e.: „Nasze przetrwanie zależy od tej garści ziemi. Dbaj o nią, a zapewni nam jedzenie, opał, schronienie i piękne otoczenie. Przestań o nią dbać, a stanie się jałowa i umrze, a jej śmierć pociągnie ludzkość za sobą”.

Nic się w tej w kwestii nie zmieniło. My natomiast się zmieniliśmy. Właściciele ziemi na całym świecie biorą obecnie udział w orgii destrukcji gleby na taką skalę, że według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa pozostało nam średnio 60 lat na uprawianie żywności. Jak podaje „Farmers Weekly”, nawet w Wielkiej Brytanii, gdzie nie występują tropikalne ulewy szybko wymywające glebę, mamy jedynie 100 zbiorów upraw.

Według szacunków ONZ aby zaspokoić popyt na żywność na świecie, potrzebne jest 6 milionów hektarów nowych ziem uprawnych rocznie. Tymczasem każdego roku tracimy 12 milionów hektarów gleb na skutek ich degradacji. Dewastujemy glebę, a potem przesuwamy się dalej, niszcząc po drodze lasy deszczowe i inne cenne siedliska dzikiej przyrody. Gleba jest niemal magiczną substancją. Jest to żywy system, który przekształca różnego rodzaju substancje w taki sposób, że stają się dostępne dla roślin. Ta garść ziemi, którą mistrz Wedy pokazał swoim uczniom, zawierała więcej mikroorganizmów, niż kiedykolwiek żyło ludzi na Ziemi. Jednak traktujemy ją, jakby była śmieciem.

Techniki rolnicze, które miały wykarmić świat, grożą nam nadejściem głodu. Niedawno w czasopiśmie naukowym „Anthropocene”, opublikowano wyniki badań nienaruszonych osadów z dna jeziora we Francji z XI wieku. Pokazują one, że intensyfikacja rolnictwa w ubiegłym wieku zwiększyła erozję gleby sześćdziesiąt razy.

Z kolei inne badania, przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, wskazują, że gleba w ogrodach działkowych – tych małych skrawkach ziemi, które są uprawiane ręcznie w miastach – zawiera o jedną trzecią więcej organicznego węgla niż gleby rolnicze i 25 procent więcej azotu. Jest to jeden z powodów, dla których zbiory działkowiczów, są, w przeliczeniu na hektar, pomiędzy cztery a jedenaście razy większe niż zbiory rolników.

Kiedy tylko poruszam ten temat, ludzie pytają: „Ale przecież rolnicy na pewno są zainteresowani tym, by troszczyć się o glebę?”.

Owszem, i jest wielu świetnych rolników, którzy to robią. Oprócz nich są również fatalni rolnicy, którzy często dzierżawią ziemię innym i pozwalają na to, by została ona przeorana wzdłuż i wszerz w imię szybkiego zysku. Nawet tym dobrym rolnikom życie utrudnia system ekonomiczny i polityczny, który trudno byłoby zaprojektować lepiej, by przysporzyć im frustracji.

Mamy obecnie Międzynarodowy Rok Gleb, jednak nikt o tym nie wie. W styczniu rząd Wielkiej Brytanii opublikował nowy zestaw standardów dotyczących ochrony gleb, które są nieco lepsze niż poprzednie, jednak w żadnym stopniu nie pasują do skali problemu. Nie ma żadnych kar za igranie z naszym przetrwaniem, poza częściowym wstrzymaniem dopłat. Jednak Krajowy Związek Rolników (National Farmers’ Union, NFU) nawet ten żałosny przewodnik uważa za nie do przyjęcia i jego publikację przywitał gorzkimi wyrzutami. Czasem wydaje mi się, że jedynym celem jego istnienia jest promowanie złych praktyk i blokowanie jakiejkolwiek szansy na pozytywne zmiany.

Jest mało równie ponurych widoków jak radość, z jaką NFU świętował wycofanie unijnej ramowej dyrektywy w sprawie ochrony gleb, która była jedynym środkiem mogącym powstrzymać kryzys związany z erozją gleb. NFU, wspierany przez kolejne rządy Wielkiej Brytanii, walczył przez osiem lat, by ją zniszczyć, i piał ze szczęścia niczym stado kogutów, gdy udało się tego dokonać. Wspominając tę historię, będziemy mogli patrzeć na nią jak na alegorię o naszych czasach.

Wkrótce potem minister ds. biznesu Matthew Hancock ogłosił, że chce, aby „biznes był motorem napędowym reformy” – zrzeszenia handlowe mają mieć możliwość „zapoznawania się ze sposobami wymuszania stosowania regulacji w swoich sektorach”. KZR był wśród dwóch pierwszych organizacji, którym przyznano ten przywilej. Hancock wyjaśnił, że to wszystko jest „częścią jednoznacznie probiznesowego planu, którego celem jest zwiększenie bezpieczeństwa finansowego obywateli Wielkiej Brytanii”. Jednak nie zwiększa to naszego bezpieczeństwa, ani finansowego, ani jakiegokolwiek innego. Wręcz przeciwnie, zagraża mu.

Rządowa ustawa deregulacyjna, która obecnie jest na końcu drogi przez parlament, zmusi instytucje – łącznie z tymi, których rolą jest ochrona gleb – aby „miały na uwadze, że pożądane jest promowanie wzrostu gospodarczego”. Niemniej jednak krótkoterminowy wzrost, kosztem bezpieczeństwa publicznego w dłuższej perspektywie, zagraża naszemu przetrwaniu. Ten „jednoznacznie probiznesowy plan” zdereguluje nas na śmierć.

Brakuje nawet chęci badania tego problemu. Tylko jeden uniwersytet w Wielkiej Brytanii – w Aberdeen – oferuje studentom dyplom z gleboznawstwa. Na innych uczelniach ten kierunek został zamknięty.

To jest właśnie to, co prowadzi do upadku cywilizacji. Wojny lub epidemie mogą spowodować śmierć wielu ludzi, jednak w większości przypadków populacja się potem odradza. Zniszcz jednak gleby, a upadnie wszystko.

Z kolei globalizacja sprawia, że ta tragedia jest powielana na całym świecie. W swym początkowym okresie globalizacja zapewnia większą stabilność – ludzie przestają być uzależnieni od lokalnej produkcji. Jednak z biegiem czasu, gdy te same destrukcyjne procesy docierają do każdego zakątka na Ziemi, stabilność staje się zagrożona, gdyż upaść mogą wszystkie systemy na planecie.

W porównaniu z tym wszelkie inne wyzwania zaczynają wyglądać trywialnie. Kryzysy, które wcześniej wydawały się poważne, stają się drobiazgami bez większego znaczenia, gdy zestawi się je z systematycznym rujnowaniem fundamentów naszego życia.

Unikanie tej kwestii jest prawdopodobnie najbardziej przemilczaną sprawą w naszym społeczeństwie, z jaką mieliśmy do czynienia.

Nasze odseparowanie od sił przyrody sprawiło, że zaczęliśmy wierzyć, że nie potrzebujemy już do życia żywności i wody, lecz bitów i bajtów.

Tego typu przekonanie może pojawić się wyłącznie u ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli żadnych poważnych trudności w życiu i dlatego nie są świadomi kruchości egzystencji.

To nie jest tak, że brakuje nam rozwiązań. Wszystko wskazuje dziś na to, że jakiekolwiek oranie gleby nie współgra z jej ochroną. Jest jednak wiele sposobów na to, by rolnictwo mogło się bez niego obejść. Niezależnie od siebie w różnych częściach świata rolnicy eksperymentują z uprawą zerową (znaną również jako uprawa konserwująca), często z wyśmienitymi rezultatami.

Są dziesiątki sposobów na to, jak to robić – nie musimy nigdy więcej oglądać nagiej ziemi. Jednak w Wielkiej Brytanii, jak i w większości państw bogatych, dopiero zaczęliśmy eksperymentowanie z tymi technikami, pomimo starań magazynu „Practical Farm Ideas”.

A jeszcze lepsze są niektóre metody stosowane pod szyldem permakultury – praca ze złożonymi, naturalnymi systemami, zamiast upraszczania lub pozbywania się ich. Pionierzy, tacy jak Sepp Holzer czy Geoff Lawton, uzyskali świetne plony owoców i warzyw w miejscach, gdzie rolnictwo wydawało się niemożliwe, na przykład w austriackich Alpach, 1100 metrów nad poziomem morza, lub na zasolonej pustyni w Jordanii.

Mimo to choć każdego roku rząd brytyjski wydaje 450 milionów funtów na badania i rozwój w rolnictwie (spora część z tego idzie na techniki, które niszczą glebę), permakultura nie jest nawet wspomniana na stronach internetowych dwóch głównych instytucji finansujących te badania (NERC i BBSRC) ani żadnego innego wydziału.

Podejście w stylu macho, by za wszelką cenę osiągać cele krótkoterminowe, wydaje się odporne na wszelkie dowody i logikę. Co tam życie na Ziemi. Będziemy orali nadal, bez względu na wszystko.

przeł. Marcin Gerwin

Tekst ukazał się w dzienniku „The Guardian” (25 marca 2015 r.) oraz na stronie monbiot.com

**Dziennik Opinii nr 89/2015 (873)

***

Tekst powstał w ramach projektu Stacje Pogody (Weather Stations) współtworzonego przez Krytykę Polityczną, który stawia literaturę i narrację w centrum dyskusji o zmianach klimatycznych. Organizacje z Berlina, Dublina, Londynu, Melbourne i Warszawy wybrały pięcioro pisarzy do programu rezydencyjnego. Dzięki niemu stworzono pisarzom okazje do wspólnej pracy i zbadania, jak literatura może inspirować nowe style życia w kontekście najbardziej fundamentalnego wyzwania, przed którym stoi dzisiaj ludzkość – zmieniającego się klimatu. Polskim pisarzem współtworzącym projekt jest Jaś Kapela.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.