Gospodarka

Magia liczb. Dlaczego nie ufamy ekonomistom, choć czasem powinniśmy?

biznesmen-pieniadze-ekonomia

Obsesja wzrostu PKB nie mówi o świecie nic ciekawego poza tym, że istnieje presja na ekonomistów, by dostarczali prostych odpowiedzi, które można zilustrować jednym wskaźnikiem – pisze Karolina Safarzynska.

Nawet jeżeli zdajemy sobie sprawę, jak łatwo można liczbami manipulować, to zazwyczaj ufamy ludziom, którzy potrafią się posługiwać statystyką i aparatem matematycznym. Prace naukowe zawierające choć jedno równanie częściej akceptowane są do publikacji w prestiżowych pismach naukowych niż te, które zawierają tylko argumenty słowne. Efekt? Ekonomiści często najpierw decydują, co chcą powiedzieć, a dopiero potem szukają odpowiedniego modelu, który by dane zjawisko zilustrował. Ewentualnie robią wyliczenia, które popierają ich tezę. Tak czy inaczej, bez liczb czy formalnego modelu trudno jest być branym serio.

Stwarza to pokusę nadużyć, której niektórym trudno się oprzeć. W 2011 roku Uniwersytet w Tilburgu zawiesił na stanowisku profesora Diedrika Stapela po tym, jak się okazało, że regularnie manipulował on danymi, a nawet je fabrykował i przekazywał niczego nie świadomym doktorantom do analizy. Na trop jego oszustwa naprowadziły wątpliwości niezależnych badaczy, którym dane wydały się zbyt dobre, aby mogły być prawdziwe. Tak też było. Wyniki jego prac, oparte na wymyślonych danych, zdążyły jednak wywrzeć wpływ na programy edukacyjne i politykę w obszarze stereotypów społecznych na całym świecie. W publicznych przeprosinach Stapel tłumaczył, że nie wytrzymał presji ciągłej presji publikacyjnej, aby publikować coraz więcej i coraz ciekawszych badań.

Recesji nie będzie, przepraszamy

Nie wszystkie błędy naukowców są zamierzone, ale nawet te niewinne niosą za sobą opłakane skutki.

Jak wiele miejsc pracy zostało zniszczonych w wyniku jednego błędu w arkuszu Excela? – pytali ekonomiści po wpadce profesorów Harvardu, Carmen Reinhart i Kennetha Rogoffa w 2010 roku. Opublikowali oni pracę, w której wykazali, używając danych z 44 krajów na przestrzeni 200 lat, że przekroczenie wskaźnika  90 procent długu publicznego do PKB automatycznie prowadzi do recesji i spowolnienia gospodarczego.

W 2013 roku postanowiono jednak to badanie powtórzyć. Okazało się, że w wyliczeniach autorów było wiele błędów, nawet tak banalnych, jak źle wyliczone średnie. Zanim sprostowano publiczne ten fakt, praca Reinharta i Rogoffa była jednak używana przez konserwatywnych polityków jako argument na rzecz polityki zaciskania pasa.

Nobel za nieracjonalność ekonomii. Dlaczego to ważne?

Problemy tego rodzaju wynikają z olbrzymiej presji na ekonomistów, by dostarczali prostych odpowiedzi, które można zilustrować jednym wskaźnikiem – nawet jeżeli otaczająca nas rzeczywistość jest dużo bardziej złożona i nieraz po prostu nie wiemy, jak powiązane ze sobą problemy ekonomiczno-społeczne rozwiązać.

Przykładem polityki opartej na jednym wskaźniku jest obsesja wzrostu PKB. Pomimo powszechnej krytyki, jest to nadal jeden z kluczowych wskaźników, który determinuje politykę gospodarczą, a jego dynamika utożsamiana jest ze zmianami w dobrobycie społecznym. Tymczasem PKB, o czym często się mówi, ale czego nigdy dość powtarzać, jest sumą dóbr i usług, których wartość jest szacowana za pomocą cen rynkowych.

Dążenie do maksymalizacji PKB przynosi zatem nieraz skutki paradoksalne: zanieczyszczenie środowiska z tej perspektywy okazje się dobre dla gospodarki, bo przecież odzwierciedla wzrost aktywności produkcyjnej i konsumpcyjnej. Tak samo zresztą jak spekulacje, prostytucja, przemyt czy hazard.

Jeżeli wykonujemy prace typu gotowanie lub opieka nad dziećmi i dostajemy za to wynagrodzenie, to jest to wliczane do PKB. Ale już podobna praca w domu wykonywana za darmo – nie. Wskaźnik ten nie odzwierciedla również dostępu czy jakości do bezpłatnej edukacji, służby zdrowia, ani tego, jak dzieli się wypracowany wspólnie tort (tzn. nierówności dochodowych). Niemniej wszystkie modele ekonomiczne, praktycznie bez wyjątku, stawiają wzrost gospodarczy jako funkcję celu, która jest w tym modelu maksymalizowana.

Dlaczego tak się dzieje?

Analiza kosztów i korzyści z perspektywy wzrostu PKB czy jego straty jest łatwiejsza, niż każdorazowe zastanawianie się, jak dana polityka wpłynie na rzeczywistą jakość życia. Ekonomiści mają tendencję do przeliczanie nawet życia ludzkiego na straty PKB, np. wyliczają dochód utracony w wypadku przedwczesnej śmierci (w wyniku zbyt niskich nakładów na służbę zdrowia) i uwzględniają takie wyliczenia w swej analizie.

Ekonomiści równie często uciekają od ocen moralnych, argumentując, że ekonomia powinna od nich abstrahować. Twierdzą przy tym, że tworząc modele zajmują się możliwie przybliżonym opisem rzeczywistości, pozostawiając sferze polityki osąd, jak oceniać skutki instrumentów polityki ekonomicznej. Często zapominają przy tym, że wszelkie ich ćwiczenia teoretyczne, a także wnioski, jakie można na ich podstawie formułować, są zdeterminowane przez założenia w stosowanych przez nich modelach. Czyli np. ekonomia neoklasyczna opiera się na bardzo wyraźnych założeniach: nie tylko że jednostka jest racjonalna, ale że racjonalność jest wartością nadrzędną, a konsumpcja jest jednoznacznie i bezwarunkowo dobra dla wszystkich.

Ale czy jest tak w rzeczywistości?

Nie można modelować ani analizować procesów gospodarczych bez (bardziej lub mniej uświadomionych) przekonań o tym, co jest dobre dla jednostki i społeczeństwa. Niestety, studenci ekonomii są wynagradzani za umiejętności matematyczne, a nie talent do filozofii czy historii myśli.

Czy to znaczy, że nie powinniśmy używać liczb i formalnych modeli? Oczywiście nie. Bez liczb argumentom brakuje wiarygodności, łatwiej też prześcigać się w anegdotycznych opowieściach zastępujących dowody, ale czy to prowadziłoby do lepszej polityki gospodarczej?

Weźmy debatę na temat zakazu handlu w niedzielę, która (jak wiele innych debat) dzieli polskie społeczeństwo. Po jednej stronie mamy związki zawodowe i religijne, które odwołują do argumentów natury moralnej, np. że zmuszanie pracowników do pracy w niedziele  jest nieetyczne, z czym trudno polemizować. Z drugiej istnieją wyliczenia ekonomistów wskazujące, że polityka ta doprowadzi do zniszczenia miejsc pracy i dotknie najbardziej tych, dla których rynek i tak nie jest specjalnie łaskawy, np. grupę wiekową 50+ czy kobiety.

Jak często się zdarza w debacie publicznej, długookresowe koszty i korzyści ważone są wobec krótkookresowych skutków. Ekonomistów zaś traktuje się jak czarne owce, dla których nie jest ważne dobro człowieka. To też jest błąd, bo ekonomia jako nauka zajmuje się dobrobytem społecznym, a formalne wyliczania często są robione po to, aby ocenić długookresowe skutki polityk, które często są inne niż te w krótkim okresie.

Thomas Piketty: Biedny jak Jobs

czytaj także

Fromm napisał kiedyś „Myślę, że świat w którym żyjemy, jest jednym z najlepszych światów, jaki ludzkość kiedykolwiek zbudowała, co nie znaczy zbyt wiele, jako że dotąd ludzkość nie zbudowała wielu dobrych światów”. Podobnie modele, których ekonomiści używają i które uważają za najlepsze z możliwych, są dość dalekie od ideału.

Ale inna ekonomia jest możliwa. Taka, która służy człowiekowi i rozwiązuje palące problemy społeczno-ekonomiczne. Tylko… musimy na nią jeszcze trochę poczekać.

Inna ekonomia jest możliwa?

czytaj także

Inna ekonomia jest możliwa?

Karolina Safarzynska

Korzystałam z książki How Numbers Rule the World: The Use and Abuse of Statistics in Global Politics.

**
Dr hab. Karolina Safarzyńska – pracuje na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW, gdzie uczy finansów i ekonomii behawioralnej. Naukowo zajmuje się badaniem procesów przemian w kierunku zrównoważonego rozwoju. Tytuł doktora uzyskała na Free University w Amsterdamie, odbyła wizyty badawcze w ośrodkach naukowych takich jak WU Vienna University of Economics and Business,  Oxford INET, Santa Fe Institute oraz staże w ONZ, WTO, czy Banku Światowym. Jest autorką prac publikowanych w międzynarodowych czasopismach naukowych.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Podejrzewam, że problem ekonomii jest bardzo podobny do tych jakie są w naukach ścisłych. Danymi można manipulować. To jest nie do uniknięcia; pokusa zbyt silna. W fizyce jest to bardzo trudne, bo układy, które się bada są bardzo proste. Ich opis może być bardzo wyrafinowany a eksperymenty są powtarzalne. W takim wypadku „materia” jest siedzią ostatecznym. Niewiele jest miejsca na interpretację. W innych dziedzinach, które zajmują się znacznie bardziej skomplikowanymi układami, manipulacje są częstsze a z braku dowodów pojawiają się opinie!

    Zgodzę się, że filozofia jest jedną z najbardziej przydatnych społeczeństwu dziedzin. W nauce, szczególnie przydatna jest „sztuka myślenia”. Ale nie zgodzę się, że ekonomia jest zbyt zmatematyzowana. Nie nie jestem ekonomistą, więc mogę się mylić. Ekonomia może się posługiwać bardzo skomplikowanymi modelami, ale te modele nie wydają się wyrafinowane a ekonomiści nie są tak świadomi założeń i ich konsekwencji jak matematycy. Przynajmniej takie wrażenie sprawiają, jak komunikują się ze światem zew.

    Tak na marginesie. Zdziwiło mnie strasznie jak okazało się, że słynni ekonomiści posługują się arkuszem kalkulacyjnym w analizach statystycznych tak skomplikowanych systemów, jakimi są krajowe gospodarki. Nie wyobrażam sobie wklepywania, czegoś na wzór sieci bayesowskiej do Excela. To straszna amatorszczyzna. Przede wszystkim, przez błędy które się popełnia. To nie jest kwestia nieuwagi. To porostu próba wbicia gwoździa śrubokrętem.

  2. Grupowe interesy i ideologia u władzy są zbyt ważne, aby naukowcy się do tego mieszali. Dlatego ekonomia nie jest nauką, ale pełni rolę służebną – wymyśla uzasadnienia dla prowadzonej polityki. Nawet nie musi sięgać do bardzo wyrafinowanych kłamstw, przykład piramidy bzdur i nonsensów na których oparta jest neoliberalna pseudo-ekonomia jest dobitnym przykładem, że niewiele trzeba wysiłku, aby tumanić ludzi. Modele DSGE oparte na nierealnych założeniach, racjonalność agentów, loanable funds theory, debilne austerity, itp. pokazuje jak bardzo oderwane od rzeczywistości mogą być bajki tworzone przez ekonomistów, propagowane zupełnie bezkarnie – nie muszą się wcale sprawdzać, nie muszą być prawdziwe, wystarczy by matematycznie były poprawne i aby plebs w nie uwierzył.

  3. Ekonomistom należy nie ufać jak psom. W grudniu kilkunastu czołowych polskich ekonomistów napisało list otwarty ws. przyjęcia euro (http://www.rp.pl/Finanse/301019939-Przyjecie-euro—list-otwarty-Premierze-Morawiecki-juz-czas-na-euro.html). Eurozona już ma kryzys za sobą, wszystko się ustabilizowało a perspektywy są różowe. W styczniu pojawiła się informacja o przystąpieniu przez Niemcy i Francję do opracowania gruntownej reformy Eurozony, bo tak dalej być nie może. (https://www.bankier.pl/wiadomosc/Francja-i-Niemcy-chca-stanowiska-ws-reformy-eurolandu-do-czerwca-4061357.html). No i jak się ma do stanowiska Niemiec i Francji stanowisko polskich „czołowych” ekonomistów? Ich wiedza i kompetencje budzą zaufanie czy nie budzą? Jednak tertium datur: czyim interesom służą?

    1. Jest jeszcze quatrum datur: NIE służą interesom USA . Nawet skromne poszerzenie strefy € to ograniczenie pasożytnictwa $ amerykańskiego. I bardzo dobrze.