Gospodarka

Kuczyński: Zdrowa korekta czy początek przeceny?

Przez rynki globalne przepłynęła fala wyprzedaży akcji. W USA ponad sześćdziesiąt procent rodzin posiada akcje. Nic więc dziwnego, że Amerykanie z taką uwagą wpatrują się w to, co dzieje się na Wall Street.

Obawiam się, że poniższy tekst może być nieco hermetyczny, chociaż bardzo się postaram, żeby taki nie był. Kogo bowiem interesuje to, co dzieje się na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych? Niektórych to (nieco prowokacyjne) pytanie oburzy, więc szybko się wytłumaczę. W USA ponad sześćdziesiąt procent rodzin posiada akcje. Najczęściej za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych.

Od tego zatem, jak wygląda sytuacja na Wall Street, zależy „efekt bogactwa” (wealth effect), czyli po prostu poczucie zamożności amerykańskich rodzin. Im jest wyższe, tym chętniej Amerykanie się zadłużają i tym chętniej wydają pieniądze. Od tego zaś w olbrzymiej mierze zależy to, jak zachowuje się amerykański PKB, bo 70 procent tego wskaźnika wynika z popytu wewnętrznego.

Nic więc dziwnego, że Amerykanie z taką uwagą wpatrują się w to, co dzieje się na Wall Street. Nie jest to tylko moja, niczym nieudokumentowana opinia. Richard W. Fisher, emerytowany już (w 2015 roku) szef Rezerwy Federalnej z Dallas przyznał w zeszłym roku, że Fed całkiem świadomie pomagał giełdzie po to, aby rosnące ceny akcji wspomagały gospodarkę. Kolejny przykład tego, że ogon macha psem… O ile 30 lat temu sytuacja na Wall Street zależała od tego, co dzieje się w gospodarce – teraz jest odwrotnie.

Ostatnio przez rynki globalne przepłynęła fala wyprzedaży akcji. W chwili pisania mojego komentarza trwa korekta tego spadku. Pojawiają się jednak pytania, czy to jest już koniec trwającej osiem lat hossy? A może tylko zdrowa korekta wzrostu trwającego od początku 2016 roku? Właściwie wszyscy analitycy (łącznie ze mną) twierdzą, że „to jest tylko korekta”.

Mój przekorny, kontrariański umysł każe mi jednak w tej sytuacji zachować olbrzymią ostrożność. Kontrarianie to ci, którzy dopatrują się w przeważających opiniach zalążka czegoś im przeciwnego. I rzeczywiście, na rynkach finansowych rzadko kiedy duża zgodność poglądów zapowiada ich trafność.

Widać po zachowaniu tradycyjnych „bezpiecznych przystani” (złoto, obligacje a nawet frank szwajcarski), że nie są one bardzo pożądanym towarem. Wniosek? Olbrzymia większość inwestorów również uważa, że „to tylko korekta”. Ten spokój ducha może (nie musi – może!) jednak wróżyć, że dno jest niżej.

Nędza algorytmów, czyli jak ekonomiści z Davos prowadzą nas w przepaść

Sama korekta mnie jednak (i chyba mało kogo) wcale nie zdziwiła. Rzecz nie w tym nawet, że po ośmiu latach hossy była ona rzeczą naturalną. Chodzi przede wszystkim o to, że w styczniu tego roku indeksy rosły jak oszalałe (bez sensownego uzasadnienia), a na rynkach panowała zdecydowanie chora euforia. Euforia zazwyczaj zapowiada korektę. Wszystko zresztą ją zapowiadało. Nie było tylko wiadomo, kiedy ona nastąpi. Jak często powtarzam, nie ma bowiem analityka, który byłby w stanie przewidzieć jak wysoko zagna indeksy ludzka chciwość.

W końcu stycznia zwyżek cen akcji spodziewało się dwie trzecie konsumentów, co było najlepszym wynikiem w historii sondażu prowadzonego przez Uniwersytet Michigan. Poziom gotówki w funduszach był najniższy od wielu lat, za to napływ kapitałów do funduszy najwyższy (kupowała tzw. „ulica”, czyli niedoświadczeni inwestorzy). Kontrarianin musiał wtedy powiedzieć sobie caveat emptor, niech kupujący się strzeże… Co zresztą napisałem w swoim komentarzu 23 stycznia.

Interesujące jest to, że uwaga inwestorów skupiona była przede wszystkim na rynku obligacji i to jego zachowanie dyktowało kierunek indeksom. Im wyższa jest bowiem rentowność obligacji (skarbu państwa – treasuries), tym wyższe są rynkowe stopy procentowe (pomińmy mechanizm tego przełożenia), a to z kolei może zaszkodzić zarówno gospodarce USA, jak i gospodarce globalnej. Wyższe oprocentowanie kredytów uderzy bowiem nie tylko w rynek kredytów hipotecznych, ale też potrzebujące kapitału firmy. Na razie obecna rentowność (dziesięcioletnie obligacje w okolicach 2,85 procent) takiego zagrożenie nie rodzi. Warto jednak wytłumaczyć, o co chodzi od strony technicznej z tą całą rentownością dziesięcioletnich obligacji USA.

Od 12 lat doradcom Domu Inwestycyjnego Xelion zalecam śledzenie tego właśnie wskaźnika. Od ponad 30 lat poruszał się on w trendzie spadkowym. Teraz górne ograniczenie kanału trendowego zostało przełamane. Jeśli wskaźnik szybko nie zawróci, to takie przełamanie będzie sygnałem zmiany trendu.

źródło: https://www.cnbc.com

Bardzo często wiąże się to ze wzrostem aktywu (ceny/kursu/rentowności itp.), który był w tym trendzie o całą szerokość kanału. Oznaczałoby to, że rentowności dziesięcioletnich obligacji rządu USA zmierzać będą (w dłuższym okresie) w kierunku 5,5 procent (co daje oprocentowanie kredytu hipotecznego w okolicach 7-8procent). Tak wysokie rynkowe stopy procentowe doprowadziłyby co najmniej do stagnacji, jeśli nie recesji w USA i załamałyby globalny wzrost.

Jest jeszcze jeden problem. W komentarzach amerykańskich pisze się najczęściej o poziomie 3 procent na rentownościach obligacji dziesięcioletnich. Dlaczego? Z prostego powodu, jeśli rentowność pokonają poziom 3% (dokładnie 3,033%) to na wykresie powstanie litera W (podwójne dno z dnami w 2012 i 2016 roku), co byłoby jeszcze mocniejszym sygnału sprzedaży obligacji (wzrostu ich rentowności).

Źródło: https://www.cnbc.com

Pozostaje więc pytanie: czy i jeśli, to kiedy rentowności mogą przekroczyć 3 procent? Wydaje się, że jedynie wówczas, kiedy pojawi się realne zagrożenie wzrostem inflacji. Na razie w USA oscyluje ona wokół poziomu 2 procent, co groźne nie jest, ale te dane trzeba bardzo pilnie obserwować.

Jest jeszcze jedno zagrożenie. Całkiem niedawno Alan Greenspan (były szef Fed) powiedział, że na rynkach akcji i obligacji budowane są bańki spekulacyjne. Wyrocznią Greenspan może nie być, ale prawdą jest, że na rynku akcji w USA tworzy się taka bańka, za to bessa na rynku obligacji rozpoczęła się tak naprawdę już blisko dwa lata temu. Gdyby kapitały zaczęły szybko uciekać z rynku obligacji (nawet irracjonalnie, przy stosunkowo niedużej inflacji), to wynik dla giełd byłby dewastujący.

Ostatnie wzrosty indeksów rodzą nadzieję na koniec korekty, bo wiele czynników technicznych sprzyja takiemu podejściu. Olbrzymia większość graczy uważa, że obronienie przez indeks S&P 500 (przedsiębiorstwa o największej kapitalizacji na giełdzie nowojorskiej) średniej z dwustu sesji, powrót do rocznej linii trendu wzrostowego i wreszcie odbicie po przekroczeniu dziesięcioprocentowego spadku zakończy korektę (i tak często się dzieje). Tylko że właśnie to ogólne przekonanie jest najbardziej niepokojące. Rzadko kiedy korekty kończą się akurat wtedy, kiedy oczekuje tego „olbrzymia większość graczy”.

I na koniec słowa pociechy. Po pierwsze, gdyby doszło do prawdziwej przeceny obligacji, wtedy Fed znowu zacząłby interweniować „drukując” dolary, aczkolwiek w międzyczasie giełdy akcji bardzo mocno by ucierpiały. Po drugie, obecne zawirowania, które uderzają oczywiście również w naszą Giełdę Papierów Wartościowych, nie są groźne dla wzrostu polskiej gospodarki i, co za tym idzie, dla rynku pracy. Nie są groźne, o ile przecena akcji na giełdach poza Polską nie spowolni globalnego wzrostu gospodarczego. Wtedy ból odczujemy i w naszym kraju.

Bio

Piotr Kuczyński

| Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Jednym słowem państwo (FED) napompowało kolejną bańkę kredytowo-giełdową i nie wie, co z tym zrobić. Jedynym zdrowym wyjściem, wbrew tezom Autora, jest solidna przecena, wzrost stóp procentowych. Alternatywą jest dalsze keynesowskie pompowanie ‚pobudzenia popytu’ na spekulacje i dużo większy kryzys. Czekanie ze wzrostem stóp procentowych, aż wzrośnie inflacja jest właśnie przyczyną baniek giełdowych, które doprowadziły do poprzednich kryzysów (1929, 1974, 2001, 2008).