Gospodarka

Jak nie nadepnąć na odcisk hegemona. Polityka podatkowa PiS

Mateusz Morawiecki i minister finansów Teresa Czerwińska. Fot. Krystian Maj (KPRM)

W polityce redystrybucyjnej PiS pokazuje swoje socjalne oblicze. W polityce podatkowej robi wszystko, by nie rozdrażnić najbogatszych. A tam, gdzie może, próbuje im jeszcze dogodzić.

Dla budowy sprawiedliwego społeczeństwa podatki to kwestia kluczowa. Tematyka podatkowa wydaje się często nudna i nazbyt ekspercka, ale niesłusznie. Podatki bowiem skupiają jak w soczewce społeczne relacje władzy – pokazują grupy hegemoniczne i podporządkowane, wskazując wyraźnie, kto jest najbliżej ucha władzy, a kto najdalej. W społeczeństwie egalitarnym system podatkowy jest powszechny i progresywny, przez co proporcjonalnie większą część utrzymania instytucji i polityk publicznych biorą na siebie zamożniejsi. W społeczeństwie rozszarpanym przez różne grupy interesów system podatkowy jest poszatkowany w taki sposób, aby najzamożniejsi mogli zapłacić mniej niż maluczcy – w efekcie ci drudzy przekazują państwu proporcjonalnie większą część dochodów. Dlatego właśnie zmniejszanie nierówności musi opierać się na dwóch filarach – redystrybucji poprzez wydatki społeczne oraz czerpaniu przez państwo dochodów w pierwszej kolejności z najgłębszych kieszeni.

Miliardy wciąż do zgarnięcia

W tym pierwszym obszarze rządząca koalicja robi niemało. Polityka społeczna PiS w połączeniu z polityką rynku pracy (z godzinową stawką minimalną na czele i solidną podwyżką płacy minimalnej) doprowadziła do znacznego spadku nierówności w okresie 2015-2017 – polski współczynnik Giniego spadł w tym czasie z 30,6 do 29,2 (oczywiście czynników tego spadku było więcej – np. rekordowo niskie bezrobocie). Po pierwsze jednak, wciąż sporo nam brakuje do krajów najbardziej egalitarnych, gdzie wskaźnik ten oscyluje w okolicach 25. Po drugie, wg wielu badaczy realne nierówności w Polsce są wyższe, gdyż oficjalne statystyki nie obejmują najlepiej zarabiających. Dlatego właśnie niezbędne są działania reformujące polski – bardzo niesprawiedliwy – system podatkowy. Do tego jednak PiS się nie pali – mówiąc delikatnie.

Rząd często chwali się „uszczelnieniem” systemu podatkowego w Polsce. Tak naprawdę dotyczy to jednak wyłącznie podatku VAT. Dochody z podatków pośrednich faktycznie wzrosły między rokiem 2015 a 2017 o 39,5 mld zł, czyli o 21 proc. Skumulowany wzrost nominalnego PKB był w tym czasie niższy, więc bez wątpienia część tych dodatkowych dochodów jest zasługą uszczelnienia – samo Ministerstwo Finansów mówi o 10,8 mld zł. Rzecz w tym, że pole do interwencji podatkowych jest wciąż olbrzymie. Generalne dochody finansów publicznych w stosunku do PKB w 2017 roku wyniosły 39,6 proc., a więc od 2015 roku wzrosły zaledwie o 0,7 pkt. proc. Dekadę wcześniej wynosiły one 41,4 proc. PKB. Obecna średnia unijna jest aż 5 pkt. proc. wyższa – wynosi niemal 45 proc. PKB. Pięć procent PKB to w Polsce jakieś 95 mld zł.

10 najbogatszych osób w Polsce ma tyle, co 6,8 miliona najuboższych

Co z tego wynika? Że moglibyśmy jeszcze zwiększyć dochody budżetowe o 90 mld zł i dopiero wówczas dobilibyśmy do unijnej średniej. Starczyłoby na cztery programy Rodzina 500+. Oczywiście, taka zmiana musiałaby być rozciągnięta w czasie – absolutnie nie twierdzę, że można było zwiększyć dochody finansów publicznych o 5 pkt. proc. w relacji do PKB w ciągu dwóch lat. Widać jednak wyraźnie, że pole do pomnożenia dochodów państwa jest olbrzymie, a uszczelnienie VAT, choć godne pochwały, żadną rewolucją nie jest. Co gorsza, PiS nie zdradza oznak tego, że chciałby podążać w zaproponowanym przez mnie kierunku. Pozostałe reformy podatkowe PiS utrwalą raczej drenowanie budżetu państwa, a posunięcia w dobrym kierunku są kosmetyczne i wycinkowe.

Robienie (ł)aski koncernom

Od połowy obecnego roku cała Polska stała się Specjalną Strefą Ekonomiczną (SSE). Jeszcze dwa lata temu brzmiałoby to idiotycznie, ale do tego właśnie doszło. Działające w SSE przedsiębiorstwa mogły uzyskać ulgę w podatku CIT w wysokości od 15 do 50 proc. poniesionych nakładów inwestycyjnych lub dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników. Funkcjonowanie SSE poddawano przez lata krytyce, ale rozciągnięcie ich zasad na całą Polskę bez wątpienia nie zniweluje ich negatywnych skutków. Do tej pory nie ma też żadnych dowodów na to, że działanie SSE faktycznie zwiększyło skalę inwestycji w Polsce.

Kolonizacja na prawie Morawieckiego

Przedsiębiorstwa z zagranicy ściągały do Polski przede wszystkim ze względu na niższe koszty pracy – nawet dziś godzinowy koszt pracy liczony w euro jest trzykrotnie niższy od średniej unijnej. Właśnie na tych niskich kosztach pracy zyskiwały nieporównywalnie więcej, niż na ulgach w SSE – inwestowałyby tu, nawet gdyby żadnych ulg inwestycyjnych nie było. Korzystały z nich jednak skwapliwie, a do tego zyskiwały lokalizację w strefach świetnie zaopatrzonych w infrastrukturę stworzoną za publiczne pieniądze. Czysty zysk – trudno jednak oczekiwać, że zrobienie z Polski 40-milionowej strefy ekonomicznej jeszcze powiększy skalę inwestycji nad Wisłą. Z pewnością natomiast ograniczy wpływy z CIT, które w stosunku do PKB i tak są w Polsce dwa razy niższe, niż średnio w OECD.

Polska Singapurem Europy, czyli wątpliwy urok peryferii

Kolejne manewry podatkowe PiS, które sprzyjają przedsiębiorcom, to zmniejszenie podatku CIT dla małych płatników. Czy też raczej „małych”, bo mowa o spółkach, których roczny obrót nie przekracza 1,2 mln euro, czyli ponad 5 mln zł. Od 2017 roku stawka płaconego przez nie CIT wynosi 15 proc. (wobec podstawowej stawki 19 proc.), a od przyszłego roku już jedynie 9 proc. Będzie to najniższa stawka CIT w całej Unii Europejskiej. Trudno jednak spodziewać się fenomenalnych efektów takiego działania: 10-procentową stawkę CIT w Europie mają np. Albania, Macedonia i Bośnia, a wewnątrz UE Bułgaria. Mimo to nie słyszymy bynajmniej historii albańskich czy macedońskich firm i produktów podbijających świat. Wyniki gospodarcze Bułgarii również nie powalają – od 2008 roku ani razu jej wzrost nie dobił do 4 proc., choć to najbiedniejszy kraj w UE. Możemy więc być pewni, że obniżka CIT jedynie spowoduje redystrybucję dochodów z budżetu państwa do kieszeni właścicieli spółek.

Co więcej, obniżka CIT może być kolejnym sposobem zmniejszania podatków płaconych przez zamożnych Polaków. Obecnie bowiem większość z nich to osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą. Po obniżce CIT do 9 proc. dla niektórych z nich bardziej opłacalne będzie założenie jednoosobowej spółki z o. o. Owszem, przy wypłacie dywidendy musieliby zapłacić jeszcze podatek od zysków 19 proc., ale w praktyce niewiele stoi na przeszkodzie, by wypłacać ją sobie minimalną, zaś dużą część wydatków prywatnych finansować z pieniędzy spółki. To oczywiście nielegalne, ale postępuje tak bardzo duża część przedsiębiorców w Polsce.

Pudrowanie złego systemu

Najgorsze jednak, co można zarzucić PiS w temacie podatków, to nie działanie, lecz zaniechanie. Mowa o jednolitym progresywnym podatku dochodowym od osób fizycznych, którego koncepcja była swego czasu mocno lansowana przez ministra Henryka Kowalczyka. Ta jednolita danina miałaby obejmować wszystkich podatników podatku PIT i miała mieć charakter progresywny. Zlikwidowano by w ten sposób możliwość przechodzenia przez najzamożniejszych Polaków na liniowy PIT dla przedsiębiorców. Dzięki temu wszystkie dochody osobiste byłyby obciążone progresywnymi stawkami – w efekcie mniej zarabiający płaciliby wyraźnie mniej, niż obecnie, a lepiej zarabiający znacznie więcej. Byłaby to autentyczna rewolucja, która zbliżyłaby polski system podatkowy do standardów cywilizacji zachodniej, a szczególnie egalitarnych krajów nordyckich. Jednak po ogłoszeniu tej koncepcji zawrzało – wielki sprzeciw wyrażały zarówno środowiska zamożnych małych przedsiębiorców, jak i cała rzesza publicystów, szczególnie z prawej strony. Którzy oczywiście również „siedzą” na liniowym, udając jednoosobowe przedsiębiorstwa produkujące felietony. PiS podkulił więc ogon i zrezygnował z tej koncepcji. Pokazując wszem i wobec, że akurat zamożnym Polakom i wyższej klasie średniej na odcisk nadepnąć bynajmniej nie zamierza.

W pewnym momencie rząd doszedł jednak do granic możliwości budżetowych i zaproponował drobną korektę o nazwie „danina solidarnościowa”. Od 2019 roku osoby fizyczne, które osiągną roczny dochód powyżej miliona złotych, będą musiały zapłacić 4 proc. od tej nadwyżki. Mocną strona tego rozwiązania jest, że obejmie ono wszystkich podatników PIT. Milionerzy „na liniowym” de facto zapłacą drugą stawkę wynosząca 23 proc. Tu również odezwał się tradycyjny chór obrońców milionerów, jednak już słabszy – najbogatsi dobrze wiedzieli, że dzięki temu unikną symbolicznej gilotyny, a te marne 4 proc. to niewielkie ustępstwo wobec utrzymania przywilejów. Dość powiedzieć, że nawet w USA po reformie podatkowej Trumpa najwyższa stawka podatku dochodowego wynosi 37 proc. Danina solidarnościowa PiS nie tylko jest więc minimalna, bo oznacza wzrost stawki podatku PIT płaconego przez najbogatszych do ledwie 23 proc., ale też obejmie tylko i wyłącznie milionerów. W efekcie specjaliści zarabiający po kilkaset tysięcy złotych rocznie nawet jej nie zauważą. To wszystko w sytuacji, kiedy polski system podatkowy jest niemal najbardziej płaski (czyli najmniej progresywny) w OECD – bardziej płaski mają jedynie w Chile.

Kowal zawinił, Cygana powiesili

PiS zajął się też składkami na ubezpieczenie społeczne, które również wymagają reformy i są zwyczajnie niesprawiedliwe. Mowa tu szczególnie o ryczałtowych składkach ZUS płaconych przez przedsiębiorców. Obecnie wynoszą one ok. 1200 zł i są niezależne od osiąganych dochodów – czy się zarabia 3 tys. zł miesięcznie, czy 50 tys. zł. PiS postanowił więc odciążyć drobnych ciułaczy na własnej działalności – przedsiębiorcy mający miesięczny obrót do 2,5-krotności płacy minimalnej będą płacić składki proporcjonalne do obrotu, ale nie mniej niż 660 zł. No i świetnie, szkoda tylko, że druga strona tego medalu nie została przez PiS tknięta.

Narcyzm nierównych, lęki bogatych

Niesprawiedliwe jest bowiem nie tylko to, że drobne płotki płacą nieproporcjonalnie duże składki, ale przede wszystkim to, że grube ryby na samozatrudnieniu płacą absurdalnie małe. Wszystkie osoby fizyczne powinny płacić składki proporcjonalne do dochodu, jednak taka reforma uderzyłaby w sporą rzeszę najlepiej zarabiających na działalności. Na liniowym PIT dla przedsiębiorców jest ok. pół miliona osób i są to najlepiej zarabiający Polacy. Im jednak rządzący nie tylko nie zlikwidowali możliwości ucieczki na liniowy, ale też nie urealnili ich składek.

Jest w Polsce grupa uczciwych zamożnych, którzy nie uciekli na samozatrudnienie i lege artis pracują na etacie. Płacą nie tylko drugą, 32-procentową stawkę PIT (to jakieś 2 proc. podatników), ale też proporcjonalne do wysokości dochodów składki. Od przyszłego roku zapłacą je jeszcze wyższe, gdyż rządzący znieśli limit  odprowadzania składek ZUS – obecnie jeszcze po przekroczeniu pułapu 135 tys. zł rocznego dochodu, przestaje się płacić składki na ubezpieczenie emerytalno-rentowe.

Nędza algorytmów, czyli jak ekonomiści z Davos prowadzą nas w przepaść

Ta reforma sama w sobie nie jest zła, jednak powinna być wprowadzona równolegle z urealnieniem składek od przedsiębiorców. Bez tego jest zwyczajnie nie fair, gdyż walcząc z niesprawiedliwością polskiego systemu ubezpieczeń rządzący zabrali się za tych, którzy są najmniej winni – bo zachowali na tyle przyzwoitości, że nie zamierzają udawać przedsiębiorców (pytanie teraz, jak długo w uczciwości wytrwają). Ewentualnie pracują w budżetówce jako wyżsi urzędnicy i nie mają jak przejść na działalność. Prawdziwe gruby ryby mogą spać spokojnie – ich przywilejów rządzący ruszyć nie zamierzają.

Optymalizatorzy znad Wisły

Uszczelnianie polskiego systemu podatkowego to jedno z pojęć-kluczy narracji PiS o „dobrej zmianie”. Wiele się mówi o wyłudzaczach VAT oraz nieuczciwych zagranicznych koncernach, które optymalizują podatek CIT. I bardzo słusznie, z nieuczciwością podatkową należy walczyć. Szkoda tylko, że rządzący nawet się nie zająkną o luce w podatku PIT. Wynika ona z tego, że polscy przedsiębiorcy – nasi, rodzimi, sól tej ziemi, nie żadne niemieckie Lidle – masowo finansują swoją konsumpcję prywatną z pieniędzy firmy, wrzucając osobiste zakupy „w koszty”, dzięki czemu obniżają płacony przez siebie PIT. Jest to praktyka tak powszechna, że wielu z nich nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że robi coś niewłaściwego. Znam niezliczoną ilość przypadków kupowania „na firmę” sprzętów elektronicznych do domu czy materiałów budowlanych na własny użytek. Gdy zwracałem uwagę, że to nieprzepisowe, delikwent robił zwykle wielkie oczy („przecież każdy tak robi!”). Z agresywną optymalizacją podatkową osób fizycznych na działalności gospodarczej rząd jakoś szczególnie walczyć nie zamierza – byłoby to zbyt niepoprawne politycznie – nie po to w końcu snuje się narrację, według których polscy drobni przedsiębiorcy to bez mała bohaterzy nadwiślańskiego kapitalizmu, żeby teraz wytykać im nieprawidłowości.

Zbadano nierówności dochodowe i majątkowe w blisko 60 krajach świata. Wnioski nie są optymistyczne

Publicyści i działacze po lewej stronie często zastanawiają się, jak lewica mogłaby się odróżnić od PiS w obszarze polityki ekonomicznej. Kluczem może być polityka podatkowa. PiS nie tylko nie zaprowadził w Polsce sprawiedliwości podatkowej, ani wprowadzić jej nie zamierza. Socjalna prawica może być solidarnościowa, ale nie zamierza być egalitarna. Może wprowadzić instrumenty wsparcia mniej zamożnych, ale nie będzie dążyć do realnej równości ekonomicznej. Zaprowadzenie nad Wisłą egalitaryzmu to zadanie lewicy, a podatki to najlepszy instrument takiej polityki.

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.