Gospodarka

Imperium (unijne) kontratakuje, czyli Bruksela przeciwko Google

Unia Europejska coraz śmielej poczyna sobie z amerykańskimi korporacjami. W wyniku decyzji Komisji Europejskiej Google oraz jego firma-matka Alphabet muszą zapłącić karę wysokości 4,3 miliarda euro.

4,3 miliarda euro – taką karę zapłacić ma Google oraz jego firma-matka Alphabet w wyniku decyzji Komisji Europejskiej. Brukseli nie spodobało się m.in. to, że największa światowa wyszukiwarka zintegrowana jest z Androidem, a więc najpopularniejszym systemem operacyjnym na smartfony. Według urzędników narusza to zasady uczciwej konkurencji i rodzi niebezpieczeństwa związane z dominacją na rynku. Choć firma zapowiada odwołanie, to w ciągu 90 dni i tak musi zmienić swoją politykę biznesową. Jeśli bowiem nie zastosuje się do wytycznych, czekają ją grzywny sięgające nawet 5 procent dziennego obrotu na świecie.

Co gorsza dla cyberkorporacji, może to być dopiero początek jej sądowych kłopotów. Już niedługo bowiem Google’a będzie mogła pozwać przed krajowymi sądami każda europejska firma, która uzna, że nie miała szans z nim rywalizować na równych zasadach wolnej konkurencji rynkowej. A co to znaczy w praktyce? Otóż w sytuacji, gdy jedna tylko firma zgarnia 1/5 globalnych wydatków na reklamę, w tym 1/3 budżetów kampanii internetowych – skutecznie, do spółki z Facebookiem pozbawiając dochodów całe gałęzie gospodarki, od firm wydawniczych, przez prasę aż po firmy reklamowe i telewizję – skalę i wysokość przyszłych pozwów ogranicza tylko wyobraźnia europejskich prawników.

W trakcie postępowania przed KE przedstawiciele amerykańskiej firmy argumentowali, że o żadnym monopolu nie może być mowy. Po pierwsze, bo Google oferuje klientom wygodne i tanie (w dużej mierze bezpłatne) usługi oraz produkty, a po drugie, bo musi ciągle walczyć z ostrą konkurencją firm takich jak Apple czy Microsoft. Komisja została jednak przy swoim: jej zdaniem nie można mówić o braku płatności w sytuacji, w której na masową skalę wykorzystywane są prywatne informacje o użytkownikach. Decyzja w sprawie Androida ogłoszona przez Komisarz ds. Margrethe Vestager ma zresztą swoje historyczne precedensy. Najgłośniejsze z nich są efektem sporów z Microsoftem, które w firmie stworzonej przez Billa Gatesa pamięta się do dziś. I choć sama korporacja wciąż radzi sobie dobrze, to właśnie m.in. decyzje ws. praktyk monopolistycznych zabiły Windows Media Playera, a w ostatniej dekadzie doprowadziły dawnego lidera wśród przeglądarek – Internet Explorera – do stanu wegetatywnego.

Morozov: Neoliberalizm na google’owskich sterydach

Decyzja KE w sprawie Google to już druga kara w serii trzech postępowań, które w ostatnich latach Bruksela otworzyła przeciw gigantowi z Doliny Krzemowej. W zeszłym roku Google musiał zapłacić 2,4 mld euro w związku z preferencyjnym traktowaniem swojej porównywarki cen. Dopiero czeka nas rozstrzygnięcie dotyczące uczciwości firmy w traktowaniu konkurencji na rynku reklam internetowych (AdSense). Wszystko jednak wskazuje na to, że także w tej sprawie Google będzie musiało zacisnąć zęby i sięgnąć do cyfrowego portfela.

Cyfrowy protekcjonizm

Wieloletni dyrektor generalny Google’a Eric Schmidt jeszcze w 2012 roku wydał wspólnie z Jaredem Cohenem książkę-manifest pt. The New Digital Age: Transforming Nations, Businesses, and Our Lives. Przedstawiono w niej cyberoptymistyczną wizję opartą na nowej wersji maksymy Charlesa Wilsona z połowy XX wieku: co jest dobre dla Google’a, jest dobre dla USA (oryginalnie chodziło oczywiście o General Motors). Google opisywany przez autorów miał być symbolem globalnego społeczeństwa, w którym czas dyktatorów dobiega końca za sprawą „niepokonanej” siły społeczeństw wyposażonych w media społecznościowe i błyskawiczny dostęp do informacji. Po zaledwie 6 latach od wydania książki na Zachodzie zmagamy się jednak z kryzysem demokracji, paraliżem instytucji i zagrożeniem tendencjami autorytarnymi, nie wspominając o zupełnie cynicznym podejściu nowego prezydenta USA do wszelkich dyktatorów.

Największe światowe serwisy i media (m.in. Reuters, „New York Times” czy Bloomberg) zwracają przy tym uwagę, że problemy Google’a wpisują się w rachunek kosztów wywołanych wycofywaniem się Donalda Trumpa z promocji polityki wolnego handlu i powrotem USA do protekcjonizmu w polityce międzynarodowej.

Kara nałożona na Google’a, a więc „klejnot w Koronie” współczesnej gospodarki (cywilizacji?) amerykańskiej byłaby zatem elementem szerszego procesu: oto Unia Europejska coraz śmielej buduje samodzielność od swojego historycznego patrona zza Atlantyku. Podobnie jak w przypadku europejskiego systemu bezpieczeństwa (PESCO), prezydentura Donalda Trumpa tylko ten proces przyspieszyła, nie była zaś jego źródłem.

Równocześnie to właśnie Trump przyszedł Google’owi z odsieczą. Na Twitterze nazwał go „wspaniałą amerykańską firmą” i zapowiedział, że Europa już niedługo słono zapłaci za złe traktowanie amerykańskiej korporacji. Była to też zapowiedź otwarcia kolejnego frontu międzynarodowych sporów handlowych wokół technologii, których stroną jest USA. Bojowa retoryka przypomina też tę, w której Trump wypowiada się o Chinach, wprost zarzucając Państwu Środka szpiegostwo gospodarcze, kradzież technologii oraz oszukiwanie i dyskryminowanie amerykańskich firm. Podobnie też jak na odcinku europejskim, na Wschodzie sytuacja jest dynamiczna, a stawka wysoka. Przekonał się o tym chiński gigant w branży urządzeń mobilnych ZTE, który z dnia na dzień musiał wstrzymać produkcję po tym, jak Stany nałożyły na firmę siedmioletni zakaz zakupu amerykańskich technologii. Czas jednak dopiero pokaże, czy te ograniczenia okażą się rzeczywiście dotkliwe, czy nie zadziałają obosiecznie i czy amerykański sektor IT utrzyma pozycję lidera. Europejscy i Chińscy konkurenci wciąż są bowiem w tyle, ale akurat w tej branży wiele zmian ma charakter rewolucyjny, a więc i pozycja konkurencyjna może zmienić się błyskawicznie.

Skuteczność długodystansowca

Unia Europejska traktuje największe firmy gospodarki internetowej z coraz większą surowością. Od „grillowania” Marka Zuckerberga przez europarlamentarzystów (Guy Verhofstadt podczas przesłuchania wprost nawiązywał do Roku 1984 Orwella) w sprawie notorycznego łamania zasad dotyczących prywatności przez Facebook minęło dopiero kilka miesięcy. Kilka dni temu z kolei Komisja postawiła ultimatum domagając się zaprzestania naruszania praw konsumentów w polityce cenowej przez kalifornijskie AirBnB – platformę z branży najmu krótkoterminowego. Tu także w grę wchodzą kary liczone w setkach milionów czy miliardach euro.

Konto na Facebooku jak numer telefonu. Operator zawiódł? Przenieś się do innego

UE pokazuje zatem determinację i zdolność przeciwstawienia się największym graczom internetowej gospodarki. W maju tego roku w życie weszły regulacje związane z nową polityką ochrony danych osobowych (RODO), w świetle których za naruszenie regulacji chroniących Europejczyków przed inwigilacją biznes mogą spotkać kary do wysokości 20 mln euro lub 2 procent globalnego obrotu. Zdecydowaną postawą w konflikcie z Googlem Bruksela wysyła jednocześnie sygnał właścicielom parających się wykorzystaniem i handlem danymi osobowymi firm, że z RODO nie będzie żartów.

Nowa generacja rentierów. Evgeny Morozov o cyfrowym kapitalizmie, danych i smart cities [WYWIAD]

UE działa przy tym w sposób konsekwentny, przemyślany i zgodny z wartościami traktatowymi. To godna pochwały konsekwencja i wyraźny dowód, że często krytykowana (lub wręcz wyśmiewana) na kontynencie brukselska machina biurokratyczno-urzędnicza potrafi działać jak niezwykle profesjonalne i efektywne narzędzie ochrony praw Europejczyków. Zwłaszcza na tle państwa narodowego: czy ktoś z nas wierzy, że nawet najbardziej profesjonalne polskie ministerstwo mogłoby podjąć walkę o zmianę praktyki biznesowej globalnego giganta? To pytanie ma taki sam sens zadane nad Wisłą, jak i nad Dunajem, Loarą, Renem czy Tamizą.

Czy to się uda?

Inna sprawa, czy polityka Unii faktycznie osiągnie zakładane cele. Owe 4,3 mld euro kary to w kontekście 109 mld obrotu Google’a w 2017 roku kwota spora, ale nie zwalająca z nóg. Firma nie powinna mieć także problemu ze zmianą praktyk na obszarze Unii Europejskiej – już dziś np. w obszarze ochrony praw osobowych użytkownicy platform Alphabet mają różne uprawnienia w zależności od tego, gdzie z nich korzystają i skąd pochodzą. Upór i próba obchodzenia nakazów UE mają jednak tym mniejszy sens, że w najbliższych miesiącach UE ma wypracować podstawy regulacyjne dla kolejnych obszarów biznesu przyszłości: Sztucznej Inteligencji czy prawa ochrony prywatności w biznesach opartych na danych osobowych. Ze swych doświadczeń w Chinach kierownictwo Google wie, że instytucje publiczne mogą na wiele sposobów ograniczyć możliwość robienia biznesu zagranicznym firmom z branży internetowej i nie warto iść z nimi na wojnę.

„Wall Street Journal” w swym stanowisku redakcji nazwał jednakowoż decyzję KE „ostatnią bitwą poprzedniej wojny”. Należąca do nowojorskiej giełdy gazeta argumentuje, że Bruksela nie rozumie natury innowacyjnej gospodarki, którą do życia powołała komercjalizacja internetu w latach 90. Google, w wielu obszarach faktyczny monopolista, nie osiągnąłby – zdaniem dziennika – swojej pozycji, gdyby nie oferował najwyższej jakości i często innowacyjnych usług.

I faktycznie, decyzja Komisji nie ma charakteru rewolucyjnego i nikt w siedzibie firmy w Mountain Dew nie powinien czuć się zaskoczony. Stanowisko Brukseli wpisuje się jednak w najlepszą liberalną tradycję ochrony praw konsumentów poprzez walkę z monopolami. Zarzuty o „przestarzałość” metod regulacyjnych nie są przekonujące także dlatego, że sama komisarz Vestager częściowo je uwzględnia, np. kiedy mówi o niecelowości dzielenia Google’a na wiele firm, a więc metody, która przynosiła dobre skutki w walce z monopolami w przeszłości.

Google jest bowiem monopolistą w zupełnie innym sensie, niż np. Przemysłowa Grupa Generała Zinca w Korei Północnej czy nawet francuski Gaz de France. Osiągnął pozycję światowego lidera działając jako jeden z pionierów rynku globalnego przepływu danych, wykorzystał swą dobrą pozycję wyjściową oraz kreował przewagi. To, że jego właściciele dążyli do koncentracji rynku, nie powinno dziwić tym bardziej, że metody walki o użytkowników w branży cyfrowej są lepsze dla klientów niż w wielu innych obszarach gospodarki. Dodajmy też, że historia internetu to cmentarzysko gigantów, którzy w czasach swej świetności wydawali się niezagrożeni, by niedługo potem zaliczyć spektakularny krach (Altavista, Napster, Myspace, Nasza Klasa…).

Wielkiego Brata nosimy dziś w kieszeni

czytaj także

Jeszcze osobne pytanie dotyczy tego, czy decyzje Komisji faktycznie przełożą się na lepszą sytuację użytkowników. Jeśli okaże się bowiem, że wytyczne z Berlaymont spowodują np. to, że części usług stanie się płatna, zaś koszty tego poniosą konsumenci ocena polityki regulacyjnej na pewno pozostawi wątpliwości. Nie jest to jednak wcale przesądzone, bo cyfrowa gospodarka nie znosi próżni: dla wielu start-upów z sektora nowych technologii reprymenda dla Google’a to dobra wiadomość, która przełoży się na obniżenie kosztów wejścia w biznesową rywalizację.

Nowe zasady

Patrząc na 4,3 miliardową karę z szerszej perspektywy można uznać, że Bruksela w końcu znalazła skuteczny sposób na ściąganie podatków od cybermonopolistów. To dlatego, że wysokość tej kwoty należy czytać w kontekście niezliczonych miliardów euro, które działy księgowe Google’a „zaoszczędziły” firmie dzięki „kreatywnemu” podejściu do rozliczania danin publicznych. W tym starciu ostatnie słowo należy jednak do urzędników skarbowych z Brukseli, którzy ze stoickim spokojem i żelazną konsekwencją dochodzą tego, co według nich należy do europejskich podatników.

Rozum i Godność Człowieka, proszę przyjechać na Facebooka

Stawka w meczu Bruksela: Dolina Krzemowa jest jednak wyższa niż bilans roczny jednej, nawet jeśli wielkiej amerykańskiej firmy. W ostateczności chodzi tu o odpowiedź na pytanie, jak w XXI wieku skutecznie reprezentować interes publiczny (obejmujący zarówno firmy jak i obywateli) w relacjach z globalnymi gigantami technologicznymi. Sposób, w jaki do problemu podchodzi Unia Europejska pokazuje, że w ramach logiki obecnego rynku cyfrowego szanse mają tylko silni gracze reprezentujący duże rynki. Być może w przyszłości pojawią się nowe prawne i technologiczne sposoby ochrony praw podstawowych użytkowników Internetu, na razie jednak warto cieszyć się z tego, że na cyfrowym Dzikim Zachodzie instytucje z mandatem demokratycznym nie powiedziały ostatniego słowa. To dobrze, że w świecie, w którym o sukcesie lub porażce decydują algorytmy, unijne regulacje stają się stałym elementem technologiczno-biznesowego kodu źródłowego.

Bio

Filip Konopczyński

| Fundacja Kaleckiego
Współzałożyciel, członek zarządu i analityk Fundacji Kaleckiego. Prawnik i Kulturoznawca, absolwent MISH Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował w projektach badawczych i społecznych Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK), Rzecznika Praw Obywatelskich czy Narodowego Banku Polskiego. Publikował m.in. w Gazecie Wyborczej, Krytyce Politycznej, Przekroju, Oko.press, Newsweeku, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej, Kulturze Współczesnej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.