Gospodarka

Ha-Joon Chang: Wszyscy powinniśmy wiedzieć coś o ekonomii

Za utrzymywaniem ekonomii poza sferą demokratycznej debaty stoi polityczny interes.

Joel Suss: W jednym z ostatnich artykułów napisałeś: „ekonomia jest zbyt ważna, żeby oddać ją w ręce zawodowych ekonomistów, nie wyłączając mnie samego”. Co właściwie masz na myśli?

Ha-Joon Chang: Nie chcę, żeby zabrzmiało to tak, jakbym sugerował, że praca ekspercka jest nieważna. Maoistowska wizja świata, w którym każdy może zajmować się wszystkim, a eksperci są zbędni, nie pozwala na uprawianie wyrafinowanej, nowoczesnej ekonomii. Po prostu nie wierzę w taką wizję świata i uważam, że eksperci i ekspertki pełnią naprawdę istotną rolę. Jest szereg specjalistycznych zagadnień, które mogą rozwikłać jedynie odpowiednio wykształcone osoby. Jeśli jednak zależy nam na sensownej demokracji, nie możemy zgodzić się na to, żeby ekspertyzy powstawały w oderwaniu od ogółu społeczeństwa. Dopóki obywatele nie będą mieli choćby podstawowej wiedzy z zakresu teorii ekonomii, dopóty decyzje podejmowane przez ekspertów będą niewłaściwe. Członkowie społeczeństwa mają wręcz obowiązek zdobywania wiedzy z zakresu ekonomii – przynajmniej w takim stopniu, który pozwoliłby im podejmować światłe decyzje. Zawodowi ekonomiści powinni zajmować się szczegółowymi problemami.

Zamiast tego wypracowaliśmy system, w którym samozwańczy eksperci odgrywają główną rolę. Demokratyczne społeczeństwa natomiast funkcjonują na zasadzie pieczątki – odbijają znak poparcia pod cudzymi decyzjami. Przez to ludzie nie wiedzą, co dzieje się w ekonomii i – nierzadko – nawet nie chcą się tego dowiedzieć.

Jednocześnie mają oni bardzo wyraziste poglądy na szereg innych spraw – małżeństwa gejów, Irak, aborcję, globalne ocieplenie. W tych wypadkach w niczym nie przeszkadza im brak specjalistycznych kwalifikacji, które pozwalałyby na wygłaszanie merytorycznych sądów. Nie mam dyplomu ze stosunków międzynarodowych, ale z pewnością mam opinię na temat Afganistanu. A w sprawach ekonomii? Wszyscy twierdzą, że to za bardzo skomplikowane, zbyt technicznie złożone. Jak to możliwe?

Przecież ludzie, którzy wygłaszają bardzo zdecydowane opinie na temat polityki międzynarodowej czy zmiany klimatycznej, nie bazują na jakiejś wyrafinowanej, eksperckiej wiedzy. Wszystko, o co proszę, to traktowanie ekonomii na tych samych zasadach.

My, ekonomiści, mamy niestety ogromne zasługi w przekonywaniu ludzi, że to, czym się zajmujemy, jest szalenie skomplikowane i praktycznie niemożliwe do pojęcia przez zwykłego człowieka – nawet gdyby ktoś próbował mu to wytłumaczyć. Nie możemy zapominać, że za utrzymywaniem ekonomii poza sferą demokratycznej debaty stoi polityczny interes. Wmawianie społeczeństwu, że kwestie ekonomiczne są za trudne do zrozumienia, prowadzi do tego, że nie mamy żadnej publicznej dyskusji – no, może poza tym, czy polityka monetarna powinna być prowadzona przez Bank Anglii czy Zarząd Rezerwy Federalnej oraz czy regulacje odnośnie usług komunalnych może wprowadzać specjalna komisja. Nie trzeba długo myśleć, żeby zorientować się, że nie ma w tym nic z demokracji. Wszystkie istotne decyzje zostały oddelegowane do tzw. grup eksperckich. To właśnie musi się zmienić.

Ale czy polityka monetarna nie powinna być zupełnie niezależna od innych gałęzi polityki? Czy może jednak wyborcy powinni mieć tutaj jakąś rolę do odegrania?

W Stanach prezes Zarządu Rezerwy Federalnej musi raz na sześć miesięcy stawić się przed odpowiednią komisją Kongresu i odpowiadać na pytania jej członków. Nie twierdzę, że to wybitnie efektywne, ale przynajmniej jest to jakaś forma kontroli. Z drugiej strony mamy Europejski Bank Centralny, który nie musi tłumaczyć się przed nikim – jest zupełnie „wolny” od demokracji. Trzeba to zmienić.

Być może powinniśmy wybierać członków zarządu komisji polityki monetarnej w Banku Anglii. W zasadzie dlaczego nie? Nie upierałbym się nawet przy wyborach do zarządu, ale koniecznie potrzebujemy jakiejś formy demokratycznej kontroli nad tego rodzaju grupami ekspertów. Warto jednak zachować równowagę, bo nie chciałbym również, żeby decyzje zapadały tylko i wyłącznie w oparciu o koniunkturę polityczną – bez żadnej specjalistycznej analizy czy eksperckiej opinii. Ale przecież wiemy, że eksperci to nie jacyś nieskalani technokraci i też mają swoje poglądy. Co prawda szefowie banków centralnych nie mogą być jawnie zaangażowani politycznie – można zakazać im działania w szeregach partii politycznych – ale nie zabroni się nikomu posiadania poglądów. Zazwyczaj wywodzą się oni ze środowiska finansistów i przez to, nawet nie mając złych intencji, postrzegają świat w bardzo specyficzny sposób. Potrzeba jakiegoś rodzaju przeciwwagi dla tego zjawiska.

Jeśli nie czułbyś się komfortowo z ludźmi bez żadnego wykształcenia ekonomicznego u sterów gospodarki, to przynajmniej powinieneś móc zwrócić się do związków zawodowych albo reprezentantów grup mieszkańców o rekomendację dla jakiegoś ekonomisty reprezentującego również twoje interesy. Na chwilę obecną takie instytucje jak banki centralne są pełne ludzi z sektora finansowego i kręgów akademickich. Dlatego polityka monetarna ustalana jest w dość osobliwy sposób.

Jesteś również krytyczny wobec tego, jak myśl ekonomiczna głównego nurtu zdominowała akademię.

Czasem zdarza mi się porównywać zawodowych ekonomistów do katolickiego duchowieństwa z czasów średniowiecza. Papież zakazywał wówczas tłumaczenia Biblii na jakikolwiek lokalny język – nie mogłeś jej czytać, jeśli nie znałeś łaciny. W grę wchodziła nauka łaciny albo wiara w to, co mówili „znawcy Pisma”. Podobnie jest dzisiaj z ekonomią, która leży poza zasięgiem wielu ludzi. Można i trzeba to zmienić, wzorując się właśnie na reformatorach religijnych. W średniowieczu tłumaczyli oni Biblię i popularyzowali jej czytanie wśród zwykłych ludzi. Pozwoliło im to dowartościować autorytet samego tekstu i wynieść go ponad to, co o treści świętej dla katolików księgi opowiadał Watykan. Reformatorzy w dużej mierze zdemokratyzowali religię. W dzisiejszych czasach przydałoby się powtórzyć ten gest w obrębie ekonomii. Znowu jednak nie chcę przez to powiedzieć, że akademiccy ekonomiści są zbędni. Są jak najbardziej potrzebni, tylko to, czym się zajmują, musi mieć jakiś związek z realnym światem. Niestety sporo moich znajomych z akademii, nie tylko nie pracuje w realnym świecie, ale nie jest nim nawet zainteresowana.

W takim razie jakiego rodzaju heterodoksyjne, alternatywne nurty myśli ekonomicznej chciałbyś widzieć w mainstreamie?

Nie lubię terminu heterodoksja, bo jest bardzo względny. Używając go, zakładamy od razu istnienie jakiejś ortodoksji, z punktu widzenia której wszystko, co nią nie jest, stanowi herezję. Rzeczy uznawane za nieortodoksyjne zmieniają się nieustannie. Przypomnę tylko, że w latach 50. Milton Friedman uchodził za ekonomicznego heretyka.

Moim zdaniem potrzebujemy naprawdę pluralistycznego podejścia. Jedna teoria nie powinna przeważać i górować nad żadną inną. W mojej nowej książce piszę o tym, że jest co najmniej dziewięć głównych szkół ekonomii. Dałoby się znaleźć ich jeszcze z pół tuzina, gdybyśmy zdecydowali się dołączyć wszystkie odłamy i uwzględnili wewnętrzne podziały. Teorii ekonomicznych jest wiele i każda z nich ma coś interesującego do powiedzenia. Mają i mocne, i słabe strony. U podstaw każdej z nich leżą określone założenia na temat etyki czy polityki. W odmienny sposób wyjaśniają, jak rozwija się ekonomia i przedstawiają różne wizje społeczeństwa. Ludzie powinni mieć do czynienia z możliwie najszerszym spektrum teorii ekonomicznych, bo znajomość wielu teoretycznych rozstrzygnięć pozwala spojrzeć na świat w bardziej skomplikowanym ujęciu. Od zawsze chciałem uczyć swoich czytelników „jak”, a nie „co” mają myśleć. Wnioski, które z tego wyciągną, zależą już od nich. Moja rola polega jedynie na dostarczeniu niezbędnych narzędzi – mam na myśli: odmienne teorie, tło historyczne, podstawowe fakty i wszystko, co jest niezbędne do podejmowania merytorycznych decyzji.

Żeby wyjaśnić, o co mi chodzi, posłużę się przykładem Singapuru. Jeśli czytasz tylko „The Economist” albo „Wall Street Journal”, dowiesz się jedynie o wolnorynkowej polityce i otwartym nastawieniu wobec inwestorów. Nigdy nie powiedzą ci, że 90 procent ziemi w Singapurze należy do państwa, 85 procent mieszkań budują korporacje rządowe, a wprost zdumiewające 22 procent PKB jest produkowane przez przedsiębiorstwa państwowe (na świecie jest to przeciętnie zaledwie 9 procent). Singapur łączy cechy skrajnego kapitalizmu i skrajnego socjalizmu. W takim razie czym właściwie jest to miasto-państwo? Cóż, nie ma jednej teorii ekonomicznej, która byłaby w stanie wyjaśnić fenomen Singapuru. Rzeczywistość jest naprawdę bardzo skomplikowana, dlatego nieustannie zachęcam moich czytelników, żeby zaglądali do rożnych teorii i starali się umiejętnie stosować je w różnych kontekstach.

Dominujące stanowiska ekonomiczne zakładają, że jednostki zachowują się racjonalnie, przeprowadzają ciągle rachunek zysków i strat, a ponad wszystko nastawione są na własny interes. Jakie są szersze skutki przyjmowania takiego poglądu? Niektórzy twierdzą, że ta rynkowa logika stała się częścią naszej codziennego życia i porządkuje relacje międzyludzkie.

Tak, to w dużej mierze prawda. Chociaż naiwnym byłoby twierdzenie, że nawet nie próbujemy być racjonalni w swoich decyzjach. Oczywiście, w jakiejś mierze działamy racjonalnie. Po części jest też prawdą, że ludzie motywowani są własnym interesem. Ale to nie jest pełny obraz ludzkiej natury, tylko jego bardzo ograniczony wycinek. Problem w tym, że ten wycinek posłużył do stworzenia wybitnie ubogiego wyobrażenia o społeczeństwie, w którym wszystko zredukować można do wartości pieniężnej. Po co nam antropologia, historia sztuki czy socjologia? Ludzie coraz częściej podważają sens tych dyscyplin, bo rzekomo wszystko, czego nam potrzeba, to pieniądze. Powszechność takiego podejścia skutkuje doprawdy nędznym społeczeństwem. W ostatnim czasie można usłyszeć na przykład, że powinniśmy skomercjalizować BBC, żeby na antenie tej stacji leciały programy, które ludzie rzeczywiście chcą oglądać. Zwolennikom tego pomysłu umyka fakt, że BBC budzi podziw na całym świecie właśnie ze względu na to, że jest w stanie produkować programy kulturalne bardzo wysokiej jakości. Konsekwentne stosowanie tych ograniczonych wyobrażeń bardzo zubożyłoby różnorodność kulturową. To jednak nie wszystko.

Punkt widzenia, o którym mówimy, wytworzył społeczeństwa, w których bycie złym jest w gruncie rzeczy czymś dobrym, pożądanym, a już ponad wszelką wątpliwość stanowi oznakę zaradności. Właściwie jeśli ktoś nie jest gotów oszukiwać innych, jest skończonym frajerem.

Kiedy już przyjmiesz ten bardzo wąski, ubogi sposób postrzegania świata, to siłą rzeczy zaczniesz współtworzyć społeczeństwo, które działa wybitnie źle. Skoro wszyscy oszukują i dbają tylko o własne interesy, musimy ich kontrolować. Tylko kto będzie kontrolował kontrolujących? Odpowiadamy, zatrudniając kontrolerów, którzy kontrolują innych kontrolerów i tak dalej, i tak dalej… Pomijając już fakt, że brzmi to wyjątkowo uciążliwie, to społeczeństwo, które działa na takich zasadach, jest po prostu niewydolne.

Przeł. Dawid Krawczyk

Ha-Joon Chang (1963) – ekonomista, docent na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Cambridge. Autor popularnych książek ekonomicznych: „Kicking Away the Ladder: Development Strategy in Historical Perspective” (2002), „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” „Bad Samaritans: The Myth of Free Trade and the Secret History of Capitalism” (2008), Economics: The User’s Guide (polskie przekłady dwóch ostatnich tytułów ukażą się w przyszłym roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej). W tym roku znalazł się na osiemnastym miejscu renomowanej listy Światowych Intelektualistów (World Thinkers) magazynu „Prospect”.

Tekst w języku angielskim ukazał się na stronie British Politics and Policy at London School of Economics. Jest dostępny na licencji Creative Commons CC BY-NC-ND 3.0.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.