Gospodarka

Grasz na giełdzie? Oto, dlaczego jesteś frajerem

biznes-gielda-gracz-porazka

Giełda to pasożytniczy cyrk i zakrojone na ogromną skalę dojenie naiwnych. Zarabia tu finansjera i korporacje, a tracą indywidualni gracze.

Na giełdzie papierów wartościowych można kupować firmy. Są one duże, a więc i drogie. Jednak aby nie zamykać nikomu drogi do kupowania firm, wymyślono sprytny sposób: dzieli się firmę na wiele małych, dużo tańszych kawałków (oczywiście tylko umownie) i je sprzedaje giełdowym graczom.

Świadectwo własności takiego kawałka to akcja. Z reguły jednak jeśli coś kupujemy, to po to, aby tego używać. Rower – by nim jeździć, kiełbasę – by ją zjeść, kapsułki do prania – aby mieć czyste koszule. Firmę kupuje się po to, aby przynosiła zysk, oczywiście pod nadzorem właściciela.

Jednak z posiadania niewielkiej liczby akcji, czyli małego kawałka jakiejś dużej firmy, pożytek jest żaden. Po co zatem ludzie kupują akcje? Jedynie po to, aby próbować sprzedać je drożej niż je kupili – czyli spekulować. Co prawda niektóre spółki giełdowe wypłacają akcjonariuszom część swoich zysków (dywidenda), jednak per saldo nie ma to większego znaczenia, gdyż akcje tych firm tuż po wypłacie dywidendy znacząco tanieją.

Spekulacja zamiast racjonalności

Przyjęło się, że gdy firma dobrze prosperuje i ma przed sobą przyszłość, to ceny jej akcji powinny rosnąć. A skoro tak się przyjmuje, to ludzie kupują akcje firmy, o której sądzą, że dobrze prosperuje. Jak ludzie kupują, to akcje tej firmy rzeczywiście rosną. Mamy tu więc do czynienia ze samospełniającą się prognozą.

Jednak aby osiągnąć realny zysk ze spekulacji akcjami, trzeba w pewnym momencie postąpić inaczej niż większość graczy. Podobnie jest w zakładach bukmacherskich, gdzie wypłata za obstawienie jakiegoś zdarzenia jest tym większa, im mniej graczy to zdarzenie obstawia (inaczej bookmacher by na interesie stracił).

Jednak w zakładach tych obstawiamy wyniki realnych zdarzeń, a wiedza ekspercka o tych zdarzeniach zwiększa szansę na wygraną. Przy spekulacji akcjami zaś owymi zdarzeniami, które mają wpływ na to, czy nasza spekulacja się uda, czy nie, jest nieprzewidywalne zachowanie innych graczy.

Obstawiając w zakładach bukmacherskich wiemy więc – na podstawie notowań – jakie decyzje podjęli inni gracze. Na giełdzie dostęp do takich informacji jest znacznie ograniczony, a zresztą większość indywidualnych giełdowych graczy i tak się nimi nie interesuje, bo kupuje gotowe, skomponowane przez ekspertów produkty finansoweEdit: zaktualizowano 10/05/18.

Gra o sumie ujemnej

Większy dostęp do informacji o sytuacji na giełdzie mają za to pośrednicy – domy inwestycyjne, biura maklerskie, towarzystwa funduszy inwestycyjnych – którzy potrafią tę wiedzę wykorzystać do zyskownej gry przeciwko swoim klientom.

Dostęp do informacji o spółkach giełdowych jest niby regulowany, ale przecież menadżerowie korporacji wiedzą zdecydowanie więcej (i wcześniej) niż przeciętni giełdowi gracze, a podmioty dysponujące dużymi pieniędzmi (szczególnie banki) mogą wpływać na kursy akcji. To z tych powodów gra na giełdzie przez indywidualnych graczy jest (używając języka teorii gier) grą o sumie ujemnej.

Zatrudniasz tylko najlepszych ludzi? To błąd

Aby zminimalizować stratę z gry na giełdzie, trzeba rezygnować z dalszej gry w z góry zaplanowanym momencie. Tak jednak mało kto robi. Dane mówią nam, że ludzie rezygnują zazwyczaj wtedy, gdy stracą zaraz po rozpoczęciu przygody z giełdą. Natomiast osoby, które na giełdzie na początku coś zarobiły, zazwyczaj za zarobione pieniądze kupują kolejne akcje – tak długo, aż w końcu też stracą i zniechęcą się do gry. Zjawisko to, które znacznie zwiększa przeciętną stratę osób grających na giełdzie, występuje też w grach hazardowych. Znów – gdyby ludzie zachowywali się inaczej, kasyna przynosiłyby straty.

W czasie każdej sesji giełdowej wartość akcji sprzedanych jest równa wartości akcji kupionych. Ci, którzy dane akcje kupują liczą na to, że będą one zwyżkować, zaś sprzedający je prognozują przeciwnie. Połowa graczy musi się zatem mylić. Wygrana jednych odbywa się zawsze kosztem innych.

Sprzedawcy marzeń

Gra na giełdzie ma w dużej mierze charakter losowy i przeciętnie przynosi indywidualnym graczom straty. Podmioty, które zarabiają na giełdzie, nie eksponują rzecz jasna tego stanu rzeczy. Przeciwnie – starają się na różne sposoby przekonać pojedynczych graczy do kupowania akcji.

Używa się odpowiedniego języka. Na przykład pakiety akcji nazywa się „produktami finansowymi”, co sugeruje, że firmy oferujące te pakiety, to rodzaj „sklepu”. A przecież w sklepach sprzedaje się towary, które są nam potrzebne… Nazywa się też graczy giełdowych „inwestorami” – słowo to kojarzy się bowiem z racjonalną działalnością. Wiadomo, ponosi się pewne nakłady, by potem czerpać z nich zyski, dokładając do tego jeszcze zwykle swoją pracę. Na przykład możemy realnie zainwestować i kupić rower, by potem rozwozić nim pizzę. „Inwestowanie” na giełdzie z realnym inwestowaniem nie ma jednak nic wspólnego.

Gra się też na ludzkiej ambicji, oferując pakiety akcji, które obdarza się etykietką „ryzykownych, ale rentownych”. A pokonywanie ryzyka kojarzy się przecież z odwagą – cechą jednoznacznie pozytywną.

Sprzedawcy akcji dysponują unikalną możliwością reklamowania swoich „produktów”, gdyż oferty zakupu różnorodnych pakietów akcji znajdują się na stronach www każdego banku. Musimy oglądać te oferty, nie możemy ominąć ich w czasach, gdy w obiegu dominuje pieniądz elektroniczny. Banki są instytucjami zaufania społecznego – a więc obecność tych ofert na ich stronach internetowych dodatkowo wzmacnia wiarygodność gry na giełdzie.

Ważną rolę w zachęcaniu do gry na giełdzie pełnią państwowe obligacje. Umieszczone w specjalnie spreparowanych pakietach akcji mają spowodować, że zainwestowanie w nie pieniędzy wyda się ludziom bezpieczniejsze. Nie jest to racjonalne podobnie jak nie jest sensownie zakładać, że ryzyko uprawiania niebezpiecznego sportu, na przykład boksu, będzie mniejsze przez to, że bokser będzie także grać w szachy.

Przykładem takiej wiary speców od inwestowania w korzystną, bo „stabilizującą” rolę państwowych obligacji są Otwarte Fundusze Emerytalne. Przez wiele lat obowiązywała zasada kupowania za znaczną część składek emerytalnych właśnie tych obligacji. Dopiero po wielu latach dostrzeżono absurdalność tej zasady powodującej, że polskie władze zachowywały się jak ktoś, kto bierze pożyczkę po to, aby założyć lokatę. Trudno powiedzieć, czy było to świadomym działaniem na szkodę Polek i Polaków, czy też zwykłą głupotą.

Oręziak: OFE zasługują na całkowitą likwidację

OFE są za to dobrym, choć kosztownym testem na skuteczność ekspertów od „inwestowania”. Test ten wypada słabo, gdyż średnie wyniki wszystkich OFE są zbliżone do inwestowania w WIG. A uwzględnienie prowizji, jaką pobierają OFE oraz faktu, że państwo, aby wpłacać im pieniądze musi się dodatkowo zadłużać, jeszcze pogarsza ten bilans. W niektórych OFE straty sięgają nawet 30%.

Nie warto wierzyć populistycznym demagogom

Naiwniacy w świątyni kapitalizmu

Na giełdzie tracą (przeciętnie) indywidualni gracze. Zarabiają za to korporacje, gdyż dzięki giełdzie pozyskują gotówkę, a to zapewnia im przewagę nad innymi, mniejszymi firmami, których na rynku jest zdecydowana większość. Warsztatowi samochodowemu czy sklepikarzowi nikt pieniędzy nie da. Korporacjom – tak.

Zarabiają też pośrednicy (na prowizji) i banki, które dysponują nieograniczonym dostępem do pieniędzy, przez co sterują kursami giełdowymi i te pieniądze pomnażają.

Giełda to po prostu zakrojone na ogromną skalę dojenie naiwnych. Oszustwo to wspiera państwo (czego przykładem są OFE), banki, a także szeroko zakrojona akcja propagandowo-reklamowa, prowadzona gdzie się da. Korzyści z giełdy osiągają jedynie finansjera oraz korporacje.

Oręziak: OFE to dzieło sztuki propagandy medialnej

Te wszystkie „notowania giełdowe” w każdym medium, te wystąpienia „ekspertów” czy „głównych ekonomistów” banków czy funduszy inwestycyjnych, bełkoczących o „sytuacji na giełdzie” (kogo to obchodzi?), opowiadających bajki o wielu korzyściach z „rozwoju rynków kapitałowych”, tysiące książek o „inwestowaniu” na giełdzie, ubolewania nad tym, że ludzie nie „oszczędzają”, doniesienia o spadkach i zwyżkach w tonie komunikatów z wojennego frontu, te analizy fundamentalne i techniczne, cała ta nic nieznacząca nowomowa, to celebrowanie giełdy jak w jakiejś świątyni (kapitalizmu), tłum zabieganych, drobnych pośredników opowiadających banialuki o „korzystnych instrumentach finansowych”, podniecanie się, że jakaś firma „kosztuje” 1000 miliardów dolarów, te piramidy nachalnej lub subtelnej kryptoreklamy giełdy – cały ten pasożytniczy cyrk to jedno wielkie kłamstwo, oszustwo, które służy tylko i wyłącznie wyciąganiu kasy od ludzi.

**
Jacek Chołoniewski jest niezależnym ekspertem gospodarczym i prawnym, a także przedsiębiorcą. Przez wiele lat pracował naukowo zajmując się statystyką matematyczną. Posiada tytuł doktora nauk fizycznych.

Mindfulness robi wam wodę z mózgu

czytaj także

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.