Gospodarka

Fejfer: Wolny rynek wyżyma pracownika jak mokrą szmatę

Praca

O tym, że wychowaliśmy całe pokolenie pracowników z syndromem sztokholmskim, rozmawiamy z Kamilem Fejferem, publicznym rzecznikiem porażki.

Szymon Grela: W swojej książce Zawód dużo piszesz o poczuciu beznadziei wśród polskich pracowników. Dlaczego jest jej w kraju aż tyle?

Kamil Fejfer: Przede wszystkim dlatego, że państwo zrezygnowało z aktywnego uczestnictwa w rynku pracy. Już na początku rzuciło wszystko żywiołom, uznając, że w długiej perspektywie wszystko ureguluje wolny rynek.

A w długiej perspektywie jedyne, co jest pewne, to że wszyscy będziemy martwi. I do tego zmierzamy. Wolny rynek z zasady działa na korzyść silniejszych, a całą resztę wyżyma jak mokrą szmatę. I o nich właśnie jest Zawód.

I nikt się przeciwko takiemu traktowaniu nie zbuntuje?

A niby jak? W Polsce pracownik nie ma prawie żadnego wsparcia. Brak państwowego „klina”, który wszedłby między pracownika a pracodawcę i jakoś te pozycje zrównoważył.

Państwowa kontrola pracodawców praktycznie nie istnieje. Kiedyś z Łukaszem Komudą z FISE (Fundacja Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych) policzyliśmy, że mała firma – a większość osób w Polsce w takich pracuje – jest kontrolowana przez Państwową Inspekcję Pracy średnio co 20-30 lat. To więcej niż średnia długość istnienia firmy, co oznacza, że większość z nich nie jest kontrolowana nigdy. A nawet jeśli do tego dojdzie, to nakładane kary są śmieszne, a przedsiębiorca przed wizytą jest ostrzegany. To idiotyczne – może spreparować wówczas wszystkie potrzebne papiery.

Całą sytuację pogarsza to, że sami nie walczymy o swoje prawa. W Polsce właściwie nie ma związków zawodowych. Na tle Europy wypadamy fatalnie. Do tego mamy problem z tzw. „żółtymi związkami zawodowymi”, czyli słupami, które działają na rzecz pracodawców.

Czemu tak niechętnie działamy wspólnie, skoro moglibyśmy na tym zyskać?

Problemem III RP była nie tylko niezachwiana wiara w wolny rynek, ale też opowieść, jaką sprzedawano ludziom. „Jeśli będziesz zapierdalać, to ci będzie dane”, „jesteś wart tyle, ile sobie wyrwiesz” – tak można ją streścić.

Ludzie w to uwierzyli?

Dlaczego by mieli nie uwierzyć? Słyszeli to od polityków, ekonomistów i bankierów. Słyszeli to w szkole i w domach. Taką narrację grzały też przez lata najważniejsze media.

W efekcie wychowaliśmy całe pokolenia z syndromem sztokholmskim – pełne uwielbienia dla systemu, który jest przeciwko nim. Pracownicy – często ci najbardziej wyzyskiwani – mówią jak pracodawcy. Młody, wkurzony, marnie zarabiający prekariat krzyczy, żeby ciąć podatki i liberalizować rynek pracy. A to ich przecież jeszcze bardziej pogrąży. Czasami spotykam ludzi na śmieciówkach, na umowach o dzieło albo w ogóle pracujących na czarno, którzy mówią, że fiskus ich okrada. Nie mają urlopów (bo umowa o dzieło), prawie nie płacą podatków (bo robota na czarno), rynek miota nimi jak szmacianymi lalkami, a oni ciągle mówią o tym, że trzeba poluzować z biurokracją.

„Wszystko jest dostępne. Tylko weź się do roboty!”

Okazuje się, że efekt skapywania (trickle down) faktycznie występuje. Ale nie tam, gdzie szukają go mainstreamowi ekonomiści. Działa jedynie w przypadku wulgarnego indywidualizmu, który przesączył się przez górę na doły społeczne.

Obecnie elity już nawet trochę się otrząsnęły. Nie bez powodu czołowi liberałowie zaczynają ostatnio mówić, że byli głupi. Ale ludzie na dole nadal mocno w tę indywidualistyczną narrację wierzą.

W Magazynie Porażka, który prowadzisz, często naśmiewasz się z tzw. life-coachów. Właśnie za to, że propagują taki język?

Coaching to lek, który późny kapitalizm wymyślił na chorobę, którą sam stworzył. Do tego lek, który nie dość, że nie działa, to jeszcze szkodzi. Sami coache to współcześni szamani, którzy żerują na niedociągnięciach systemu społeczno-gospodarczego, w którym żyjemy.

Świat pracy jest na kolanach [rozmowa z Agatą Nosal-Ikonowicz i Piotrem Szumlewiczem]

Przekonują, że sukces (przedstawiamy najczęściej jako sukces materialny) jest efektem indywidualnych starań. Że możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko weźmiesz się do roboty. To kompletna bzdura. Większość ludzi sukcesu, o którym wspominają mówcy motywacyjni, tego z drogimi samochodami, wakacjami pod palmami i domami z basenami, po prostu nigdy w życiu nie zazna. Bo to odstępstwo, a nie reguła. Regułą jest zwykłe życie. Takie piętnaście razy zwyklejsze, niż pokazują w telewizji – w małych kawalerkach z popsutymi zębami i w znoszonych butach.

Bo większość społeczeństwa może osiągnąć sukces tylko w przypadku społeczeństwa, które osiągnęło sukces jako całość. A to zupełnie nie zależy od sumy indywidualnych wysiłków tylko mądrych polityk publicznych oraz instytucjonalnych sposobów ograniczania zakusów silniejszych wobec słabszych.

Pracowitość nie ma żadnego związku z zamożnością społeczeństw. Polacy i Grecy pracują najwięcej w Europie. Największymi „leniami” są Niemcy i Holendrzy. Gdzie częściej osiąga się „sukces”?

I nic nie można zrobić?

Zawsze coś można zrobić. Ale uśredniając, nauczono nas po prostu wyolbrzymiać wpływ, jaki mamy na własne życie. Ci, którym się udało, częściowo przeceniają sukces także dlatego, że po prostu tak działają nasze mózgi. Przeceniamy swój wkład we własne osiągnięcia, a nie doceniamy wkładu innych osób, często tych, którym się nie udało. To się nazywa hipoteza sprawiedliwego świata. Bez względu na rzeczywisty bieg wydarzeń większość z nas i tak będzie uważała, że dobre rzeczy, które nas spotkają, są zasłużone.

Tymczasem ludzie są bogaci albo biedni w zależności od tego, w jakich gospodarkach przyszło im żyć i pracować, w jakich rodzinach się urodzili, w jakim momencie historycznym, kiedy był ostatni kryzys. Nakładają się na to tysiące makroczynników zupełnie niezależnych od naszych działań. Myślisz, że Bill Gates osiągnąłby tyle samo, gdyby urodził się niewidomy albo w Somalii? Nie sprawdzimy. Ala jakoś tak się stało, że urodził się widzącym mężczyzną z klasy wyższej, w jednym z wiodących gospodarczo i politycznie państw świata. Jeśli zarabiasz w Polsce pół średniej krajowej, jak mniej więcej jedna trzecia Polski, to zazwyczaj nie dlatego, że za mało zapierdalasz – najczęściej nie masz ani chwili wolnego.

Skoro taki mamy w Polsce kult sukcesu, to jak udało ci się znaleźć ludzi, którzy zgodzili się opowiedzieć publicznie o swoich porażkach?

Nie było to trudne. Odkąd założyłem Magazyn Porażka, dostawałem co tydzień po kilkanaście wiadomości o tym, jak komuś jest w życiu źle.

Gdy zamieściłem ogłoszenie informujące, że szukam bohaterów do książki, ludzie natychmiast zaczęli wysyłać mi swoje szczegółowo opisane historie. Dostałem ich dziesiątki i nadal je dostaję. Ludzie mówią, że to w razie, gdybym chciał pisać drugą część.

Czyli jednak wcale nie obawiają się tak bardzo przyznać, że coś im w życiu nie wyszło?

Bo w tej całej propagandzie sukcesu są dwa poziomy. Jeden jest oficjalny, na którym wszystko idzie świetnie, a drugi nieoficjalny, prawdziwy, gdzie ludzie z powodu tego pierwszego dostają depresji. I szukają dla tych emocji jakiegoś ujścia. Traktują opowiadanie historii jak rodzaj terapii, której nigdzie indziej nie dostaną. Choć w naszym klimacie społecznym wymaga to odwagi.

Ale być może nawet ta fasada zaczyna już gdzieniegdzie pękać i coraz więcej osób jednak zaczyna uwalniać się spod tego ciężaru. Wydaje mi się, i widać to chociażby w social mediach, że młodym ludziom kończy się cierpliwość. Zaczynają się męczyć ciągłym pudrowaniem samych siebie i nieustannym pieprzeniem o sukcesie jak z internetowej reklamy. Lubię myśleć, że Magazyn Porażka ma w tym swój udział. Ale to oczywiście tylko część procesu.

A co cię popchnęło, by zostać publicznym rzecznikiem porażki?

Mój wieloletni żywot prekariusza. Zaczynałem jako człowiek znikąd – pochodzę z Ełku. Do tego mam od dziecka mocne fobie społeczne, z którymi nadal nie do końca się uporałem. Długo pracowałem jako dziennikarz. Najpierw przez prawie cztery lata w portalu regionalnym, na umowie o dzieło, w szczytowym momencie zarabiając 2 tys. zł. A z początku dostawałem na rękę 1237 zł – do dzisiaj pamiętam kwotę, która wpływała mi co miesiąc na konto. Kiedy mnie stamtąd wyrzucali, powiedzieli, że udało im się wywalczyć dla mnie dwutygodniowe wypowiedzenie. Serio? Wywalczyli mi dwa tygodnie? Zgodnie z prawem powinienem mieć umowę o pracę i miesięczne wypowiedzenie. Byłem na śmieciówce, więc nie przysługiwało mi nic. I musieli dla mnie coś „wywalczać”.

Dlaczego pracujemy tak długo i czy można coś z tym zrobić

Później pracowałem w FISE, żyjąc z grantów, czyli nigdy nie miałem gwarancji stałego zarobku, ale jakoś się udawało. Potem granty się skończyły i zostałem bez pracy. Myślałem, że potrwa to miesiąc, może trzy. Trwało osiem. Wszystkie oszczędności, które miałem, szybko wyschły. Przez resztę czasu utrzymywała mnie dziewczyna. Na szczęście miała stałą pracę i jakoś udawało nam się związać koniec z końcem.

Codziennie wertowałem ogłoszenia o pracę, wysyłałem CV. Miałem jakieś doświadczenie, studia na UW, a i tak nikt nie oddzwaniał i nic nie mogłem z tym zrobić. A próbowałem naprawdę na różne sposoby. Zasiłek dla bezrobotnych oczywiście mi nie przysługiwał, bo nigdy nie miałem umowy o pracę. Państwo, tak jak w przypadku wielu innych ludzi, położyło na mnie chuja. Próbowałem nawet przebranżowić się na robotę fizyczną, robienie mebli. Myślę, że to szlachetna praca – na końcu widzisz jakiś efekt w postaci materialnej. Ale okazało się, że żeby odnawiać lub robić meble, trzeba mieć jakieś pieniądze na start, bo wynajem pomieszczenia, bo narzędzia, bo materiały. Ze znajomymi nawet składaliśmy grant na taką minipracownię. Niestety nie wyszło.

Wszystko to mocno mnie złościło. Żeby trochę tej złości ulżyć, założyłem fanpage. I nagle wszystkie drzwi stanęły przede mną otworem. Ludzie zaczęli się zgłaszać, żeby dawać mi pieniądze za najdziwniejsze rzeczy. A przecież moje kompetencje w ogóle się nie zmieniły.

A może to właśnie pokazuje, że odniosłeś sukces, kiedy się postarałeś, zrobiłeś coś kreatywnego, coś więcej niż inni – nawet, jeśli było to założenie fanpage’a?

Zupełnie nie. Moja historia pokazuje tylko, że kapitalizm jest systemem losowym. Nie ma nic wspólnego z kompetencjami czy ciężką pracą. Tylko przypadek sprawił, że taki fanpage założyłem, odniósł on sukces, dostałem propozycję napisania książki i wszystkie inne. Sukces to nie kwestia zasług. Po prostu nagle coś zaskoczy albo nie i masz małą kontrolę nad tym, kiedy i czy coś takiego się wydarzy.

Rozwój osobisty do niczego mnie nie doprowadził. To wręcz lustrzane odbicie dominującej opowieści. Dopiero odniesienie sukcesu pozwoliło mi w pełni zacząć zdobywać kompetencje i poświęcić się pracy.

Spieniężyłeś zatem swój brak sukcesu?

Tak. Choć nikomu nie polecam tej drogi. Podejrzewam, że ta nisza na rynku jest już całkowicie wypełniona. Przeze mnie.

Nie wypruwaj sobie żył w pracy – i tak nic z tego nie będzie

***

Kamil Fejfer – analityk rynku pracy i nierówności społecznych związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, dziennikarz freelancer. Twórca Magazynu Porażka, autor książki Zawód.

Bio

Szymon Grela

| Publicysta, socjolog

Współpracownik Fundacji Kaleckiego. Publikuje w Krytyce Politycznej, OKO.press i Gazecie Wyborczej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Zarobić na książce o tych, którzy prawie nic nie zarabiają -- to jest prawdziwy późny kapitalizm.

Istnieje kontrast pomiędzy wątkami ekonomicznymi a politycznymi na stronie KP.
Przekaz gospodarczy jest taki: najważniejsza jest obrona pracowników przed bezwzględnością kapitalistów!
Przekaz polityczny zaś następujący: najważniejsze jest odsunięcie PiSu od władzy!

Można twierdzić, że jak zrealizujemy zadanie polityczne, to przyjdzie czas na realizację części gospodarczej. Ja jednak jestem starszym panem, który pamięta jak Jacek Kuroń przekonywał: zróbmy najpierw kapitalizm a później zajmiemy się losem pracowników. Brzmiało to wiarygodnie. Zauważmy jednak, że Jacek Kuroń nie żyje od 13 lat a los pracowników najemnych wygląda mniej więcej tak jak powyżej.

Problem w tym, że po stronie socjalnej ustawił się już PiS i realizuje on i tak niemal maksimum tego co da się w Polsce realnie zrobić, a część rzeczy jest nawet na kredyt, zaś Krytyka Polityczna i Partia Razem proponuje jakąś bliżej nieokreśloną rewolucję socjalną, antykapitalistyczną, w którą lud nie wierzy, bo przy wszystkich wadach systemu kocha on promocje w Lidlu, dostęp od kapitalistycznych dóbr i lepiej mu służy 500 plus, niż wywracanie wszystkiego do góry nogami. Obiektywna zaś prawda jest taka, że Polska ciągle jest krajem stosunkowo biednym, gdzie po za Kulczykiem, Gudzowatym, Starakiem i może kilkuset osobami, cała reszta w tym nawet właściciele firm są stosunkowo biedni, więc jakbyśmy i kogo byśmy nie kopali to nie uciekniemy od fundamentów, ba myśmy ich być może nawet nie położyli pod Polskę za 10-20 lat i może być krucho. Gospodarka oparta na wiedzy, pewne hasła w programie Morawieckiego są w dużym stopniu zaklęciami, gdy spojrzymy na kanon tej gospodarki, branże i firmy, które ciągną eksport - bardzo trudno tam znaleźć jakąś firmę zaawansowaną technicznie o wysokiej wartości dodanej. Po za producentami gier - jaką drugą wymienimy branżę kreatywną ? Umówmy się zmienić sytuację mogą tylko ci co zarabiają, coś robią, a nie piszą książki o tym jak bardzo jest źle i dlaczego należy wszystko zaorać.

Jestem starszym panem, więc znam wiele ciekawych historii. Np. taką, kiedy szwedzcy socjaldemokraci przejmowali władzę w latach trzydziestych XX w. Szwecja była biednym krajem, który z poważnych zasobów miał tylko nieco rudy żelaza i trochę innych metali. Szwedzi byli też narodem pijaków. Rząd szwedzki postawił na podnoszenie płac, zupełnie odwrotnie niż ówczesny rząd polski. Przejście do nowoczesnego społeczeństwa masowej konsumpcji dokonało się w Szwecji w sytuacji kiedy rząd pilnował pełnego zatrudnienia i wysokich płac. Jednocześnie rządzący dawali przykład skromności, premier Hansson, zmarł na zawał w autobusie miejskim, jeździł bowiem do pracy używając transportu publicznego.
Proszę sobie przypomnieć co nasze autorytety ekonomiczne mówiły o polityce socjalnej PiS dwa lata temu. Budżet się załamie a beneficjenci 500+ odejdą z pracy. Prawda jest taka, że budżecie jest nadwyżka a zatrudnienie wzrosło o pół miliona osób.
ceterum censeo: Razem to umiarkowana socjaldemokracja a Krytyka Polityczna jest nader liberalna, ale jej lewicowość jest wątpliwa.

Nie ma żadnej nadwyżki budżetowej - proszę nie powtarzać bredni za pisowską propagandą - deficyt w każdym roku to ponad 50 mld złotych w 2017 zaplanowano 59 z hakiem i tak będzie, także w tym roku. Jest nadwyżka podatkowa - dochody są nieco wyższe, niż zaplanowane w tegorocznym budżecie -udaje się poprawić ściągalność podatku VAT, ale i tu propaganda jest ponad realnymi sukcesami, czyli 2,5 procent na rok 2016. Jestem zdania, że Morawiecki jest mocną stroną tego rządu, trudno mu odmówić kompetencji przynajmniej w odniesieniu do poprzedników zwłaszcza Rostowskiego, chaosu polityki budżetowej i gospodarczej PO-PSL, nie mniej cudów nie ma, rząd ratuje, także przejęcie środków z OFE, dochody jednorazowe jak licencje LTE, plus dość wysoki wzrost gospodarczy i faktycznie minister radzi sobie z problemami dużo skuteczniej, niż chciałaby opozycja.
Gospodarka Szwecji na progu lat 30 XX wieku i tak była w lepszej sytuacji, niż Polska po upadku PRL-u, wydaje mi się, że nie da się wrócić do tak silnych narzędzi stymulacji, kontroli gospodarki rodem z Keynesa w obecnych uwarunkowaniach Polski w UE, umowach handlowych i otwartości samej gospodarki. Podobnie rzecz ma się z interwencjonizmem, który w Szwecji, także był stosowany choćby w budowie silnego przemysłu obronnego i całej polityce bezpieczeństwa, ale koncerny - technologie przechodziły do sektorów cywilnych. Niektóre pomysły rządu PiS jak Centralny Port Lotniczy - nie są wcale takie głupie jak się wydają, ale w budowę polskiej potęgi na bazie stoczni, w projekty typu kanał na Mierzei Wiślanej nie wierzę. Krytyka Polityczna nie jest liberalna, przyjmuje dość absurdalne stanowisko totalnego oderwania od realiów polskiej polityki, ba mamy tu takie sytuację, jakiegoś cichego rewanżyzmu na liberałach, że dobrze - iż rządzi PiS. Macie za swoje - neoliberałowie ! Jestem krytykiem rządu PiS, ale dramat polega na tym, że opozycja sama stworzyła istną polityczną pustkę, do tego stopnia, że rząd PiS przy całym ideologicznym oszołomstwie, wydaje się jedynym sensownym wyborem, ba gdyby nie było Macierewicza, miesięcznic Kaczyńskiego, całej tej idiotycznej retoryki i wojny to byłby to rząd całkiem do zaakceptowania. Żyje w Polsce, a nie w Szwecji, więc w premierów jeżdżących autobusami nie wierzę, zresztą trochę czasy się zmieniły i dziś nawet gdyby jakiś polityk chciał tak robić, to względy bezpieczeństwa by na to nie pozwoliły.

Jest taka anegdota o Heglu. Nie wierzył on w istnienie żyraf. Kiedy znajomi pokazali mu żyrafę w berlińskim ogrodzie zoologicznym, ten rzekł: TAKIE ZWIERZĘ NIE ISTNIEJE!

Nie łapie anegdoty, bo nie bardzo wiem z czym się pan nie zgodzi ? Nadwyżkę budżetową ? Rozróżnijmy pojęcia nadwyżki podatkowej, od nadwyżki budżetowej i zerowego deficytu - ten jak wiemy jest możliwy w Szwecji, ale nie w Polsce. Nawet minister Kowalczyk mówi, że deficyt może być przy optymistycznych prognozach niższy o 20 mld złotych - ale dalej będzie to blisko 40 mld.

Fakt istnienia nadwyżki budżetowej neguje Pan przy pomocy twierdzenia, że w ustawie budżetowej jest zaplanowany deficyt. Tego wszelako nikt nigdy nie kwestionował. Każdy kto umie czytać może przeczytać ustawę budżetową.
Proszę też zwrócić uwagę na sformułowania typu: rząd ratuje wysoki wzrost gospodarczy. Ot, korelacja z polityką rządu jest zupełnie przypadkowa. Ośmielam się twierdzić, że nie jest to argument za tym, aby głosować na partie pana Grzegorza i pana Ryśka. Dlaczego bowiem wyborca miałby popierać wiecznych pechowców?

1) cykle koniunkturalne są mocno niezależne od polityki gospodarczej, a wpływ samego ustawodawstwa możemy odczuć po roku-dwóch. Wszystko pozostałe to tylko dobry PR. Łatwo chwalić się wynikami podczas światowej hossy, gorzej, że ktoś to potem musi posprzątać. Poprzednio rządami PiS też trafił z koniunkturę i wiemy, jak to się w kolejnych latach skończyło.

2) jeśli chodzi o słynne 10mld nadwyżki z VAT, to tylko przypominam, iż wzięła się ona z wstrzymania zwrotów firmom. innymi słowy prywatna działalność sfinansowała braki w budżecie. Całkiem sporo do zwrotu nie dotrwało. Nie neguję wszystkiego, co wymyśla Morawiecki, ale sporo z pomysłów idzie po trupach i wylewa dzieci z kąpielą. Oby miał kto nas w kryzysie z kolan dźwigać.

1. Teza, że wahania aktywności gospodarczej układają się w cykle nie wytrzymuje konfrontacji z elementarnymi faktami. Kryzysy bywają, ale są krótkie i nieregularne. Dość powiedzieć, że w całym wieku XXI był tylko jeden rok, kiedy gospodarka światowa jako całość nie notowała wzrostu. Pieniądze z budżetu wydane dziś mają skutki dziś, a także konsekwencje w dalszej przyszłości, np. wzrost konsumpcji skłoni kapitalistów do inwestycji. Teza, że skutki będą za dwa lata jest absurdalna. Nikt chyba nie twierdzi, że pieniądze otrzymane dziś w ramach 500 + będą wydane za dwa lata.

2. Twarde dane: liczba zatrudnionych wzrosła w roku 2016 o ponad 300 tys. w stosunku do roku ubiegłego. Liczba pracodawców i pracujących na własny rachunek w roku 2016 wzrosła o 30 tys. Źródło: Mały rocznik statystyczny GUS 2017, s. 124. Wystarczy sięgnąć po tą książeczkę aby się przekonać, że propaganda leseferystów posługuje się kłamstwami.
Wielbiciele Balcerowicza i pana Ryśka (co sobie kredyt przewalutował) nie ustają w wyciu do księżyca o przyjście kryzysu. Mają pewne szanse. Życzę im jednak aby czekali bardzo długo.

Po części tak jest - kryzysy na szczęście zdarzają się raz na dekadę, a nie co roku - wzrost gospodarczy 8 procent w poprzedniej kadencji rządu PiS, także nie wynikał z geniuszu rządzących, a szczęścia i zbiegu pozytywnych czynników, z czego część jak bańka na rynku nieruchomości miała niestety negatywne skutki w kolejnych latach. Gdyby oceniać rząd PiS-u tylko za gospodarkę - to miałby pan wiele racji. Przy wszystkich moich - ale - wobec programu i działań Morawieckiego to opozycja nie ma konkurencyjnego programu i człowieka- na bezrybiu i rak ryba.

1. Wzrost gospodarczy i wzrost zatrudnienia zawdzięczamy rozwojowi firm, który jest wynikiem sprzyjającej polityki. Niestety ten wzrost zaczął się za czasów PO-PSL a PiS tylko zebrał owoce tego "jako swoje".
2. Spadek cen paliw chwalony przez fanów PiS nie jest wynikiem żadnej polityki rządu, a faktu spadku ceny ropy na rynku światowym o 70%. Spadek cen w Polsce o jedynie 30% jest wynikiem podniesienia podatków i opłat na paliwo a nie obniżenia.
3. 500+ pomaga, niestety też szkodzi. Zamiast wprowadzić np. system ulg dla rodzin, zwrotów podatku etc. wprowadzono daninę fundowaną przez naród, która pozwoliła kupić głos tych, którzy o płaceniu podatków czy pracy nawet nie myślą.
4. Cudowne pomysły na superstocznie i superlotniska to bzdura i bujda. Koszta pracy i transportu są tak wysokie że opłacalność takich inwestycji jest żadna. Zamiast tego zrobili by dobre autostrady (nawet płatne) i dałoby się zarobić na ludziach jeżdżących przez Polskę. Bo co nam po superlotnisku jeżeli dojazd do niego jest po superklepisku?
5. Jedynie inwestycja w technologie rozwojowe i uszczelnienie systemu podatkowego to dobre działania PiS.
6. O politycznych mediach i sądach się nie wypowiem. Każdy ma swoje zdanie. Jednakże dzięki nim takie bzdury jak "nadwyżka budżetowa". Ja też mam na koniec miesiąca nadwyżkę budżetową jak zapomnę zapłacić rachunki. Niestety w końcu muszę je zapłacić.
Wreszcie " Nikt chyba nie twierdzi, że pieniądze otrzymane dziś w ramach 500 + będą wydane za dwa lata." - fakt, jednakże wzrośnie dzięki nim sprzedaż dóbr luksusowych, takowe będą najczęściej kupowane na raty pokrywane z 500+ i budżet otrzyma z tego swój zysk dopiero po spłaceniu takich kredytów. Wreszcie wzrost podaży wielu produktów wiąże się z rozwojem producentów, wzrostem zatrudnienia itp. Ale zanim to zacznie przynosić wymierne korzyści, minie 1-2 lata, a zanim zostanie to rozliczone z fiskusem, może trwać nawet dłużej.

Wydaje mi się, że wiem skąd bajka o "skutkach za dwa lata". Otóż skutki polityki PIENIĘŻNEJ rzeczywiście mogą być odłożone w czasie. Ktoś coś wyczytał, nie zrozumiał, że chodzi o politykę pieniężną i pomyślał, że ma to zastosowanie w polityce FISKALNEJ, czyli jak podwyższymy podatki dziś, to dopiero za dwa lata będą tego skutki. Co jest nonsensem.

Ponownie odsyłam do "Małego rocznika statystycznego GUS", w szczególności polecam dane o zatrudnieniu, konsumpcji podstawowych dóbr, wyposażeniu gospodarstw domowych. Oczywiste jest, że dziś kupiony telewizor czy komputer oznacza wpływy z VAT do budżetu teraz, a nie za kilka lat. Partyjna stronniczość utrudnia wielu osobom analizę sytuacji. Łatwo wówczas wpaść w rzeczywistość alternatywną jak prezydent Komorowski.

Co za brednie i bzdury, w oczy szczypie.

A dlaczego?

Klin między pracownikiem a właścicielem istnieje i nazywa się podatek ZUS w wysokości 40 % kosztu pracy (66 % wynagrodzenia netto). Tenże klin oznacza obniżenie wynagrodzeń obecnych pracowników oraz ograniczenia w zatrudnieniu kolejnych, a także wpływa na zatrudnianie na zleceniach. W ten sposób państwo, mówiąc językiem autora, 'wyżyma pracownika jak szmatę'. W zamian za podatek ZUS pracownikowi się obiecuje emeryturę, której nie będzie z powodów demograficznych i zmian wprowadzanych przez PiS z poparciem red. Fejfera. Za kilka lat dla utrzymania systemu emerytalnego podatki od wynagrodzeń będą musiały przekroczyć 50 % kosztu pracy, co będzie politycznie niemożliwe i rozpocznie się obniżanie emerytur, jak w Grecji. Oczywiście łatwiej jest przenieść winę na złego pracodawcę, który nie chciał mnie zatrudnić albo mówić o 'losowości systemu'. To prawda, że w indywidualnych przypadkach sukces zależy od przypadkowych zdarzeń, z czego nie wynika, że nie można zafundować kryzysu całemu społeczeństwu za pomocą rosnącego socjalu. Jeżeli 'losowość systemu' prowadzi do wzrostu zamożności społeczeństwa, to co w tym złego? Nie jest też prawdą, że w systemach centralnie sterowanych losowości nie ma, ona występuje i się nasila, bo decydenci nie panują nad skutkami swoich decyzji, czego wzorcowym przykładem są kryzysy finansowe produkowane przez urzędników banków centralnych chcących pobudzić gospodarkę kredytami. Reasumując deregulacja i obniżenie podatków nastąpią, ale pod wpływem kryzysu, a nie dlatego, że 'źli liberałowie' tak postanowili. I nie będzie to proste, bo wymaga znacznego ograniczenia socjalu, w szczególności emerytur.

Składka na ubezpieczenie emerytalne wynosi - 19,52% podstawy wymiaru,
na ubezpieczenia rentowe - 8,00% podstawy wymiaru,
na ubezpieczenie chorobowe - 2,45% podstawy wymiaru,
na ubezpieczenie wypadkowe - od 0,40% do 3,60% podstawy wymiaru
(źródło: ZUS)
nie ma tu więc nigdzie 40%. Na ubezpieczenie społeczne zrzuca się po połowie pracodawca i pracownik, bo skoro pracodawca eksploatuje zdrowie i życie pracownika, to powinien mieć wkład w ubezpieczeniu społecznym.
Gdy czytam takie komentarze, jak ten powyżej, przypomina mi się początek książki prof. I. Jędrasik-Jankowskiej o ubezpieczeniach społecznych: autorka przytacza anegdotę, że dawniej w Afryce, gdy ktoś był chory lub stary, był wciągany na wysoką palmę, a następnie z niej zrzucany, co skutkowało śmiercią. Mamy taką "metodę" stosować?

Nie najlepsza to argumentacja. Podział składki na składkę pracownika i składkę pracodawcy jest czysto formalny. W praktyce obie części składki są płacone z funduszu płac, który pochodzi z przychodów firmy. Jeśli ustawodawca nakłada taki ciężar na pracodawcę, to dlatego, że przychód firmy jest wynikiem pracy zatrudnionych. Czyste siły rynkowe działają na niekorzyść pracownika, wspólnota polityczna je koryguje.
Nb. w różnych starych podręcznikach ekonomii przywołuje się teorię dochodu opartą na produktywności krańcowej. Jest to jednak tylko bajka, która opiera się na przekonaniu, że skoszone siano można podzielić na to skoszone dzięki kosie i to skoszone dzięki kosiarzowi. Ekonomiści tak kiedyś mieli, ale im powoli przechodzi.

Pracownik wykonuje pracę. Praca jest opłacana (wymiana praca na pieniądze). Z wykonanej przez pracownika opłaconej pracy pobierana jest składka. Jeśli mówisz, że to nie są pieniądze pracownika, to tak jakby i jego praca nie była jego (niewolnictwo).

Ujęcie księgowe to jedno a ekonomiczne to coś innego. Zarówno część opłacana nominalnie przez pracownika, jak część opłacana nominalnie przez pracodawcę pochodzi z pracy. Jednocześnie produktywność pracy jest funkcją jej wyposażenia w kapitał, który jest własnością pracodawcy. Oddzielenie tego co wyprodukował kapitał od tego co wyprodukował pracownik to wspomniany problem kosy i kosiarza. Siły rynkowe są zwykle przeciw pracownikowi, dlatego koryguje je ustawodawca.

Opowieści o klinie podatkowym mają taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaką brodę.
Aby ludzie starsi nie cierpieli nędzy potrzebne jest te głupie 200 miliardów złotych rocznie. Powszechne ubezpieczenia społeczne są całkiem dobrym sposobem zorganizowania tych pieniędzy. System kapitałowy jest bardziej kosztowny i ryzykowny, nie radzi też sobie lepiej z problemami demograficznymi. Pisali o tym najlepsi uczeni zajmujący się sprawą, książki Nicolasa Barra i Pereta Diamonda zostały wydane po polsku. Miłej lektury!
Można skorygować system w ten sposób, że ubezpieczenie pracownicze zastąpimy obywatelskim. Nie zmienia to faktu, że do wydania jest ponad 200 miliardów złotych.

Kluczowy dla całego nastawienia Autora jest przedostatni akapit. Tak, to prawda, że w kapitalizmie przypadek odgrywa dużą rolę, przynajmniej pozornie. Bo to nieprawda, że sukcen Magazynu Porażka to efekt przypadku – po prostu inicjatywa trafiła w zapotrzebowanie. To, że Autor tego nie przewidział, nie znaczy, że to był kompletny random.

To samo dotyczy wielu historii ludzi, którym się coś udało. Pewnie, że nie kontrolowali życia w 100%. Ale potrafili wykorzystać szansę, która im się nadarzyła. My nie powtórzymy dziś ich historii... bo dziś pojawiają się i znikają inne szanse i trzeba łapać te dzisiejsze. Niepoddawanie się i próbowanie do skutku pomaga. 😉

Ale oczywiście można też siąść, płakać i narzekać na niesprawiedliwy świat.

... albo można się cieszyć z własnego syndromu sztokholmskiego.
(Przy czym narzekanie może być pożyteczne.)

Można próbować łapać okazje i grać jak najlepiej takimi kartami, jakie los dał. Jedni mają lepszy start, inni gorszy, tak wyszło. Można też siedzieć z fochem i mówić „mnie się należy” i „świat jest niesprawiedliwy”. Ciekawe, które podejście częściej prowadzi do sukcesu, jakkolwiek by go zdefiniować?... Które podejście daje szczęśliwsze życie?

Wypowiedzi ociekające tak naiwną myślową tandetą może produkować:

- "coach kariery", którego pracą jest produkowanie takiej właśnie czczej głupizny na poziomie przemyśleń Coelho
- licealista wierzący, że tuż po maturze czeka go pasmo sukcesów i szczęścia
- przedsiębiorca, który na chwilowej fali dobrej passy stracił wyobraźnię
- ktoś, kto ze świetnym wykształceniem zarabia 2-3 tys. brutto, ale zamiast dostrzec w tym pewien problem, wyuczył się tej pustej mantry, by nie popaść w rzeczywistą a nie imputowaną przez niego tym, którzy widzą problem, frustrację
- pracownik korpo, którego to, że "w międzynarodowym środowisku"zarabia 20-50% więcej, niż zarabiałby gdzie indziej napawa taką euforią, iż nie dostrzega, że jego "szczęście" może być chwilowe. Nikt nie wie, jak długo tu przetrwają a kiedy nagle się zwiną korporacje, zostawiając za sobą może bezrobotnych
- młody przedsiębiorca, mający swój ''innowacyjny" "start-srap" i wierzący, że los, który chwilowo wziął w swoje ręce, nigdy mu się z nich nie wyśliźnie

W każdym z tych wypadków mówimy o jednostce w stanie głębokiego odrealnienia, które ujawnia się już w samym oburzeniu, że można mieć zastrzeżenia do polskiego rynku pracy. Mają je i Amerykanie w swym liberalnym raju i Szwedzi w swym socjaldemokratycznym. Pomysł, że warunki w Polsce są tak zajebiste, że skarżyć się na nie można jedynie albo z lenistwa albo z oczekiwania, że jak to napisał ktoś poniżej, na Ferrari, jest tak aberracyjny, że tylko pokazuje stopień indoktrynacji neoliberalną papką, jaka tu się dokonała. Co piszę wcale nie mając szczególnie socjalistycznych poglądów na gospodarkę.

...albo może ktoś, kto zaczynał z zupełnie średniego poziomu, na studiach pracował po nocach, uczył się zawodu, potem drugiego, mimo kilku życiowych wtop nie odpuścił i po -nastu latach doszedł do przyzwoitego poziomu zawodowego i materialnego. I patrząc wstecz, wspomina ileś spotkanych osób, które ze słowami „jakoś to będzie” albo „świat jest jednak niesprawiedliwy, buuu” siadały gdzieś po drodze na poboczu i tam zostały. Nie bierzesz pod uwagę, że jest jednak całkiem spora rzesza ludzi, którym się w miarę powodzi? Te samochody pod marketami w weekendy to wszystko coachowie kariery albo korposzczury? Strasznie depresyjny obraz świata postrzegasz...

Tak tak. Uczenie się po nocach itp. a/dobra fucha zależy od znajomości b/niekoniecznie musisz mieć specjalistyczną wiedzę żeby robić kasę c/dokładnie te same stanowiska w różnych krajach są różnie wynagradzane "bo za taki stołek w PL (czy gdzie indziej) się więcej nie płaci" d/samochód ? Eee - wejdź na pierwszą lepszą stronę - BMW X5 stoi za 40 tys, Porsche Cayenne to samo e/siedzenie i płacz nikomu nie pomoże, ale tak samo nie pomoże łapanie się pierwszej z brzegu roboty po 8zł/h i robienie nadgodzin żeby mieć co jeść. Wtedy pętla - nie masz już czasu na szukanie czegoś lepszego.

Opisuję swój przypadek, więc nie są to opowieści z kosmosu. a: bzdura, nigdy nie dostałem pracy po znajomości, a w firmach przy rekrutacji znajomości się deklaruje z góry i nigdy nie bierze udziału w rekrutacji znajomych, to nie urząd gminy. b: pewnie że niekoniecznie, ale to bardzo zwiększa szanse. c: tak, no i?... żyjemy tu i teraz, póki nas nie wyciągną z UE, można też jechać pracować gdzie indziej. d: nie mam pojęcia, choć 40 kPLN to chyba bardziej Punto?... e: to prawda, i dlatego chodzi o to, żeby myśleć z wyprzedzeniem i nie obudzić się w takiej sytuacji. Nie z każdego dołka jest dobre wyjście i dlatego trzeba dbać, żeby w dołek nie wpaść.

*zostawiając za sobą morze bezrobotnych

A kto powiedziął, że sukces zawodowy jest wtedy, kiedy staz na ferrari? Mam doświadczenie w pracy z bezrobotnymi i widzę, jak ważne są umiejętności zdobyte poprzez wykształcenie, jak ważna jest motywacja, jak istotny wpływ ma aktywność w poszukiwnaiu ofert pracy. Dla mnie sukcesem zawodowym jest to, że pracuję tam gdzie zawsze chciałam, mimo że nie zarabiam kokosów. Oczywiście problem wynagrodzeń, prawa pracy, tego, że ludzie razem się nie jednoczą i nie walczą o swoje prawa jest poważny. Fajnie by było, gdyby szukanie pracy było super szybkie, łatwe i przyjemne. Ale nie zgadzam się z tym, że praca nad sobą, swoimi umiejętnościami, wykształceniem nie przenosi się na późniejsze życie prywatne i zawodowe. Zgodnie z tym wywiadem mam rozumieć, że wszystkim leniwcom powinna nalezyć się super praca z super wynagrodzeniem- bo to jest jedyny wyznacznik tego, że się udało??? Czy system ma wady?- Tak, Czy to nas usprawiedliwia do malkontenctwa...? Nie sądze.

Jak zwykle - ludzie mają duży problem z czytaniem ze zrozumieniem. Istotą wywiadu są ludzie, którzy ciężko pracują i rozwijają się, a tutaj znów niejeden przywołuje tych mitycznych, korwinowskich nierobów. A życie samo w sobie jest bardziej skomplikowane czy złożone.

Trzeba łapać szansę - to prawda. Ale wielu tej szansy nawet nie dostaje, nawet gdy jej nieustannie szuka. Pogardliwe potraktowanie tych ludzi jest dla mnie postawą mocno niesprawiedliwą. Duma ze swych osiągnięć nie musi iść w parze z tą pogardą dla innych, którym się nie udało.

"Państwo, tak jak w przypadku wielu innych ludzi, położyło na mnie chuja"

Czasami zazdroszcze i podziwiam meneli. Jedyni wolni na tym świecie, ktorzy położyli chuja na państwo i innych.

Czyli opisujecie takie współczesne gułagi, tylko zamiast strażnika jest kredy albo konsumpcjonizm który zmusza nas do pracy ponad siła by mieć przedmioty których nie potrzebujemy!

Czyli podsumujmy:
- absolwent kierunku humanistycznego, na które popyt pracodawców jest znikomy
- mieszkaniec sporego miasta, w którym koszty życia są o wiele wyższe niż w pozostałych regionach (zakładam, że te codzienne oferty i CV to nie w Ełku wysyłałeś, bo przez 8 miesięcy to można firmy od Suwałk po Braniewo odwiedzić)
- bez wyrobionych kompetencji czy wartościowych doświadczeń (umówmy się, portale regionalne to dziś wtórny analfabetyzm)
- bez "drugiej nogi", w postaci zajęć dorywczych czy innego pracodawcy, które wypracował na studiach czy tuż po nich

zakłada portal/fanpage, na którym - mając dziennikarskie doświadczenie - zaczyna pisać o realnych problemach społecznych, prezentując realne spostrzeżenia i analizy, podparte realnym doświadczeniem własnym i osób się zgłaszających, czym wpisuje się w realną potrzebę zmian społeczno-ekonomicznych, z którymi od kryzysu boryka się Europa, uważa, że to był przypadek....

Tu jest klucz do przedsiębiorczości. Zdolność do zauważania szans i ich wykorzystywania. Droga do sukcesu wiedzie od porażki do porażki, powie to każdy przedsiębiorca. Jedni potrafią się na nich uczyć, docenić nowe perspektywy i możliwości, jakie otwiera, inni narzekać na ZUS i złą skarbówkę. Ty jesteś teraz gdzieś pomiędzy, znasz obie strony barykady, po obu stronach byłeś, ale nadal się nie doceniasz. Piszę to jako osoba, która zamknęła działalność, też żyła z pensji dziewczyny, pochłaniała przez rok różne książki i kursy rozwojowe. I działam znowu. I wiem, że nie byłbym w miejscu, w którym jestem, gdybym nie przerwał pracy i nie miał czasu zmianę podejścia.

Popyt pracodawców jest znikomy? Wytłumacz to w korpo. Chętniej zatrudnią kontrolera faktur po turystyce i rekreacji niż po fizyce (I kierunek) i elektronice i telekomunikacji (II kierunek). Mgr inż. Czarek zapewne w takim razie posiada brak kompetencji, jeśli nie posiada braku to może brak niekompetencji miękkich, jeśli tego również, to może brak wyrobionych? W każdym razie może nie posiadać doświadczeń, szczególnie ich wartościowość można określać dowolnie żeby pasowało do tezy.

Co boli w książce to brak perspektyw trochę znad poziomu mułu, gdzie fizyczna egzystencja nie jest zagrożona, ale ten brak zagrożenia to max sukcesu. Żeby tak ta psycholożka była na przykład biotechnolożką, lub nawet ceramiczką betonu (po chemii budowlanej, czy budownictwie można faktury przewalać i coś sobie wmawaić, jak zresztą po każdym kierunku) żeby odczarować wreszcie to powszechne wyzywanie ludzi od "absolwentów tumanistyki". Ratownik medyczny trochę to ratuje, to na plus.