Gospodarka

Europa potrzebuje podwyżki

Euro

W wygłoszonym 13 września przemówieniu State of the Union przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker chwalił ożywienie gospodarcze w Unii Europejskiej. Czy kryzys rzeczywiście jest już za nami?

Śledząc nagłówki gazet można odnieść wrażenie, że wszystko jest już w porządku. W roku 2016 po raz pierwszy od czasu kryzysu PKB nie spadło w żadnej z unijnych gospodarek, a rok 2017 to piąty rok „ożywienia gospodarczego”. Bezrobocie w Unii Europejskiej spada kolejny rok z rzędu, a z telewizyjnych ekranów regularnie słyszymy wypowiedzi ekspertów chwalących ożywienie w Europie. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej skomplikowana. Skutki zmian odczuwają raczej korporacje niż społeczeństwo.

Znajdzie się cela dla Jean-Claude’a Junckera?

Od 2013 roku faktycznie możemy mówić o wzroście PKB Unii Europejskiej, a od 2014 roku o wzroście PKB strefy euro. Jego tempo pozostawia jednak wiele do życzenia. Dopiero w 2015 roku realna wartość PKB strefy euro odzyskała poziom sprzed kryzysu. Produkt Krajowy Brutto Portugalii, Finlandii, Włoch i Grecji wciąż jest poniżej stanu sprzed kryzysu. Teoretycznie w roku 2016 PKB po raz pierwszy wzrosło we wszystkich krajach Unii Europejskiej, jednakże w przypadku Grecji z dynamiką wynoszącą… 0,00%, trafniej byłoby raczej mówić, że po prostu nie spadło kolejny rok z rzędu.

Bezrobocie – zarówno jego wartość procentowa, jak i absolutna liczba bezrobotnych – na poziomie całej Unii Europejskiej jak i Strefy Euro wciąż są wyższe niż przed wybuchem kryzysu finansowego. Oprócz ponad 20 milionów bezrobotnych, 10 milionów osób zatrudnionych na część etatu pracuje krócej niż by chciało. Znaczna część stworzonych od czasu kryzysu miejsc pracy jest gorsza od tych, które zniknęły.

Od 2010 roku liczba pracujących biednych wzrosła w Unii Europejskiej o jedną czwartą. Pogorszeniem się warunków pracy szczególnie dotknięte są osoby młode. W wielu państwach to one doświadczyły największych spadków płac, to ich praca została w największym stopniu uśmieciowiona. Co gorsza, jak pokazują badania ekonomiczne, efekty wejścia na rynek pracy w okresie recesji są odczuwalne w postaci niższych zarobków nawet dekadę później. W Polsce problem ten (jeszcze) nam nie grozi, ale w kilku państwach UE prawdopodobnie mamy do czynienia z pierwszym pokoleniem, któremu będzie żyło się gorzej niż ich rodzicom.

Rachityczny wzrost europejskiego PKB nie przekłada się na wzrost płac realnych. W dziesięciu państwach Unii Europejskiej realna wartość wynagrodzeń wciąż jest niższa niż w roku 2009. Najwyraźniejsze różnice są w Grecji (spadek o 23%), na Cyprze (spadek o 13%), w Portugalii (-8,6%), Chorwacji (-5,8%) i Hiszpanii (-5,5%). Pozostałe państwa, w których zarabia się mniej niż dekadę temu, to: Austria, Finlandia, Belgia, Wielka Brytania i Włochy.

Jeżeli zamiast na dynamikę płac realnych spojrzeć na udział płac w całości dochodu, to sytuacja wygląda jeszcze gorzej. W 20 z 28 państw Unii Europejskiej spadł on pomiędzy rokiem 2010, a 2017. Najdotkliwsze spadki (przekraczające 5 punktów procentowych) odnotowano w Irlandii, Rumunii, Luksemburgu, Portugali, Chorwacji i na Cyprze, a wśród państw o spadającym udziale płac znajduje się również Polska (spadek o 1 punkt procentowy).

Jak pokazują badania Europejskiego Instytutu Związków Zawodowych od 2008 roku konwergencja płac pomiędzy państwami „starej Unii”, a krajami Grupy Wyszehradzkiej stoi w miejscu. O ile w okresie 1990-2008 wynagrodzenia w Czechach, Polsce, Słowacji i na Węgrzech wzrosły z kilkunastu do 30-35% procent wynagrodzeń w Niemczech, to po upływie prawie dekady od kryzysu finansowego wciąż wynoszą od 30 do 35%. W mechanizmie wyrównywania płac w Unii Europejskiej coś ewidentnie się zepsuło.

„Możesz zdechnąć, najważniejsze żebyś przyszła dziś do pracy”

Pakiety ratunkowe dla instytucji sektora finansowego wciąż znajdują odzwierciedlenie w stanie finansów publicznych. Państwa Unii Europejskiej za pomocą różnych instrumentów finansowych od 2008 roku zapewniły bankom około 1,5 biliona euro finansowania. Zgodnie z wyliczeniami Transnational Institute zawartymi w wydanym w lutym raporcie The Bailout Business 213 miliardów euro wydanych na ten cel zostało nieodwracalnie utraconych. Szukając użytecznego porównania pomagającego wyobrazić sobie wartość tej kwoty możemy powiedzieć, że wyparowały roczne PKB Finlandii oraz Luksemburga.

Kursująca w obiegu publicznym opowieść o rozdętych państwach socjalnych, na które nie stać już Europy, jest odległa od prawdy. O ile Włochy czy Grecja rzeczywiście już przed kryzysem miały dość wysoki poziom długu publicznego, o tyle w przypadku zdecydowanej większości państw to kryzys spowodował jego eksplozję. W 2006 roku dług publiczny Zjednoczonego Królestwa wynosił 42% PKB, dziś już około 90%. Zadłużenie Hiszpanii w analogicznym okresie wzrosło z mniej niż 40% do blisko 100% PKB. Zadłużenie Irlandii skoczyło z 23% PKB w roku 2006 do 120% w roku 2012. Przykłady można mnożyć. Jak widać finansjalizacja gospodarki na dłuższą metę jeszcze zdecydowanie bardziej niebezpieczna niż państwo opiekuńcze.

Rządy państw Unii Europejskiej, gorąco wspierane przez Komisję Europejską, na wyzwania związane ze wzrostem długu publicznego odpowiedziały polityką cięć wydatków socjalnych, liberalizacją rynków pracy i konsolidacją wydatków publicznych. Najdalej posunięta została ona w państwach, które utraciwszy możliwość finansowania długu za pomocą emisji obligacji zostały zdane na pomoc instytucji międzynarodowych. Pomoc, która często okazała się niedźwiedzią przysługą.

Od lutego 2010 roku do dziś Grecja wdrożyła 14 pakietów reform strukturalnych. Zamroziła płace pracowników sektora publicznego i ograniczyła ich liczbę, obniżyła emerytury, wprowadziła szereg reform liberalizujących rynek pracy, została zobowiązana do szeroko zakrojonej prywatyzacji. Postawione przez instytucje międzynarodowe cele prywatyzacyjne nie zostały zrealizowane – mało kto chce inwestować w państwie, którego gospodarka kurczy się z roku na rok.

Zmiany miały miejsce również w systemie podatkowym – podniesiono VAT oraz podatek dochodowy. Po siedmiu latach polityki cięć PKB Grecji jest wciąż o 25% mniejsze niż przed kryzysem. Grecka gospodarka skurczyła się na tyle, że mimo wzrostu udziałów podatków w nim realne wpływy budżetu spadają. Bezrobocie wynosi 21%, a wśród osób poniżej 25. roku życia sięga blisko 45%. Z wartych dziesiątki miliardów euro pakietów pomocowych około 90% trafiło do wierzycieli Grecji. W międzyczasie zresztą zdecydowana większość długu, będąca przeważnie w posiadaniu niemieckich i francuskich instytucji finansowych, zdążyła przejść w ręce publiczne.

Žižek: Dlaczego Varoufakis drażnił unijnych technokratów?

Dziś już nawet niektórzy z autorów kuracji, jakiej poddano Grecję, przyznają, że szkodzi ona pacjentce. Raporty Międzynarodowego Funduszu Walutowego jasno wskazują, że założenia, na których oparte były porozumienia z Grecją, były zdecydowanie zbyt optymistyczne, a negatywne efekty cięć wydatków publicznych zostały poważnie niedoszacowane. Fundusz jasno opowiada się za anulowaniem części greckiego długu publicznego. Zgodnie z prognozami MFW w innym wypadku będzie on wyłącznie wzrastał, aż w roku 2060 osiągnie … 260% PKB.

Skutki zaciskania pasa w nieproporcjonalnym stopniu spadły na kobiety. Szacunki dla Wielkiej Brytanii wskazują, że z 10 miliardów funtów cięć wydatków socjalnych aż 7 miliardów to pieniądze, do których wcześniej uprawnione były kobiety. Nie ma niestety informacji dotyczących szacunków cięć budżetowych z perspektywy płci w innych państwach europejskich, ale prawdopodobnie dałyby one podobne wyniki.

Unia Europejska dorobiła się kilku nowych instytucji nadzorczych i paru pakietów dyrektyw. Aby zrozumieć potrzebę integracji nadzoru finansowego w Unii Europejskiej, wystarczy przypomnieć skandal związany z belgijsko-holenderskim pakietem ratunkowym dla grupy finansowej Fortis, gdy bezpośrednio po zawarciu porozumienia holenderski minister finansów chwalił się na konferencji prasowej… zostawieniem gorszej części banku Belgom. Rozwój instytucji nadzoru to jednak tylko drobny krok. Żaden z kluczowych problemów Unii Europejskiej przez minioną dekadę nie został rozwiązany. Integracja fiskalna nie posunęła się do przodu, w żaden sposób nie odpowiedziano na problem nierównowag w handlu zagranicznym. Niemiecka gospodarka wciąż bije kolejne rekordy eksportu, a Francja i państwa południa wciąż obciążone są deficytami handlowymi. Notabene również w Niemczech korzyści z nadwyżki handlowej jedynie w niewielkim stopniu trafiają do społeczeństwa. Realne dochody dolnych 40% rozkładu dochodów są dziś niższe niż w 1995 roku, a klasa średnia będąca fundamentem niemieckiego społeczeństwa stopniowo kurczy się.

Czego się pan boi, panie Draghi?

Pozbawiona instrumentów polityki fiskalnej Unia Europejska w dużej mierze zdana była na reakcje Europejskiego Banku Centralnego. W słynnym przemówieniu z czerwca 2012 roku prezes EBC Mario Draghi zapewnił, że zrobi cokolwiek, co jest konieczne, by uratować strefę euro. Główna stopa procentowa EBC po raz pierwszy w historii zeszła poniżej zera. W ramach operacji LTRO banki otrzymały ponad bilion euro bieżącego finansowania. EBC nabył ponad 2 biliony euro państwowych i korporacyjnych obligacji. Program jednak nie spełnił pokładanych w nim nadziei i jedynie w wąskim zakresie przełożył się na inwestycje w gospodarce realnej. Warto zaznaczyć również, że reakcja amerykańskiego FEDu była szybsza niż Europejskiego Banku Centralnego.

Od bankructwa Lehman Brothers minęło już ponad 9 lat. Mimo upływu prawie dekady europejskie społeczeństwa wciąż odczuwają skutki kryzysu. Efekty neoliberalnej kuracji zafundowanej państwom UE przez instytucje europejskie i ich rządy są niewspółmierne do poniesionych wyrzeczeń. Dekadę po kryzysie Europa wciąż jest gorszym miejscem niż była przed nim. Najwyższa pora, aby ideę wzrostu opartego na eksporcie odesłać do lamusa, a w zamian za to oprzeć wzrost gospodarczy na wzroście płac, a Europę konsolidacji finansowej spróbować zmienić w Europę inwestycji.

Bio

Marcin Wroński

| Absolwent ekonomii, członek Razem

Ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej, student Wolnego Uniwersytetu Berlina, członek Rady Krajowej Partii Razem. Publikował między innymi w: Krytyce Politycznej, „Obserwatorze Finansowym”, „Wiedzy i Życiu”, „Tygodniku Przegląd”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

W Grecji podniesiono płace za pomocą płac minimalnych i wyszło z tego bezrobocie. Sukces. Proszę się nie martwić, Polska pod rządami PiSu zmierza w kierunku Grecji, jak chciałby Autor. Finansjalizacja gospodarki jest częścią państwa opiekuńczego, tj. takiego które rozdaje kredyty w ramach pobudzania popytu i konsumpcji niskimi stopami procentowymi, na czym zarabiają banki i inne zadłużone korporacje. Eksport można zastąpić importem z Azji, tylko że to krótkowzroczna polityka, skończyłaby się przekształceniem Europy w Grecję. Zgadzam się natomiast, że banki powinny zapłacić za wcześniejsze dotacje.

Zmniejszający się udział płac w PKB nie oznacza pogorsznia się sytuacji siły roboczej , tylko raczej ukazuje wzrost płac realnych , a to dlatego ,że struktura producji się rozrasta i mamy do czynienia z większą ilością "kapitału obrotowego" w niej zawartą , co w dłuższej perspektywie MUSI oznaczać więcej dóbr i usług na rynku.

Cieszę się jednak , że zauważył Pan nieefektywność polityki fiskalnej EBC i gdyby poszedł dalej tym tropem , to okazałoby się ,że nie tylko nie pomaga zapobiegać kryzysom ,ale i je WYWOŁUJE.

Pozdrawiam

Dokładnie tak samo argumentowali ekonomiści klasyczni: wyższe zyski są źródłem kapitału obrotowego, z którego są utrzymywani robotnicy. Potencjalnie rzecz jest możliwa, rzecz jednak w tym, że rynek dóbr i usług jest silnie zsegmentyzowany. Wzrost udziału zysków z kapitału i innych form własności prowadzi do wzrostu konsumpcji luksusowych dóbr i usług. Wiele wysokich dochodów jest też marnowana na spekulację finansową, nie tworzą one wówczas popytu na dobra i usługi. Stąd przesunięcie dochodów od bogatych do biednych stwarza popyt na dobra masowej konsumpcji, co w rezultacie służy wzrostowi. Makroekonomiczne efekty programu 500 + są tu wielce wymownym przykładem.

Luksusowe dobra i usługi też muszą zostać przez kogoś wytworzone( do czego zatrudnia się ludzi). A co do spekulacji jest to najszybsza forma zmiany właściciela kapitału pieniężnego i zarazem źródło kredytu dla przedsiębiorstw. Można dyskutować o tym, czy spekulacja walutami bądź obligacjami państwowymi jest sztucznie stymulowana przez rządy we współpracy z bankami centralnymi, ale KAŻDA rozwinięta gospodarka musi dysponować giełdą , bo ona przyspiesza rozwój , a nie go hamuje.

A co do argumentacji "ekonomistów klasycznych" jak Pan to ujął , jest ona całkowicie poprawna (co ma oznaczać stwierdzenie"zsegmentyzowanie rynku"?) ,a to dlatego ,że bezwzględny wzrost konsumpcji musi być skompensowany mniejszymi oszczędnościami. Wzsrost PKB jest możliwy dzięki temu , ale nie wzrost bogactwa społeczeństwa ponieważ wskaźnik ten po prostu nie ujmuje obrotów w sektorach pośrednich. A one też są czyimś dochodem i wydatkiem.

Każda kolejna ekipa za ogromne pieniądze wywraca to co zrobiła poprzednia, a na podwyżki pensji pieniędzy już nie ma. Poza tym podwyżki uważane są za działania mniej ambitne niż rozpieprzenie czegoś w imię genialnego projektu, z którego nic nie wyjdzie. Obecnie dotyczy to szkolnictwa, gdzie setki milionów wydaje się na rozbicie czegoś, co już raz rozpieprzono i na co już raz wydano setki milionów (Handke). Tymczasem ludzi których ta reforma dotyczy wyrzuca się z pracy (30 tys.) i zostawia z żenującymi i żałosnymi pensjami o których wstyd mówić. Ale politycy u nas są bardzo twardzi i nie wstydzą się niczego, a już na pewno mówienia czegokolwiek. Dam głowę, że minister edukacji wręcz uważa, ze to nauczyciel powinien się wstydzić, że zarabia dwa tysiące i najlepiej niech zmieni pracę i weźmie kredyt.