Gospodarka

To jest naprawdę skomplikowane, czyli po co nam ekonomia złożoności?

kostka-rubika

Powinniśmy zmienić sposób rozmawiania o ekonomii. Zbyt często dyskurs gospodarczy kształtują osoby, które nie mają kontaktu z bieżącą literaturą, które ekonomię studiowały dekady temu, albo w ogóle znają ją wyłącznie z publikacji nienaukowych. W efekcie opinia publiczna poznaje dziś tylko te teorie i doktryny, które literatura odrzuciła już dekady temu. Tekst Tomasza Makarewicza.

Kryzys gospodarczy 2008 roku był także kryzysem zaufania wobec współczesnej ekonomii i jej recept. W ostatniej dekadzie jej główny nurt był atakowany w publicystyce – z lewa, jak i z prawa. Krytyków z tych dwóch obozów więcej dzieli, niż łączy, ale zaskakująco często wychodzą oni z podobnej przesłanki: ekonomiści zawiedli, bo zapragnęli być fizykami nauk społecznych i ulegli zwodniczej elegancji modeli matematycznych. A przecież procesy gospodarcze są zbyt złożone, by dało się je uchwycić krótką listą równań. Stąd też nauki ekonomiczne powinny mniej skupiać się na formalnych metodach, a zamiast tego wrócić do klasyków – w zależności od przekonań danego publicysty, do Marksa, Keynesa, Friedmana czy Misesa.

Inna ekonomia jest możliwa?

Co ciekawe, na gruncie ekonomii akademickiej najsilniejsza wobec głównego nurtu alternatywa, tzw. ekonomia behawioralna, idzie jednak w zupełnie przeciwną stronę. Ekonomiści behawioralni pomijają klasyków, czerpiąc – z nauk przyrodniczych – matematycznie wyrafinowane narzędzia, takie jak teoria grafów, chaos w nieliniowych układach dynamicznych oraz – najmodniejsze obecnie hasło – złożoność (ang. complexity), o którym będzie ten tekst. Na czym ono polega i jakie złożoność ma konsekwencje dla nauk ekonomicznych i polityki gospodarczej?

Pamiętamy, że wszystko zaczęło się od krachu na amerykańskim rynku nieruchomości w 2007 roku, a konkretnie w jego segmencie subprime (co najłatwiej przetłumaczyć jako hipoteki gorszego sortu). Załamanie się cen nieruchomości, razem z bessą na giełdzie, wpędziły w poważne kłopoty szereg instytucji finansowych, w tym bank inwestycyjny Lehman Brothers, którego bankructwo we wrześniu 2008 roku uznaje się za cezurę globalnego kryzysu bankowego. Pożar na rynkach finansowych zmiatał aktywa kolejnych banków na całym świecie, zmuszając do interwencji nadzór finansowy w Stanach Zjednoczonych i kilku krajach Europy. Kryzys bankowy i giełdowy wywołał olbrzymią recesję w sektorze produkcyjnym, przez co setki milionów ludzi na całym świecie traciło pracę, oszczędności lub dach nad głową. W tym samym czasie pod ostrzałem znalazły się nauki ekonomiczne. Reakcję polityki gospodarczej na kryzys trudno było bowiem uznać za doskonałą, szczególnie w jej europejskim wariancie austerity („zaciskania pasa”). Jednocześnie współczesna makroekonomia, z jej stanem wiedzy w 2007 roku, nie potrafiła przewidzieć ani skali recesji, ani jej przeciwdziałać – rzadziej mówi się o tym, że zawiodła również przy rozpoznawaniu źródła recesji, a więc krachu rynków finansowych. I gdzie w tym wszystkim zawiera się „złożoność”?

Po kolei. Według klasycznego ujęcia bank działa jako pośrednik między podmiotami, z których jedne mają oszczędności, a inne potrzebują kapitału. Oczywiście nie wszystkie inwestycje firm są udane i nie wszystkie gospodarstwa domowe są w stanie spłacić zaciągnięte kredyty konsumenckie. Dlatego właśnie bank żąda wyższej stopy procentowej od kredytobiorców niż oferuje depozytariuszom. Jeśli dobrze zarządza ryzykiem, a więc jeśli ma dobrze zbudowany portfel kredytów, zysk z tych spłaconych z nawiązką pokryje straty związane z kredytami niespłaconymi. Bank ma oczywiście motywację, żeby tak właśnie było, i najlepiej zna swoich klientów, dlatego można zaufać rynkowi i zostawić decyzje kredytowe samym bankom . Proste?

No niezupełnie. W praktyce bowiem ocena ryzyka potrafi być bardzo trudna, a krótkookresowe zyski potrafią przesłonić długookresowe niebezpieczeństwa. Koronny przykład to właśnie rynek hipotek subprime, gdzie instytucje finansowe (gwoli sprawiedliwości: także nadzór finansowy), skuszone przeszłymi zarobkami, uznawały kontynuację wzrostu cen nieruchomości za oczywistą, wykluczając pęknięcie narastającej bańki. Z tego między innymi powodu każdy rozwinięty kraj tworzy jakiś korpus regulacji oraz instytucji nadzoru finansowego, aby banki monitorować i trzymać w ryzach. Typowe do tego narzędzie to tzw. stress testing: nadzór finansowy bada, jaki odsetek niespłaconych kredytów może zagrozić wypłacalności danego banku i jak prawdopodobne jest to wydarzenie. Przypomina to test, za pomocą którego sprawdzamy, jak silne musi być trzęsienie ziemi, aby fundamenty budynku zaczęły pękać. Jeżeli okazuje się, że dany bank ma zbyt dużo „złych” kredytów, wówczas nadzór może wymusić jakieś środki zaradcze – stało się tak np. w związku z kredytami frankowymi w Polsce po wzroście kursu szwajcarskiej waluty.

Nadzór bankowy jest oczywiście ważny dla klientów, ale w wypadku większych banków nabiera szerszego znaczenia. Bankructwo dużego banku oznacza bowiem, że swe oszczędności i linie kredytowe tracą miliony gospodarstw domowych i firm, w efekcie czego konsumenci przestają kupować, a przedsiębiorstwa płacić swoim kontrahentom i pracownikom. Taki efekt domina może rozprzestrzenić się na całą gospodarkę i pośrednio uderzyć w następne banki – tak, jak miało to miejsce w 1929 roku. Stąd też mówi się o bankach, które są „zbyt duże, żeby upaść” (too big to fail).

Teoria ekonomii potrafi dobrze opisać ten problem i przewidzieć jego skutki. Rzecz w tym, że w 2007 i 2008 roku wypadki na światowych rynkach finansowych wyglądały nieco inaczej.

Rynek subprime warty był wówczas około 1.3 biliona dolarów (czyli jakieś 9 procent amerykańskiego PKB), przy czym kredyty te stanowiły około jednej czwartej całego rynku hipotecznego. To z jednej strony dużo, z drugiej niewiele. W rzeczywistości bowiem do połowy 2008 roku problemy ze spłacaniem rat miała tylko jedna czwarta klientów rynku subprime i mniej więcej jedna dziesiąta wszystkich posiadaczy hipotek. Co więcej, cały ten krach nastąpił w obrębie jednego kraju, czyli Stanów Zjednoczonych. Dodajmy jeszcze, że Lehman Brothers był wprawdzie dużym bankiem, bo czwartym co do wielkości bankiem inwestycyjnym w USA, ale ledwie mieścił się w pierwszej pięćdziesiątce na świecie, zaś wielkością aktywów daleko mu było do gigantów z pierwszej dziesiątki. Mimo to na załamanie się rynku subprime światowe giełdy zareagowały bessą już w 2007 roku, a bankructwo Lehman Brothers wywołało momentalną pożogę w całym międzynarodowym sektorze bankowym. Innymi słowy, rynki finansowe odczuły skutki tych wydarzeń jeszcze zanim zdążyły się one w pełni odcisnąć się na amerykańskiej gospodarce (bo ta wpadła w recesję dopiero w trzecim kwartale 2008 roku). To wszystko znaczy, że największy w historii kryzys finansowy wywołał stosunkowo mały segment rynku bankowego, i to dużo szybciej i gwałtowniej, niż wynikałoby to z klasycznej teorii „zbyt dużych, żeby upaść”.

W tym miejscu dochodzimy do zapowiedzianej chwilę temu „złożoności”. Ułomnością  tradycyjnego rozumienia roli banków jest to, że w praktyce instytucje finansowe pośredniczą nie tylko między podmiotami realnej gospodarki (firmy, gospodarstwa domowe), ale też między sobą. Na przykład obecnie około 25 procent aktywów niemieckich banków komercyjnych to pożyczki dla innych banków. Co więcej, wiele podmiotów na rynkach finansowych handluje nie tyle prostymi aktywami, ile tak zwanymi syntetykami, czyli kontraktami, które potrafią łączyć aktywa w niezwykle skomplikowane konfiguracje. Na przykład, przed 2007 rokiem mniejsze banki finansowały hipoteki pojedynczych klientów, „sprzedając” je grupowo (to znaczy sprzedając prawa do części odsetek) innym instytucjom finansowym, które odsprzedawały je dalej w pakietach razem z kredytami z głównego rynku nieruchomości. Oznacza to, wbrew potocznej intuicji, że banki nie są oddzielnymi wyspami. Przeciwnie, razem z innymi instytucjami finansowymi tworzą skomplikowane sieci powiązań, gdzie aktywa jednego banku to zobowiązania innych banków (w skrócie będę nazywał to sieciami aktywów bankowych). Ma to olbrzymie konsekwencji dla teorii ekonomii, a także dla polityki gospodarczej.

Sieci aktywów bankowych oznaczają, że nie można oceniać kondycji danego banku w izolacji od innych. Przeciwnie, musimy patrzeć na całą sieć aktywów jak na jeden obiekt, gdzie oceniamy nie tylko ryzyko upadku pojedynczych banków, ale i ryzyko katastrofy całego sektora, tzw. ryzyko systemowe. Wyobraźmy sobie bank A, który zaciągnął znaczną liczbę kredytów w bankach B i C. Tradycyjnie, jeżeli bank A jest wypłacalny, uznalibyśmy udzielone mu pożyczki za bezpieczne, a więc tak samo – aktywa banków B i C. Niestety, bank A ma pecha i jego kredytobiorcy nagle przestają spłacać zobowiązania, co prowadzi go do bankructwa. Automatycznie uderza to w banki B i C, które stają się pośrednimi ofiarami problemów banku A. Oznacza to, że jeżeli banki udzielają sobie kredytów, ich ryzyko jest powiązane, a choroba jednego może szybko rozprzestrzenić się na inne, powiązane z nim banki. A potem na kolejne, powiązane z tamtymi, niczym przewracające się wzajem kostki domina – wszystko to niezależnie od stanu sektora produkcyjnego.

Metafora choroby nie jest przypadkowa. Matematycznie rzecz biorąc, rozprzestrzenianie się bankructw po sieci aktywów bankowych można opisać dokładnie takim samym językiem, jak rozprzestrzenianie się wirusa w populacji jakiegoś kraju. Nie przypadkiem literatura o ryzyku systemowym rynków finansowych czerpie pełnymi garściami pojęcia, modele, a nawet żargon, z epidemiologii, prowadząc też do podobnych wniosków. Taki sam szok dla konkretnego banku może mieć minimalny wpływ na inne banki, ale może też wywrócić cały system, nawet jeśli te inne banki brane z osobna są w dobrym stanie. Skala ryzyka systemowego zależy bowiem od konkretnej architektury sieci. Nieco upraszczając, rośnie ono wraz z liczbą „banków-mostów”, które pośredniczą pomiędzy dużą ilością mniejszych, inaczej odizolowanych od siebie banków. Łatwo to zrozumieć na przykładzie epidemii hiszpanki po Pierwszej Wojnie Światowej: wirusowi grypy trudno było opuścić odciętą od świata wieś w Kansas tylko do momentu, kiedy w miejscowym garnizonie pojawił się rekrut, który po ukończeniu treningu rozniósł zarazek po całym swoim szlaku bojowym – od baz przeładunkowych w Bostonie i Breście, po wsie za frontem we Flandrii.

Rzeczywiste sieci aktywów bankowych mają tzw. strukturę centrum-peryferii. To znaczy: typowy krajowy rynek bankowy zdominowany jest przez kilka nieproporcjonalnie dużych instytucji, które za sprawą wzajemnych kredytów tworzą gęsty rdzeń, centrum sieci. Obok tych olbrzymów istnieją też mniejsze banki, które rzadko kontaktują się między sobą, ale łączą się z jednym lub kilkoma bankami centrum. I tak np.  mały (peryferyjny) bank, obsługujący hipoteki subprime gdzieś w środku Georgii, może częściowo finansować się poprzez dług zaciągnięty u jednego z gigantów (centrum) z Nowego Jorku. W praktyce dokona się to przez łańcuch pośredników, a jednym z takich podmiotów pośredniczących na rynku hipotecznym był właśnie Lehman Brothers.

Sieci krajowych banków mieszają się w jedną globalną sieć centrum-peryferii. Prowadzi to do zaskakujących sytuacji, kiedy problemy rynku subprime gdzieś na przedmieściach Overland Parks w Kansas, poprzez długi łańcuch powiązań – poczynając od lokalnych banków, poprzez mniejsze amerykańskie fundusze hedgingowe, Lehman Brothers, Citigroup, a na końcu norweski dom brokerski Terra Securities – uderzają… w samorząd miasta Narvik, który swą nadwyżkę budżetową ulokował w skomplikowanych instrumentach finansowych częściowo powiązanych z hipotekami zza drugiej strony Atlantyku. Żeby było jasne,Terra Securities nie do końca poprawnie – mówiąc oględnie – uświadomił klienta o naturze rzeczonych instrumentów i skali związanego z nimi ryzyka. Przykład ten pokazuje, skąd się w ogóle biorą sieci aktywów bankowych: po prostu podmioty potrzebujące i te dysponujące nadwyżką kapitału mogą być obsługiwane przez banki o różnym profilu działalności, lokalizacji geograficznej i uwarunkowaniach prawno-instytucjonalnych.

W ten oto sposób Lehman Brothers okazał się bankowym odpowiednikiem szeregowca z Kansas, który zaraził grypą całą Europę, aby potem samemu na nią umrzeć. Ten spory bank, który popadł w tarapaty po pęknięciu bańki na rynku nieruchomości, znajdował się blisko rdzenia sieci aktywów bankowych. Za sprawą powiązań z innymi ważnymi graczami finansowymi doprowadził do bankructwa kilkudziesięciu z nich, uderzył w aktywa giganta Citigroup, wreszcie wywołał panikę wśród inwestorów w całym sektorze – jej pierwszą ofiarą padł kolejny gigant, AIG. Taki bank nazywa się „zbyt centralnym, żeby upaść” (too central to fail) i właśnie dlatego sieci o strukturze centrum-peryferii są stosunkowo mniej stabilne na tle sieci bardziej jednorodnych: centrum potrafi wzmocnić i roznieść, wydawałoby się, drobne wydarzenia z peryferii.

Literatura na ten temat jest stosunkowo młoda. Posiadamy statyczne modele, które potrafią nieźle ocenić ryzyko systemowe konkretnego rynku i odtworzyć tzw. „efekt Lehmana”, czyli możliwość katastrofy systemu wywołaną przez problemy małego banku. W mniejszym stopniu rozumiemy jednak, w jaki dokładnie sposób te sieci ewoluują, a więc jak niwelować prawdopodobieństwo kolejnego Lehman Brothers. Dla polityki gospodarczej to i tak ważna lekcja: nadzór finansowy musi brać pod uwagę nie tylko stan pojedynczych banków, ale też ryzyko całego systemu. Co więcej, ma to znaczenie dla samej teorii ekonomii. Wiemy już, że dwa kraje mogą mieć podobne rynki bankowe (w sensie ilości banków i dystrybucji ich aktywów), ale jeden z nich będzie odporny na krach całego sektora, a drugi nie – i nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć, patrząc tylko na wyizolowane banki i pomijając ich powiązania.

Magia liczb. Dlaczego nie ufamy ekonomistom, choć czasem powinniśmy?

Tu dochodzimy do sedna: system jest złożony, jeżeli ma właściwości, których nie da się sprowadzić do właściwości jego pojedynczych elementów, a które wyłaniają się dopiero w interakcji między nimi. Gospodarka jako całość i wiele jej obszarów, w tym rynki finansowe, są właśnie takimi systemami złożonymi. I co z tego wynika w praktyce?

Po pierwsze, bardzo wielu ekonomistów i publicystów lubi uprawiać ekonomię w sposób dogmatyczny: wychodząc od rzekomo oczywistych założeń o cechach podmiotów rynkowych, przeskakują wprost do silnych przekonań o „gospodarce samej w sobie”, kapitalizmie czy socjalizmie w ogóle. Prawica argumentuje np., że inwestorzy finansowi są racjonalni i że najlepiej znają swoje otoczenie, ergo nieskrępowane rynki finansowe będą działać efektywnie i optymalnie. Jeśli jednak sieć aktywów bankowych to system złożony, wówczas racjonalność pojedynczych banków nie musi się w żaden sposób przekładać na jakkolwiek rozumianą racjonalność całego sektora (pomijam kwestię, że inwestorzy wcale nie muszą być racjonalni, o czym w Krytyce Politycznej pisała Karolina Safarzynska).

Nobel za nieracjonalność ekonomii. Dlaczego to ważne?

Po drugie, dany system złożony nie musi wcale prowadzić do jednego tylko wyniku. W przykładzie sieci aktywów bankowych, ich stabilność zależy od konkretnej architektury sieci, tak więc jeden kraj może stać przed poważnym ryzykiem systemowym sektora bankowego, a inny nie. A to oznacza, że nadzór finansowy nie może po prostu a priori wiedzieć, czy krajowy rynek bankowy jest zagrożony. Przeciwnie, może to stwierdzić tylko na podstawie danych, badając sieć tego właśnie konkretnego sektora. To kolejny przykład na to, że ekonomia musi stracić swój dogmatyczny charakter na rzecz empirycznego podejścia, w którym nie istnieje prosta i uniwersalna recepta polityki gospodarczej dla wszystkich problemów, zbudowana na gruncie gołych rozważań teoretycznych. Przeciwnie, badaczki i polityczki powinni się skupiać na konkretnych problemach konkretnych rynków w konkretnych państwach.

Gospodarka cyrkularna cudów nie zdziała

Po trzecie wreszcie, systemy złożone mają ciekawe własności dynamiczne. Można sobie wyobrazić, że dana sieć aktywów bankowych pozostaje przez dłuższy czas stabilna, ale nagle kilka drobnych zmian w powiązaniach między kilkoma bankami zamienia ją w silną strukturę peryferii-centrum i prowadzi do kryzysu. W żargonie nazywa się to „punktem topnienia” (tipping point), od prostego zjawiska znanego ze świata przyrody. Wyobraźmy sobie kawałek lodu o temperaturze minus stu stopni Celsjusza. Jeżeli podgrzejemy go o 95 stopni, do minus pięciu, jego podstawowe cechy fizyczne nie zmienią się bardzo i pozostanie on zwartą, jednolitą bryłą. Ale wystarczy tylko 9 dalszych stopni więcej, a więc mniej niż dziesiąta część poprzedniej zmiany, aby lód stał się płynem o diametralnie innych własnościach fizycznych – na przykład, nagle można w nim zanurzyć kamień. Skoro sieci bankowe mogą przejawiać podobne „punkty topnienia”, możemy być zmuszeni do prowadzenia bardzo ostrożnej i proaktywnej polityki gospodarczej, zamiast po prostu reagować na kolejne kryzysy. Z drugiej strony, długie okresy stabilności ekonomicznej sprzyjają myśleniu, że obecne regulacje są wystarczające lub wręcz zbyt restrykcyjne, tak jak miało to miejsce przed 2008 rokiem (i w dużej mierze także obecnie). W obliczu systemów złożonych takie podejście to prosta recepta na „niespodziewane” krachy gospodarcze.

W ostatnich latach wiele się mówi o braku demokratycznego nadzoru nad polityką makroekonomiczną. Symbolem tego procesu jest technokratyzacja polityki pieniężnej, formalnie gwarantowana niezależnością banków centralnych. Oczywiste jest, że polityki gospodarczej nie można po prostu zostawić ekonomistom. Obywatele powinni mieć monopol na wyznaczanie jej celów . Jeżeli jednak gospodarka jest systemem złożonym, nie-specjalistom może być trudno ocenić nie tylko instrumenty polityki gospodarczej, albo nawet prawdziwy stan gospodarki. Do takich właśnie zagadnień mamy ekonomistów w nadzorze finansowym. Rzecz w tym, że ich badania mogą prowadzić do radykalnych wniosków na temat koniecznych instrumentów polityki. Istniejąca literatura sugeruje na przykład, że być może (i podkreślam to „być może”), walka z ryzykiem systemowym na rynkach finansowych wymaga odważnych ingerencji nadzoru finansowego w transakcje pomiędzy bankami tak, by ograniczać powstawanie silnego centrum w sieci aktywów banków. Oczywiste jest, że takie rozwiązanie wymaga czegoś więcej, niż tylko konsensusu kilku technokratów.

Jak rozwiązać ten problem? Powinniśmy zmienić sposób rozmawiania o ekonomii. Zbyt często dyskurs gospodarczy kształtują osoby, które nie mają kontaktu z bieżącą literaturą, które ekonomię studiowały dekady temu, albo w ogóle znają ją wyłącznie z publikacji nienaukowych. W efekcie opinia publiczna poznaje tylko te teorie i doktryny, które literatura odrzuciła już dekady temu (np. postulat deregulacji sektora finansowego), albo które nigdy nie były w literaturze uznane (z bardzo konkretnym przykładem ekonomicznej Szkoły Austriackiej). Sprzyja to abstrakcyjnemu dyskursowi o ekonomii, bez związku z prawdziwymi wyzwaniami polityki gospodarczej, który łatwo zamienia się w ideologiczną strzelaninę.

W efekcie ignoruje się to wszystko, co w ekonomii wydarzyło się w ostatnich trzech dekadach, w szczególności rozważania o rynkach bez doskonałej konkurencji, za to z asymetrią siły rynkowej, asymetrią informacji, oraz nieracjonalnymi aktorami i złożonością. Pomija się rewolucję, jaką w ekonomii przyniosły nowoczesne metody badań empirycznych (pośrednio lub bezpośrednio – połowa ekonomicznych Nobli), Teoria Gier (Noble w 2007 i 2014 roku) czy ekonomia behawioralna (Noble w 2002 i 2017 roku, częściowo w 2005 i 2013).

Czy Jarosław Kaczyński jest neoliberałem?

czytaj także

Te braki i zaniechania to problem nie tylko prawicy. Kiedy lewica głosi, że ostatni kryzys to wina nieuregulowanych rynków finansowych, ma rację. Jej przedstawiciele także jednak padają ofiarą mitu o ekonomistach-kapłanach wolnego rynku, przez co unikają kontaktu ze współczesną ekonomią i brną w ślepą uliczkę kółka historycznej rekonstrukcji myśli Keynesa czy Marksa (choć oczywiście warto tych autorów czytać). Potrzebujemy szczerej dyskusji między polityczkami i specjalistkami o aktualnym stanie wiedzy ekonomicznej. Bez fachowców polityka gospodarcza nie sprosta wyzwaniom współczesnego świata. Bez polityków, ekonomia nie wyjdzie z akademickiej wieży z kości słoniowej. Efekty jak zwykle odczuje społeczeństwo.

**
Tomasz Makarewicz jest pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Ottona i Fryderyka w Bambergu, uzyskał doktora nauk ekonomicznych na Uniwersytecie Amsterdamskim. Zajmuje się ekonomią behawioralną i problematyką stabilności makroekonomicznej i finansowej. Prywatnie działa w partii Razem.

Zamiast szklanych domów – szklane ściany i sufity

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.