Gospodarka

Inna ekonomia jest możliwa?

ekonomia-zlozonosci

Tradycyjne modele makroekonomiczne opierają się na co najmniej jednym fundamentalnie nierealistycznym założeniu. Dlatego potrzebujemy ekonomii złożoności – pisze Karolina Safarzynska, ekonomistka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Znani światowi ekonomiści, tacy jak Blanchard, Stiglitz, Romer czy Stern, zaczęli otwarcie mówić o ułomności tradycyjnych modeli makroekonomicznych.

Tych samych, których używają analitycy, banki czy rozmaite instytucje finansowe do projektowania prognoz inflacyjnych, analiz podatkowych czy wyliczania optymalnego miksu energetycznego. To na ich podstawie są także szacowane stopy procentowe czy wysokość naszych emerytur, a także podejmowane są różnorakie inne decyzje, które mają ogromy wpływ na codzienne życie każdego z nas.

System emerytalny to neverending story

Modele te są też używane do szacowania tak kluczowych wskaźników, jak poziom inflacji czy PKB. Żeby było to możliwe, ekonomiści musza na czymś oprzeć swoje szacunki, umieścić w nich pewne założone dane. Nazywa się to „punktem równowagi” – czyli takim, w którym „wszystkie” decyzje w ekonomicznym systemie są zoptymalizowane. A jeżeli pojawia się podejrzenie, że gospodarka nie znajduje się w takim punkcie z powodu pewnych perturbacji, jak np. zawirowania na rynkach ropy naftowej, to wykorzystuje się kolejne modele makroekonomiczne, które pomagają nam ocenić, jakie instrumenty finansowe pomogą nam tę równowagę gospodarki przywrócić.

Patykiem na wodzie

Tradycyjne modele makroekonomiczne opierają się jednak na fundamentalnie nierealistycznym założeniu – że całą różnorodność ludzi, ich zachowań i ich potrzeb można zrozumieć za pomocą pojedynczego konsumenta, który niejako reprezentuje społeczeństwo. Cała złożoność zachowań ludzkich jest w takim przypadku upraszczana i wyrażana poprzez jeden parametr: tak zwaną stopę dyskontową. Żeby to wszystko trzymało się razem, do modelu wkładamy też tylko jeden „typowy” bank i jedną „typową” firma, które są nieomylne i dążą do maksymalizacji zysku.

Jeśli coś jednak brzmi zbyt prosto, aby mogło być prawdziwe, to prawdopodobnie nie działa. I faktycznie – modele te nie pomagają nam zrozumieć otaczającej nas i ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Nie mogą przewidywać kryzysów finansowych. Nie pomagają zrozumieć, jak rozwiązać powiązane ze sobą problemy nierówności społeczno-ekonomicznej, niestabilności finansowej czy zmian klimatycznych. A co najważniejsze – ponieważ same opierają się na uproszczonych założeniach, to pozwalają też badać skutki tylko tych „prostych” instrumentów finansowych, które coraz częściej okazują się nieskuteczne. Dzieje się tak, bo ignorują one najczęściej naturę ludzką, potencjał innowacyjny czy też to, jak nasze preferencje zmieniają się w czasie.

Przyjrzyjmy się przykładom. Podatki i wydatki rządowe, aby zmniejszyć bezrobocie, są wyliczane na podstawie wyidealizowanych modeli. Tymczasem w rzeczywistości mamy do czynienia z ciągłymi zmianami strukturalnymi na rynku pracy i w przemyśle.

Inny przykład: polityki promujące efektywność energetyczną często prowadzą do większego zużycia energii właśnie z powodu „nieracjonalnych” zachowań konsumentów. Bywa, że ludzie są albo mniej skłonni kupować energooszczędne produkty, bo generują one oszczędności energii i pieniędzy dopiero w długim okresie, albo, jeżeli nawet kupią np. bardziej wydajny samochód, to mają potem tendencję do wynagradzania sobie „tego poświecenia”, np. kupując promocyjne wycieczki zagraniczne, w efekcie zużywając więcej paliwa na przeloty samolotem.

I kultowy już przykład – w okresie poprzedzającym kryzys finansowy z 2008 roku wszystkie tradycyjne modele makroekonomiczne pokazywały, że wszystkie instrumenty finansowe są optymalne i zdywersyfikowane. A potem nastąpił krach. To dlatego w okresie go poprzedzającym ekonomiści poświęcali więcej czasu problemowi inflacji niż ryzyku finansowemu, bo w wyidealizowanych modelach nic zagrożenia nie zapowiadało.

Czy ekonomia złożoności przewidzi następny krach?

Klasyczne modele makroekonomiczne zakładają też, że preferencje są stałe w czasie. A co, jeżeli nasze preferencje się zmieniają? A co, jeżeli ulegamy – jak pokazują liczne badania z ekonomii behawioralnej – błędom poznawczym i nie wybieramy tego, co jest dla nas naprawdę dobre ulegając presji społecznej? Jak ocenić wtedy, które polityki są efektywne?

Dani Rodrik: Czy możliwy jest wzrost gospodarczy bez uprzemysłowienia?

Od 30 lat powstają nowe modele ekonomiczne w dziedzinie zwanej ekonomią złożoności, które pomagają lepiej zrozumieć te zagadnienia. Wykorzystują one modele symulacyjne, czyli takie, które pozwalają opisywać systemy ekonomiczne złożone z wielu (od kilku do kilku milionów) agentów, gdzie zamiast jednego konsumenta mamy ich wielu i wchodzą oni w skomplikowane interakcje ze sobą oraz z producentami towarów i dostawcami usług. Okazało się, że szoki i wstrząsy ekonomiczne, które regularnie zaskakują makroekonomistów, daje się wyjaśnić modelując właśnie takie interakcje. Dowiedziono też, że są one wpisane w funkcjonowanie rynku i że da się je często przewidywać.

Tak zaawansowane systemy rozpoznania pozwalają nam zbadać, czy i w jaki sposób może się rozprzestrzenić ryzyko systemowe, np. załamanie gospodarcze lub krach na rynkach finansowych, między różnymi sektorami gospodarki w wyniku interakcji inwestorów, konsumentów i producentów o ograniczonej racjonalności.

Nobel za nieracjonalność ekonomii. Dlaczego to ważne?

Modele, które nazywa się też modelami wieloagentowymi, pozwoliły już opracować wskaźniki załamań na rynkach finansowych, gdzie bankructwo jednego banku może spowodować kaskadę bankructw kolejnych instytucji. Przy ich użyciu pokazano też, że nierówności dochodowe mają negatywny wpływ na zyskowność przedsiębiorstw, a bankructwa nierentownych firm w ekstremalnych przypadkach mogą przyczynić się do upadku banków, które udzielają im pożyczek. Dzięki modelom wieloagentowym dowiedziono też, że koncentracja wielkiego kapitału w małej grupie społecznej osłabia popyt i że zagraża to stabilności finansowej.

Choć to pierwsze akurat wiemy na zdrowy rozsądek – w końcu ile tych jachtów mogą sobie kupić najbogatsi?

Nic, co ludzkie, nie jest mi obce?

Obecnie modele wieloagentowe są też wykorzystywane do przewidywania zachowań konsumentów na rynkach nieruchomości, aby uchwycić moment, w którym może się na nim pojawić kolejna bańka spekulacyjna. W modelach wieloagentowych nie zakłada się bowiem racjonalności jednostek, ale wykorzystuje się najnowsze osiągnięcia ekonomii behawioralnej, aby opisać, jak rzeczywiście zachowują się ludzie, a co ważniejsze – jak na siebie wpływają.

Naśladowanie innych jest jedną z silniejszych tendencji, która kieruje naszymi zachowaniami, a która jest ignorowana w tradycyjnych modelach makroekonomicznych. Pragnąc mieć dom czy samochód co najmniej tak ładny jak sąsiedzi, nie kierujemy się przecież swoimi prawdziwymi potrzebami, ale tym, jak nie „odstawać” od innych. Efekt ten powoduje, że kiedy pojawiają się nowe firmy, bardzo ciężko jest zaistnieć im na rynku, nawet jeżeli oferują produkty obiektywnie dobre dla społeczeństwa lub środowiska. Tymczasem ludzie wolą po prostu kupować to, co mają i czym chwalą się inni, lub po prostu to, co sami kupowali do tej pory.

Ekonomia złożoności modeluje, jak preferencje zmieniają się pod wpływem interakcji społecznych oraz reklam. W szczególności – jak media wykorzystują popełniane przez nas błędy poznawcze, aby kreować w nas nowe potrzeby. Często prowadzi to potem do nieoptymalnych wyborów konsumentów, a kształtowane w ten sposób preferencje wpływają na firmy i na kierunek podejmowanych przez nie innowacji i inwestycji. W ten sposób interakcje społeczne mogą mieć długoterminowy wpływ na gospodarkę i środowisko.

W poszukiwaniu prostej recepty

W systemach złożonych, a takim jest gospodarka, wiele czynników wpływa na siebie równocześnie. Nie da się za pomocą prostych polityk rozwiązać palących problemów społecznych i gospodarczych. Dobrym przykładem ilustrującym wiarę ekonomistów w tradycyjne, uproszczone modele jest też rynek handlu emisji CO2. W wyidealizowanych modelach handel emisjami był złotym środkiem mającym służyć do ograniczenia emisji. W rzeczywistości jednak doprowadził do licznych nadużyć oraz stworzenia kolejnego rynku finansowego podatnego na spekulacje.

Popkiewicz: Polska Wunderwaffe przeciwko wiatrakom z Niemiec

Obecnie politycy i ekonomiści rozważają kolejny złoty środek, czyli podatek od emisji cieplarnianych, który byłby nakładany na wszystkie produkty w zależności od tego, jak dużo emisji wytworzono w czasie ich produkcji. Czy odniesie on sukces? Zobaczymy, ale w świetle badań z ekonomii złożoności wydaje się, że potrzebujemy raczej kombinacji wielu instrumentów, które będą oddziaływać na zachowania ludzi nie tylko za pomocą bodźców finansowych, ale także wpływając na sieci społeczne i odwołujące się do emocji.

Z pomocą metod ekonomii złożoności udało się pokazać choćby, że samo informowanie konsumentów o tym, że zużywają więcej elektryczności niż ich sąsiedzi, może ograniczyć ich zużycie o 2%. I to bardzo niskim kosztem. Jak widać podnoszenie podatków, aby zmienić nasze nawyki, które rozwijamy przez lata, nie jest zawsze najbardziej skutecznym pomysłem.

Prace w tym nurcie ekonomii złożoności powstają od lat, ale rzadko ich wyniki przedostają się do opinii publicznej. Czy dlatego, że są za bardzo „złożone”, aby o nich rozmawiać? A może dlatego, że wolimy wierzyć, że możemy naprawić świat za pomocą znalezienia jednej prostej recepty? Czego oczywiście sobie i państwu życzę.

Nie ma jednej ekonomii

**
Dr hab. Karolina Safarzyńska – pracuje na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW, gdzie uczy finansów i ekonomii behawioralnej. Naukowo zajmuje się badaniem procesów przemian w kierunku zrównoważonego rozwoju. Tytuł doktora uzyskała na Free University w Amsterdamie, odbyła wizyty badawcze w ośrodkach naukowych takich jak WU Vienna University of Economics and Business,  Oxford INET, Santa Fe Institute oraz staże w ONZ, WTO, czy Banku Światowym. Jest autorką prac publikowanych w międzynarodowych czasopismach naukowych.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Nie znam się za bardzo na ekonomii, chociaż ostatnio staram się czytać na ten temat. Bardzo mi się podoba, że w przystępny sposób autorka pokazuje nowe trendy w makroekonomii.
I szczerze mówiąc podoba mi się, że nie ma jednej reguły na cały świat 🙂

Krzysztof Mazur

Żaden model nie zastąpi rynku w ustalaniu cen. Stopa procentowa jest ceną kredytu i nie powinna być w ogóle ustalana przez państwowych urzędników. Państwo nie powinno próbować sterować inflacją ani PKB, bo się to nie uda. Politykę monetarną należy ograniczyć do pilnowania stabilnej ilości pieniądza, żeby rynek mógł wyregulować stopy procentowe równoważąc oszczędności z długami. Manipulowanie ilością pieniądza prowadzi jedynie do zamieszania na rynku, sztucznych boomów kredytowo-konsumpcyjno-giełdowych i w efekcie do kryzysów, niezależnie od tego jakim modelem posługiwaliby się manipulujący pracownicy banków centralnych i ministerstw finansów. Wiadomo, że kryzysy będą się powtarzać i nasilać, dopóki nasila się państwowy interwencjonizm monetarny i nic tu nowe zabawki ekonometryczne nie pomogą, w najlepszym wypadku nie zaszkodzą bardziej niż poprzednie. To nie modele są złe, tylko zły jest pomysł, że można gospodarką sterować za pomocą stopy procentowej.

Że też istnieją jeszcze ludzie, którzy wierzą w takie korwinistyczne brednie

Krzysztof Mazur

Dlaczego 'korwinistyczne'? Korwin się zajmuje zupełnie czym innym.

nooo... jeśli są tacy co wierzą w lewackie brednie to znajda się i tacy co wierza w korwinistyczne. Rozkład normalny.

W przypadku rynku energii regulacje i polityczne aspiracje zderzają się z realnymi barierami technologicznymi i OZE nie są wstanie przejąć bilansu energetycznego większości krajów, więc karanie ludzi za to, że żyją i grzeją w zimie nic nie da.
To pomstowanie w stylu Ala Gore'a i Leonardo Di Caprio jest wkurwiające.

Nie ma alternatywy dla OZE. Globalne ocieplenie jest faktem i idziemy ku powtórce z wymierania permskiego. To nie są fanaberie celebrytów, to jest realne zagrożenie. Wybaczcie za wielkie słowa, ale tutaj gra się o los całej ludzkości i wręcz życia na Ziemi. Zacznijmy te kwestie traktować poważnie.

Może i jest faktem. Tylko z czego pojawiła się wniosek że nie ma alternatywy? Alternatywa była już 30 lat temu, cały problem mógł być dawno rozwiązany. Tylko rzekomo racjonalne ruchy lewicowe popadły w ideologiczne uzależnienie od zielonych. Wszczęły medialną panikę wobec (zwłaszcza uwzględniając ogromne wówczas korzyści skali) o wiele tańszego, stabilniejszego, i do tego promowanego przez rynek rozwiązania jakim jest energia jądrowa. Całe to zagrożenie z nią związane, w porównaniu do ofiar innych gałęzi przemysłu, energetyki węglowej, czy tak codziennych spraw jak ruch samochodowy jest znikome. Ale robi dużo huku, i działa na emocje mas. Zieloni ideolodzy z założenia będący wrogo nastawieni do cywilizacji technicznej wykorzystali to i de facto całą przemianą energetyczną która równie szybko postępowała w USA, Europie i ZSRR, czyli w zasadzie wszędzie. Dziś na atomie mogła się opierać w większości globalna produkcja energii elektrycznej, a gdyby takie sumy jak poszły na rozwój OZE zainwestować w reaktory 4 generacji, energia nuklearna mogła by być użyta do syntezy wodoru, i dostarczania ciepła wysokich temperatur dla przemysłu co otworzyłoby drogę do całkowitej rezygnacji z paliw kopalnych.

Zielona lewica jest mistrzem w rozwiązywaniu z 30 letnim opóźnieniem problemów które sama wywołała. Ile przez ten czas wyemitowano niepotrzebnego CO2, ile kasy którą można było lepiej przeznaczyć zmarnowano? Ile warte są argumenty że z globalnym ociepleniem rynek sobie nie poradzi? Już dawno by sobie poradził, gdyby nie działania pewnych środowisk.

Jedyna realna alternatywa dla dużego kraju to rozwój energetyki jądrowej. Energia z OZE jest zbyt chimeryczna, żeby na niej budować większość bilansu energetycznego. Widzimy na przykładzie Niemiec, że ideały jedno, a realnie wraca się do węgla.