Gospodarka

Dlaczego pracujemy tak długo i czy można coś z tym zrobić

W szwedzkim szpitalu wprowadzono eksperyment ze skróceniem czasu pracy do 6 godzin. Wyniki?

W napisanym w 1928 roku eseju Economic Possibilities for Our Grandchildren John Maynard Keynes prognozował, że w 2028 roku będziemy pracować po trzy godziny dziennie. Dlaczego wygląda na to, że się pomylił?

W zeszłym roku eksperyment ze skróceniem czasu pracy do sześciu godzin został wprowadzony w szpitalu w Svartedalens nieopodal Göteborga. Projekt jest eksperymentem szwedzkiego rządu , który miał sprawdzić, jak skrócenie czasu pracy wpływa na produktywność pracowników. Obyło się oczywiście bez cięcia wynagrodzeń – po prostu pracownicy przychodzą później lub wychodzą wcześniej, albo jedno i drugie, dostając tyle samo pieniędzy. W eksperymencie wzięło udział 68 członków i członkiń personelu medycznego. Wyniki ich pracy były porównywane z grupami kontrolnymi z podobnych placówek.

Co się stało? Pierwszym wyraźnym efektem było zwiększenie kosztów po stronie gminy. I to niemałe – o 20 proc. Nic dziwnego, powiedzą zwolennicy neoklasycznej szkoły ekonomicznej – jeśli skraca się pracę, a zarabia tyle samo, to efektem jest po prostu wzrost kosztów po stronie pracodawcy. Matematyka jest prosta. Cóż, niezupełnie. A to z prostego powodu, o którym adepci neoklasycznej szkoły często zapominają – nie da się zredukować ludzi do cyfr w tabelkach excela.

W kwietniu 2016 ewaluacja programu wskazała , że znacznie wzrosła produktywność personelu.

Człowieka niebędącego ekonomistą (a przynajmniej niebędącego ekonomistą zaczadzonym dogmatami szkoły neoklasycznej) nie powinno to dziwić – pracownik bardziej wypoczęty lepiej i szybciej pracuje.

W czasie pracy nie robi tylu przerw, ile robił, kiedy pracował dłużej, bo nie jest tak zmęczony. Nie zajmuje się załatwianiem spraw prywatnych w czasie pracy, a przynajmniej zajmuje się tym na mniejszą skalę, ponieważ ma więcej czasu po pracy. Pracownicy brali o połowę mniej zwolnień lekarskich oraz 2,8 razy rzadziej brali urlopy.

To nie pierwszy eksperyment ze skróceniem czasu pracy w Szwecji. Od wielu lat stosuje go jeden z serwisów Toyoty. I wychodzi na tym całkiem przyzwoicie. Krótszy czas pracy po prostu się opłaca. Jest jednak pewne „ale”, które ujawniło się również w przypadku szwedzkiego szpitala. Koszt zatrudnienia dodatkowych pracowników, którzy muszą się pojawić, żeby „załatać dziury” w grafiku po skróceniu czasu pracy, nie może być wyższy niż zysk ze wzrostu produktywności. W przeciwnym razie efekt ekonomiczny jest wątpliwy. A przynajmniej ciężko byłoby argumentować na jego rzecz, próbując przekonać do pomysłu pracodawców.

Zapracowany jak Polak

Polacy pracują bardzo dużo. Jesteśmy prawdziwymi pracusiami Europy. Według danych Eurostatu w 2015 roku Polka średnio przepracowała 1 963 godziny. Dla porównania przeciętny Niemiec był w pracy 1 371 godzin. Do tego – o czym nawet głupio pisać – Niemcy zarabiają o wiele więcej niż Polacy. Mediana wynagrodzenia godzinowego brutto, czyli stawka, powyżej której połowa pracowników zarabia więcej, a połowa mniej, w Niemczech w 2010 roku (Eurostat podaje niektóre informacje z dużym opóźnieniem) wynosiła nieco ponad 15 Euro. Mediana polskiej godzinówki – około 4 Euro.

Nieco lepiej sprawa wygląda, jeśli weźmiemy pod uwagę stawki w sztucznej walucie, standardzie siły nabywczej (PPS), uwzględniającej różnice wpływające na porównywalność poziomów cen pomiędzy państwami. Wtedy Polacy zarabiają od Niemców nie ponad trzy, a „jedynie” dwa razy mniej.

Jest jeszcze jeden element układanki – nadgodziny. W Polsce są one brane, lub mówiąc precyzyjniej, często narzucane ponad 70 proc. pracujących. Tak wynika z raportu Hays Polska. W badaniu nadreprezentowane były osoby w wieku 26-35 lat, więc może ono nie oddawać sytuacji wszystkich pracowników w Polsce. Dla tej grupy zostawanie po godzinach w biurze to chleb powszedni. Większość z nich nie dostaje za to wynagrodzenia, a ponad 60 proc. odczuwa jakieś negatywne skutki pracy w nadgodzinach. Można przytoczyć zupełnie kuriozalny przypadek sprzed kilku lat mężczyzn, u którego Państwowa Inspekcja Pracy wykryła 706 godzin nadliczbowych . Pracownik ani nie odebrał ich jako dni wolnych, ani nie dostał za nie pieniędzy. To miesiąc pracy non stop, bez snu, odpoczynku, czy jedzenia. Z tego wszystkiego wyłania się przygnębiający obraz – jesteśmy przepracowani, ubodzy i zmęczeni.

Zmiana po francusku

Sytuacja wolno, ale się poprawia. Według OECD w roku 2000 (pierwsze dane OECD dla Polski) pracowaliśmy 1 988 godzin. Różnica nie jest wielka, ale widoczny jest stabilny spadek czasu spędzanego przez Polaków i Polki w pracy. Nie ma również wątpliwości co do tego, że rosną nam płace. Tendencja wygląda optymistycznie, jeżeli przyjrzymy się przypadkowi Francji.

Dla Francji OECD zlicza czas pracy już od 1950 roku. Wtedy Francuzi pracowali znacznie więcej niż dzisiaj Polacy – 2 294 godziny rocznie. Dzisiaj jedynie 1 482. To różnica 812 godzin, ponad miesiąca non stop spędzanego w pracy. Czy Francuzi przez ten czas zbiednieli? Nie. Przynajmniej nie klasa średnia.

I tutaj wracamy do Keynesa. Ekonomista przewidywał, że za dziesięć lat (dla niego za 100) będziemy pracować tak niewiele z uwagi na wzrost wydajności pracy właśnie.

Wydajność pracy to po prostu wartość produktów i usług wykonanych przez jednego pracownika w danej jednostce czasu.

I wbrew powszechnemu mniemaniu nie wynika ona w głównej mierze z pracowitości i solidności pracowników – chociaż nie jest to bez znaczenia – ale jest kwestią modelów zarządzania, infrastruktury, a przede wszystkim technologii. Jeden leniwy pracownik koparki przerzuci więcej ziemi niż 20 superpracowitych stachanowców łopatami. Jeżeli natomiast firma budowlana jest lepiej zarządzana może efektywniej wykorzystać dostępne jej zasoby – koparki. Jeżeli proces zarządczy będzie sprawniejszy, leniwi operatorzy koparek przerzucą zapewne więcej ziemi niż bardzo pracowici operatorzy z firmie z niekompetentnymi managerami.

Keynes właśnie w tym widział możliwość skrócenia dnia pracy – we wzroście wydajności. Ze względu na „dobre spożytkowanie” wzrostu wydajności Francuzi pracują znacznie mniej niż 60 lat temu. Keynes uważał, że w 2028 to wypełnienie czasu wolnego będzie stanowić dla nas problem. Dlaczego więc się tak pomylił, szacując czas pracy? Jest kilka odpowiedzi na to pytanie.

Ochrona pracowników i równość

Rzućmy okiem, jak wygląda czas pracy w USA. Od lat pięćdziesiątych, kiedy Francuzi skrócili roczny czas pracy o ponad 800 godzin, Amerykanie skrócili go zaledwie o 173 godziny. Może to wynikać między innymi ze słabszej ochrony pracowników w USA. Słabsza presja związków zawodowych i liberalne prawo dotyczące czasu wolnego powoduje, że Amerykanie nie odpoczywają więcej. A większa presja związków zawodowych na polepszenie losu pracowników to również mniej możliwości eksploatacji siły roboczej. Ergo: pracodawcy muszą reorganizować w ten sposób przedsiębiorstwa, aby były konkurencyjne w innych obszarach niż koszty pracy.

Inne wyjaśnienie tego problemu zaproponował ekonomista Benjamin M. Friedman. Stwierdza on, że długość czasu pracy amerykanów może wynikać z narastających nierówności. Ekonomista stwierdza, że o ile Keynes miał rację co do wzrostu produktywności, to mylił się w kwestii wzrostu mediany dochodu pracowników; rośnie ona znacznie wolniej, niż sądził brytyjski naukowiec. Nadwyżka ze wzrostu produktywności trafia po prostu do coraz mniejszego grona osób, co oznacza, że reszta pracowników nie może pracować mniej, chcąc utrzymać swój status ekonomiczny.

To tylko część opowieści.

Rozpędzone ambicje, niepohamowany głód

Jest jeszcze jedna rzecz, której nie przewidział John Maynard Keynes. Nawet tak błyskotliwy umysł nie wpadł na pomysł, że kiedykolwiek w modzie będą obowiązywały 52 mikrosezony rocznie. Jaśniej? Bardzo proszę – część naszej gospodarki w dużym stopniu opiera się na wywoływaniu u konsumentów uczucia pozostawania out of trend. Jeżeli moda zmienia się co tydzień, musisz ciągle walczyć, aby pozostać na powierzchni. Po prostu musisz ciągle kupować. Oczywiście syndrom blogerki modowej nie jest powszechnym doświadczeniem całych społeczeństw, ale to zjawisko, oczywiście o mniejszym nasileniu, jest obecne w bardzo wielu sektorach gospodarki. Twój komputer ma dwa lata i czujesz, że trzeba go wymienić? Twój smartfon ma rok i masz wrażenie, że już trąci myszką? A może warto zainwestować w nową konsolę do gier? Wiesz, że teraz już trochę inaczej się maluje mieszkania niż dwa lata temu? Słyszałaś, że gramofony są już trochę passe i teraz wraca się do kaset?

Nawet jeśli jesteś osobą impregnowaną na tę małą dyktaturę agencji reklamowych, to producenci nie pozostawią ci zbyt wielkiego wyboru – nie jest tajemnicą, że sprzęt AGD-RTV nie jest produkowany w sposób, który gwarantuje trwałość.

A te produkty ktoś musi wytworzyć, ktoś musi nadzorować logistykę ich transportu, ktoś musi robić audyty w firmach, które produkują te rzeczy i w końcu ktoś musi wymyślać kolejne nasze potrzeby. I co chyba ważniejsze – musisz na nie wszystkie zarobić. Koło się zamyka. Mamy więc też do czynienia z samonapędzającym się mechanizmem wbudowanym w kapitalizm, który całkiem nieźle sobie radzi z wymyślaniem sposobów, żeby zatrzymać nas w pracy. Można jednak temu przeciwdziałać.

Jednym ze sposobów jest, wspomniana wyżej już, większa równość. Kate Pickett i Richard Wilkinson w świetnej książce Duch równości dowodzili, że społeczeństwa mniej rozwarstwione cechują się mniejszym dążeniem do pompowania swojego statusu ekonomicznego. Ich członkowie nie mają tak wielkiej potrzeby aspirowania do wyższych pozycji społecznych, a ich ambicje nie są tak rozpędzone. Mniejsze ambicje (często niemożliwego) awansu klasowego to silniejszy układ immunologiczny chroniący przed 52 mikrosezonami. Mniejsza „gadżetomania”, więcej luzu, więcej czasu wolnego.

Wzmocniona siła robotników, większa równość, roboty i mniejsze apetyty

Cóż, kwestia czasu pracy tylko z pozoru wydaje się sprawą prostą. Przyglądając się temu zagadnieniu, natrafiamy na plątaninę nakładających się na siebie i wzmacniających procesów, począwszy od robotyzacji, przez siłę związków zawodowych, dystrybucję bogactwa w społeczeństwie, po wzorce konsumpcji i spiski żarówkowe.

Skrócenie czasu pracy jest możliwe pod pewnymi warunkami, które muszą występować równolegle: robotyzacja gwarantująca wzrost wydajności, większa równość w dostępie do owoców wzrostu wydajności, silne organizacje pracownicze, które będą tworzyć „węższe gardło” dla możliwości generowania zysków przez przedsiębiorców. No i my sami. Może, jak mówił w Andrzej Leder, wystarczy nam jedna dobra koszula za 500 zł na rok, dwa, a może nawet trzy? Albo jeden solidny telefon na 5 lat. Serio potrzebne nam są kolejne 2 megapiksele w aparacie? Nie lepiej byłoby pójść na spacer?

Kamil Fejfer – absolwent Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, analityk nierówności społecznych i rynku pracy, dziennikarz portali OKO.press i rynekpracy.org. Prekariusz, autor poczytnego magazynu na portalu Facebook, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.

 

**Dziennik Opinii nr 328/2016 (1528)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

To nie do końca zależy od nas. Koszule rzeczywiście można wykorzystywać długo, a jak zaczyna juz tracić swoje walory można ją jeszcze długo wykorzytywać np. do sprzątania.
Ze sprzętem jest trochę inaczej i wcale nie chodzi tu o pogoń za 2 megapikselami - producenci bardzo dbają o to, żeby sprzet rozniacy sie generacyjnie o 3-4 lata byl niekompatybilny. Nawet jeśli nie chce sie wymieniac calego komputera / wieży / kina domowego czesto, np. w przypadku awarii nie ma wyjścia. Nowego procesora nie włoży się w trzyletnią (całkowicie sprawną) płytę główną a wyjscia komponentowego nie podłączy do HDMI i tyle.