Gospodarka

Recepty DiEM25 przerastają wyobraźnię współczesnych elit

Diem25

25 marca w Rzymie DiEM25 ogłosi program Nowego Ładu dla Europy.

Jeśli ktoś jeszcze potrzebował dowodu, że DiEM25 (Democracy in Europe Movement 2025)nie jest gromadą oszalałych jakobinów pragnących ściąć głowę Angeli Merkel i ministrowi Schäuble, podpalić EBC i siedzibę Komisji Europejskiej, a na gruzach Wspólnot zbudować jakiś post-ludzki pseudoraj – otrzymał go wraz z Nowym Ładem dla Europy.

Nowy Ład dla Europy

Program ruchu współtworzonego przez Janisa Warufakisa jest bardzo pragmatyczny, nastawiony – w założeniu przynajmniej – na ratowanie Unii Europejskiej w warunkach, jakie mamy i na minimalizację strat, jeśli Unii uratować się nie da. Postawiona diagnoza problemów (ekonomiczno-społecznych) Europy mieści się w lewym skrzydle głównego nurtu debaty, przynajmniej tej prowadzonej w think-tankach i na uczelniach. Recepty DiEM25 przerastają już nieco wyobraźnię współczesnych elit politycznych Europy, ale umówmy się, poprzeczka nie jest tu postawiona zbyt wysoko. Cały program od biedy można nazwać „radykalnym”, w tym sensie, że stara się dotrzeć do korzeni problemów, ale żadnej z propozycji, nawet jeśli kontrowersyjnej, nie grozi zarzut oderwania od rzeczywistości. Autorzy manifestu wyraźnie nie wierzą w regułę „im gorzej, tym lepiej” rozumiejąc, że spalona ziemia nigdy nie będzie dobrą glebą dla lewicy i progresywnej polityki.

Spalona ziemia nigdy nie będzie dobrą glebą dla lewicy i progresywnej polityki.

Na kontrze do części lewicy apokaliptycznej („niech neoliberalną Unię piekło pochłonie”), ale i eurosceptyków a’la Wolfgang Streeck („państwo narodowe to ostatnia reduta demokracji”) Diemowcy wskazują, że o Europę zjednoczoną, na bazie tego, co jest, walczyć warto. Po prostu dlatego, że – alternatywne – protekcjonizm gospodarczy i zamknięcie granic na przepływy towarów (a zwłaszcza ludzi!) nikomu nie pomogą ani nie sprawią, że znikające w wyniku porażki konkurencyjnej fabryki i stocznie odrodzą się niczym feniks z popiołów. Warufakis wyraźnie odrobił tu lekcję Keynesa z lat 30. wskazującego, że polityka „zagłodź sąsiada” (walcz z kryzysem zamykając dostęp do własnego rynku) nie tylko nie przynosi ożywienia gospodarczego ani nie pozwala odzyskać kontroli nad gospodarką, ale raczej wpędza narody w spiralę stagnacji i coraz bardziej agresywnych nacjonalizmów. W naturalny sposób ustawia to cały program DiEM25 na kontrze do wizji Donalda Trumpa i europejskiej prawicy populistycznej – ale także projektów „europejskiego centrum” z jego Europą wielu prędkości.

Zagłodź swojego sąsiada?

Podstawowa sprzeczność współczesnego kapitalizmu diagnozowana jest słusznie: to niemożność produktywnej alokacji kapitału, albo mówiąc konkretniej, radykalny przerost oszczędności przedsiębiorstw nad inwestycjami. Korporacje (zwłaszcza niemieckie) siedzą na górze gotówki, ale inwestycji w kluczowych sektorach brakuje – w tej sytuacji autorzy Nowego Ładu proponują dość klasyczne rozwiązanie w duchu keynesowskim, czyli inwestycje publiczne, skupione zwłaszcza w zielonych sektorach gospodarki. To one miałyby zaradzić głównej bolączce społecznej współczesnej UE, za jaką autorzy uważają powszechną skalę pracy poniżej kwalifikacji i wymuszoną ekonomicznie migrację mas pracowniczych.

Tym „ogólnie słusznym” założeniom towarzyszy, co istotne, świadomość politycznych wyzwań i właściwej sekwencji zmian. Najsłuszniejsze bowiem idee nie przemawiają do ludzi mocą swej racjonalności. Warufakis jest świadomy, że dla powodzenia jakichkolwiek planów odnowy potrzeba – tu i teraz – namacalnego efektu społecznego. Rozwiązania odczuwalnego przez ludzi, które z czasem przetworzy się na zbiorowe i powszechne poczucie korzyści z przynależności do UE, wywrze szybki (stymulujący) efekt gospodarczy, a do tego wzmocni poczucie realnej suwerenności społeczeństw. Realnej, a więc nie wyrażonej w symbolach, retoryce, względnie wolności stawiania płotów na granicach, lecz związanej ze stabilizacją gospodarczą, która pozwala na prowadzenie przez państwo podmiotowej polityki.

Projekt „na zaraz” to europejskie bony żywnościowe, coś w rodzaju amerykańskich food stamps, pozwalające na redukcję najbardziej uciążliwych przejawów ubóstwa, dramatycznie narosłych w Europie po roku 2008; później także ubezpieczenie od bezrobocia i dopłaty do najniższych emerytur; poza tym przewidywany jest plan wzmocnienia praw lokatorskich, dopiero w dłuższej perspektywie zakładający istotne wsparcie materialne budowy mieszkań socjalnych. Projekt na dłuższą metę – może najciekawszy w całym programie DiEM25 – to gwarancja pracy w miejscu zamieszkania. Uprzedzając głosy sceptyczne: nie, to nie jest pomysł rodem z komuny. Idea pełnego zatrudnienia przyświecała społeczeństwom kapitalistycznego Zachodu co najmniej od II wojny światowej, a formalnie podpisano się pod nią nawet w Strategii Lizbońskiej.

Projekt na dłuższą metę – może najciekawszy w całym programie DiEM25 – to gwarancja pracy w miejscu zamieszkania.

Pomysł, aby z podatku od wartości ziemi użytkowanej przez korporacje finansować zatrudnienie – w służbach publicznych i organizacjach pozarządowych – jest o tyle interesujący, że pozwalałby namacalnie przełożyć „solidarność europejską” na dobrostan lokalnych wspólnot. Tworzenie miejsc pracy w miejscu zamieszkania, w porozumieniu z władzami lokalnymi zgłaszającymi konkretne potrzeby, znacznie łagodziłoby tarcia związane z migracjami wewnątrz UE, od problemu „eurosierot” po wywołany (między innymi) masowym napływem przybyszów nacjonalizm i szowinizm. Obok realizacji potrzeb wspólnot lokalnych warto byłoby oczywiście brać pod uwagę ogólne priorytety zatrudnienia, które zresztą autorzy sygnalizują – w niektórych częściach Europy dramatycznie potrzeba płatnej pracy opiekuńczej, ale także różnych form pracy socjalnej (integracja imigrantów i, generalnie, wykluczonych społecznie), no i przede wszystkim pracy „robotniczej” przy remontach i odtwarzaniu infrastruktury.

Projekt gwarancji pracy w miejscu zamieszkania z niewysokim wynagrodzeniem nie ma być panaceum na wszystkie problemy, ale łagodzić warunki migracji ekonomicznych, czyniąc je w większym stopniu wyborem, a w mniejszym sprawą przymusu ekonomicznego. Pytanie brzmi, rzecz jasna, na ile zasoby ludzkie poszczególnych wspólnot lokalnych pokrywają się – nawet jeśli rozwiązany zostanie problem finansowania zatrudnienia – z potrzebami; zdolny pracownik socjalny niekoniecznie musi być zręcznym robotnikiem zieleni miejskiej. W tym sensie zbożny skądinąd cel „zatrudnienia na miejscu” (Nowy Ład zakłada, że finansowane są miejsca pracy tylko dla lokalnych mieszkańców) może wejść w napięcie z dopasowaniem aspiracji i umiejętności pracowników do potrzebnych miejsc pracy – nie da się ukryć, że także i te czynniki, a nie tylko nierówności materialne, stały za tak wielką mobilnością siły roboczej w Europie.

Inne postulowane przez DiEM25 pomysły są dosyć tradycyjne (na lewicy), tzn. mowa jest o inwestycjach w „zieloną gospodarkę” finansowanych z emisji europejskich obligacji, a także szeregu rozwiązań naprawczych w sektorze bankowym i finansowym oraz uwspólnieniu istotnej części zadłużenia publicznego państw członkowskich UE. Nie ma tu żadnych wytrychów ani rozwiązań cudownych, za to wskazane są kryteria i logika pożądanych zmian, trochę w duchu socjaldemokratycznej zasady z końca XIX wieku, że „ruch jest wszystkim, cel jest niczym”. Bo nawet Marksowska z ducha deklaracja, że „kapitalizmu na dłuższą metę nie da się ucywilizować – przede wszystkim dlatego, że jak żaden inny system podkopuje sam siebie poprzez innowacje technologiczne, generujące nadwyżkę mocy produkcyjnych, nierówności i niedostateczny zagregowany popyt na dobra i usługi” sprawia – w świetle proponowanych w dokumencie konkretnych rozwiązań– wrażenie raczej gestu na rzecz radykalniejszej publiczności niż zapowiedź, że Międzynarodówka Postępowa roznieci płomień rewolucji. Inna rozbieżność dotyczy faktu, że całość dokumentu przenika retoryka demokracji i „odzyskania demokratycznej kontroli”, aczkolwiek praktyka wdrożonych rozwiązań składałaby się raczej na postępową, kontrolowaną technokrację w zielono-socjaldemokratycznym duchu.

Czego się pan boi, panie Draghi?

Najpoważniejsze wątpliwości, gdy chodzi o proponowane rozwiązania, budzą pewne aspekty projektu „publicznej platformy płatniczej”. Chodzi o zbudowanie czegoś w rodzaju narodowych systemów kont indywidualnych, które pozwoliłyby ominąć pośrednictwo usług komercyjnego systemu bankowego, dały państwu możliwość pożyczania pieniędzy od obywateli bez pośrednictwa rynku obligacji, a nawet „wykorzystać część nadwyżek płynności ze swojego publicznego systemu płatności” na użytek potrzebnych inwestycji publicznych. To wszystko miałoby zwiększyć „fiskalne pole manewru” poszczególnych państw i dać im nieco oddechu, znów, zwiększając zbiorowe poczucie suwerenności obywateli wobec abstrakcyjnych sił rynków.

Fajnie? Tylko ilu obywateli z entuzjazmem (demokracja!) powita wizję, w której np. minister Kamiński radośnie zagląda im w konta, by minister Morawiecki mógł ich „wolne środki” (oczywiście z gwarancją zwrotu, ubezpieczeniem i dla dobra wspólnego) wydać np. na Centralny Dworzec Kolejowy? Trudno też nie zapytać, czy aby skłonność obywateli do powierzania kurateli państwa ich środków finansowych nie byłaby odwrotnie proporcjonalna do stanu ich posiadania (bo np. uniknięcie opłat bankowych dla najuboższych mogłoby być faktycznie atrakcyjne)?

Osobny temat to wskazywane źródła finansowania słusznych, bądź przynajmniej ciekawych propozycji. Emisja obligacji połączona z zapowiedzią ich wykupu, gdyby ich podaż okazała się zbyt wielka, to nowy wariant „luzowania ilościowego”, jakie EBC prowadzi od lat, z tą różnicą, że cała operacja służyłaby finansowaniu inwestycji publicznych, a nie pompowaniu wartości aktywów finansowych – pomysł dla socjaldemokratycznego projektu dość naturalny. Drugie źródło to podatek od wartości ziemi (poza rolną) użytkowanej przez korporacje, odwrotnie proporcjonalny do liczby zatrudnionych – byłby to w domyśle podatek od luksusowych powierzchni biurowych w centrach wielkich miast. Z punktu widzenia lewicy kontrowersje niemal żadne – i z pewnością lepszy to sposób artykulacji ludowego gniewu na korporacje niż bicie na ulicy hipsterów w rurkach.

DiEM25 proponuje poza tym jeszcze dwie metody finansowania – one budzą już jednak pewne wątpliwości. Pierwsza to podatek od emisji CO2 – co do zasady słuszny, bo sprzyjający koniecznej na dłuższą metę dekarbonizacji gospodarki, ale problematyczny ze względu na to, w jak nierówny sposób dotyka różnych krajów członkowskich UE. Biorąc pod uwagę boje Europy Środkowej, z Polską na czele, przeciwko polityce klimatycznej UE, może to być ten element Nowego Ładu, który uczyni go projektem tyleż postępowym, co ekskluzywnym – sugerowana stawka podatku w wysokości 30 euro za tonę emisji dwutlenku węgla to ponad 3,5-krotnie więcej niż wynosi prognozowana na najbliższe lata cena uprawnień do emisji. Istnieje zatem ryzyko, że w efekcie oporu politycznego części członków UE, projekt DiEM25 zbiegnie się, gdy chodzi o skład jego uczestników, z tak krytykowaną przez autorów koncepcją „federacji w wersji light”, dokonującej się (zapewne) w znacznie mniejszym niż 27 państw gronie.

Ostatni wątek finansowy dotyczy tzw. Powszechnej Dywidendy Podstawowej – formy dochodu gwarantowanego, niezależnego od pracy, ale nie finansowanego z podatków (co budziłoby antagonizm między pracującymi biednymi a bezrobotnymi, na co słusznie wskazują autorzy). Źródłem środków na PDP byłyby zyski z kapitału – część akcji z każdej pierwszej emisji publicznej w Europie wchodziłaby w skład publicznego depozytu, z którego dywidenda finansowałaby bezwarunkowe, powszechne świadczenie uzupełniające dotychczasowe systemy socjalne w Europie. W czasach, gdy bardzo wiele firm czerpie zysk z nieodpłatnej pracy symbolicznej mas ludzi (Facebook) zwiększenie obciążeń kapitału wydaje się słuszne; pytanie brzmi tylko, jak wielka część akcji przedsiębiorstw musiałaby zostać przeznaczona na taki cel – warto przypomnieć, że wysokość wszystkich dywidend wypłaconych z udziałów spółek notowanych na GPW wyniosła w 2016 roku około 25 miliardów złotych (nie licząc spółek z siedzibą za granicą – poniżej 19 miliardów), a więc daleko mniej niż wynosiłyby potrzeby finansowania dochodu podstawowego na użytek Polski.

Programów gospodarczych, które miałyby zbawić Europę, co nieco już powstało – przygotowywały je liczne think-tanki, grupy intelektualistów i partie polityczne. W tym przypadku jądro programu wydaje się racjonalne, choć mimo przywoływania licznych przykładów środkowoeuropejskich, wyraźnie widać południowo-centryczny fokus autorów i koncentrację na krytyce neoliberalizmu – z punktu widzenia Polski teza o dotychczasowej redystrybucji w ramach UE, która miałaby wzbogacić jedynie lokalnych oligarchów, zwyczajnie się nie broni; z drugiej zaś strony różnice ekonomiczne (motywujące do emigracji) między Południem i Wschodem Europy, a jej „Północą” są starsze nie tylko od kryzysu roku 2008 i polityki oszczędnościowej, ale nawet od całej epoki neoliberalnej. To wszystko jednak szczegóły. Rozstrzygające będzie co innego.

DiEM25 jest demokratycznym ruchem społecznym, który pragnie odzyskać dla obywateli kontrolę nad procesami gospodarczymi i przy okazji uratować projekt integracji europejskiej – a do tego pragnie dla swojego projektu porwać masy. Ale o tym, czy Nowy Ład dla Europy się zmaterializuje politycznie, a projekt europejski zostanie uratowany zdecyduje także i to, na ile trzeźwe okażą się rządzące Europą elity. Na ile zdolne będą myśleć „racjonalnie i bez alienacji” nawet bez wielkich rozruchów, wojen i innych kataklizmów społecznych; jak szybko zrozumieją, że do odbudowania Europy z gruzów po 2008 roku nie wystarczy sentymentalne wzdychanie do Wielkich Ojców Założycieli ani wlepki z żółtymi gwiazdkami na niebieskim tle dodawane do opiniotwórczych gazet w rocznicę Traktatów Rzymskich.

 

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

No wiadomo że przerastają, podobnie z resztą jak w 1917 roku w Rosji. Wtedy też zwykły obywatel nie był w stanie swoim mały rozumem ogarnąć geniuszu myśli socjalistycznej, ale towarzysze znaleźli na szczęście odpowiednie metody 😀

Z tym waszym ruchem jest trochę inaczej. Jak to stwierdził mój znajomy - nawet w gimbazie na WOSie nikt nie poruszał takich tematów żeby nie narazić się na śmiech kolegów.

Piszę o tym w komentarzu poniżej - wiedza prostego człowieka vs skomplikowane procesy w tym przypadku historyczne. Ale do rzeczy: luty, (marzec wg naszego kalendarza) rok 1917, Rosja - obalenie cara, rząd Kiereńskiego - gdzie tutaj geniusze myśli socjalistycznej ??? Na Światowida !!!! To można wyczytać nawet w Wikipedii, nie trzeba nawet sięgać po jakąkolwiek książkę. To może jakaś refleksja - dlaczego już kilka miesięcy później władzę przejmują bolszewicy? To naprawdę nie sprawka diabła tylko splot skomplikowanych czynników politycznych, ekonomicznych, społecznych i innych. Źródeł tego zwycięstwa trzeba szukać w sposobie sprawowania władzy przez cara i jego administrację oraz w systemie wtedy panującym wtrącającym olbrzymie masy ludzi w niewyobrażalną nędzę. No i pojawia się obietnica "dobrej zmiany" w wykonaniu bolszewików....

Krzysztof Mazur

Akurat sytuacja mas ludzi przed wojną w carskiej Rosji ulegała systematycznej poprawie, a rząd przeprowadzał powolne reformy. Niestety wybuchła nieszczęśliwa wojna, której akurat rosyjski kajzer nie chciał i nie potrzebował w przeciwieństwie do swoich kuzynów z Berlina i Wiednia. Zacofane państwo nie poradziło sobie z siłą zbrojną nowocześniejszych militarnie przeciwników, państwo się zaczęło załamywać, wybuchła inflacja, car niestety podał się do dymisji. I dalej było już gorzej. A Kiereński błędnie uważał bolszewików za swoich sojuszników widząc wroga w wojsku, które w decydującej chwili nie obroniło rządu przed puczem.

Pełna zgoda co do tego że Kiereński żle ocenił bolszewików (a był zorientowany w sytuacji , zresztą bardzo dynamicznej pomiędzy lutym a październikiem '17). Natomiast położenie tzw. mas przed wojną było dosyć zróżnicowane. Jak podaje L.Bazylow w Historii Rosji - ponad 3/4 ludości na początku XX w. to chłopi i była to warstwa której pauperyzacja sie pogłębiała szczególnie w guberniach centralnych. Przemysł rozwijał się dynamicznie ale charakterystyczna dla Rosji była jego koncentracja w kilku zagłębiach zlokalizowanych w zachodniej części imperium. Charakterystyczne dla Rosji były też znaczne wachania koniunktury np. od klęski głodu w 1911 do prosperity 1913r. To wszystko oczywiście uwarunkowane tysiącami czynników o których mieszkaniec zapadłej dziury w odległej gubernii nie miał najmniejszego pojęcia. Był tylko cząstką tej masy - bardzo licznej zresztą - wspomniany już Bazylow szacuje że w przededniu wybuchu wojny imperium zamieszkiwało ok. 126 mln ludzi.

Ta dobra zmiana oparta jest na jeszcze bardziej kosmicznych fundamentach, natomiast bawi niezmiernie ogólny hejt lewej strony na 500+ przy jednoczesnym promowaniu takich kosmitów jak tutaj 😀

Brzmi sensownie. Zarzucić można minimalizm ale wynika on prawdopodobnie z realnej oceny rzeczywistości. Problemem są oczywiście zagrożenia dla realizacji programu. W tytule artykułu wymieniono jeden z istotnych czynników utrudniających realizację celów. Czynnik ten czyli słabe elity jest drugorzędny w stosunku do siły korporacji międzynarodowych. Umyka nam często fakt że współczesne elity polityczne stoją na przegranej pozycji wobec sił wyrosłych na globalizacji czyli mówiąc prosto niewiele mogą . Inny problem to jakość samych elit. Wyłonione przez społeczeństwa w wyborach odzwierciedlają poglądy tychże. Tutaj dotykamy chyba podstawowego problemu czyli przepaści pomiędzy postrzeganiem rzeczywistości przez tzw. prostego człowieka a pewnymi kompetencjami potrzebnymi aby przynajmniej trochę orientować się w skomplikowanym otoczeniu. Społeczeńtwa karmione papką medialną, zajęte konsumpcja niechętnie podejmują wysiłek zrozumienia mechanizmów zmieniającego sie szybko świata. Świadomość zasiedlona głupawymi kucharkami, celebrytami wszelakiej maści, fake newsami, nachalnymi reklamami w połączeniu z prymitywnymi instynktami (chciwość jest dobra) tworzy podłoże dla działalności róznych cwaniaków obiecujących łatwe rozwiązania. Obawiam się że w zalewie populistycznych bredni DIEM 25 ma małe szanse.

Największą przeszkodą zdaje się być rzeczywistość, później zaś matematyka, ale takie drobnostki nigdy nie przeszkadzały prawdziwym wizjonerom.

Pamiętajmy jednak najważniejsze - 500+ bierze tylko pijana hołota i powinni zlikwidować jak najszybciej!

Największy problem może stanowić rzeczywistość i matematyka, ale prawdziwi wizjonerzy nigdy nie przejmują się takimi drobnostkami.

Polityka gospodarcza typowi odgapiona od Hitlera i oparta na inwestycjach publicznych i kontroli przedsiębiorców. Jedynie zamiast zbrojeń skupienie się na ekologii. To wszystko oczywiście wzmocnienione rozdawnictwem socjalnym. Czyli nic nowego jedynie stare totalitarne zagrania. Do tego brak recpt na ograniczenie imigracji z poza Europy i walki z islamistami którzy już tu są

Nie ma recept na ograniczenie imigracji spoza Europy, bo nie ma recept na zlikwidowanie jej demograficznych przyczyn. Europejczycy abortują za dużo własnych dzieci, żeby przetrwać bez dopływu "świeżej krwi" z zewnątrz, nie zakładają trwałych rodzin, ani nie wychowują własnych dzieci, zostawiając je na pastwę szkoły i mediów. Tu by trzeba zrobić trzęsienie ziemi, odwracające skutki całej patologii, jaką przyniosła "rewolucja seksualna", trwająca już ok. 60 lat - to nie jest proste i chyba wymagałoby wychowania całego nowego pokolenia w izolacji od obecnie obowiązujących dogmatów "zdrowia reprodukcyjnego", "gender" i całej reszty tego ideologicznego bagna, w którym toniemy. Prościej byłoby już chyba tych Afrykańczyków i Azjatów zeuropeizować, ale też nie bardzo jest jak, bo Europa w sensie kulturowym nie ma im nic do zaproponowania - sama jest jałowa i sama potrzebuje jakiegoś ucywilizowania po dziesięcioleciach indoktrynowania bezmyślnym konsumpcjonizmem, na przemian z lewackim bełkotem koncentrującym się na "krytyce" i negowaniu wszystkiego, co się napatoczy. Osobiście myślę, że Europa jest już skazana na śmierć, chyba że nastąpi cud, ale żeby taki nastąpił, to trzeba by się przeprosić z Panem Bogiem i go wymodlić. Tu niestety też są duże przeszkody, wymagające bardzo poważnego wstrząsu, aby je pokonać.

Europa jeszcze nigdy w historii nie była tak syta, bogata i szczęśliwa jak obecnie. Nie istnieje narazie i nie widać również w bliskiej i dalszej przyszłości innego wzorca jak europejski model ekonomiczno - kulturowo - społeczny. Europa to nadal najwieksza potęga ekonomiczna świata i zapowiedzi że XXI wiek będzie dominacją Azji się nie sprawdził przede wszystkim dlatego że Azja tylko kopiuje wzory europejskie natomiast brak tam szeroko pojętego zaplecza kulturowego. Wystarczy pojechać do Wiednia, Pragi, Paryża, Amsterdamu i innych stolic "europejskiego świata" aby zobaczyć miliony turystów z Japonii, Korei, Chin i innych regionów Azji. Przyjeżdżają i są pod wrażeniem europejskiego stylu życia opierającego się na indywidualizmie i wartości jednostki. Wysypują sie z samolotów; autokarów; karni, zorganizowani w grupy gdyż w swoich kulturach są tylko przedmiotami i z nieustającym orgazmem pędzą i podziwają europejskie miasta, muzea oraz europejczyków. Reprezentują wprawdzie kultury o wiele starsze ale to w europejskich restauracjach opychają się potrawami które uświadamiają im że ich suszi i inne wynalazki są tylko ersatzem normalnego jedzenia. No i ta refleksja - nasza kultura to 4 tys. lat a mamy tylko chaty z bambusa i idiotyczny wielki mur. Współczesne osiągnięcia Azji to zasługa skopiowania wzorów europejskich z tą jeszcze różnicą że to co jest w stanie wymyślić jeden kreatywny europejczyk azjaci muszą zrobić w kilku w dużo dłuższym czasie. Zapowiedzi że oto na arenę wkraczają Indie, Brazylia, Rosja i inne tzw. tygrysy okazały się nieprawdziwe. Skazane na problemy są raczej Stany, szczególnie po wyborze prezydenta który jest upośledzony umysłowo co najmniej w stopniu lekkim a kto wie czy nie jest "umiarkiem". A uchodźców oczywiście europeizować - uczyć nakładać gumki, uświadamiać że podstawowym żródłem zła są religie (wszystkie), asymilować (to trudne, długotrwałe ale innej drogi niema). Natomiast jeżeli pojawiają się jakieś idee albo tylko doraźne propozycje rozwiązywania problemów to tylko w Europie - inni nie mają żadnych sensownych pomysłów.

Do pewnego momentu mówisz nawet z sensem, a potem nagle sam sobie zaprzeczasz, że "WSZYSTKIE religie są złe", nie zauważając, że siłą Europy byłą właśnie wyjątkowa religia, wynosząca wartość każdego człowieka ponad zbiorowość, czego w Azji zawsze brakowało. Europa się rozwija, dopóki ma na względzie właśnie Chrześcijańską etykę z jej pryncypiami, mówiącymi, że człowiek jest celem działania, a nie środkiem do celu. Dopóki to jest dogmat, wszystko idzie jak trzeba, niestety właśnie takie podstawowe prawdy nam się gdzieś pogubiły i używamy ludzi do osiągania celów, stawiamy wartość produktu ponad wartością pracy i pracującego, itd. Tego niestety nie naprawi ani DIEM, ani żadna inna polityczna szajka, bo etyka nie jest zbiorem politycznych postulatów, czy hasełek kampanii przedwyborczych - trzeba się nawrócić, a samo to słowo budzi strach i przerażenie - tak na salonach, jak i na ulicach Europy, dlatego twierdzę, że jesteśmy już skazani na klęskę, chyba że nastąpi cud.

Nie znam takiej religii o której piszesz. W ciągu 2 tys. lat nie było sekundy w której w praktyce człowiek był celem działania tej religii. Znam natomiast ogrom zbrodni które w imię tej religii popełniono. Powtarzanie bredni o tzw. "kulturze śmierci" panującej w tej sytej i szczęśliwej Europie niczego nie zmieni. Ta Europa będzie trwać tylko wtedy jeżeli pozostanie świecka i areligijna. Wciągnięcie Europy w konflikt z religią w tle skończy się katastrofą.

Uważam że projekt Unii Europejskiej jest najlepszym rozwiązaniem w historii Europy i wzorem dla innych regionów świata (znów oczywiście Europa była i jest w awangardzie). Ale bez przesady. Porażka tego projektu spowoduje turbulencje które przełożą się na kryzys z którego zapewne wyłoni się coś nowego. Może znów "koncert mocarstw"? Raczej nie bo historii nie da się powtórzyć. Może nowe rozdanie geopolityczne? To bardziej prawdopodobne ale zmiany nie dotkną tzw. "Europy Karolińskiej". Niemcy i Francja raczej nie skoczą sobie do gardeł i nie będą walczyc o Lotaryngię i Alzację tudzież o granicę na Renie. Niderlandy nie będą próbowały zbudowania nowej VOC (Kompania Wschodnio indyjska) i w związku z tym nie będą się tłuc z Brytyjczykami. Wydaje się że Niemcy pogodziły się z utratą swojego wschodu więc granica na Odrze i Nysie zostanie ale będzie to również granica tej "nowej"Europy po rozpadzie UE. Będą w tej Europie tarcia i konflikty ale Paryż, Monachium, Wiedeń nie zamienią się w Detroit a obszar od Normandii do Saksonii nie zmieni się w pas "rdzy". Skandynawia dalej będzie rajem (świeckim oczywiście). To nadal będzie bogata Europa i z czasem może znowu pojawią się jakieś pomysły integracji ale już bez błędu rozszerzania na peryferie. Bałkany post jugosłowiańskie zapewne znów pogrążą się w konflikcie. Węgry, Grecja, Rumunia, Bułgaria, Polska wpadną w jakąś czarną dziurę prawdopodobnie rosyjską ale nikt wobec nich nie będzie miał zobowiązań tak jak teraz w ramach UE więc zostaną pozostawione same sobie. Jedynym zagrożeniem dla tej "nowej" Europy może być wewnętrzny konflikt oczywiście na tle religijnym z uchodźcami, szczególnie muzułmanami. Tak więc Francja, Niemcy i generalnie zachód musi dążyć za wszelką cenę do asymilacji uchodźców ze wskazaniem na eliminowanie wpływów religijnych. To się uda - to w końcu Europa. A ja za jakiś czas znów usiądę w dawnym kościele w Maastricht który teraz jest księgarnią i będę obserwował tłumy turystów z całego świata.

Naprawdę ??? Hitler?? Totalitarne zagrania???? W Polsce prymitywny socjal 500+, strategia Morawieckiego (czyli dokładnie to jest min.w DIEM 25)- i sukces wyborczy, poparcie na poziomie 35% oraz nieograniczone możliwości realizacji takiej polityki - to dlaczego nie można znacznie lepszego i inteligentniejszego DIEM25 spróbowac w całej Europie?
Na giełdzie pomysłów co z imigracją raczej mało pomysłów - prof. Pomian proponuje zastopować imigrację ekonomiczną, dać schronienie tylko uchodźcom - pomysł skromny ale łatwiej go realizować Europie niż poszczególnym krajom z osobna. Natomiast nadal największą fala emigracji zarobkowej w ostatnich latach wygenerowała Polska - więc trochę pokory i mniej buty w komentarzach...

Krzysztof Mazur

Przykład PiSu pokazuje dobrze do czego prowadzi polityka socjalna. Krótkotrwały wzrost poparcia w zamian za długotrwały wzrost zadłużenia i spadek w sondażach po 1,5 roku rządzenia. Warufakisa czekałoby mniej więcej to samo, gdyby dostał władzę w Europie albo jakimś państwie.

Gdyby Hitler ograniczył się do polityki socjalnej i centralnym sterowaniu gospodarką, to by się skończyło na kryzysie finansowym i niczym więcej. Dzisiaj byśmy o nim nie mieli powodu pamiętać.

No, spadek poparcia niewielki i scenariusz kolejnych kadencji dla PIS-u jest realny. Jeżeli nawet zmieni się rząd to wydaje się że 500 + pozostanie jako rozwiązanie trwałe.

Krzysztof Mazur

Brak inwestycji jest skutkiem keynesowskiej polityki monetarnej w postaci niskich stóp procentowych, która to polityka ma rzekomo ‘pobudzić popyt’, a w rzeczywistości pobudza bańkę kredytową i spekulacje finansowe oraz uniemożliwia realne inwestycje, sztucznie podnosząc ceny aktywów, w które można by było zainwestować i sztucznie obniża wartość waluty, w której inwestorzy zarabiają. Surowce drogie, nieruchomości drogie, wyceny firm drogie, waluta tania, więc racjonalnym jest, że inwestować się nie opłaca. Gdyby państwo dbało jedynie o stałą ilość pieniądza, a stopy procentowe były rynkowe, czyli wyższe (nie wiemy dokładnie ile, to by musiał wycenić rynek), waluta by zdrożała, koszty inwestycji by spadły i opłacałoby się inwestować. No ale takie myślenie jest tematem tabu w świecie keynesizmu, więc będziemy mieli powtarzające się kryzysy finansowe, bańki kredytowe, spekulacje, nawoływania do większej inflacji i więcej centralnie sterowanych ideologicznie inwestycji. Wszystko zgodnie ze scenariuszami kryzysów pisanymi prawie 100 lat temu przez wyklętych i przestarzałych Misesów, Hayeków i im podobnych. W Polsce stopy procentowe są też za niskie, ale wyraźnie wyższe niż w strefie euro, więc chyba jest jasne, że keynesiści będą chcieli wejść do euro, nie? Ciekawe, że nie tylko oni.