Gospodarka

Nędza algorytmów, czyli jak ekonomiści z Davos prowadzą nas w przepaść

Dzisiejsi ekonomiczni optymiści często ignorują popytową stronę gospodarki – tj. kwestię, czy na nowe, lepsze i bardziej dopasowane produkty znajdzie się wystarczająco dużo kupców. Nie wszyscy zostaną gwiazdami Youtube czy wybitnymi sportowcami, nie każdy i nie każda założy warty wiele milionów start-up.

Niedawno zakończony szczyt ekonomiczny w Davos komentowano u nas głównie pod kątem polskich akcentów. Nie sposób zresztą było nie odnotować wyjątkowo niekorzystnego tonu, w jakim rozdawany uczestnikom „Wall Street Journal” pisał o Polsce: jak o jednym z głównych europejskich szkodników (trouble maker countries).

Szkalowanie rządu PiS było jednak tematem marginalnym. Głównym przedmiotem refleksji zgromadzonych w szwajcarskim kurorcie polityków i superbogaczy była bowiem – tradycyjnie – przyszłość. Z wystąpień i otwartych dyskusji wynika, że uczestnicy zgodzili się co do spraw zasadniczych: losy świata w XXI ukształtują kolejne zdobycze techniki. Jeszcze sprawniejsze i bardziej powszechne smartfony, internet rzeczy, autonomizacja maszyn i sztuczna inteligencja, dalsze postępy w neuronaukach oraz nano-i-bio-technologia. Najgorętsze spory wśród dyskutantów dotyczyły zagrożeń dla polityki wolnego handlu, podniesienia stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną, tego, czy współczesne państwa narodowe mają przed sobą przyszłość oraz tego, czy uda się zahamować bańkę na rynkach kryptowalut, czy może sektor IT skutecznie wyprze banki z decydowania o losach świata.

Oto dlaczego bitcoin nie będzie walutą przyszłości

Jeśli pominąć kwestie związane z bieżącą polityką międzynarodową (zmiana roli USA, ryzyko schyłku panowania wolnego handlu, wzrost nacjonalizmów i radykalizacja społeczeństw) agenda i wnioski z tegorocznego szczytu odpowiadają myślom, które w wydanej w 2016 roku książce pt. Czwarta rewolucja technologiczna zawarł Klaus Schwab.

Założyciel i organizator Światowego Forum Ekonomicznego w Davos pisał w niej, że po trzeciej fali rewolucji przemysłowej (globalizacja, komputery, internet…) wkroczyliśmy w kolejną fazę lawinowych zmian cywilizacyjnych. Według Schwaba największymi wygranymi najbliższych dekad będą dwie grupy: innowacyjni biznesmeni oraz ich konsumenci. Ci pierwsi mogą spodziewać się nowych przestrzeni dla dochodowych inwestycji, ci drudzy mają móc korzystać z jeszcze tańszych i bardziej spersonalizowanych produktów.

Nie matura, lecz kryptowaluta zrobi z ciebie milionera

Autor przytomnie zauważa jednak, że pogłębiać będą się zjawiska takie jak rosnące nierówności ekonomiczne i społeczne, dalsze niszczenie środowiska naturalnego czy spadek znaczenia państw narodowych, których możliwości wpływania na politykę globalnych korporacji cyfrowych będą coraz mniejsze. Automatyzacja i robotyzacja będą stale wywierać presję na pracowników, likwidując miejsca pracy z przeróżnych sektorów.

Roboty zabiorą nam (co najmniej) pracę

I choć Schwab pisze, że w optymistycznym wariancie masowe migracje i zmiana w strukturze zatrudnienia poprawią (!) warunki i satysfakcję płynącą z pracy, to w ostatnich latach wyraźnie widać, że polityka swobodnego przepływu pracowników między regionami biedniejszymi a zamożniejszymi budzi coraz częstszy sprzeciw społeczeństw tradycyjnie uznawanych za zamożne.

Przyszłość już była

Jednym z tematów, który w tym roku budził najwięcej uwagi, była rola sztucznej inteligencji. W podsumowaniu głównych tematów szczytu AI pojawiała się w różnych kontekstach: rywalizacji sektora bankowego z korporacjami IT, automatyzacji pracy, czy, co najciekawsze, w perspektywie szerszego wykorzystania algorytmów przy podejmowaniu decyzji inwestorskich. Nad tym ostatnim punktem warto się zatrzymać.

Globalny podsłuch czy tylko kapitalizm? O co chodzi z dziurami w procesorach?

W lipcu ubiegłego roku portal Bloomberg opisał historię z 2009, kiedy to ówczesny redaktor biznesowy tego tytułu przekonał założyciela i szefa firmy doradczej Quid, aby ten wykorzystał jego oprogramowanie do wskazania – za pomocą inteligentnych algorytmów – 50 przedsiębiorstw, w które mają być „skazane na sukces”. Okazało się, że wskazana przez maszynę lista była tylko nieznacznie gorsza od najlepszego stworzonego przez ludzi portfela najbardziej dochodowych firm w tym okresie.

Kolejna faza eksperymentu – tym razem systemy Quida wskazały aż 50 tysięcy firm – pozwala na zmapowanie biznesów przyszłości. Ich lista obejmuje branże takie jak: rozszerzona rzeczywistość, internet rzeczy i inteligentne domy, drony i samochody bezzałogowe, digitalizacja edukacji czy technologie kosmiczne.

Magia liczb. Dlaczego nie ufamy ekonomistom, choć czasem powinniśmy?

Sposób, w jaki „inteligentne” maszyny dziś wskazują zwycięzców jest precyzyjny, ale też niezwykle konserwatywny. Na podstawie dostępnych danych o źródłach finansowania i wynikach okresowych firm projektuje się dalszy rozwój sektorów i gospodarek. Innymi słowy, w takim modelu przyszłość jest prostą kontynuacją przeszłości. Zmiany modelów biznesowych, rewolucje paradygmatyczne czy inne scenariusze alternatywne nie są możliwe.  Nasza przyszłość będzie więc „inteligentna”. takim sensie, w jakim algorytmy i maszyny są inteligentne już teraz.

O skutkach tej „inteligencji” mogliśmy się przekonać w pierwszych dniach tego miesiąca. Tylko jednego dnia nastąpiły gigantyczne spadki na giełdach (indeks Dow Jones zanurkował o 1100 pkt (4 proc. wartości), w efekcie czego w kilkanaście godzin ze świata wyparowało około 4 bilionów dolarów.

Inna ekonomia jest możliwa?

Choć nie wiadomo jeszcze, jak głębokie będą konsekwencję tego załamania, już wskazuje się pierwszych winnych. Według ekspertów za panikę odpowiedzialne są… prowadzące transakcje, autonomiczne programy do hypertradingu, które zapoczątkowały falę wyprzedaży bez istotnego dla nas, ludzi, makroekonomicznego czy politycznego powodu. To dobry przykład na logikę działania rozproszonych, rywalizujących ze sobą algorytmów: działając zgodnie z zasadami teorii gier podejmują one działania, których efekty są korzystne z punktu widzenia kodu, a nie interesów ludzi.

Kapitalizm nie potrzebuje (już) najemników

Historyczny sukces kapitalizmu – fakt, że w większości miejsc na świecie zastąpił feudalno-agrarny sposób organizacji społeczeństwa – nie byłby możliwy, gdyby nie poparcie od ludzi, którzy widzieli w nim szanse na polepszenie swojej sytuacji życiowej.

Wokulscy tego świata – zubożała szlachta, bogaci chłopi, czy przedsiębiorczy przedstawiciele mniejszości etnicznych i religijnych w XVIII i XIX wieku widzieli w nim szansę na uzyskanie nowej, lepszej pozycji społecznej. W XX wieku drogą do awansu klasowego była edukacja – to dzięki powszechnemu szkolnictwu i elitarnym, ale dostępnym nie tylko klasie wyższej uniwersytetom kolejne pokolenia miały szansę na wydobycie się z biedy, czy zabezpieczenie siebie i bliskich na przyszłość. Rewolucja neoliberalna zapoczątkowana w latach 70. także miała swoich bohaterów: maklerów i doradców inwestycyjnych, wysokiej klasy specjalistów i zawodowych menedżerów i konsultantów, prawników, księgowych czy doradców („optymalizatorów”) podatkowych. Dzięki morderczej pracy, wielkiemu zaangażowaniu i wierze w sukces indywidualny tych „stachanowców kapitalizmu” możliwe było powstanie i rozwój dzisiejszych największych fortun i korporacji.

Obecny kierunek zmian technologiczno-gospodarczych sugeruje, że ich czas dobiega końca. Szanse na odniesienie finansowego sukcesu w tych profesjach będą systematycznie spadać. W dobie automatyzacji i robotyzacji nawet i te – i tak przecież dostępne nielicznym – indywidualne strategie wspinania się po drabinie społecznej mogą okazać się przestarzałe. Tę samą, w dużym stopniu analityczną i zdehumanizowaną pracę wykonywać mogą przecież algorytymy i maszyny. Jednocześnie świat, w którym decyzje inwestycyjne podejmują nie-ludzkie programy, nie potrzebuje armii dobrze opłacanych specjalistów.

Nie wypruwaj sobie żył w pracy – i tak nic z tego nie będzie

Logika i tempo wzrostu globalnych nierówności sugeruje, że zapotrzebowanie na do niedawna prestiżowe i wysokopłatne posady będzie maleć. Kolejne grupy ludzi będą doświadczać, jak spada ich poziom życia – także wśród dotychczasowych beneficjentów systemu. Z punktu widzenia polityki oznacza to, że partie antysystemowe i radykalne mają przed sobą świetlaną przyszłość.

Kto za to zapłaci?

Dzisiejsi ekonomiczni optymiści często ignorują popytową stronę gospodarki – tj. kwestię, czy na nowe, lepsze i bardziej dopasowane produkty znajdzie się wystarczająco dużo kupców. Informacje płynące z wielu branż zachodnich gospodarek – od sektora motoryzacyjnego, przez kamienie szlachetne po kawiarnie i restauracje – pokazują, że młodsze pokolenia po prostu nie udźwigną zakładanej przez dzisiejszych ekspertów skali wydatków, która gwarantowałaby stabilny wzrost gospodarczy.

Millenialsi i przedstawiciele pokolenia „Z” w krajach rozwiniętych znajdują się po niekorzystnej stronie słynnej „krzywej słonia” Branko Milanoviča: przedstawiciele szeroko rozumianych „nieposiadaczy”, tj. klas niższych i średnich mogą spodziewać się dalszej stagnacji zarobków, co przy rosnących kosztach życia (ceny nieruchomości, wynajmu, czy skorelowane z PKB ceny energii) spowodują, że ich szanse na utrzymanie pozycji społecznej pokolenia ich dziadków i rodziców wydają się nikłe, o awansie nie wspominając. Nie wszyscy zostaną gwiazdami Youtube czy wybitnymi sportowcami, nie każdy i nie każda założy warty wiele milionów start-up.

Od kilku dekad w imię „elastyczności” rozmontowywane są regulacje rynku pracy, spada liczba członków  i słabną uprawnienia związków zawodowych. Obecnie powoduje to m.in. wolniejsze tempo wzrostu wynagrodzeń nawet w okresie wzrostu gospodarczego. W stale rosnącej gig economy, czyli gospodarce wykonu (fajniejsza nazwa prekariatu), jeszcze więcej spośród nas będzie żyć od pierwszego do pierwszego, względnie do trzeciej niespłaconej raty. Rozwój sztucznej inteligencji i inne trendy technologiczne w ramach dotychczasowej logiki biznesowej będą eliminować kolejne miejsca pracy. To, czy cyfrowi bezrobotni znajdą nowe, bardziej przyszłościowe miejsca pracy, wcale nie jest oczywiste. Przekwalifikowanie i zmiana miejsca pracy bywają bowiem trudne i kosztowne, a do tego wymagają sprawnej polityki publicznej i współpracy biznesu. Trzeba być wielkim optymistą, aby liczyć, że decydenci staną na wysokości zadania.

Dość już tej pracy. Pora się w życiu zabawić

Spadający udział płac w PKB, większa niestabilność zatrudnienia czy wzrost kosztów życia sprawiają, że dotychczasowy model rozwoju gospodarczego nie jest stabilny. Narastające rozwarstwienie oraz koncentracja władzy ekonomicznej i politycznej – w Davos nowe cyfrowe monopole, m.in. Google’a i Facebooka, krytykował nawet George Soros – w rękach międzynarodowych firm z sektora IT także pogorszą, a nie polepszą sytuację.

W końcu w gospodarce internetowej jest miejsce tylko na jedną przeglądarkę, jeden portal społecznościowy czy, już niedługo, jeden sklep (Amazon). W warunkach skrajnego rozwarstwienia zrywają się więzi społeczne i załamuje wiara w instytucje publiczne. Przy takim scenariuszu wydaje się dobiegać końca także stukilkudziesięcioletni eksperyment z opartą na zasadzie równości obywateli demokracją. Jeśli dodamy do tego prognozy na temat stanu środowiska naturalnego i surowców to widać, że najbardziej radykalnym i czarnym scenariuszem na przyszłość byłaby kontynuacja status quo.

Co robimy źle

W 1943 roku w eseju Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia przebywający wówczas w Wielkiej Brytanii Michał Kalecki z dużą dokładnością opisał mechanizmy, które wyznaczały kierunki rozwoju gospodarczego świata w XX wieku. Jedna z kluczowych obserwacji polskiego ekonomisty dotyczyła problemu, który pojawia się w gospodarkach z nieznacznym bezrobociem. Choć pełne zatrudnienie i wzrost płac pracowników są korzystne dla biznesu – większe zarobki to większy popyt zagregowany, a siła nabywcza konsumentów przekłada się na zyski firm – to przedsiębiorcy są im niemal zawsze przeciwni. Dlaczego?

Decydują o tym kwestie psychologiczne. W warunkach niemal pełnego zatrudnienia słabnie bowiem polityczna, społeczna i symboliczna pozycja pracodawców, którzy nie mogą straszyć pracowników „dziesiątkami osób, które czekają na wasze miejsce”. Dodatkowo wraz z optymizmem pracowników wzmaga się tempo inflacji – co dla osób, które mają znaczne oszczędności oznacza, że ich realna wartość z czasem spadnie. Analogiczny mechanizm psychologiczny widać w Polsce wśród osób krytycznych wobec programu „Rodzina 500+” – wielu osobom doskwiera to, że niektórzy „za darmo” dostają to, na co „normalnie” trzeba się ciężko napracować.

Dziś podobnej argumentacji dostarcza wizja nadchodzących robotów. Entuzjazm, z którym przedstawiciele biznesu w Davos mówią o zyskach płynących z automatyzacji pracy – także tej do niedawna elitarnej – pokazuje, że słowa Kaleckiego zachowują aktualność także w XXI wieku. Wraz ze wzrostem możliwości obliczeniowych połączonych w globalne sieci procesorów i przy braku skutecznej regulacji monopoli na poziomie krajowym i międzynarodowym, podział na osoby żyjące z kapitału i pracy jeszcze bardziej się zradykalizuje i będzie działał w interesie coraz mniejszej liczby osób. A przecież wszyscy powinniśmy cieszyć się zdobyczami technologii – to, że obecnie wybieramy wariant „zastąpić” zamiast „usprawnić”, lub „tworzyć nowe” świadczy o kryzysie intelektualnym, w jakim znalazł się współczesny kapitalizm. Jeśli nasze społeczeństwa nie będą potrafiły skutecznie upominać się o zmianę sposobu, w jaki korzystamy z rozwoju technologicznego, dalej będziemy zmierzać w stronę politycznej, gospodarczej i ekologicznej katastrofy.

Nowa generacja rentierów. Evgeny Morozov o cyfrowym kapitalizmie, danych i smart cities [WYWIAD]

Bio

Filip Konopczyński

| Fundacja Kaleckiego, Instytut Myśli Demokratycznej
Współzałożyciel, członek zarządu i analityk Fundacji Kaleckiego. Prawnik i Kulturoznawca, absolwent MISH UW. Publikował m.in. w Gazecie Wyborczej, Krytyce Politycznej, Przekroju, Oko.press, Newsweeku, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej. Współpracownik i doradca ds. międzynarodowych Instytutu Myśli Demokratycznej powołanego przez Roberta Biedronia.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Pamiętam, że jak zwoływano Kongres Kobiet by przyklepywał projekty ustaw PO, to każda kobieta mogła zostać przebojową businesswomanką, albo chociaż liczyć na miejsce w radzie nadzorczej spółki giełdowej. Piękne czasy równouprawnienia, fajnie powspominać.

  2. Mądry i pouczający artykuł, z którego tezami trudno się nie zgodzić. Polskie życie publiczne zdomonowane jest przez humanistów bujających gdzieś w obłokach i myślących przeważnie kategoriami czasów minionych.
    Na nasze życie nigdy jeszcze, tak jak dziś, nie miały wpływu nowe technologie. To własnie one powodują zmiany spoleczne, gospodarcze na które własciwie nie mamy wpływu, możemy się do nich lepiej lub gorzej dostosować.
    Postęp techniczny (obserwując róże dziedziny) nie odbywa się w sposób ciągły (jako stopniowa ewolucja) ale skokowy. Pewne technologie rodzą się jako nowe, są przez kilkadziesąt lat udoskonbalane, a potem umierają i są w dość krótkich okresach czasowych zastęopowane przez nowsze itd itd itd (przykład zapis dźwięku – płyta winylowa, taśma magnetofonowa, CD/DVD, zapis cyfrowy)
    Wprowadzanie kolejnych technik (bo moim zdaniem używanie terminu technologii nie do końca jest uprawnione) powoduje określone zmiany i perturbacje w kolejnych branżach, a co za tym idzie ma wpływ na losy ludzi w nich zatrudnionych.
    Na potwierdzenie tez pokazanych w artykule niech przytoczę tu branżę motoryzacyjną. W ciągu ostatnich kilkunastu lat swoją pozycję na rynku wzmocniły firmy produkujące auta marek premium zaś producenci aut (dla przeciętnych osób z klasy średniej czu niższej średniej) borykają się z barierami popytu, są narażone na przejęcia, (Opel) wymagały dużego finansowego wsparcia ze strony państwa (PSA – Citroen Peugeot) czy interwencyjnego przejęcia w celu ratowania przed totalnym bankructwem (GM – jeszcze 10 lat temu największy koncer świata) .
    I tak koło się zamyka bo maleje w szybkim tempie liczba miejs pracy z płacamiu na poziomie średnim, zaś rosie liczba miejsc pracy wysokospecjalizowanych i dobrze płatnych ale i tych najniżej płatnych. Tylko, że liczba tych najniżej płatnych nawet w krajach wysoko rozwiniętych rośnie znacznie szybciej niż miejsc wysokopłtnych. Swego czasu czytałem taki raport w jakieś poważnej niemieckiej gazecie rozdawanej na lotnisku we Frankfurcie.
    Nawet jednak te duże i wydawało by się stabilne koncerny patrzą w przyszłość z niepokojem i szacują , że zmiany które wywrócą rynek nie nastąpią w ciągu 20-30 lat ale mogą nastąpić w ciągu 5 lub nawet szybciej. (takim wyzwaniem jest np. elektromobilność) .
    Niektóre technologie, które wydają się być na razie w powijakach i mają zastosowanie na razie w wąskich dziedzinach, kiedy dojrzeją mogą przewrócić całe życie wielu wielu ludzi (już dziś pracuje się np nad budową domów, czy wytwarzaniem nadwozi pojazdów technologią drukowania 3D) Wdrożenie jej na szerszą skalę + carscharing może w szybkim tempie spowodować, że ogromne fabryki zamienią się w niepotrzebną nikomu do niczego kupę złomu w ciągu krótkirgo czasu (tak jak w kupę złomu zamieniły się uruchomione na przełomie lat 70 i 80 zakłady produkcji kineskopów kolorowych Polkolor w Piasecznie)

  3. Nie da się budować kapitalizmu proponując jednocześnie skrajną socjalizację systemu, wtedy to będzie już socjalizm, a problem z obecną lewicą jest taki, że nie bardzo dziś wierzy w wyższość socjalizmu i gotowa byłaby brać za niego odpowiedzialność, a więc pozostaje kopanie kapitalizmu, które we większości przypadków jest czystym malkontenctwem i jest dość jałowe.

    Praktyka wielu krajów nie potwierdza tak pesymistycznych tez Kaleckiego i dla większości firm tym głównym czynnikiem jest rozwój i popyt, natomiast we większości branż, firm utrzymanie dyscypliny kosztowej jest koniecznością i najczęściej jest zarówno ktoś, kogo gonimy z przodu jak i ktoś za nami z tyłu, który nas podgryza niższymi kosztami pracy.

    Zmiany technologiczne przyniosą głównie korzyści firmom i krajom, które je wdrożą i będą dysponowały technologiami, na tym polega kapitalizm, że daje ogromną premie za sukces, wprowadzone innowacje i podejmowane ryzyko. Nie mniej wizje automatyzacji pracy są obecne co najmniej od 30 kilku lat – pojawiły się bardzo mocno w końcu lat 80-tych na bazie sukcesu gospodarki Japonii, ale patrząc na „mądrość” algorytmów Google, Facebooka, które potrafią wyłączyć stronę o rowerach, bo za często pada tam słowo „pedał” są to wizje skrajnie optymistycznego rozwoju technologii.

    Bardzo trudno umieścić algorytm w pewnym kontekście spraw, śmiem twierdzić, że jest to równie trudne jak umieszczenie redaktorów Krytyki Politycznej w kontekście realnej polityki.