Gospodarka

Czy Jarosław Kaczyński jest neoliberałem?

Ci z lewej opisują nowego premiera jako „bankiera neoliberała”, a ci z liberalnego centrum – jako „tego socjalistę od 500+”. Jak więc jest naprawdę? Rządzą nami neoliberałowie czy socjaliści?

Polityczki lewicy i liberalnego centrum mają zwykle wyraziste, łatwo identyfikowalne poglądy na politykę gospodarczą. Na przykład, dla wszystkich jest jasne, że Adrian Zandberg chce aktywnej roli państwa na rynku pracy, a Leszek Balcerowicz przeciwnie. Co więcej, Zandberg i Balcerowicz zgadzają się, że Balcerowicz jest liberałem (przy czym w tym eseju przez liberalizm rozumiem europejski liberalizm gospodarczy, i pomijam jego inne warianty, na przykład liberalizm polityczny w wydaniu anglosaskim). Ale jakie poglądy ekonomiczne mają przedstawiciele polskiej prawicy z nurtu religijno-konserwatywno-narodowego, politycy, którzy przewinęli się przez PiS, AWS, PC, czy prawe skrzydło PO? Jak wyobrażają sobie rolę państwa w procesach gospodarczych tacy ludzie jak Jurek, Ziobro, Niesiołowski, Kaczyński, a wcześniej Krzaklewski, Goryszewski czy Olszewski?

Nie ma jednej ekonomii

Lewica i liberałowie zgadzają się co do istoty własnych poglądów gospodarczych, ale wyraźnie się różnią przy identyfikacji poglądów prawicy. Lewica lubi przypisywać prawicy neoliberalizm (na przykład wypominając rządowi Marcinkiewicza obniżkę składki rentowej), a liberałowie – socjalizm (ten sam rząd próbował wprowadzić tak zwane becikowe). Pytanie o przyczynę tej niezgody jest ciekawe szczególnie w kontekście wydarzeń ostatnich dni, kiedy premierem został Mateusz Morawiecki. Moi znajomi z lewej opisują Morawieckiego jako „bankiera neoliberała”, a ci z liberalnego centrum – jako „tego socjalistę od 500+” (chwalebny wyjątek to celny tekst Filipa Konopczyńskiego). Jak więc jest naprawdę? Rządzą nami neoliberałowie czy socjaliści?

Największym zagrożeniem dla Morawieckiego jest PiS

Poprawna odpowiedź jest szokująca i dla liberałów, i dla lewicy: ani neoliberałowie, ani socjaliści. Nie chodzi mi o to, że prawica jest gdzieś pośrodku pomiędzy liberalizmem a lewicą. Przeciwnie, prawica jest „ani” – w ogóle nie pasuje do tego spektrum.

Wspólny mianownik lewicy i liberalizmu to fascynacja gospodarką. Liberałowie pojmują wolną działalność gospodarczą jako jedno z ważnych źródeł osobistej samorealizacji i materialnego wyzwolenia. Spory w liberalizmie tyczą się tego, czy osobista przedsiębiorczość może czasami przynosić jakieś negatywne społecznie efekty uboczne, a jeśli tak, to w jakim stopniu państwo ma prawo ingerować w organiczne procesy gospodarcze kosztem indywidualnej wolności. Lewica w kapitalistycznych instytucjach własności i rynku pracy widzi raczej system, który tę indywidualną wolność przekuwa na opresję ekonomiczną, pozwalając wąskiej elicie replikować swoją polityczną dominację. Stąd na lewicy spór o to, czy kapitalizm znosić, czy reformować, jak dalekiej ingerencji w rdzeń kapitalizmu potrzebuje społeczeństwo, aby przełamać asymetrię władzy i majątku.

W obu wypadkach osią ideologii jest konkretna wizja procesów gospodarczych, wywodząca się z XIX-wiecznego namysłu nad rewolucją przemysłową i ekspansją kapitalizmu. Tymczasem polska prawica narodowa, ostatnio reprezentowana przez PiS, odwołuje się do zupełnie innych tropów z XIX wieku. Konkretnie, do polskiej tradycji romantyzmu. Tutaj głównym problemem jest wyzwolenie etniczne i religijne, wyzwolenie Polski z ucisku ortodoksyjnej Rosji i protestanckich Niemiec. Dla romantyka pytanie o politykę gospodarczą nie ma sensu, bo romantyk państwo musi dopiero wyszarpać zaborcom.

Dla Zandberga i Balcerowicza ekonomia jest istotnym elementem układanki politycznej. Gdyby zaprosić ich do debaty bez ustalonego tematu, z dużym prawdopodobieństwem otrzymalibyśmy gorącą dyskusję o gospodarce (której z chęcią bym posłuchał). Gdyby zaś przy jednym stole posadzić Kaczyńskiego i Jurka, najpewniej rozmawialiby o filozofii, teorii prawa i historii. Kaczyński w końcu jest emanacją polskiej prawicy, która nie myśli o gospodarce więcej niż, że „ma być silna, żeby państwo było silne”. Chodzi oczywiście o siłę jako jedność narodową i kulturową, polskość i katolicyzm. Najlepiej tę mentalność oddają słynne słowa Henryka Goryszewskiego: „Nie jest ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt. Najważniejsze, żeby Polska była katolicka.”

Spójrzmy na dwa przykłady tego podejścia: politykę historyczną i skład rządów PiS-u.

Politycy PiS-u, z oboma braćmi Kaczyńskimi na czele, fascynują się historią, chcą prowadzić politykę historyczną, i wykorzystują w tym celu instytucje takie, jak IPN. Ale zauważcie, jak małą rolę w tej historii zajmuje gospodarka. XIX wiek to walka z zaborcami, ale już nie industrializacja. Sukcesy gospodarcze II RP wspomina się w kontekście dumnego odrodzenia państwowości, a o porażkach wstydliwie się milczy. Dlatego Polska międzywojnia to Gdynia, którą zbudowaliśmy na przekór wrednym Niemcom (i nie wiadomo, czy w jakimś innym jeszcze celu), ale już nie wsie Mazowsza, Wołynia i Galicji, którym dopiero w latach 30. XX wieku budowano latryny (zwane sławojkami od imienia ostatniego premiera II RP). Kwiatkowski, COP, integracja kolei trzech zaborców, reformy Grabskiego, stanowią co najwyżej drugorzędne tło. Prawica skupia się na odzyskaniu niepodległości, Bitwie Warszawskiej, Kampanii Wrześniowej, żołnierzach wyklętych (których ostatnio mianowano na nowe lepsze powstanie warszawskie).

Podobnie z PRL prawica pamięta powtórkę walki z rosyjskim imperializmem (który zamienił obce prawosławie na bezbożny marksizm) i stan wojenny, ale już nie powojenną urbanizację, odbudowę Warszawy i innych miast, inwestycje w przemysł i kolejne kryzysy gospodarcze. Solidarność wspomina się jako opór przeciwko Jaruzelskiemu i Kiszczakowi, ale zapomina się o ekonomicznych postulatach porozumień sierpniowych. Chcecie zaszokować znajomych z PiS-u? Przypomnijcie im, że protesty z roku 1956, 1970, 1976 czy 1980 wybuchały raczej z powodu kiełbasy (np. w 1976 po zapowiedzi podwyżek cen jedzenia), a postulaty polityczne przychodziły później, kiedy robotników wspierała bardziej świadoma inteligencja. Sam kiedyś brałem udział w dyskusji z dobrze wykształconym zwolennikiem PiS-u, który nie wiedział, że PRL i cały blok radziecki zapadły się gospodarczo w latach 80., co istotnie przyśpieszyło ich delegitymizację i ostatecznie upadek.

Kiedy Jarosław Kaczyński formował swój pierwszy rząd (dla niepoznaki zwany rządem Marcinkiewicza), ministerialne teki zaofiarował ortodoksyjnie liberalnej Zycie Gilowskiej i ortodoksyjnie antyliberalnemu Andrzejowi Lepperowi. Sprzeczność ich poglądów gospodarczych przełożyła się na sprzeczne polityki: Gilowska obniżała składkę rentową, a Lepper walczył o publiczne środki dla rolników. Nie miało to żadnego znaczenia. Liczyła się czysta polityka: arytmetyka sejmowa i niechęć dwójki polityków do Donalda Tuska, głównego wroga Kaczyńskiego.

Podobnie w rządzie Beaty Szydło pierwszym ministrem finansów został Paweł Szałamacha, weteran Centrum im. Adama Smitha i przeciwnik podwyżek podatków, ale główny dorobek gospodarczy pani premier to największy program socjalny w historii III RP, czyli 500+. I znowu ta sprzeczność nie ma znaczenia. Szałamacha jest dobrze osadzony w strukturach politycznych prawicy Kaczyńskiego, a prawicowemu rządowi zdarza się czasem potrzebować ekonomisty do spisania budżetu. Z drugiej strony, głównym argumentem na rzecz 500+ nie była walka z biedą (stąd program ten nie dotrze do wielu samotnych rodziców), ale walka o przyrost demograficzny i o głosy w wyborach. W obu wypadkach konsekwencje gospodarcze (niski udział podatków w PKB na tle innych krajów Unii Europejskiej i wyraźny spadek skrajnego ubóstwa wśród dzieci) stanowią mimowolne efekty uboczne, a nie świadomy cel. Wyjaśnia to też ważną niespójność w samym wprowadzeniu 500+: z jednej strony to najbardziej odważne i socjalne posunięcie w polityce gospodarczej od lat, z drugiej to posunięcie punktowe, któremu nie towarzyszy odważna reforma całego systemu świadczeń społecznych – bo ten system dla Kaczyńskiego jest tylko środkiem do celów politycznych.

Zandberg: Morawiecki powinien wytłumaczyć się z konfliktu interesów

Kaczyński gospodarczo nie jest lewicowy czy prawicowy, ale właśnie „ani”, i nie prowadzi świadomej polityki gospodarczej. Dlatego jego rządy czasami „robią” rzeczy socjalne, a czasami liberalne, a często po prostu kontynuują politykę poprzedników. Liczą się niezależne od ekonomii układy personalne na Nowogrodzkiej, koniunktura polityczna w Polsce i w Unii Europejskiej. Z drugiej strony, niechęć do myślenia o gospodarce sprzyja, po pierwsze, przyzwyczajeniu do zastanych instytucji i metod polityki gospodarczej, a po drugie, do ignorowania gospodarczych skutków reform w innych obszarach polityki państwa. Wydaje mi się, że Morawiecki doskonale wpasuje się w tę rzeczywistość. W końcu to zakochany w specjalnych strefach ekonomicznych bankier, który zarazem napisał ładną prezentację w powerpoincie o aktywnej roli państwa w przemyśle (szerzej o tej niejednoznaczności Morawieckiego pisał Filip Konopczyński we wspomnianym wcześniej tekście). Ale to też oznacza, że w polityce gospodarczej czekają nas kolejne lata dryfu: braku głębszych reform i nieprzewidywalnego „ani”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Jak czytam na lewicowych łamach przytyki do SSE to aż coś mi się robi. SSE to wbrew lewicowej narracji nie jest przede wszystkim pole do unikania podatków tylko szansa na wyrównanie poziomu rozwoju regionów zapoznionych gospodarczo. Kłania się perspektywa warszawskiej kawiarni. Obserwowałem jedna takich stref od momentu powstania, bo mieszkam w sąsiedztwie w małym mieście i wiem ile tysięcy miejsc pracy dzięki niej powstało. I wcale nie za groszowe pensje. Straszne jest to doktrynerstwo z perspektywy warszawki dla której kilka zakładów w jedna czy druga stronę nie robi różnicy. Halo, tu ziemia, Polska tak nie wygląda!

    1. Szkoda tylko, że budują te SSE w już rozwiniętych i popularnych inwestycyjnie miejscach, bo bliżej i taniej, a pomijają te naprawdę potrzebujące zastrzyku.

  2. Kaczyński jest rasowym faszystą. Niczym więcej.

    Pytanie: Czy Hitler i Mussolini byli neoliberałami?

  3. Przed chwilą przeczytałem też artykuł w Wyborczej sobotniej niejakiego pana Skalskiego. Heh, widzę że pan Sierakowski staje się maskotką GW i będzie przedstawicielem polskiej lewicy z błogosławieństwem GW, żeby to nie był pocałunek śmeirci 🙂 Trochę w takim razie mniej mnie dziwią ostatnie dziwne artykuły na KP, jak widać pewnie frot się trochę tutaj zmienia 🙂 Artykuł w sumie dość ciekawy, bo widać jednak, że po stronie liberalnej jest dość spora obawa przed lewicą, a to dobrze, widać też nadal kompletny brak refleksji i wyciągnięcia wniosków z porażki, ale to mnie nie dziwi. Byłem trochę naiwny, że liczyłem, że PO po przegranych wyborach posypie głowę popiołem, dojdzie tam do zmian kadrowych i lekkiego skrętu politycznego bliżej centrum, tymczasem coraz mocniej okopują się po prawej stronie.
    Co do tego artykułu pana Skalskiego, to takie artykuły są tylko wodą na młyn dla mnie. Bo gdy czytam te wyrwane z kontekstu wypowiedzi osób związanych z lewicą, przedstawione tak by pasowały do wcześniej postawionej tezy, to tylko jeszcze bardziej nabieram niechęci do jakiegokolwiek Zjednoczonego Obozu i choć pewnie i tak bym na coś takiego nie zagłosował, to tacy publicyście jeszcze bardziej mnie w tym przekonaniu utwierdzają. Ogólnie rada pana Skalskiego dla lewicy jest taka, że lewica jest nieracjonalna, nie rozumie gospodarki, nic nie rozumie, myśli utopijnie i w ogóle to powinna schować sztandary, posłuchać mądrych i cudownych liberałów, którzy na wszystkim znają się najlepiej, stać się tacy jak oni i dzięki temu przestać im zagrażać. Cóż, mam nadzieję, że Razem, Nowacka, Biedroń, nie posłuchają takich rad i nie będą spełniać zachcianek liberałów.

    PS. Swoją drogą może jakaś polemika z tym artykułem na łamach GW w przyszłą sobotę? Może ktoś z lewicy byłby w stanie coś takiego zrobić? Choć nie wiem czy Wyborcza by to puściła, bo nie można teraz atakować PONowoczesnej 🙂 W każdym razie polemika by się przydała, bo to nawet nie chodzi o to, że ten pan tam przedstawił swoje poglądy ideologiczne, bo do tego ma prawo, problem jest taki, że tam jest sporo kłamstw, wypowiedzi wyrwanych z kontekstu, wypowiedzi cytowanych tak by pasowały pod wcześniejszą tezę, wypowiedzi sprzed paru miesięcy, które mają niby komentować to co dzieje się dziś. Ogólnie strasznie żenujący i słaby tekst.

    1. Też czekam na polemikę z tekstem Skalskiego, także ze względu na kłamstwa i przeinaczenia, bo tekst faktycznie żenujący.

    2. artykuł p.Skalskiego świadczy o bezsilności i frustracji, skoro nie można osiągnąć celu, to chociaż można opluć, p.Skalski nie jest zbyt oryginalny robi to co większość opozycji parlamentarnej czyli szuka chłopca do bicia w tej roli jak zawsze partia RAZEM, to już nawet nie jest głupie, to bardzo smutne

      1. Tekst pana Skalskiego jest polemiką z Żakowskim i w sumie facet może i nie lubi lewicy, Partii Razem, ale ma rację.
        Lewica i tak nie ma dziś siły i możliwości realizacji jakiejś swojej wymarzonej drogi, uczciwie nie ma na to mandatu społecznego, ba w jakimś stopniu stała się pisowskim wspólnikiem w waleniu w III RP, lansowaniu skrajnych głupot. To widać nawet na łamach Krytyki Politycznej – dziką miejscami radość z rządów PiS – macie źli neoliberałowie – nie słuchaliście nas dobrych ludzi lewicy – to macie rządy PiS – tylko umówmy się PO nie przegrała dlatego, że nie była Partią Razem, a Partia Razem nie wygra z PiS.
        Jest tam kapitalne odniesienie do piratów, którzy dokonują abordażu, to nie pora na spory o kierunek w jakim ma płynąć Polska, dwa lewica musi uznać, że PO, Nowoczesna, PSL to partie centrowe, nie skrajnie lewicowe, ale czy na prawdę ktoś chce się zakładać jak będzie wyglądać Polska po 8 latach rządów PiS ?

  4. Tak do 1/5 tekstu miałem nadzieję, że autor rozumie, o czym pisze. Okazało się jednak, że płonne nadzieje.
    Co jest dziwne.
    Skoro już bowiem zrozumiał, że prawica jest „ani”, to jakim cudem próbuje przykładać marksistowskie (liberalne, lewicowe) matryce do zjawiska i poprzez nie je tłumaczyć? Nic dziwnego, że wychodzą głupoty i niezrozumienie.

    Rzecz cała zasadza się w fundamentach, czyli w antropologii. Mówiąc w największym uproszczeniu- dla prawicy człowiek jest dzieckiem Boga, a dla lewicy jest zwierzęciem żyjącym w świecie, który powstał przez przypadek, a egzystencja nie ma sensu.
    To rodzi poważne konsekwencje. Podczas gdy lewica zastanawia się, jak sterować tym ludzkim bydłem, prawica stawia w centrum człowieka, jako obraz Boga. Toteż np. gospodarka pełnić ma rolę służebną wobec człowieka, umożliwić mu, własną pracą, rozwinięcie potencjału. Podczas gdy dla lewicy gospodarka ma zapewnić jako taki komfort egzystencjalny kaście poganiaczy niewolników.
    Sięgając jeszcze głebiej- prawica to katolicka rewolucja personalistyczna, a lewica to reakcja pogańska.
    Gdy ta oczywista prawda dotrze wreszcie do autora, możliwe będzie zrozumienie, co oznacza, że prawica jest „ani”.
    Raczej jednak nie zrozumie. Z prostej przyczyny. Lewica, to po prostu ciemnota. To cywilizacyjny regres z pozycji dziecka Boga, na pozycję zwierzęcia.

  5. Słowo neoliberalizm jest najbardziej nadużywanym na stronach Krytyki Politycznej, tymczasem można odwrócić pytanie i zapytać dokąd dziś ma zmierzać polska lewica, czy ma obalać kapitalizm i rozwalać dokonania III RP, które wbrew krytykom wcale nie są takie małe, co widać choćby po krajach ościennych, a w skali pewnego światowego bogactwa Polska przesuwa się do przodu, mam wrażenie, że wszyscy dokonali sobie jakiegoś masowego resetu pamięci i zapomnieli już jak żyli w PRL-u ich rodzice i nagle obudziliśmy się z oczekiwaniem rodem ze Szwajcarii, czy Luksemburga, ale i tam jest rozwarstwienie społeczne – więc chyba nawet to za mało.
    Jarosław Kaczyński i PiS nie ma odwagi dokonywać rewolucji gospodarczej, ale to być może świadczy o tym, że nawet on jest mądrzejszy i pewnych obszarach bardziej trzeźwy, niż młoda polska lewica, która wraca dziś do marksizmu.

    1. Między obalaniem kapitalizmu, a neoliberalizmem jest ogromna masa przestrzeni, więc na pewno nie jest tak, że istnieje wybór typu albo-albo. Ja osobiście nie mam poglądów, które byłby za obaleniem kapitalizmu, ale oczywiście nie podoba mi się kapitalizm tak jak teraz, kapitalizm musi mieć założony kaganiec i tyle. Tak więc ja jestem za reformami, z zachowaniem kapitalizmu, ale żeby to był kapitalizm pod kontrolą. Dla mnie drogą środka jest socjaldemokracja i w takim kierunku uważam, że powinna iść lewica. Nie wiem gdzie ta młoda lewica niby ma cel dokonania rewolucji gospodarczej i wraca do marksizmu, ale z drugiej strony takie stereotypy, które padają np. na stronach GW mnie już nie dziwią. Choć dziwne, że zmiany jakie proponuje np. Razem, które w większości są normą na Zachodzie u nas są postrzegane jako jakieś rewolucje gospodarcze 🙂 Dziwne też, że to co proponuje coraz więcej znanych, światowych ekonomistów, często jeszcze parę lat temu o poglądach neoliberalnych, w Polsce też pewnie będzie uchodzić za rewolucję gospodarczą. Mam wrażenie, że niektórzy zafiksowali się na tym, że nowa lewica w Polsce chce nam tu zrobić rewolucję komunistyczną 🙂 Ale w sumie co się dziwić, skoro nawet niby poważni i wykształceni ludzi mówią o Razem – komuniści? Tutaj ja akurat mam wrażenie, że niektórzy zamiast podchodzić do programu i propozycji racjonalnie, to na nową lewicę w Polsce rzucają jakieś swoje chciejstwa i wyobrażenia, które są takie tylko dlatego, że patrzą z pozycji neoliberalnych, liberalnych, dla których nawet lekkie zmiany i takie propozycje jak np. progresja podatkowa, są niczym zamach stanu i rewolucja październikowa 🙂

      1. Razem jest pierwszą partią po 1989 roku, która tak mocno atakuje reformy, kapitalizm i osiągnięcia III RP, owszem była wcześniej Samoobrona, ale w jej przypadku nie było to tak nacechowane ideologicznie, a raczej Lepper był pewnym ludowym trybunem.
        Polskie problemy nie wynikają do cholery z żadnego neoliberalizmu, takiej czy innej ideologii, a są po prostu skutkiem takiego, a nie innego etapu rozwoju gospodarczego, niskiego poziomu bogactwa, ale nie jest tak, że można wskazać na przeciw Polski kraj o podobnym poziomie rozwoju, gdzie byłyby mniejsze problemy socjalne, byłby instytucjonalnie lepszy i osiągał sukces za sprawą polityki skrajnie lewicowej, radykalnych podatków nałożonych na kapitał, osoby najbogatsze itd.
        Żali się pan, że Razem jest określane mianem komunistów, gdy słowo neoliberalizm jest tu totalnym epitetem, gdzie ten przedrostek neo – ma charakter pejoratywny, nie da się kontrolować kapitalizmu, całej gospodarki, wszystkich procesów i nawet skandynawska lewica już dziś tego nie robi. Dwa stara się jakoś równoważyć wydatki socjalne z inwestycyjnymi, a dzieje się w to krajach kulturowo i społecznie bogatszych, również o to wszystko co nazwiemy pewną kulturą kapitalizmu w zakresie kreacji produktów, usług i to często w skali globalnej, a wymaganie tego samego od nas dziś jest absurdem.
        O jakiej progresji podatkowej pan piszę i o jakiej mówi Partia Razem ? Większość Polaków płaci wyższe podatki, niż płaciłaby w krajach UE, gdzie często ich dochody byłyby w kwocie wolnej, nawet osoby wchodzące w wyższy próg w większości osiągają jak na UE dochody raptem średnie, mamy nieliczną grupę specjalistów, prezesów, top managerów, sportowców, czy artystów, którzy osiągają rzeczywiście wysokie dochody, ale Kulczyk, młody Gudzowaty czy inni miliarderzy nie maja do cholery w większości dochodów objętych PIT.
        Czytałem program Partii Razem i mamy tam demagogię, gdzie da się rzekomo przerzucić wszystkie koszty finansowe na ludzi bogatych, choć jest chyba oczywiste dla każdego praktyka życia gospodarczego, że realne wpływy z podatków rzędu 75 procent byłyby żadne, bo ludzie po prostu by tych dochodów nie osiągali, zmieniali formę funkcjonowania, uciekali do rajów podatkowych, którymi w tym wypadku były kraje ościenne w UE. Efekt psychologiczny, mentalny i postrzeganie państwa Polskiego po takich zmianach byłoby oczywiście totalnie negatywne.
        Sukces finansowy jest oczywiście rzeczą stosunkowo rzadką, ale w moim odczuciu dalej pożądaną, a nie czymś co należy zwalczyć, zadeptać w imię źle rozumianej idei solidaryzmu społecznego, gdzie trochę jak w Grecji większość bogatych przedsiębiorców na stałe mieszka w Szwajcarii, całość ich biznesu raczej funkcjonuje po za Grecją. Jest to nie tyle polityka walki z biedą, co walki z bogatymi, gdzie na końcu ponoć biedy ma być mniej, choć wszystkie do tej pory podobne wysiłki nie potwierdzają skuteczności tej praktyki.
        W Polsce nie da się podwyższać podatków, bez jakiegoś elementarnego naprawienia państwa i poprawy jakości usług publicznych, dwa do jakiegoś elementarnego rozwoju Polska potrzebuje niższych podatków, niż skrajne przykłady w UE, bo raz jesteśmy krajem, który ciągle musi raczej ten kapitał kusić i ściągać, dwa jakość funkcjonowania państwa, instytucji, życia gospodarczego jest u nas niższa, więc czymś trzeba to równoważyć.
        Wiele zjawisk na rynku pracy ma charakter globalny, fundamentalny, a nie ideologiczny, zmiana nie polega na tym, że My chcemy
        i będziemy stukać nóżką, ty zły kapitalizmie rób to co chcemy, bo jak nie to…. To absurd, albo pewne rozwiązania trafią w punkt, albo nie, a problem nie sprowadza się do Sebastiana Kulczyka i jego miliardów jak można by wnioskować z memów Razem – które wiele mówią o poziomie środowiska. Kto będzie następnym celem ataków Lewandowski i Małysz ?