Gospodarka

Czy czeka nas emerytalna katastrofa?

Emerytury

Nie oczekujmy od systemu emerytalnego, że naprawi wszystkie błędy rynku pracy, polityki opieki. Krzysztof Hagemejer i Michał Polakowski polemizują z raportem Fundacji Kaleckiego „Jak uniknąć katastrofy? Perspektywy polskiego systemu emerytalnego.”

Funkcjonowanie polskiego systemu emerytalnego jest przedmiotem dyskusji zataczającej coraz szersze kręgi. Propozycje zmian padały ze strony środowisk tak liberalnych, jak i lewicowych, również rząd Prawa i Sprawiedliwości aktywnie wziął udział w tej debacie. Obniżenie wieku emerytalnego zostało już wprowadzone w życie, natomiast los pozostałych środków z OFE jest jeszcze niewiadomą.

Jak uratować nasze emerytury?

Tekst Dariusza Standerskiego (i raport Fundacji Kaleckiego, którego współautorem jest Filip Konopczyński) przedstawiają polski system emerytalny, a ściślej mówiąc jego część obsługiwaną przez ZUS, jako zmierzający do nieuchronnej katastrofy. Odpowiedzią na ryzyko tej katastrofy ma być propozycja „zmiany systemowej” poprzez wprowadzenie emerytury obywatelskiej i „wspieranego instytucjonalnie przez państwo” elementu dobrowolnego oszczędzania na starość. Wydaje się, że o ile intencje autorów są jak najbardziej słuszne, o tyle ich diagnoza „katastrofy” jest nie do końca trafiona, a przedstawione recepty nie spowodują, że system emerytalny jako taki przestanie być mniej kosztowny.

Zacznijmy od paradoksu. W każdym systemie emerytalnym tkwi wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony system emerytalny powinien być stabilny, bo to jedyny sposób, aby zbudować zaufanie do instytucji nim zarządzających. Ono z kolei jest niezbędne, by skłonić uczestników systemu do płacenia składek przez kilkadziesiąt lat, czego rezultatem byłaby adekwatna emerytura. Z drugiej strony systemy emerytalne muszą ulegać częstym zmianom, by dostosować je do zmieniających się warunków: demograficznych, rynku pracy czy koniunktury gospodarczej, ale również do zmieniających się poglądów społeczeństwa na to, czy i jak gwarantować najstarszym jego członkom bezpieczeństwo dochodowe na starość.

Źródła obecnych problemów finansowych systemu emerytalnego

Reforma emerytalna opracowana w latach 1996-1998 i wprowadzana od 1998 roku, łącząca ściśle wysokość emerytur z zarobkami z przeszłości i eliminująca w znacznym stopniu redystrybucję – a przede wszystkim ochronę osób o krótkim stażu i niskich zarobkach – cieszyła się przed kilkunastu laty znaczącym poparciem. Inna sprawa, że to poparcie wynikało częściowo z niepełnej wiedzy o celach i skutkach takiej reformy.

System emerytalny to neverending story

Koncepcja reformy z 1998 roku była wewnętrznie spójna, a jej celem było radykalne obniżenie świadczeń tak, by nawet w sytuacji niekorzystnych zmian demograficznych nie potrzebne było podnoszenie składek i podatków niezbędnych do sfinansowania przyszłych emerytur. Zbilansowanie – lub nie – jakiegokolwiek systemu emerytalnego zależy tak naprawdę od kilku parametrów. Łączny koszt wypłacanych świadczeń nie może być wyższy niż wysokość przychodów ze składek czy podatków, jakie społeczeństwo chce przeznaczyć na finansowanie emerytur. Koszt ten z kolei zależy wyłącznie od wysokości świadczeń (a więc sposobu obliczania nowych emerytur i sposobu waloryzacji emerytur już wypłacanych) oraz od liczby emerytów (a więc od długości okresu przebywania na emeryturze – zależnego z kolei od faktycznego wieku przechodzenia na emeryturę i umieralności osób w starszym wieku).

Reforma rządu Buzka roku wprowadzana jest stopniowo – wszelkie uprawnienia emerytalne nabyte przez uczestników systemu do końca 1998 roku zostały uhonorowane w postaci kapitału początkowego. Dzięki temu (corocznie waloryzowanemu) kapitałowi początkowemu emerytury roczników przechodzących na emeryturę obecnie i tych, które będą przechodzić na emeryturę przez następne kilkanaście lat, są wciąż wyższe niż docelowe emerytury roczników, które całą karierę zawodową spędzą w zreformowanym systemie. Istniejący deficyt Funduszu Emerytalnego (FE) w ramach FUS wynika przede wszystkim właśnie z tego, że wysokość wypłacanych świadczeń wciąż w znacznym stopniu zależy od reguł obliczania emerytur sprzed reformy. W długim okresie deficyt ten – w proporcji do podstawy wymiaru składek czy w proporcji do PKB – maleje i będzie maleć wraz ze zmniejszaniem się liczby emerytów mających jeszcze uprawnienia emerytalne nabyte w systemie sprzed reformy.

Jednocześnie trzeba zwrócić uwagę, że powyższa sytuacja rodzi coraz silniej widoczną niesprawiedliwość: każdy kolejny rocznik otrzymuje niższą emeryturę w zamian za taką samą składkę. Jednocześnie, wszelkie nowe pomysły na obniżanie deficytu FE starają się obciążyć przyszłych, a nie obecnych emerytów.

Zmiany wprowadzone do systemu emerytalnego w latach 2011-2013, powodowane były nie tyle chęcią poprawy systemu w sensie jego zdolności do zapewniania świadczeń o wysokości chroniącej przed ubóstwem i zapewniającej godziwy poziom życia na emeryturze, ile wynikały wyłącznie z dążenia do poprawy – w średnim okresie – sytuacji finansów publicznych. Co równie istotne, poza wszystkimi innymi aspektami, podważyły one w sposób trudno odwracalny zaufanie do systemu emerytalnego oraz stworzyły przekonanie, że “wszystko jest możliwe”. Ludzie nie spodziewają się stabilności, nie wiedzą czego się spodziewać w przyszłości – a raczej: nabierają przekonania, że można oczekiwać wyłącznie decyzji pogarszających warunki kontraktu społecznego, który powinien być fundamentem każdego systemu emerytalnego. W tej sytuacji nie można się dziwić, że z obniżonego wieku emerytalnego korzystać chce olbrzymia większość nowo uprawnionych i to jak najszybciej – bez względu na konsekwencje w postaci obniżonych emerytur.

Wiśniewska: Panie przodem, po niższe emerytury

Jednocześnie, do wniosku, że “wszystko jest możliwe” i “wszystko wolno” doszli i politycy, i ci, którzy uważają się za ekspertów, twierdzący, że także w kwestiach systemu emerytalnego można zaproponować nawet bardzo radykalne rozwiązania. Politycy w sposób cyniczny zaczęli używać systemu emerytalnego dla swych celów, czego przykładem jest powrót dawnego wieku emerytalnego – 60 i 65 lat. Decyzja ta musi zostać oceniona jako cyniczna i nieodpowiedzialna – niezależnie od wszelkich zastrzeżeń, jakie należy mieć do sposobu podwyższenia wieku przez rząd PO-PSL i przekonania, że wiele należy uczynić, by stworzyć osobom starszym faktyczne możliwości godziwego zatrudnienia.

Niestety, raport przedstawiony przez Fundację Kaleckiego i podsumowany na portalu Krytyki Politycznej nie tworzy podstaw do rzeczywistej debaty. Jego autorzy krytykują prognozy przygotowane przez ZUS, jednakże sposób, w jaki to czynią, wskazuje na ich niedostateczną znajomość finansów ubezpieczeń społecznych i metodologii prognoz aktuarialnych. Nie dostrzegają oni opisanych powyżej problemów reformy emerytalnej z 1998, dostrzegając je tylko w późniejszych zmianach wprowadzanych przez kolejne rządy. Wreszcie, proponują rozwiązanie w postaci emerytury obywatelskiej połączonej z dobrowolnym oszczędzaniem – rozwiązanie w sumie dużo bardziej liberalne niż reforma z 1999. A czy lepsze niż obecny system z punktu widzenia przeciwdziałania ubóstwu na starość? To zależy przede wszystkim od wysokości proponowanej emerytury obywatelskiej (powinna być na poziomie uzgodnionego społecznie relatywnego progu ubóstwa) oraz od tego, czy realne jest stworzenie quasi-dobrowolnego, ale faktycznie powszechnego systemu oszczędzania emerytalnego. A także, na ile możliwe jest skłonienie do uczestnictwa w nim pracodawców.

Emerytura obywatelska jest lepsza od zasiłku

Podkreślmy, że emerytura obywatelska jest w Polsce niezbędna nawet bez znoszenia systemu składkowego – jako część systemu emerytalnego, która realizuje jeden z dwóch podstawowych celów każdego systemu emerytalnego, tzn. przeciwdziałanie ubóstwu na starość. Obecny system emerytalny nie będzie w przyszłości tego celu realizował. Jak realizować cel drugi – zapewnienie na starość godziwego poziomu życia – pozostaje pytaniem otwartym. Przy obecnym poziomie składki dzisiejszy system zrealizuje ten cel tylko dla wybranych, ważnym pytaniem jest jednak, czy dobrowolne oszczędzanie zwiększy ilość środków przeznaczanych na emerytury. Można mieć co do tego wątpliwości – a wyższe emerytury będziemy mieli tylko wówczas, jeśli wyższe będą nakłady w postaci płaconych składek czy podatków.

Emerytura obywatelska jest w Polsce niezbędna nawet bez znoszenia systemu składkowego.

Nieodpowiedzialna jest część propozycji zakładająca, że do emerytury obywatelskiej uprawnione będą kobiety począwszy od 60. roku życia. Gdyby tak się stało, możliwa wysokość emerytury z pewnością nie będzie przeciwdziałać ubóstwu na starość. Wiek kobiet i mężczyzn uprawniający do takiej emerytury musi być jednakowy i znacząco wyższy niż 60 lat. Co ważne, zrównywaniu wieku emerytalnego musi towarzyszyć realna zmiana w obszarze opieki i nieodpłatnej pracy – łagodząca napięcie pomiędzy pracą zawodową a innymi jej formami, jak i zrównująca role kobiet i mężczyzn.

Kluczową kwestią jest, jak proponowaną zmianę wprowadzić. Jakie roczniki były zmianą objęte? Tylko te nowo wchodzące na rynek pracy? Od jakiej granicy wieku? A może zrównamy od razu emerytury wszystkich do poziomu emerytury obywatelskiej? Wbrew pozorom to nie są tylko techniczne pytania. W wariancie ekstremalnym, obejmując wszystkich emerytów nowym systemem emerytalnym, należałoby obniżyć świadczenia tym osobom, których obecna emerytura przewyższa poziom świadczenia powszechnego. W drugim ekstremalnym wariancie, obejmujemy systemem osoby dopiero wchodzące na rynek pracy, co z kolei nie wpłynie dodatnio na sytuację finansów publicznych, o którą autorzy tak się martwią.

W propozycji Fundacji Kaleckiego rzucają się w oczy trzy powiązane kwestie. Po pierwsze, tempo proponowanych zmian. Autorzy zakładają, że tak fundamentalna reforma zostanie przygotowana i wdrożona w zaledwie kilka lat. Tu znów musimy wrócić do kwestii zaufania obywateli do stabilnego systemu emerytalnego, a jednocześnie dążyć do standardu, w którym fundamentalne reformy emerytalne negocjowane są i wdrażane nie z dnia na dzień, lecz w dłuższym okresie.

Po drugie, koszty przejścia wynikające z obecności praw nabytych w obecnym systemie emerytalnym. Pomijając kwestię, że nigdzie na świecie nie dokonano przejścia z dojrzałego systemu repartycyjnego do hojnego systemu uniwersalnego właśnie z powodu praw nabytych obywateli (zredukujmy ten problem chwilowo tylko do kwestii politycznej), nie dokonuje jej się przede wszystkim z powodu gigantycznych kosztów budżetowych. Tym bardziej w sytuacji, w której obecny system ma bieżący deficyt.

Po trzecie, propozycja ta dość lekko podchodzi do problemu tworzenia nieobowiązkowych programów pracowniczych czy innych form zorganizowanego oszczędzania na starość. Funkcjonowanie programów pracowniczych, zwłaszcza w ich wczesnej fazie, wiąże się najczęściej z odpisami podatkowymi (od przychodów pracowników, pracodawców lub obydwu stron), a niekiedy wręcz z bezpośrednimi dopłatami do kont emerytalnych. Co więcej, w porównaniu do innych form oszczędzania, zorganizowane oszczędzanie na starość jest preferencyjnie traktowane przez system podatkowy (nieopodatkowane lub opodatkowane niższą stawką na etapie odprowadzenia składki albo zysku, albo wypłaty). Oba te typy preferencji stanowią niezrealizowany przychód budżetowy.

Trzeba także podkreślić, że programy pracownicze miały szanse na zaistnienie w gospodarkach europejskich, w których centralną rolę pełnią (do niedawna pełniły) ponadzakładowe układy zbiorowe. Elementem nieodzownym takiego rozwiązania jest zatem dialog społeczny, zwłaszcza na poziomie branży.

Czy polski system emerytalny może wyglądać jak duński, jak chcieliby tego autorzy raportu? Na pewno nie w zakładanej przez nich perspektywie czasowej, bo w rzeczywistości system duński jest znacznie bardziej skomplikowany i podlegał on drobnym, lecz kumulatywnym zmianom przez kilkadziesiąt lat. Co więcej, koszt odliczeń podatkowych na cele emerytalne zaczyna odgrywać tak dużą rolę, że upatruje się w nim potencjalnych przyczyn niestabilności finansów publicznych Danii w najbliższych trzech dekadach. Rola prawdziwie uniwersalnego elementu jest tam minimalna (mniej niż 20% przeciętnego wynagrodzenia przy podnoszonym wieku emerytalnym wynoszącym obecnie 65 lat, a rosnącym do 67 lat), a hojność tego systemu wynika z istnienia wielu innych jego elementów. Po pierwsze, w I filarze istnieje także element składkowy i kapitałowy, w ramach których dokonuje się redystrybucja: budżet państwa odprowadza większość składki dla osób pobierających świadczenia (również niewielki udział w dochodzie emerytalnym). II filar to quasi-obowiązkowe programy pracownicze, w których składka wynosi od 10 do 17 proc. (!) wynagrodzenia i jest preferencyjnie traktowana przez system podatkowy. Uczestniczą w tym filarze niemal wszyscy pracujący. Jednocześnie, zagwarantowana w tym filarze jest minimalna stopa zwrotu, rozwiązanie którego nigdy nie było nawet w polskim obowiązkowym II filarze (OFE).

Składkę zdrowotną trzeba zwiększyć, a Schetyna opowiada rzeczy kuriozalne

Hojność duńskich emerytur jest zatem w znacznej mierze funkcją wysokich składek i systemu, który premiuje zatrudnienie bez długich przerw. Dodajmy tylko, że łączne wydatki z publicznego i prywatnego komponentu systemu emerytalnego stanowiły w 2013 roku ponad 15 proc. duńskiego PKB (1/3 tych wydatków pochodzi z elementu prywatnego), co lokuje to państwo wśród europejskich liderów. Kluczowy jest także wysoki wiek emerytalny, który został powiązany z rosnącą długością życia – co dekadę wiek emerytalny będzie podlegał podwyższeniu. Ten parametr, w połączeniu z ograniczaniem hojności świadczeń w przyszłości, ma przyczynić się do spadku przyszłych wydatków na emerytury.

Sutowski: Gender, głupcy!

Inne obszary polityki społecznej, zwłaszcza polityka opieki (najwyższy odsetek w Unii dzieci objętych opieką żłobkową i przedszkolną), polityka rynku pracy (słynne flexicurity, lecz z mniejszą elastycznością rynku pracy niż uważa wielu komentatorów), ale także polityka zarządzania wiekiem w przedsiębiorstwach w połączeniu z polityką gospodarczą sprawiają, że długa praca jest możliwa. Wreszcie, za sukcesem systemu emerytalnego stoją silni partnerzy społeczni, którzy negocjują między sobą i honorują swoje porozumienia. W takim układzie rolą państwa nie jest wdrażanie tych ustaleń, lecz umożliwianie dialogu. Z takiej perspektywy trudno nawet porównywać potencjał polskich partnerów społecznych, którzy mieliby między sobą negocjować warunki funkcjonowania programów emerytalnych, zwłaszcza w sektorach, które cechuje prekaryzacja pracy, niskie uzwiązkowienie i brak reprezentacji pracodawców.

O ile kluczowe jest powiązanie ze sobą poszczególnych polityk społecznych, nie oczekujmy od systemu emerytalnego, że naprawi wszystkie błędy rynku pracy, polityki opieki itd. Przy okazji – propozycja jednolitej daniny jest z tej perspektywy tylko półśrodkiem – w istocie powinniśmy dążyć do tego, by funkcjonalne ekwiwalenty pracy etatowej były tak samo traktowane z perspektywy danin, wynagrodzeń, świadczeń, urlopów i innych pochodnych praw. Zgadzamy się, że zagwarantowanie minimalnego poziomu życia na emeryturze jest kluczowe, lecz nie poprzez używanie w tym celu straszaka w postaci „katastrofy emerytur”. Zamiast ponownie przekazywać pieniądze prywatnemu sektorowi emerytalnemu, użyjmy tych środków do finansowania żłobków, świetlic, profilaktyki zdrowotnej i poprawy warunków pracy, w tym zwłaszcza podnoszenia wynagrodzeń. Jeśli chcemy wyższych emerytur dla wszystkich, pogódźmy się z wyższym wiekiem emerytalnym, wyższymi składkami lub deficytem ubezpieczeń społecznych, pokrywanym z podatków.

***

Dr Krzysztof Hagemejer jest ekspertem Fundacji ICRA i posiada ponad 20 lat doświadczenia pracy w Międzynarodowym Biurze Pracy w Genewie. Specjalizuje się w ekonomicznych i finansowych aspektach polityki społecznej, a zwłaszcza w monitorowaniu ich adekwatności i stabilności, jak również w tworzeniu potencjału aktorów w tych obszarach. Dr Krzysztof Hagemejer wykłada na Uniwersytecie w Maastricht a także w Collegium Civitas w Warszawie oraz na Bonn-Rhein-Sieg University of Applied Sciences w Niemczech, gdzie jest Profesorem Honorowym.

Dr Michał Polakowski, współzałożyciel Fundacji ICRA, zajmuje się ekonomią polityczną reform emerytalnych. Na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu realizuje projekt poświęcony reformom emerytalnym w Unii Europejskiej.

Fundacja ICRA i Fundacja im. F. Eberta organizują 16 listopada seminarium Nasze emerytury: reform potrzebujemy z udziałem Janiny Petelczyc, Doroty Szelewy oraz autorów. Centrum Szkoleniowe Sienna (ul. Sienna 73), g. 18.00. Zapisy: seminaria@icra.pl

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Bardzo dobrze, że głos zabierają znawcy systemów emerytalnych. Są to sprawy arcypoważne, przy których walka pisu z niepisem traci wszelkie znaczenie. Dodałbym kilka uwag.
1. Wzrost współczynnika obciążenia (odsetek ludzi w wieku emerytalnym) jest nieuchronny. Jeśli chcemy zabezpieczyć ludzi starych przed biedą oznacza to konieczność wzrostu wydatków na system emerytalny.
2. Istotnym problemem są tzw. umowy śmieciowe i nieformalne sposoby zatrudnienia. Powodują one erozję wpływów do systemu. Stąd emerytura obywatelska rozwiązywałaby ten problem, jej podstawą mogłoby być płacenie podatków w Polsce przez określony czas.
3. Drugim komponentem systemu mógłby być dotychczasowy system "zusowski". Dalsze podnoszenie składki ma tę wadę, że podnosi koszty pracy a więc wpływa niekorzystnie na poziom zatrudnienia.
4. Postawienie na dobrowolne oszczędności w naszym społeczeństwie wydaje się bardzo wątpliwe. Większość pracujących zarabia skromnie a zarazem jest uwikłana w długoterminowe kredyty, może zapomnijmy o tym rozwiązaniu. Dodajmy, że OFE były kompletną klęską i służyły głownie transferowi części naszych składek za granicę. Fakt, że rozprawili się z nimi Tusk i Rostowski a nie Kaczyński z Morawieckim wiele mówi o sytuacji.
5. Podnoszenie wieku emerytalnego nie jest dobrym rozwiązaniem kiedy większość ludzi po 60 roku życia jest w złym stanie zdrowia i na rynku pracy nie ma szans. Dałoby się zaakceptować dłuższy okres pracy pod warunkiem zwiększenia nakładów na zdrowie. Tak czy inaczej, zawsze nas czeka zwiększenie wydatków publicznych.

PS. Autorzy mieli na myśli libertarianizm a nie libertynizm (czyli idee markiza de Sade), wszelako "libertarianizm" to niepotrzebna kalka z angielskiego (podobnie jak konsensus, kiedy od wieków mamy w polszczyźnie konsens). Po polsku powinno się mówić: leseferyzm.

Przecież Morawiecki zadał OFE kolejny cios, dwa PiS nie był tu krytykiem zmian, a najbardziej przeciw był elektorat PO, co miało dla tej partii smutne konsekwencje. Nie mniej gdyby nie OFE to nie byłoby żadnych zaskórniaków, po które można by dziś sięgnąć, nie będzie ich w przyszłości i wygrała polityka doraźna do bólu. Dobrowolne oszczędzanie się nie sprawdza, OFE także nie były dobrowolne, a można się zastanowić nad budową jakiegoś II filara choćby dla ludzi młodych.

OFE nie stanowiło żadnych "zaskórniaków", tak jak nie stanowią ich zobowiązania państwa do wypłacania emerytur w przyszłości. Przypomnę raz jeszcze. Likwidacja OFE (niestety niepełna) polegała na zamianie obligacji (będących zobowiązaniem państwa do wypłacenia pieniędzy w przyszłości) na prawa do emerytur (będące zobowiązaniem państwa do wypłacenia pieniędzy w przyszłości). Jednak od obligacji płaci się procent a od praw emerytalnych procentu się nie płaci. Zysk z tej operacji polegał na uwolnieniu się od niepotrzebnych procentów. Gdyby nie głupia reforma z 1998 r. tych procentów nie trzeba by nigdy płacić. OFE były szkodliwe dla Polski. Da się to zrozumieć, przy małej pomocy literatury przedmiotu. Polecam książki Barra, Diamonda, Orensteina i Oręziak.

Dla rządu Japonii Japończycy są najlepszymi klientami, nabywcami obligacji rządowych. Natomiast rząd pani Oręziak strzela focha i ma pretensje, że ludzie w ogóle mają czelność mieć swoją wizję emerytury.

Profesor Leszek Balcerowicz mówi co innego, więc co to za eksperci ? A poważniej to jest po trochę spór o kierunek z tym, że OFE miały być w Polsce takim źródłem długoterminowego kapitału, zaś u Morawieckiego źródłem finansowania narodowych programów i innowacji. Nawet byłbym gotowy w tym uczestniczyć, gdyby nie projekty kuriozum obecnego rządu jak przekop przez Mierzeję Wiślaną.

Raz jeszcze wyjaśniam. OFE zwiększają popyt na akcje firm i inne aktywa tylko w fazie w której już zbierają składki, ale jeszcze nie wypłacają emerytur. Aby je wypłacić muszą sprzedać część swoich aktywów. Te mogłyby kupić inne OFE, ale jeśli pokolenia wchodzące na rynek pracy są mniej liczne od pokoleń przechodzących na emeryturę, to ceny wszystkich aktywów muszą spaść (ceteris paribus). W ten sposób realna wartość "emerytury kapitałowej" kurczy się jak przekłuty balon. Też miałem problem ze zrozumieniem tych mechanizmów, wszelako swego czasu przeczytałem prace prof. Nicolasa Barra.
Nota bene: wiem, że są tacy, którzy z noblistów uznają tylko Balcerowicza, na to nie ma rady.

Nobla dają za teorię, a nie praktykę, a rynek kapitałowy to nie uliczka jednokierunkowa - OFE nie są tu jednym graczem, obok zmian demograficznym, mielibyśmy zmiany składkowe zakładając na przestrzeni dekady wzrost pensji, więc to musiałaby by być gigantyczna różnica i OFE musiałyby być jedynym graczem na GPW. Zasadniczo po przejściu na emeryturę dalej powinno się inwestować, miały być zakłady emerytalne, czy na końcu podobną rolę miał przejąć ZUS - czyli oddajesz kapitał z OFE i otrzymujesz ileś tam więcej w świadczeniu. Nie wierzę w żaden determinizm i np za ileś tam lat GPW mogłaby być instytucją regionalną, gdzie byłyby obecne fundusze z całego świata, oczywiście bez OFE pogłębienia i poszerzenia rynku nie ma na to szans. Nie wierzę w sukces Polski bez kapitalizmu i kapitału, tego że np PZU będzie firmą choćby w tym wymiarze regionalnym, że ktoś nie przekroczy magicznej granicy 100 mld USD kapitalizacji.

Dyskusja z Panem jest o tyle trudna, że nie zrozumiał Pan znaczenia małego sformułowania w nawiasie: ceteris paribus. Bardzo zachęcam do studiowania książek na temat systemów emerytalnych, autorów wymieniłem.
Nota bene: teoretycy w ekonomii zrobili już swoje, teraz trzeba zawołać fachowca, Richard Thaler tego przykładem.

Własnym obywatelom łatwo zabrać obligacje. Swoich poddanych ówczesna władza się nie bała tak, jak Brukseli. Bruksela planowała akcje pt. podwyższamy wiek emerytalny w całej Europie. Wyszło z tego tyle, co z przesiedleń uchodźców.

Krzysztof Mazur

Składki ZUS nie są oszczędzaniem na starość, tylko zwykłym podatkiem, z którego wypłacany jest obecnym emerytom zasiłek zwany emeryturą. Za kilka lat (czy to będą 3 lata czy 8 lat to się okaże) zabraknie pieniędzy w budżecie i wtedy emerytury zostaną obniżone i będą dalej obniżane w kolejnych latach, aż do uzyskania równowagi budżetowej. Żadne roztrząsanie przeszłości tego nie zmieni. ‘Emerytura obywatelska’ to hasło, które nic nie znaczy, skoro nie wiadomo, kogo miałaby obejmować, obecnych emerytów, którzy już mają wyliczone emerytury (w takim razie jest złamaniem praw nabytych), czy tylko przyszłych (w takim razie eskaluje koszty dokładając kolejnych emerytów na minimalnej emeryturze, co jest arytmetycznie nierealne). System emerytalny nie będzie niczemu przeciwdziałał, bo będzie stopniowo likwidowany co jest demograficzną koniecznością i żadne pomstowanie na ‘libertynów’ (co jest nawiasem mówiąc pomieszaniem pojęć, libertyn to osoba rozwiązła obyczajowo) tego nie zmieni. Podnoszenie podatku zwanego składką ZUS nie podniesie przyszłych emerytur, może jedynie opóźnić ich obniżanie, jednocześnie przedłużając kryzys gospodarczy i tym samym pogłębiając przyszłe ostateczne obniżki emerytur. Oczywiście taki eksperyment zostanie przeprowadzony, rząd najpierw będzie próbował łatać system podnoszeniem podatków od wynagrodzeń, czyli obniżaniem tychże. Obniżanie wynagrodzeń podatkami ma jednak swoje granice i nie wpływa na koszty systemu. Porównywanie się z Danią, gdzie majątek na osobę jest 10-krotnie większy niż w Polsce to strata czasu.

Na podnoszenie świadczeń, demagogię w stylu Schetyny z 13 emeryturą nie ma miejsca, natomiast nie ma też ucieczki od ZUS, nie ma sensu patrzeć na kraje bogate, w Polsce system z konieczności musi spełniać postulaty minimum, a nie maksimum - raz jesteśmy krajem na dorobku, dwa mamy niezreformowany system z rosnącą dotacją i problemem będzie utrzymanie status quo - więc jaki sens mówić o podwyżkach. Nowe rozwiązania byłyby dla kolejnych nowych roczników i za 40 lat.

Czy czeka nas emerytalna katastrofa? Tak. Czemu czeka nas emerytalna katastrofa? Przez zmuszanie ludzi do płacenia za pałace ZUS-u.

Korekta obywatelska. Zamiast "nie potrzebne" i "nie wiele" powinno być "niepotrzebne" i "niewiele".

Gdzie się nie obrócisz katastrofa. Efekt cieplarniany, system emerytalny, ropa i zielona energia... I wszędzie tylko parę lat zostało na zbawienie świata.

Bardzo ciekawy tekst. Brakuje mi szczegółów we wnioskach: kto podniesie stawki? Kto podniesie wiek emerytalny? Czy bez podniesienia stawek i wieku powstały deficyt uda się trwale finansować? Bez tego polemika ze wspomnianym raportem jest niepełna.

Krzysztof Mazur

Nie uda się trwale sfinansować deficytu w żaden sposób. Można jedynie obniżyć emerytury. Jak to się wydarzyło w Grecji, tylko że oni startowali z dużo wyższego poziomu.

Bardzo dobrze, że powstał ten artykuł. Po lekturze leseferyzmowego artykułu Fundacji Kaleckiego byłem dość zbulwersowany jego liberalną jednostronnością. Ważnym elementem artykułu "Czy czeka nas emerytalna katastrofa" jest zwrócenie uwagi na złożoność zagadnień polityki społecznej, potrzeby dialogu ze społeczeństwem (z naciskiem na przekonanie obywateli, że nie zostaną skrzywdzeni przez jakąś diametralną rewolucję emerytalną - vide 'emerytura obywatelska') oraz zwrócenie uwagi na takie 'detale' jak: kto zostanie objęty nowym systemem, na jakich zasadach zostanie objęty i jak nie różnicować 'starych' emerytów od 'nowych'.

Mam 3 uwagi poszerzające zakres tematyczny artykułu:

Pierwsza uwaga związana jest ze wspomnianą przez autorów cechą systemu emerytalnego: stabilność

Jeśli obywatel nie musi martwić się, jak zapłaci za niespodziewany zabieg medyczny, za co będzie żył na emeryturze czy co się z nim stanie, jeśli powinie mu się noga, to znacznie chętniej zostawi pieniądze w sklepie, zamiast je chomikować w oczekiwaniu na życiową katastrofę. Innymi słowy – państwo z nieminimalistycznym systemem emerytalnym pobudza konsumpcję. A ta jest dobra dla wzrostu gospodarczego (firmy mają co robić) i dla budżetu (wpływy z VAT) i dla pracowników (rosną płace).

Zależność ta nie jest liniowa, ale dość praktyczne laboratorium dla tej tezy stanowią Chiny, gdzie obywatele zamiast wydawać pieniądze na nowe dobra, chomikują je w skali rzadko spotykanej na świecie. Według danych OECD gospodarstwa domowe w Chinach przeznaczają na oszczędności średnio jedną trzecią dochodu rozporządzalnego. Fenomen ten tłumaczy się właśnie słabym systemem zabezpieczenia społecznego: ludzie, zamiast wydawać pieniądze dziś, odkładają na starość lub na wypadek choroby. Dość silnym czynnikiem, który tę zależność wzmocnił było przeprowadzenie reformy emerytalnej w 1997 r., która zmniejszyła wysokość świadczeń emerytalnych.

W Polsce przeciętny obywatel straszony jest tym, że emerytury będą coraz mniejsze (mniejsza będzie stopa zastąpienia, dochodząca niekiedy do 30% ostatniej pensji). W efekcie część Polaków ciuła na emerytury być może nawet przesadnie. A część nie oszczędza nic, licząc na takie pomysły jak 'emerytura obywatelska', która 'się należy każdemu'.

Druga uwaga związana jest z pomysłem emerytur obywatelskich, co wiąże się ze wspomnianą przez autorów koniecznością podnoszenia wieku emerytalnego. Gdyby emerytura nie zależała od stażu pracy, to komu chciałoby się przepracować kolejny i kolejny rok bez wpływu na wysokość emerytury? Być może konieczny jest stały składnik emerytury, ale również konieczny jest składnik zależny od składek. To chyba jest banalne.

Trzecia uwaga dotyczy zagadnienia nie poruszonego w tym artykule, który jest dość ważny. Z podanych przez ZUS danych wynika, że większość osób (prawdopodobnie 70%), które przeszły na wcześniejszą emeryturę to osoby nie mające prawa do żadnego świadczenia lub wcześniej pobierające rentę. Po pierwsze nie stanowią one ubytku dla rynku pracy ani też nie przyczyniały się do wzrostu zebranej składki. Po drugie (dużo ważniejsze) oznacza to, sytuacja materialna tych ludzi powinna zostać zauważona i warto im poświęcić więcej troski. I co więcej: jak można wprost powiedzieć, że mają np. w przypadku kobiet poczekać na wypłatę pierwszej emerytury jeszcze 7 lat?

Ostatnia moja uwaga jest dość smutna. Coraz częściej mówi się o tym, że bogate społeczeństwa na świecie rozważają dochód gwarantowany, który ponoć nie wpływa negatywnie na skłonność do pracy. W tym kontekście smutnie wygląda nasza dysputa o "pragnieniu aby emerytura powalała przeżyć (lub inaczej mówiąc za autorami: spełniała minimum) i aby objąć nią tych, których staż pracy i składki spełniają wymogi.

po raz kolejny okazuje się, że system kapitalistyczny nie radzi sobie z niczym. z emeryturami, z zatrudnieniem, demografią. czas zmienić ten chory system